Stara baśń/Tom I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Stara baśń
Podtytuł Powieść z IX wieku
Data wydania 1876
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



III.


Pomilczawszy chwilę, Wisz spojrzał na Niemca.
— Dostaliście się tu szczęśliwie — a daléj? dokąd myślicie?
— Dokąd? zwolna powtórzył, jakby niechcąc się z tém zdradzić co zamierzał, Hengo — dokąd? Ot — sam dobrze nie wiem. Wy tu na znacznéj przestrzeni sami ze swojemi siedzicie i panami jesteście... Ja, żem tu już raz się kiedyś zabłąkał, przywlókłem się i teraz. Daléj puszcza, iść choćby za rzeką obłąkać się łatwo, a na złych ludzi trafić gromadę — którzy z życiem nie puszczą. Po ladajakich chałupach w lesie tłuc się nie myślę, pożytku z tego mało... ale... toć téż gdzieś, nie opodal kneź wasz siedzi... Gdyby do jego grodu nad jeziorem nie było daleko... puściłbym się... Wisz brwiami siwemi ruszył, a ręką w prawo, nie mówiąc nic, pokazał.
— Jestże ci kneź... na grodzie nad jeziorem, a do niego w dzień niespełna stanąć łatwo. Kneź! kneź! powtórzył z przekąsem... Ten kneź już sobie prawa do wszystkiéj naszéj ziemi rości, po wszech kniejach poluje, a ze swemi zbrojnemi ludźmi czyni co chce... To srogi człek — jemu się w paszczę dostać, jak wilkowi głodnemu... a no, i na wilki ludzie sposoby mają.
Niemiec zmilczał.
— Wasz ci to kneź nie obcy, rzekł po chwili, trzeba przecie żeby naród miał głowę i wodza — a coby począł, gdyby go wróg naszedł?
— Niech nas od tego bogi bronią — mówił stary. — My to wiemy, póty naszéj woli, dopóki pokoju. Przyjdzie wojna, z nią iść musi niewola. A kto z wojny skorzysta? nie my, ino kneź nasz i jego słudzy. Nam wróg chaty popali, bydło zajmie, oni niewolnika nabiorą dla siebie i łupu. — Tyle z tego, że nam dzieci poginą; a kto padł w wojnie, temu i mogiły nie usypią, krucy ciała rozniosą.
I westchnął.
— Pan to jest mocny, ten co na grodzie siedzi? spytał Hengo.
— Bogi mocniejsze od niego — mruczał Wisz — a i gromada silną bywa... Ja nie wiem więcéj, dań mu daję jaką każe — i znać go nie chcę; ani jego, ani całego ich Leszków plemienia.
— Wyście u siebie panem — dorzucił pochlebiając Hengo.
— A pewnie — rzekł Wisz. — Gdybym nim tu nie miał być, toć są jeszcze ziemie puste, poszedłbym jak ojcowie chadzali z mojemi gdzie indziéj, gdzie wojna nie dochodzi i niewola. Zaorałbym nową granicę wołami czarnemi i siadł.
Jakiś półuśmieszek szyderski niemcowi się po ustach przesunął i dodał.
— Hejno — gdybyście mi rozpowiedzieli a ukazali drogę do Gopła, a do Stołba kneziowego — kto wie? powlókłbym się jeszcze... zobaczyć i tego świata trochę.
Gospodarz pomyślał nieco...
— Czemu nie! probujcie szczęścia — rzekł. — Z waszych tam już nie jeden bywał, nie jednego téż może znajdziecie. Kneź ma żonę z niemieckiego kraju, po niemiecku rad rządziłby nami.
Wstał stary z kamienia.
— Słońce nie zaszło jeszcze — macie dobre nogi? zapytał. Pójdziemy za las, na górę, zkąd świata widać nie mało... Z tamtąd wam drogę ukażę łatwo...
Chcecie za mną?
Niemiec, który łuk i procę zostawił we dworze, prawie będąc rozbrojony, zawahał się nieco.
