Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słabe odbicie oglądały te panie, nie bez pewnego uczucia — powiedzmy otwarcie — zazdrości. Jednakże zachwyt przygłuszył to uczucie.
— Co za cudo!
— To sama Afrodyta!
— To bogini bogiń!
— To anioł!
— To jakaś istota, co się na chwilę przedostała z nieba na ziemię!
— To nie ona! To nie Rozaura!
— To kto inny!
— Ktoś zupełnie niepodobny!
— A jednak — zauważyła p. Zofja.
P. LAURA. Co, a jednak?
P. ZOFJA. A jednak ona jest podobna...
P. EMILJA. Ależ to bluźnierstwo!
P. ZOFJA. Owszem... podobna.
P. JADWIGA. Co też ci do głowy przychodzi?
P. ZOFJA. Spojrzyjcie tylko: Rozaura miała twarz taką, jakby ją ktoś przypalił. Nos, powiedzmy, był zwęglony i w połowie ucięty; wargi tak wyżarte, że prawie ust nie mogła zamykać; broda jakby przecięta piła do skrobania ziemniaków, a te czarno-czerwone policzki — jakby kto z nich skórę wywędził jałowcem i t. d. — wszystko to pozwalało nam prawowicie nazywać ją trupią głową, bo istotnie była to głowa śmierci... A jeżeli dodamy prawie zupełny brak włosów na czaszce — i ten wyraz dziwnej starości na obliczu, które nigdy nie było młodym — to istotnie nie dziw, że czasami jej widok budził dreszcz trwogi. I gdyby nie jej płomieniste,