Stara baśń/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Stara baśń
Podtytuł Powieść z IX wieku
Data wydania 1876
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
J......e  K........e..

Z powinszowaniem Nowego Roku

przesyła

AUTOR.

D. 1 Stycznia 1876.
Drezno.




I.


Poranek wiosenny świtał nad czarną lasów ławą, otaczającą widnokrąg dokoła. W powietrzu czuć było woń liści i traw młodych zlanych rosą, świeżo w ciągu kilku takich poranków, z nabrzmiałych pączków rozwitych. Nad strumieniami wezbranemi jeszcze resztką wiosennéj powodzi, złociły się łotocie, jak bogate szycie na zielonym kobiercu. Wschód słońca poprzedzała uroczysta cisza — tylko ptastwo zaczynało budzić się w gałęziach i niespokojnie zrywało się z noclegów... Już słychać było świergot i świsty i nawoływania drobnéj drużyny. Wysoko pod chmurami płynął orzeł siwy, kołując i upatrując pastwy na ziemi. Zawiesił się czasem w powietrzu i stał nieruchomy, a potém daléj majestatycznie żeglował... W borze coś zaszeleściało i umilkło... Stado dzikich kóz wyjrzało z gąszczy na polankę... popatrzało czarnemi oczyma i pierzchnęło... Zatętniało za nimi — cicho znowu.
Z drugiéj strony słychać łamiące się gałęzie, zaszełeściał łoś rogaty — wyjrzał, podniósł głowę, powietrza pociągnął chrapami — zadumał się, potarł rogami po grzbiecie i zwolna poszedł w las nazad... I znowu słychać było łom gałęzi i ciężkie stąpanie.
Z pod gęstych łóz zaświeciło oczów dwoje — wilk ciekawie rozglądał się po okolicy... tuż po za nim, położywszy uszy pierzchnął przelękły zając, skoczył parę razy i przycupnął.
I milczenie było, tylko zdala ozwała się poranna muzyka lasów... Trąciło o nie skrzydło wiosennego powiewu i gałęzie grać zaczęły... Każde drzewo grało inaczéj, a ucho mieszkańca puszcz rozeznać mogło szmer brzozy z listki młodemi, drżenie osiczyny bojaźliwe, skrzypienie dębów suchych, szum sosen i żałośliwe jodeł szelesty.
Szedł wiater stąpając po wierzchołkach puszczy, i głośniéj coraz odpowiadały mu bory, coraz bliżéj, silniéj coraz muzyka grała pieśnią poranną.
Po nad lasy płynęły zarumienione chmury, jak dziewczęta które się ze snu zerwały, zbudzone i uciekały czując że obcy pan nadchodzi. Szare z razu niebo błękitniało u góry, pozłacało się u dołu; obłoczki białe jak z rąbku obsłonki pościeli, rozwiewał wiatr po lazurach. Słońce strzeliło promieniami ku górze... noc uciekała. Widać było ostatki cieniów i mroków roztapiające się w dnia blasku. Nad strumieniami i łąkami, jak dymy ofiarne, zakipiały pary przejrzyste, ulatując zwolna ku niebu i ginąc w powietrzu. Ukośne promienie słońca ciekawie zaglądały w głębiny, śledząc, co się przez noc rozrosło, zazieleniało, wykwitło.
Razem z szumem lasu, zawtórował chór ptaków — wszczął się gwar wielki... ożyły w świetle łąki, zarośla, puszcze i powietrzne szlaki — wracało życie.
W promieniach wirowały, zwijały się, kręciły niespokojne skrzydlate dzieci powietrza ... coś szczebiocąc do siebie, do chmur i do lasów.
Kukułki odezwały się zdala, dzięcioły kowale już kuły drzewa.
Był dzień...
U skraju lasu, nad rzeką leniwą, która go przerzynała, wśród gęstych drzew, gdzie cień schował się jeszcze, widać było kupkę gałęzi, niby szałas na prędce sklecony; kilka kołków wbitych w ziemię, a na nich nacięte konary jodłowe... Obok, tuż, było wygasłe ognisko, spopielałe i kilka w niém niedopalonych głowni. — Poniżéj w zielonych bujnych trawach, na sznurach do kołów poprzywiązywanych, pasły się dwa małe, grube, gęstym i najeżonym jeszcze zimowym włosem okryte konie.