— Tak? z rękami gołemi? spytał.
— Jam tu na mojéj ziemi — odparł stary obojętnie — mnie tu zwierz nawet szanuje. Innéj broni nie potrzebuję, dodał, róg wyjmując z zanadrza, nad tę jedną. Gdy się głos rozejdzie po lesie — zrozumieją.
Szli więc razem. Od strumienia lekko się podnosząc ku górze, zielona łąka wiodła ich ku lasom. Stary wśród zasieków znalazł przełaz i ścieżkę. Wprędce byli już wśród ciemnéj gęstwiny — a tu Wisz jak w domu, choć nigdzie śladu drogi żadnéj nie było, kierował się nie patrząc prawie. — Hengo drapał się za nim — milczeli idąc oba... Wzgórze nie zbyt wyniosłe, zwolna, nieznacznie wspinało się lasem okryte. W zaroślach ptastwa mnóstwo zlatywało z gałęzi, na których się już noclegować zabierało.
Zdawały się gniewne na starego gospodarza, że ich spokój zakłócił. — Mignęły sine skrzydła kraski, sroczka w białéj spódniczce podniosła się gdérząc, podlatując, przysiadając i zrywając się przed niemi, aby ich łajać, przeprowadzając daléj. Z pod drzewa, u którego czatował, mignął lis żółtym ogonem, zawinął się i znikł wsunąwszy do jamy. Na gałęziach pomykały wiewiórki, ledwie dojrzane, tak zwinnie skakały z jednego wierzchołka na drugi. Stary po drodze podnosił głowę ku barciom, bo ich tu pełno było na drzewach, reszta pszczół spóźnionych wracała z łąk, niosąc plon, cisnąc się do nich przed rosą, aby im skrzydła nie ociężały.
Szli tak coraz głębiéj, a Niemcowi nie nawykłemu do pieszéj wędrówki, za starym trudno było nadążyć. W tém las się rozstąpił, polanka trawą bujną zarosła, wierzch wzgórza okrywała. Wśród wielkiéj płaskiéj przestrzeni, wznosiła się sypana mogiła, z któréj widok rozlegał się na okolicę, jak oko sięgnąć mogło. Wspaniały był i wielki... Wisz stanąwszy tu i oglądając się po swéj ziemi, mógł się czuć panem. Hengo spojrzawszy na niezmierną przestrzeń u nóg swoich rozłożoną, stanął zdumiony i widocznie rozradowany. Dolina, którą mieli u stóp swoich, była w większéj części lasami okrytą. Zachodzące słońce jaskrawym blaskiem ją oblewało, promienie czepiały się wierzchołków drzew, gdzieniegdzie w złotych odbijających jeziorach i przeglądających między drzewy i łąkami, rzek wstęgach.
Patrząc nań z góry, rzekłbyś, że cały kraj ten, cały świat, zarastała puszcza jedna, szeroka jak morze i jak morskie równiny siniejąca w oddaleniu. Jak fale téż kołysały się bliższych drzew wierzchołki. Wśród téj ciemnéj zieleni jodeł i sosen, gdzieniegdzie młodych złocistych lip i brzóz i majowych łąk zieloność się przebijała. Daléj, ściśnięte drzewa już oku nic widzieć nie dopuszczały nad wierzchołki, nad które mało starszych samotnie strzelało ku górze. Głuchy szum zaledwie chwytało ucho... W dwóch tylko miejscach sinego dymu słupy wznosiły się ku górze, nie zgięte żadnym wiatru powiewem... Na widnokręgu pasami długiemi rozścielały się do snu mgły wieczorne.
Wisz wskazał Niemcowi w prawą stronę.
— Tam... w końcu dnia z końmi waszemi dostaniecie się łatwo. Trzymajcie się ciągle rzeki, a minąwszy do niéj wpadające strumienie, szukajcie brodu i przejedźcie na drugą stronę.
Chciał mówić daléj, gdy ucho jego, do chwytania i rozumienia najmniejszego szelestu nawykłe — coś zdala uderzyło. Zatrzymał się, głowę spuścił i słuchał.
