Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czyniąc zadość żądaniu pańskiemu — mówił dr. Mortimer, który zaczął już okazywać gwałtowne wzruszenie — opowiem panu to, czego nie mówiłem nikomu. Milczałem wobec sędziego, bo człowiek nauki zawaha się nieraz, zanim przyzna się publicznie, że podziela powszechny zabobon. Nadto kierował mną też i ten wzgląd, że, jak słusznie pisze dziennik, niepodobna byłoby wydzierżawić Baskerville Hallu, gdyby jeszcze cokolwiek wzmogło straszną sławę tej siedziby. Dla tych dwóch przyczyn uważałem za stosowne powiedzieć mniej, niż wiedziałem; ale z panem nie mam najmniejszego powodu nie być zupełnie szczerym.
I Mortimer opowiedział nam, co następuje:
„Równina jest prawie niezamieszkana, a tych, którzy sąsiadują z sobą, łączą ścisłe stosunki. Oto przyczyna mojej zażyłości z sir Karolem Baskerville’m. Z wyjątkiem pana Frankland’a w Lafter Hall i pana Stapleton’a, przyrodnika, niema w promieniu kilkomilowym dokoła, ludzi wykształconych.
Sir Karol lubił samotność, ale choroba jego zbliżyła nas wzajemnie, a wspólne zamiłowanie do nauki utrwaliło to zbliżenie. Sir Karol przywiózł z Afryki południowej dużo obserwacji naukowych i spędziliśmy razem niejeden miły wieczór, rozprawiając o anatomji Bushmana i Hotentota.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy dostrzegłem u sir Karola wzmagające się coraz bardziej rozdrażnienie nerwowe. Legenda, którą przeczytałem przed chwilą, prześladowała go do tego stopnia, że nic na świecie nie byłoby go zniewoliło do wyjścia w nocy poza kratę parkową.