Szelest jakiś w lesie znać je nastraszył, poznały nieprzyjaciela, nastawiły uszy, rozdęły chrapy, zaczęły niecierpliwie nogami kopać ziemię, jeden z nich zarżał, a echo po lesie poniosło ten dziki głos... który się rozległ i powtórzył słabiéj za łąką...
Z szałasu pokazała się głowa cała włosami okryta długiemi — zarosła rudo; dwoje oczów ciemnych skierowało się naprzód ku koniom, potém ku niebu, ruch się dał słyszeć pod gałęziami. Wkrótce potém rozgarniając je, wydobył się z pod nich człowiek słusznego wzrostu, krępy i barczysty. Długiém leżeniem i snem skostniałe wyciągnął członki, ziewnął, strząsnął się — popatrzał na niebo potém na konie... te zobaczywszy go, zwolna zaczęły się zbliżać ku niemu. Nadstawił uszu bacznie. Nic słychać nie było... prócz szumu lasu, śpiewu ptastwa, mruku strumienia.
Człowiek wyglądał dziko, włos bujny, poplątany spływał mu kudłami na barki i osłaniał nizkie czoło, tak, że oczy wprost z pod nich patrzały. Reszta twarzy także była zarosła, ledwie część policzków, zarumienionych snem i chłodem, dobywała się z pod wąsów i brody — wśród których ust prawie znać nie było. Sukienna, wełniana, gruba odzież brunatnego koloru, okrywała mu ramiona, pod szyją spięta na guz i pętlę. Nogi miał téż suknem i skórą poobkręcane, a stopy obwite nią i pasane sznurami. Z pod rękawów sukni krótkich, dobywały się ręce silne, włosem okryte i opalone. Twarz miała wyraz przebiegły, na pół zwierzęcy, pół człowieczy, zuchwały razem i ostrożny... oczy biegały żywo... Ruchy ciała zręczne i silne, nie dawały wieku odgadnąć, choć młodość już pozostawił za sobą.
Postawszy chwilę, mężczyzna wrócił ku szałasowi i nogą silnie kopnął w ścianę jego, nie mówiąc słowa. Poruszyło się coś żywo za gałęźmi, i wnet z pod nich wypełzło chłopię, wydobyło się z za liści — zerwało rzeźko na nogi... Wyrostek mógł mieć lat z piętnaście, krzepki był i nieco do starego podobny. Twarz mu jeszcze nie porastała, włosy miał krótko ucięte, odzież grubą a wyszarganą, z sukna i płóciennych chust złożoną. Na nogi wstawszy, oczy przetarł kułakami, ledwie miał czas resztę snu z powiek opędzić; gdy starszego głos chropawy, w mowie dziwnéj, obcéj, któréj na téj ziemi nikt, oprócz nich dwu nie rozumiał, zawołał:
— Gerda — do koni! słońce weszło... Usłyszawszy ten rozkaz, poparty lekkiém potrąceniem w plecy, chłopiec zbiegł ku koniom, odwiązał sznury, skoczył na grzbiet z nich jednemu, i poprowadził je o kilka kroków daléj, gdzie trochę piasczystego, suchego brzegu, do wody przystęp dawało. Na piasku widać téż było ślady kopyt koni, które już tam wprzódy napoju szukały. — Konie zaczęły pić chciwie. Chłopię siedzące na jednym, ziéwało, z ukosa poglądając ku staremu, który około szałasu się krzątał, mrucząc coś sam do siebie.
Byłali to poranna modlitwa?