I Hengo téż w dolinie pochwycił jakiś oddalony tentent głuchy, który się zdawał przybliżać. Wiszowi twarz się zachmurzyła, ręką pokazał na kierunek i spytał.
— Rozumiecie? — a teraz — dodał, chodźmy — boję się, czyśmy wilka nie wywołali z lasu. — Tentent słyszę... Jeżeli jedzie kto, to chyba kneziowscy słudzy, utrapiona zgraja, która nigdy z próżnemi nie odchodzi rękami. — Smerdowie jego i posłańcy... Po co? Wiedzą chyba oni sami. — Dokąd? Nigdzie jak do Wisza, u którego miód stary stoi...
Stary poruszył się z żywością prawie młodzieńczą, i nie patrząc już prawie na Niemca, posunął się tąż samą drogą w dół, którą na górę wchodzili. Lecz teraz pędził żywiéj i przesunąwszy się przez las — z po za ostatnich drzew ujrzeli rychło zieloną łąkę, a na niéj, brzegiem rzeki posuwających się pięciu konnych, na których Hengo ciekawe zwrócił oczy.
Przodem jechał dowódzca, parami za nim czterej inni... łatwo w pierwszym poznać było starszego, koń pod nim roślejszy i pokaźniejszy ubiór, odznaczał kneziowego sługę. Był to barczysty chłop, z włosami długiemi, które mu gruby kark okrywały. Na głowie miał czapkę ze stérczącém przy niéj piórem białém. Odzież na nim z sukna jasnego, obszycie miała czerwone, u boku miecz stérczał w pochwie, na plecach łuk nad głowę się podnosił i łubiany wór na strzały.
Jadący za nim w rękach trzymali toporki, zbrojni téż w łuki i proce, obwieszani sakwami... Wisz zobaczywszy jeźdzców, jak noc się zachmurzył — porwał róg z za koszuli i trzy razy prędko raz po razu zatrąbił, do chaty znać oznajmując o nadjeżdżających.
Gdy głos ten się dał słyszeć, jezdni na koniach poruszyli się żywiéj, i pierwszy z nich obejrzał do koła, szukając sprawcy... mógł już z brzegu rzeki, nad którą jechał, zobaczyć Wisza, a ten téż niezwłocznie pospieszył na przełaj, ku niemiłym gościom.
— Ej! gadziny przeklęte! — mruknął idąc, — smoki nienasycone... Smerda pański — bodaj ich razem obu pioruny ze skóry darły! — Odwrócił się do Niemca. — Wam to na rękę, bo was pewnie i wasze sakwy ze sobą chętnie zabiorą — ale mnie. Hengo nie okazywał twarzą wcale, czy był rad lub nie spotkaniu.
— Juścić — rzekł — gdyby co złego groziło, prawa gościności bronić mnie każą.
— Jeżeli ja sam siebie od nich obronię — mruknął Wisz... Pięciu ich, nie tak to straszna rzecz, moi chłopcy powiązaliby ich na skinienie, ale u Stołba znajdzie się ich dziesięć razy tyle, gdyby się mścić chcieli. Szli co prędzéj ku zagrodzie.
Smerda kneziowski, jadący przodem, konia zatrzymał, starego poznawszy, lub się domyślając gospodarza. On i jego towarzysze mniéj się mu jednak niż Niemcowi przypatrywali. Czuli w nim obcego, a obcy dla nich zawsze był dobrym obłowem...
Gdy podeszli, starzec się Smerdzie pokłonił, chociaż ten mu nie myślał oddać powitania. — Skłonił się i Hengo, ale mu twarz pobladła, czuł, że chciwe oczy wszystkich na niego się skierowały.
— Kogóż to z sobą prowadzicie, stary? wołał Smerda. — Obcy? zkąd? Czteréj jezdni wnet go obstąpili do koła.
