Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wchodząc spostrzegł laskę w ręku Holmesa i rzucił się ku niemu z radosnym okrzykiem.
— Co za szczęście! — rzekł. — Nie byłem pewien, gdzie ją zostawiłem, tutaj, czy w biurze żeglugi. Za nic w świecie nie chciałbym zgubić tej laski.
— Podarunek, nieprawda? — pytał Holmes.
— Tak jest.
— Od szpitala Charing Cross?
— Od kilku przyjaciół stamtąd... z okazji mego ślubu.
— Tam do licha! to niedobrze — odezwał się Holmes, potrząsając głową.
Dr. Mortimer przymrużył oczy i spojrzał ze zdziwieniem na mówiącego.
— Niedobrze? co? dlaczego?
— Pokrzyżował pan nasze wnioski. Mówi pan zatem, że to podarunek z okazji ślubu?
— Tak jest. Ożeniłem się i porzuciłem szpital, a wraz z nim wszelką nadzieję praktyki konsultacyjnej. Trzeba było stworzyć ognisko domowe.
— Co prawda, — rzekł Holmes — nie pomyliliśmy się znów tak bardzo. A teraz, doktorze Jakóbie Mortimerze...
— Przepraszam, panie, poprostu... jestem skromnym M. R. C. S.
— I widocznie człowiekiem naukowym.
— Partaczem w nauce, panie Holmes; zbieraczem muszelek na wybrzeżach wielkiego nieznanego oceanu. Przypuszczam, że mówię do pana Sherlocka Holmesa, nie zaś...
— Nie, oto mój przyjaciel, dr. Watson.