Naostatek konie napojone, podniosły głowy, i jak zadumane, słuchały lasów szumu, chłopak je sznurem pognał ku szałasowi. Tu już nagotowane leżały, suknem i skórką poobwijane juki, które starszy począł na konie zarzucać i przywiązywać. Milczący pomagał mu wyrostek. Na grzbiety koniom zawieszono sukno grube i skóry... Gdy wszystko było w pogotowiu, stary wlazł jeszcze pod szałas, i po chwili wyszedł z niego uzbrojony. U pasa miał siekierkę jak młot grubą, krótki nóż w pochwie skórzanéj, na plecach łuk, przez drugie ramię procę, i krótką pałkę drewnianą krzemieniem nabijaną, którą przed sobą uczepił na koniu. Chłopak téż ściągnął swój oręż z ziemi, nóż do pasa i siekierkę, którą do ręki wziął, lekko na grzbiet konia wskakując... Starszy się jeszcze obejrzał na noclegowisko, patrząc czy czego nie zapomniał na niém, rękami popróbował sakiew na grzbiecie powiązanych, i konia swego pod kłodę poprowadziwszy, skoczył nań zręcznie. Już mieli ruszyć z miejsca i starszy się rozglądał, aby wybrać drogę, gdy z gęstwiny, naprzeciw, rozgartując ostrożnie leszczynę i kaliny, niepostrzeżona, po cichu wysunęła się głowa ludzka.
Ciekawie, z razu z jakąś obawą, dwoje oczu jasnych, przypatrywało się podróżnym. Z za gałęzi widać tylko było włos płowy co je otaczał, młodą twarz ledwie zarostem pokrytą, białe zęby w ustach, na pół podziwieniem otwartych...
Podróżny tymczasem ku słońcu poglądał i na bieg rzeki...
Po nad jéj brzegami, drogi żadnéj śladu widać nie było. Zdawał się chcieć upewnić, czy ma ją przebrnąć, czy z nią, czy przeciwko niéj się puścić. Konie rwały się już do pochodu niecierpliwe, obrócone na wschód łbami — starszy pomyślał trochę, oczyma łąkę zmierzył, trzęsawiska i bór, potém zwrócił się na piasczyste wybrzeże, kędy konie pojono. Tu stanąwszy, myślał pewnie czy bród znajdzie, bo oczy utopił w wodzie, jakby mierzył jéj głębinę. Byłby teraz i tę głowę mógł dojrzeć w krzakach co go szpiegowała — ale się ostrożnie schowała, tylko gałązki opadły i drżały. Powoli konie wchodziły w wodę, która tu nie była grzązką ni głęboką, zanurzyły się po brzuchy, zdawało się że popłyną, ale tuż się znalazła ława piasczysta i oto już — brzeg drugi... Oba podróżni wylądowali szczęśliwie, ledwie pomoczywszy nogi.
Drugim brzegiem wyższym nieco i suchszym, wygodniéj kroczyć było, choć tuż, tuż, za gęstwiną coś szeleściało dziwnie... Zwierz spłoszony, myślał podróżny.
Naokół oprócz noclegowiska śladu człowieka niedostrzegło oko, bór jak go stworzył Bóg, ku niebu wyrosły bujno, pnie grube jak słupy proste, oschłe z gałęzi od dołu, u góry w zielone wieńce ubrane. Gdzieniegdzie zwalona burzą kłoda, na pół przegniła, pół z kory opadła, pogięte od wichru wyrostki i poschłe od zgrzybiałości, mchami, jak futrem na starość odziane olbrzymy.
Jechali. — Na wzgórzu... coś bielało nieopodal. Pod dębem łeżał kamień wyżłobiony jak misa, nad nim drugi stał gruby i niezgrabny... Ręka niewprawna wyrzeźbiła na nim niby ludzką twarz straszliwą, czapką okrytą u góry... Starszy wstrzymał się trochę zobaczywszy znak u drogi, obejrzał niespokojnie do koła i mijając go, splunął nań z pogardą.
W téj chwili świst się dał słyszeć dziwny z krzaków i drzewce ze strzały utkwiło na piersi, w grubéj sukmanie starszego. Ledwie poczuwszy pocisk, nie wiedząc jeszcze czy do broni ma się brać, czy do ucieczki, obracał głowę, gdy chłopak krzyknął. Druga strzała utkwiła mu w nodze.
