Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


może da się coś załatwić konkretnie, a jak nie, niech sobie przynajmniej pogadają, zjedzą razem obiad, stary się wyskarży, wysobaczy, ulży sobie, a głównodowodzącemu też nie zaszkodzi jak się trochę rozerwie, przecie się nawzajem lubią.
Od samego progu zaczęło się wesoło, jakby przyjechał w odwiedziny sąsiad do sąsiada na szczerej i dalekiej wsi nagadać się, zjeść sutą kolację i wypić parę butelek dobrego wina.
— Dobry wieczór, panie generale, przyjechali handlarze końmi, może nareszcie ubijemy interes?
— A gotówka, panie prezydencie?
— Dolary, czyste dolary, płaci Ameryka, ja jestem tylko pośrednikiem, zwyczajnym faktorem.
— Cóż robić, kiedy mnie samemu brak koni, żniwa, zwózka... Mogę odstąpić mego własnego wierzchowca i tę parę cugowych, razem trzy sztuki.
— Trzy konie?! I to jest coś, ale mnie trzeba piętnaście tysięcy...
— Piętnaście tysięcy koni?! Pan prezydent wyobraża sobie piętnaście tysięcy koni, zmasowanych na jednem miejscu, gdzieś w polu?
— Broń Boże, proszę ode mnie tego nie wymagać, całkiem sobie nie wyobrażam, ale generał Pershing inaczej nie ruszy pełną siłą.
— Niech sobie kupi gdzieindziej... A czemu nie przywiózł własnych?
— I przywiózł ze sobą, i nakupował gdzie mógł, nawet w Hiszpanji, ale trochę mu zabrakło.