— Z nad Łaby jestem, przekupień, człek spokojny — nie obcy... rzekł nabierając śmiałości trochę Hengo — nie obcy — bom tu nieraz bywał z towarem... wszędy mnie swobodnie przepuszczano...
— Znamy my tych ludzi spokojnych! krzyknął śmiejąc się Smerda — znamy... Kto wie na co wypatrujecie drogi po kraju, szukacie brodów po rzekach, zaciosujecie znaki po drzewach... aby potém poprowadzić...
— Spokojny człek — odezwał się Wisz powoli — dajcie mu pokój, chléb z nim łamałem.
— A mnie co do tego? zawołał Smerda gniewnie. Kneź surowo zakazuje, aby się tu obcy po kraju nie wałęsali. — Pójdzie z nami.
— Pojadę z wami po dobréj woli, miłościwy panie — rzekł szybko Hengo — a gdy na twarz padnę przed kneziem, łaskę u niego zyszczę, bo pan jest sprawiedliwy... Jam samowtór z chłopięciem... i — cóż ja złego zrobić mogę?
— Związać mu ręce — krzyknął Smerda... a no — zobaczemy!
Gdy to mówił, dwóch pachołków skoczyło z koni, aby rozkaz jego wykonać. Smerda skierował się ku zagrodzie.
Stali tu już parobcy i synowie, stała we drzwiach stara Jaga, z równie starą sługą — żadnéj z młodszych niewiast widać nie było.
Na znak dany przez ojca, wszystkie się ukryły po kątach i zbiegły do lasu, aby się z obcemi ludźmi zuchwałemi nie spotykać. Wyjaśniła się téż twarz Wisza, gdy w podwórku ani córek, ani synowéj żadnéj nie zobaczył.
Smerda zlazł z konia u wrót, ludzie jego także, dwu z nich poprowadziło Henga z sobą, wydrwiwając się z niego, popychając i bijąc. Ręce już miał w tył związane sznurem, którego koniec trzymał jeden z pachołków. Konie poszły do szopy, ludzie wprost kroczyli do dworu. Tu Jaga pokłonami ich witając, zapraszała. Wisz stary szedł zamyślony i chmurny. Zaszumiało wnet w izbie, gdy obcy się do niéj wcisnęli. Smerda padł na ławę, pierwsze gospodarskie zajmując miejsce. Wołali już piwa i miodu, które zaraz niesiono, aby sobie gardła zalali. Gospodarz nic nie mówiąc zdala zajął miejsce na ławie.
— No — stary gospodarzu — ozwał się Smerda, wy to już wiedzieć powinniście z czém my jedziemy... Należy kneziowi dań...
— A dawnoście ją brali? mruknął stary.
— Myślicie się rachować z nami? Kmieć z kneziem? rozśmiał się Smerda.
— Kmieć z kneziem, bo ja tu na téj ziemi kneziem jestem, mówił Wisz. Ze skóry nas drzecie pod pozorem obrony.
Smerda chciał się śmiać, ale popatrzywszy na starego, rychło mu ochota odeszła, spowolniał jakoś.
— Pijcie i niech wam tak będzie na zdrowie jako życzę — dodał stary, a potém o sprawie.
Kneziowski sługa pomyślawszy, stał się łagodniejszym, czerpakiem piwa z cebra nabrawszy, począł je chciwie żłopać. Towarzysze téż jego garnuszkami czerpać jęli, aby ugasić pragnienie. Hengo związany stał u progu. Chwilę trwało przerywane chlipaniem milczenie. Smerda wąsy otarł i zwrócił się do Niemca.
— Gdzie twoje konie i sakwy.
— Znajdą się jutro razem ze mną przed kneziem — rzekł Hengo — proszę was, w pokoju mnie zostawcie.
— Zrobię z tobą co chcę! krzyknął Smerda.
