Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SCENA IV.
Sang. No cóż?
Anna. Po siódmej.
Klara. Wiedziałam o tem.
Sang. Rzeczywiście? — A dzieci?
Anna. Spały!
Sang. Spały?
Klara. Wiedziałam.
Anna. Eliasz leży w ubraniu. Położył się na łóżku tak jak jak był, zapewne aby nie zasnąć, tylko wypocząć; jednakowoż zasnął. Rachela spała z rękoma złożonemi pod kołdrą. Nic nie słyszała.
Sang. Za wiele od nich wymagałem.
Anna. Przecież one nie spały blisko dwadzieścia cztery godzin, to jest od czasu, jak się z niemi spotkałam.
Sang. Ale czego chciał Bóg, że mi dał właśnie dzisiaj taką siłę i taką pewność w duszy?
— (Odchodząc). Darujcie moje drogie — na chwilę. — Dlaczego dziś właśnie....



SCENA V.
Klara. Zbudziłaś je?
Anna. Naturalnie. — Wiesz, co w tem jest — jak myślę!....
Klara. Boże — tak! — I ja się o to lękam.
Anna. Ale co teraz począć?
Klara. Po darmo! Musiałabym ja sama to jakoś załagodzić. — Ach — już wczoraj dostrzegłam w ich oczach coś dziwnego. Teraz pojmuję.
Anna. Już nie mają wiary swego ojca.
Klara. Już nie mają wiary swego ojca. — Jak one musiały walczyć ze sobą, ile się nacierpieć — biedactwa! One, co kochają swego ojca i czczą go ponad wszystko w świecie!
Anna. Dlatego to siedziały wczoraj tak cicho.
Klara. I przejmowały się byle czem! Z tego powodu Rachel pisała po ciebie! Sama tu zostać nie miała odwagi.
Anna. Masz racyę. Jak one z tem musiały walczyć — nieprawdaż?
Klara. Biedne moje dzieci!
Anna. Eliasz idzie.