Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


będziemy jeszcze mogli się zrozumieć. — I wówczas, dzięki Bogu, przypomniał mi się w sam czas twój piękny, jasny, czysty śmiech dziecięcy... zdawało mi się, że go słyszę w czasie tych moich małodusznych rozmyślań... słyszę jak wówczas, kiedy żartowałaś sobie... z mego usposobienia — pamiętasz jeszcze, Erna?
Rita (patrzy w ziemię i milczy. Pauza.)
Berta (przez drzwi oszklone, z olbrzymim bukietem róż ciemnoczerwonych). Proszę Wielmożnej Pani — od pana hrabiego...
Rita (zrywa się, z nerwową egzaltacyą). Róże! — Moje róże! Daj je!... (Bierze od niej bukiet i wącha). Ah... (Podaje go Fryderykowi i pyta Bertę przez niego): Czy kazał co powiedzieć?
Berta. Nie, ale...
Fryderyk (odsuwając bukiet, który Rita trzyma mu przy twarzy). Dziękuję ci!
Rita (do Berty). No co?
Berta. Napisał coś na swojem bilecie.
Rita. Na swoim bilecie. Gdzie? (Szulca w bukiecie.) A, tu. (Czyta). P. p. c. (Do Berty). Już dobrze.
Berta (odchodzi).
Rita (z lekkiem westchnieniem). Tak, tak... Szkoda. Nie doprowadziłam tresury jeszcze ani do połowy — a on już mię opuszcza.
Fryderyk. Co to znaczy? nie rozumiem cię.
Rita (zajęta sobą). Szkoda go.