Wisz chciał bronić obcego, gdy Hengo z rękami związanemi za sobą sznur wlokąc, szybko podszedł do siedzącego na ławie Smerdy, przysunął mu się do ucha, zasłonił dłonią i żywo, długo coś mu szeptać począł. Z twarzy nie widać mu było przestrachu... Gdy mówił, zwolna lice kneziowskiego sługi, mieniło się, marszczyło, rozjaśniało. Popatrzał z ukosa na Niemca, głową potrząsnął i rzekł do swoich ludzi:
— Rozwiązać mu ręce — pojedzie jutro z nami, na grodzie się z nim rozprawi.
Uwolniony tak cudownie od sznurów, które mu ręce krępowały, Hengo ze spuszczoną głową, usiadł w kącie. Smerda już co innego mając na myśli, zwrócił się do staréj Jagi.
— Matko stara — zawołał — a gdzież to niewiastki i córki wasze? Radzibyśmy na nie popatrzyli, gładkie mają liczka.
— I dla tego wam ich nie pokażą — wtrącił gospodarz. Co wam do nich?
A Jaga dodała:
— Nie ma ich od rana. Poszły w las wszystkie za grzybami, za rydzami, chyba i na noc nie powrócą.
— W las! zaśmiał się Smerda, któremu zawtórowały śmiechy jego towarzyszów, piwem rozochoconych. Oj! szkodaż to szkoda, żeśmy ich po drodze nie spotkali. Byłoby się z kim zabawić, choćby i do jutra.
Wisz spojrzał z ukosa na mówiącego, któremu śmiech zamarł na ustach.
— Przy takiéj zabawie — rzekł Wisz — jakby was ojciec i bracia zastali, moglibyście i na wieki w lesie pozostać, a nigdy z niego nie wrócić. — Wilcy z krukami tylkoby o was wiedzieli.
Cicho, ponuro wymówił te słowa. — Smerda je usłyszał i zachmurzył się. Drudzy znowu około kadzi z piwem chodzili, i on téż milcząc, do niéj powrócił. Tymczasem, na dany znak, synowie Wisza podeszli do rozmowy, podsunęła się i Jaga, a Wisz zwolna poszedł naprzód ku ognisku, potém od niego ku drzwiom, gdzie się z wiadra wody napił. — Tu nieopodal rozwiązany siedział Hengo, gospodarz dał mu znak, i wyszli razem do sieni.
Nic nie mówiąc, stary ręką ukazał Niemcowi na drzwi i wrota — dając do zrozumienia, by uchodził, lecz Niemiec — obejrzawszy się, szepnął mu do ucha.
— Ja się ich nie boję, nic mi nie zrobią — dostanę się z niemi do knezia. Towaru tylko nie wezmę z sobą wszystkiego — by darmo się nie wozić z ciężarem.
Wisz popatrzał nań zdziwiony.
— Dla czegóż uchodzić nie chcesz? — Z pod mojego dachu na co ma cię spotkać nieszczęście?
Hengo uśmiechnął się chytrze, głową potrząsając.
— Nie boję się — nic mi nie zrobią... wykupię się im, bądźcie spokojni, tylko wam jedną sakwę zostawię.
Milczeniem gospodarz zgodził się na to, a Niemiec wysunął zaraz ku szopie, zkąd parobek wyniósł po chwili sakwę, którą w komorze ukryto. Hengo podziękowawszy gospodarzowi, wrócił do izby i siadł znowu w swoim kącie, nim postrzeżono, że go nie stało.
W izbie gwar był i śmiechy.
Smerda orzeźwiał téż po piwie, ze starą babą żarty strojąc, a towarzysze mu rozgłośnym śmiechem wtórowali. Trwało to aż do nocy, wniesiono łuczywo suche, którego drzazgi między kamienie wetknięte, zapalono, aby izbę oświecały.
Zobaczywszy światło, Smerda się dopiéro obejrzał za gospodarzem do koła.
— Gdzież gospodarz? zawołał.
Wisz stał u progu chaty — trąciła go Jaga, niechętnie się zawlókł do środka. Ludzie mu widocznie nie w smak byli. Zobaczywszy starca, Smerda wstał idąc ku niemu, skinął i na podwórze z sobą prowadził.
