Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przeklęte plemię! Za Judaszów paru,
Ociekających bratniej wzgardy śliną,
Za te bękarty zbrodni i pożaru,
Co krew narodu żłopały jak wino,
Za owych kilku, ziejących trucizną,
Wyklęci wszyscy: kupczyli ojczyzną!

O, królu! królu! Tacyż my zaprzańce?!
Tak serce w serce trędowaci zdradą?...
Żaliż nie bieglim na stracone szańce,
Kędy się trupy sinym wałem kładą
I, jako żóraw z wyciągniętą szyją,
Kul nie czekali, wołając: „Niech biją?!“

Niechaj mogiły pękną wskróś! niech one
Strasznym umarłych protestują krzykiem!
Niechaj się prochy zatrzęsą hańbione
I spopielałym przemówią językiem!
I niech ze krwawej dźwigną się pościeli
Z jękiem: „Narodzie! za co my ginęli?!“

Ty nas, ojczyzno, widziałaś na łanie,
Kędy rycerskie śmierć kosiła głowy,
Na ciał drgających okropnym kurhanie
W złotych płomieniach i krwi purpurowej,
I bohaterską chlubiących się blizną,
I konających widziałaś — ojczyzno!

A dziś — o matko — nad tułacza skronią
Urągająco szydzi kniej gęstwina!
I nie zwycięskie karabele dzwonią,
Jedno ta klątwa, co syny wyklina,
A bezecnikiem dzika trwoga miota
Nie mąk i śmierci! ale ślin i błota!