Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niesie — to się bez chyby wypełni. Czyś zrozumiał moje słowa?
— Zrozumiałem — odparło czarne dziecię i w uśmiech złożyło swe malinowe wargi. Gdyby Almanzor umiał był patrzeć, toby w oczach dziecka ujrzał swe własne przeznaczenie: była w nich jakoby czarna dziewica piękności uwodnej, a której uśmiech był uśmiechem zagłady.
Kalif jednak nie spoglądał w oczy pacholęcia; zagłębiony w swą nudę, cieszył się już z góry widokiem rzeczy niespodziewanych, co się ujawnią z rozkazu wiatrem unoszonych losów.
Długie godziny przez wieczór cały pracowicie pisał Hannibal wyroki losów podług słów kalifa; nazajutrz dopiero można było rzecz wykonać.
Każda myśl, która się zrodziła w sercu Almanzora — budziła w nim wielkie zadowolenie — i natychmiast ją mu podsuwał, a Hannibal malował każde słowo na papierze barwy dwoistej, już to złotym, już to czerwonym. Papier złoty był dla niewiast, czerwony dla mężczyzn.
Sześćdziesiąt cztery kartki — jako jest liczba pól szachownicy — zapełniono w ten sposób, ale nie widział ani Almanzor, ani Hannibal — jak bezcielesna ręka zapełniła kartkę sześćdziesiątą piątą i zmieszała ją tajemniczo z ułożonemi poprzednio.
Owszem, śmiejąc się, w tymsamym właśnie momencie prawił kalif: — Niechaj każdy będzie wyrokom posłuszny — i gdyby moje tu było przeznaczenie, poddam mu się bezwzględnie — na imię Allacha.