— Od knezia jadę do was i do drugich kmieci i żupanów — rzekł — kneź was pozdrawia uprzejmie. Stary skłonił głowę i po siwych włosach powiódł zafrasowany pomarszczoną dłonią.
— Pozdrowienie łaskawe — rzekł — a no, na tém nie koniec. Kiedy zdrowia życzy, pewnie czego żąda, inaczéj by o kmieciu nie wspomniał.
Smerda brwiami ruszył.
— Ludzi nam bardzo, bardzo brak — rzekł — jednego ze swoich dać musicie do kneziowskiéj drużyny. Wszak ci to ona was i ziemi broni.
— Cóż to? na wojnę myślicie? — rzekł Wisz.
— My jéj niewydamy nikomu, ale na grodzie ludzie muszą być pogotowiu — do obrony — mówił Smerda. Dwóch nam zmarło z zarazy, jednego zwierz rozdarł w lesie, a kneź téż ubił jednego, trzeba nam ludzi... U nas się źle nie dzieje... Głodu nie mają, jedzą razem ze psy kneziowskiemi, a po całych dniach na brzuchach się wylegają. I piwa się im nie skąpi. Przyjdzie wyprawa, z łupu się co dostanie.
— Albo się pójdzie w niewolę — dodał Wisz.
— Jeżeli nie dwu, jednego musicie dać — zakończył Smerda.
— A jak żadnego? — zapytał Wisz.
Smerda się zamyślił.
— To was na sznurze powlokę do grodu — rzekł Smerda.
— Chociem kmieć wolny? — spytał gospodarz spokojnie.
— Mnie co do tego! Kneź przykazał.
— Tak — tak! zawołał Wisz zadumany patrząc w ziemię... Wziął się obyczaj taki. Patrzcie tylko, żeby was kiedy kmiecie na postronkach nie ciągnęli, jak się im naprzykrzy.
Zmilczał posłaniec...
— Nie przeciwcie się — szepnął po cichu... Kneź temi dniami zły bardzo... przez sen, gdy w podsieni zadrzemie, zgrzyta zębami i jak wilk człapie. Na kmieciów się odgraża bardzo. Zamiast dwu, dajcie mi jednego człowieka — i skórę na kożuch, bo mi się mój dobry podarł na usługach.
Zamyślony stał gospodarz długo w podwórzu, skinął potém na Smerdę by z nim szedł, wrócili do chaty. Na ławie siadł stary, kij między nogi wziąwszy, sparł ręce na nim i po chłopcach swoich poglądał, jakby szukał ofiary.
— Hej — Sambor — odezwał się do stojącego z tyłu za gromadką, śmiejącego się z dworakami chłopaka. Sambor — chodź tu!
Przywołany tém imieniem parobczak, wyprostował się i podszedł.
— Tobie w polu nie bardzo się chce robić — a koło domu téż nie lepiéj, rzekł do niego, więcéj leżysz i śpiewasz niż pracujesz... Ty byś się zdał do lekkiego chleba, przypasawszy mieczyk drugich ganiać i piórko za czapkę wetknąwszy, popisywać się z urodą. — Ty na kneziowski dwór pójdziesz z ochotą?
Nagle zagadnięty parobczak, choć mu się niedawno twarz śmiała, posmutniał nagle. Oczyma niespokojnemi potoczył dokoła — zobaczył jak mu się Smerda przypatrywał ciekawie, ogarnęła go trwoga i padł przed starym na kolana.
— Ej! ojcze panie — po cóż mnie w niewolę dajecie? krzyknął.
— Co za niewola — przerwał Smerda — będziesz wojakiem. U knezia lepiéj niż tu, a jak się spodobasz panu, kto wie co będzie z ciebie. Wisz po schylonéj jego głowie ręką pogładził.
— Musi jeden iść za wszystkich... rzekł, na ciebie koléj — Sambor.
Stara Jaga, opodal stojąca, ręce załamała, bo, choć parobczak synem jéj nie był, ale się w chacie wychował i jak dziecko własne go kochano...
