Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieczne lody — coś tak kołysało się we mnie, coś tak płakało, śpiewało... on mi rzekł:
— Ale pani mogłaby być bardzo piękna...
Spojrzałam na niego zdziwiona. Serce mi biło jak młotem, oczy zabłysły ogniem. Chciałam się uśmiechnąć, ale się lękałam, że to będzie uśmiech poczwary.
— Oczy ma pani bardzo piękne... Ja widziałem niegdyś te oczy...
Zdumienie moje rosło. Nie znałam go zupełnie. Pierwszy raz oglądałam jego osobę.
— Tak — mówił podróżny — to było bardzo dawno... Czterysta lat temu.
Zrobiło mi się zimno z trwogi. Jakiś obłąkany — jeszcze mnie zabije! A może to i lepiej!
— Pani ma na imię Rozaura!...
— Właściwie nie. Ale tak mnie raz nazwała jedna cyganka...
— Cyganka się nie omyliła. Pani jest Rozaura. W nazwisku pani jest Góra — jest Białość...
— Tak. Nazywam się Białogórska.
— Montalboni. Tak, to była pani. Najpiękniejsza kobieta na ziemi... Pani mię nie pamięta?
— Ach, nie pamiętam... nie znam pana...
— A przecież ja tak panią kochałem... Obłąkania dostałem przez panią... A potym wtrącono cię do więzienia.
— Mnie? Ależ ja nigdy nie byłam w więzieniu.
— Ferdynand Medyceusz skazał cię na dożywotnie więzienie, na mogiłę za życia... Nałożono ci trupią maskę. Tak — i ta właśnie maska trupia dziś, przy twym nowym narodzeniu — wystąpiła na-