Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szybko nacięto i narąbano prętów i gałęzi i starannie okryto aparat. Obawiał się bowiem Henryk, że deszcze mogą popsuć motor, który, być może, mógł jeszcze na coś się przydać.
— Oszczędzajmy benzyny! — upomniał Henryk. — Możemy używać jej tylko do zapalniczki. Strawę zaś gotować należy na ogniu. Zbuduję piec, w którym Irenka będzie stale podtrzymywała jarzące się węgle.
Dzieci po wieczerzy, składającej się z ryb, nałapanych przez Romka, spędziły noc w krzakach. Nikt nie mógłby dostrzec gromadki dzielnych dzieci: tak się ukryły w gąszczu tamaryndowym.
W nocy Henryk nagle się przebudził. Jakieś ciche mruczenie i ledwie uchwytne stąpanie doszło jego uszu.
Nadsłuchiwał długo, lecz niepokojące szmery i odgłosy nie powtórzyły się więcej.
Nie mógł jednak już usnąć i wciąż myślał.
— Musimy czem prędzej przenieść się do lasu, wybudować dla siebie schronisko i dobrze je obwarować — szeptał do siebie. — Jeżeli jesteśmy we wschodniej części pustyni Szamo, jak myślę, i do tego w niezaludnionej, zagrażają nam różne niebezpieczeństwa.
Zaczął przypominać sobie czytane książki o tej