Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kto ich wie — huraganowy ogień na Paryż i stolica Francji legnie w gruzach?
Kto im zabroni zasypać miasta pociskami gazowemi — swoim Żółtym Krzyżem, który dusi i żre ciało do kości? Błękitnym, Zielonym Krzyżem, od których nie bronią żadne maski?
Jak zaopatrzyć całą ludność w ubrania nieprzenikliwe, w maski ochronne?
Może to tylko ostrzeżenie? Może nastąpi jakieś horrendalne ultimatum, godne Hunnów?
Uciekał, kto mógł. Dworce i przyległe ulice zapchane były tłumem rodzin bogatych, zamożnych i dostatnich, czekających swojej kolei i, pomimo surowej kontroli i wielkiego pogotowia policji, zrywających się do szturmu odchodzących pociągów. Ludzie ubodzy, ludzie przytwierdzeni do miejsca musem życiowym, zanim przywykli do nowego nieszczęścia i oswoili się z Grubą Bertą, przesiadywali po piwnicach, a nadewszystko uciekali z górnych pięter.
W szerokich masach ludności stolicy strach przed Bertą osłabiał wrażenie ofenzywy. Zresztą, wymierzona ona była wyłącznie przeciwko frontowi angielskiemu... Zresztą w komunikatach Wielkiej Kwatery, które ukazywały się po dwa razy dziennie, nie było jeszcze nic zatrważającego... Zresztą, Niemcy byli jeszcze daleko i parli wyraźnie na zachód... Zresztą po ulicach roiło się od żołnierzy amerykańskich, a gwiaździsto-pasiaste chorągwie powiewały wszędzie...