Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cze jestem w XVI wieku, czy też w naszych czasach. Zapytałam o to Wawrzyńca. Uspokoił mnie: wypłynęliśmy po linji przełamania konieczności czasu — z dawnej Florencji do nowej — i już nam zbiry Medyceuszów żadnej krzywdy uczynić nie mogą.
Teraz dopiero — pół jeszcze dawna Rozaura, pół owa — przyglądać się zaczęłam Wawrzyńcowi i teraz dopiero zrozumiałam, dla czego wobec jego postaci cała moja istota grać zaczęła jakąś melodję, pełną drgań wieczności... Bo to był ten, którego powinnam była kochać wówczas, a który teraz stanął wobec mnie, jako Orfeusz, jako nieśmiertelny, który dla mnie poświęcił swoją nieśmiertelność... Bo, istotnie, owa przemoc, jakiej użył był Lorenzo, aby przełamać prawa codzienne, aby zgwałcić kolejność czasu i opanować przeszłość, aby ją w dziś przetopić: wszystko to, mówię, nie odbyło się dla niego bezkarnie.
Najdoskonalszy człowiek nie stanie się wszechmocnym. Wszystka potęga magiczna opuściła go na zawsze; już nie jest tym mocarzem i władcą krain nadprzyrodzonych, jakim był dotychczas; utracił na zawsze moc odrodzeń, utracił nieśmiertelność — podobnie jak i ja, ale o mnie tu nie idzie: docześnie, co prawda, ale tak szczodrze wynagrodzona zostałam za utratę nieśmiertelności, że, wyznam — za nicbym jej nie oddała. Powiadacie, że piękność — to rzecz błaha, a ja mówię, że to skarb, to boskość: bom długo wycierpiała z powodu brzy-