Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uważałem, że wzburzenie mojego przyjaciela nie jest niczem usprawiedliwione.
Na skutek moich nalegań sir Karol postanowił jechać do Londynu. Wiedziałem, że ma serce chore, a nieustająca trwoga, w jakiej żył — choćby jej powód był urojony — oddziaływała jaknajgorzej na jego zdrowie. Sądziłem, że rozrywki miejskie wpłyną na niego dobroczynnie, a pan Stapleton, wspólny przyjaciel, wezwany do rady, był tego samego zdania. W ostatniej chwili nastąpiła straszna katastrofa.
W nocy zgonu sir Karola, Barrymore, lokaj, przysłał po mnie chłopca stajennego Perkinsa, a ponieważ nie spałem jeszcze, w godzinę po wypadku byłem w Baskerville Hall.
Stwierdziłem osobiście wszystkie fakty wspomniane w śledztwie: śledziłem ślady kroków w alei cisowej, widziałem przy furtce miejsce, gdzie nieboszczyk się zatrzymał; zauważyłem zmianę kształtu śladów, począwszy od tego miejsca, widziałem, że na piasku niema innych śladów prócz pochodzących od butów Barrymore’a, poczem zbadałem uważnie trupa, którego jeszcze nikt nie dotknął.
Sir Karol leżał wyciągnięty, twarzą do ziemi, ręce miał rozkrzyżowane, palce zaciśnięte kurczowo i zagłębione w ziemi, a rysy takie wykrzywione, pod wpływem gwałtownego wzruszenia, że nie odważyłbym się stwierdzić pod przysięgą jego tożsamości.
Na ciele nie znalazłem obrażenia fizycznego. Wszelako zeznania Barrymore’a nie były dokładne. Powiedział, że przy trupie nie było żadnego śladu kroków. Nie widział ich. Ja jednak