Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anna. Ale dlaczegóż w takim razie nie uczynił cudu z tobą? Dlaczego ciebie nie uleczył już oddawna?
Klara. — — To ma swoje własne przyczyny.
Anna. Czy możesz mi je wyjawić?
Klara. Nie. — To jest, owszem. Ale później. — Proszę cię, otwórz znów okno; tu tak duszno. Więcej powietrza, Anno!
Anna. Jeźli chcesz, zaraz (otwierając górne okno).
Klara. Wkrótce powinien tu być z powrotem. Tak długo dziś bawi. Chciałabym już mieć kwiaty koło siebie. Po tym deszczu, musiały się bardzo rozwinąć. Wkrótce już siódma, tak, prawie siódma.
Anna (patrząc na swój zegarek). Tak, siódma.
Klara. Od czasu jak tu leżę, zawsze wiem, która godzina. — Świeże powietrze nie dochodzi tu do mnie. Pewnie wiatr ustał. — — Nie odpowiadasz mi?
Anna. Nie słyszałam, coś mówiła; nie mogę jeszcze ochłonąć ze zdziwienia.
Klara. Tak, to rzecz najdziwniejsza w naszym kraju, może w całym naszym czasie.
Anna. I cóż ludzie na to? Jak się na to lud zapatruje?
Klara. Przypuszczam, że gdzieindziej wywołałoby to dziesięć, sto razy większe wrażenie niż tu właśnie. Tu biorą to tak, jak gdyby tak być musiało.
Anna. Cud jest zawsze cudem, tak sądzę.
Klara. Tak, dla nas. Ale tu, w przyrodzie tego kraju leży coś, co wyzywa w nas jakiś żywioł nadnaturalny. Sama natura wychodzi tu poza zwykłe swoje granice. Prawie całą zimę mamy noc. Prawie całe lato mamy dzień; wówczas słońce stoi dzień i noc na horyzoncie. Widziałaś je kiedy w nocy? Napół owiane mgłą morza, pojawia się oczom naszym, trzykroć, prawie czterykroć większe niż zwykle. A teraz gra barw na niebie, na morzu,