Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zerwać choć jeden z tych kwiatów. Ale za to przyniosłem ci coś innego.

Klara (która w czasie jego słów dawała znaki swej siostrze). Cóż takiego?
Sang. I ja spróbuję dzisiaj zwrócić twarz do słońca.
Klara. Co chcesz przez to powiedzieć mój drogi?
Sang. Nie masz mię wprawdzie za tak złego, abym mógł coś ukryć przed tobą — a jednak widzisz, że tak jest!
Klara. Spostrzegłam to nie od dzisiaj, że coś, coś —
Sang. Co? rzeczywiście spostrzegłaś? Bo tym razem to naprawdę zamilczałem całą sprawę przed tobą. Ale, widzisz, że nie zająłem się dotąd twoją chorobą tak, jak należy, to miało swoje przyczyny.
Klara. Cóż takiego?
Anna. Cóż to mogło być? Jak ją to poruszyło!
Sang. Zaraz wam powiem. — Przyszedłem z pomocą tylu ludziom, a jednak nie mogłem jej pomódz, bo nie umiałem dosyć zgodnie, dość gorąco modlić się z nią razem! Ona mi się sprzeciwia! A ja staję się bezsilny, jeżeli chory nie modli się wraz ze mną — oczywiście gdy może się modlić. Dlatego napisałem do dzieci aby przybyły; i wczoraj wieczór, kiedym je odprowadził na górę, powiedziałem im, dlaczego po nich pisałem. Niech się wpierw dobrze wyśpią, a potem pomogą mi modlić się u łoża matki!
Klara. Jakiś ty dobry! Jaki dobry!
Sang. Opleciemy cię łańcuchem naszych modłów. Jeden u nóg, drugi u wezgłowia a ja tuż przy tobie. I ustaniemy nie prędzej, aż nie zapadniesz w sen. Nie prędzej, tak jest. Nie prędzej! A potem znów ponowimy nasze modły, aż powstaniesz i znów chodzić będziesz między nami. Tak, tego chcemy, tego dokażemy!
Klara. Jakiś ty dobry!
Anna. I cóż dzieci na to?