Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się z nią pożegnać i przy sposobności wspomniał o obietnicy.
Trudno mi było namówić syna do tego przypomnienia, gdyż był to zawsze człowiek wysoce delikatny, ale ostatecznie przystał na to. W gruncie rzeczy nie szło mu o posag, kochał szalenie Teresę; widział w niej bóstwo i nieskończoność, o pieniądzach poprostu zapomniał. O ileż lepiejby było, gdyby nie był poszedł do tej przeklętej!... Ja to zbłądziłam, ja go namówiłam. A zresztą — tak czy owak — źle to musiało się skończyć!
Już tak nam było w losach zapisane...
Ledwie wszedł do jej pokoju, Elżbieta już zdaleka wołała:
— Wiem, poco pan przyszedł! Wiem, ale grosza pan nie dostanie! Złamanego grosza! Figa!
Była to zupełnie inna Elżbieta: uszczęśliwiona furja, nie można jej nazwać inaczej.
— Ha! myśleliście, że już na wieki jestem w waszej niewoli? Bóg czuwał nade mną, Bóg się ulitował! Ten podły rozpustnik, ten nikczemnik Janusz nie żyje!
Wczoraj — na apopleksję — zmarł nagle — opilec, łajdaczysko! Djabli go wzięli, twoja to łaska, Panie Boże miłosierny!
Jestem wolna — oddycham, oddycham! Nie zależę od nikogo: ani od niego, ani od tej ladacznej dziewki, od tej wozgry!
Jan nic nie rozumiał...
— Nie wiesz niby, co to znaczy? Udajesz niewiniątko? Ha, ha! mądry spekulant z ciebie, ko-