Drudzy parobcy tém oznajmieniem strwożeni, cofnęli się w głąb — opuściła ich wesołość. A tuż i Smerda, dłoń szeroką na ramię Samborowi położył, jakby go brał w posiadanie.
— Pójdziesz z nami — rzekł.
Podniósłszy oczy, parobczak spotkał wejrzenie Wisza, skierowane ku niemu — które doń coś mówiło, coś, co oni tylko dwaj rozumieli.
Sambor się uspokoił i wstał, smutny jeszcze, ale milczący, nie narzekając już na losy swoje.
Ktoby się wsłuchał był w głosy, które wewnątrz chaty się ozwały, gdy Jaga wyszła, załamawszy ręce — domyśliłby się, że tam niewiasty za Samborem zawodzić musiały. Nikt jednak nie śmiał ozwać się głośniéj, aby obcy nieposłyszeli głosów niewieścich i niedomyślili, że się od nich pochowały. Dano jeść przybyłemu Smerdzie i ludziom jego, a piwo z cebrów dokończywszy, wszyscy poszli do spoczynku. Wisz ich zaprowadził do obszernéj szopy, na siano. Obok niéj stały konie niemieckie. Niemca téż puszczono, nie bardzo się troszcząc o niego — i szedł przy nich nocować.
Gospodarz z Samborem, sami pozostali w podwórku. Chłopak chciał zacząć rozmowę, gdy stary dał mu znak, aby z nim za wrota szedł, i wywiódł go nad rzekę. Księżyc wschodził nad lasami. Siadł stary, milcząc długo. Słowiki tylko krzyczały...
— Nie płacz ty i nie narzekaj — począł po cichu Wisz... nikt nie wie, gdzie go jaka dola czeka. Chcieli wziąć jednego z was, a ja bym i sam im dał... bo mi tak było potrzeba... I nie tylko mnie, ale i drugim.
— Za cóż ja idę? nieśmiało spytał Sambor.
— Boś ty rozumniejszy od drugich — mówił stary — bo masz oczy i język — bo więcéj nas kochasz niż drudzy, bo ja tobie ufam i miłuję cię. Jesteś obcy a mam cię za syna. Posłałbym syna... oni oba ziemianie i rolniki i myśliwce i bartniki... a ty śpiewać lubisz, ale myśleć umiesz. — Zatrzymał się trochę, wsłuchując się w wieczorną ciszę — a potém mówił daléj głos zniżając.
— Słuchaj Sambor — ja ciebie nie na zgubę ślę, ale z potrzeby. Wielkie się u nas rzeczy gotują, kneziowie nas za łby chcą wziąć, postrzydz w niewolniki i Niemców z nas porobić. Z Niemcami się znoszą... Nam dojadło to... My nic nie wiemy co oni tam robią, aż nam na szyję więzy spadną. Ty idź, patrzaj, słuchaj, nastaw uszy. Musimy wiedzieć co się u nich dzieje. Po to ja tam ciebie ślę... Usta zamknij, oczy otwórz, posłuszny bądź... kłaniaj się nizko... a o nas nie zapominaj.
Czasem tam kto z blizniakami przyjdzie, z pokłonem... powiecie mu co posłyszycie.
Przyszedł czas... przyszedł czas... albo Leszki nas spętają, albo my ich wyżeniem i wydusim.
A no — st! st!
Stary palce położył na ustach. Sambor przystąpił doń i objął za kolana.
— A! rzekł, iść między obcych, porzucić was, ciężka to dola. Myślałem — z wami poczęło się życie i przy was skończy.
Wisz przerwał mu.
— Nie na wieczność tam idziesz — rzekł cicho, jak będzie pora, skiniemy na cię — powrócisz... Nauczysz się tam wiele, napatrzysz, dowiesz, bo cię się strzedz nie będą. Na Kupałę, na koladę do mnie ci pozwolą... a od Stołba do nas nie kraj świata!
I pogłaskał go po głowie... ale Samborowi, mimo tych obietnic, ciężko na sercu było.
— Mój ojcze — szeptał tęskno — co ty każesz ja muszę. Alem ja tu tak, jak wolny był, tam idę na pęta i pod grozę. U was my wszyscy dziećmi, tam wszyscy niewolnikami. Gorzki to chléb co go w pętach jeść potrzeba.
Wisz jakby skarg tych słuchać nie chciał, nie odpowiedział na nie.
— Patrz a ucz się — powtarzał — zapamiętaj wszystko. Nam się ztamtąd wszystkim niewola gotuje, jeśli o sobie nie pomyślemy. A kto z nas wie, co się w tém wilczym dole praży i smaży? Żaden z kmieciów nié ma tam swojego. Ja tam twoje oczy posyłam za moje. Kneź — sroga bestja, ale pokłony lubi, bij mu je, zyszczesz łaski, nie będą się taić przed tobą. Piją a po pijanemu wygadają co u trzeźwego na myśli.
Stary szeptał coraz ciszéj, kiedy niekiedy chłopaka bijąc po ramieniu... ten stał z głową zwieszoną, zachmurzony, księżyc już się był podniósł w górę i świecił w rzece odbity, gdy po długiéj rozmowie się rozeszli. Sambor jak wkuty na podwórku pozostał, oparty o wrota. Psy przyszły mu się łasić do ręki, pogłaskał je. Słuchał śpiewu słowików i klekotania żab, i hukania bąka na błotach, jakby chciał sobie w pamięć wrazić tę muzykę nocną puszczy, którą nierychło znowu usłyszeć się spodziewał.
Sen go nie brał — siadł na kłodzie i przesiedział noc całą do dnia.
Już się we dworze niewiasty ruszać zaczęły, gdy parobczak poszedł obchodząc zagrodę ku tylnym wrotom, jakby się tam kogo spotkać spodziewał.
Jaga wyszła naprzód i pospieszyła ku niemu.
— Samborze, mój miły — nie trwóż się i nie tęsknij — powrócisz. Ale sama łzę fartuchem otarła. W tém przez drzwi wpół otwarte pokazała się Dziwa, która w rękach trzymając kosy, zadumana plotła je powoli. Spojrzała na chłopaka i smutnie mu się uśmiechnęła.
— Co ty tak stoisz ponury? rzekła powoli głosem jakimś spokojnym a jak śpiew przeciągłym — co tobie? Nie wstydże ci mieć strach w sercu? a łzy w oczach? Nie każdemu dano siedzieć w chacie i spoczywać, różne losy, różne dole. Dobréj myśli bądź! Czasem ja widzę, widzę daleko, widzę jasno, czasem ja jutro odgadnę... Nie smuć się Sambor. Złego ci się nic nie stanie.
— Szkoda mi was porzucić — rzekł chłopak... a tęskno będzie.
— I nam za wami! rzekła Jaga.
— Nam za wami! powtórzyła Dziwa, a no, wy do nas wrócicie.
— Kiedy? zapytał Sambor.
Dziwa puściła z rąk włosy, oczy utopiła w ziemię, cała jéj postać przybrała uroczysty wyraz, i poczęła mówić zwolna, niepatrząc na chłopca.
— Wrócicie, wrócicie, gdy nad Gopłem łuna stanie, trupy spłyną po jeziorze... Kneź stary z lasu wyjedzie, nowe przyjdzie panowanie, gdy popioły wiatr rozwieje, kiedy krucy się nasycą, kiedy bartnik zbierze pszczoły. Kiedy zrąb nowy postawią nad Lednicą u jeziora. Powrócicie, zdrowi cali... z jasnym mieczem, z jasném czołem.
Coraz ciszéj mówiąc, zamilkła, podniosła oczy na stojącego przed sobą Sambora i rękami obiema śląc mu pożegnanie, z uśmiechem, jakby oprzytomniona nagle, chwyciła rozpuszczone kosy, wbiegła do chaty i drzwi zatrzasnęła za sobą.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.