A z lasu dał się słyszeć śmiech, śmiech dziki jakiś, straszny, niby wycie zwierzęce, niby okrzyk człowieka... zachichotało, rozległo się, zamilkło... Sroka siedziała na kamieniu, na czapce i podniósłszy skrzydła krzyczała, śmiechowi wtorując... a miotała się jakby i ona groziła.
Konie głosami temi podżegnięte, przyspieszyły kroku — ale nieprzyjaciela już ani widać, ani słychać nie było... Cisza panowała nad lasami, drzewa tylko uroczyście szumiały.
Starszy mężczyzna, kłusował naprzód konia pędząc skoro — chłopak, który strzałę wyszarpnął z nogi, spieszył za nim, pochylony na szyi swojego... przebiegli tak stai kilkoro, aż, nie słysząc nic, nie widząc pogoni — zwolnili kroku... Starszy się dopiero obejrzał na chłopca, ze zbładłą twarzą, z zaciętemi usty, z wytrzeszczonemi oczyma, przylgłego do konia. Nie miał nawet czasu od strzały tkwiącéj w piersi się uwolnić. Przebiła ona sukno i znać uwięzła w ciele, bo, choć w szybkim biegu, ugięła się i opadła ku dołowi, trzymała się jeszcze. Tu dopiero na polance konia ściągnąwszy starszy, obejrzał się na strzałę, i zręcznie ją pocisnąwszy, choć syknął z bólu — wydobył, obejrzał ciekawie i do skórzanego na plecach worka wsunął.
Strzała miała z kości białéj wyrobione ostrze cienkie, na którego końcu widać było krwi kropelkę.
— Piorunyby w nich biły... i burze! — zawołał warcząc rudy. Gdzieś się w krzakach znalazło oko, co podpatrzyło i pomściło za bałwana...
— Tyś ranny w nogę Gerda?
Chłopak z oczyma jeszcze obłąkanemi i trwogą, milcząc na nogę skaleczoną wskazywał. Rana jego głębsza była, bo płachty nie wstrzymały strzały.
— No — nic to! jedna strzała polańska! — zamruczał starszy — oni ich nie zatruwają. Obawiałem się, aby ich tam więcéj nie było. Znać jeden rozbójnik nie straszny. Nie ważył się, zobaczywszy żeśmy zbrojni... ale, może nawołać innych, narobić wrzawy... uchodzić trzeba...
Spojrzał na słońce.
— Trzymaj się konia, a puść go za mną... Spieszyć trzeba, żeby nas w tym nie zaskoczyli lesie, póki nie dojedziemy do znajomych. Z południa na miejscu będziemy.
Chłopak milczał, starszy coś mruczał jeszcze, ku górze patrzał, konia sznurem ściągnął i polecieli gęstwiną, nad brzegiem się ciągle trzymając, bez drogi — rzeka gościniec znaczyła.
Puszcza wciąż była dzika, niezamieszkała, milcząca. Raz zdala na wodzie postrzegli jakby głowę ludzką z ciemnym przylgłym do niéj włosem i dwoje rąk wiosłujących około niéj. Lecz gdy się tentent dał słyszeć znikła, wir tylko było widać nad powierzchnią wody. Minęli ją... i wyszła znowu z głębiny... na włosach czarnych, do koła opleciony był wianek z łotoci... oczyma strzelała za niemi... Trochę daléj, czółno maleńkie jak łupinka, ślizgało się płynąc z biegiem, po nad niem białą chustę widać było... Gdy tentent dał się słyszeć, znikła płachta na dnie i czółenko jak wąż, wsunęło się między trzciny, łozy, wiszary, których tylko wierzchy się chwiały... Kilka kaczek zerwało się przestraszonych, wyciągnęły szyje... sznurem leciały gdzieś daléj... plusnęły i padły.
Podróżni wciąż biegli brzegiem, to szybciéj, to wolniéj — dwa razy konie poili zmęczone i jechali daléj bez spoczynku — a słońce téż podnosiło się coraz wyżéj, grzało coraz mocniéj. Choć w lesie świeżo było i chłodno, od łąk i piasków zalatywał oddech gorący.
Nie zmieniła się okolica — bór ciągle szumiał nad rzeką. Gdzie niegdzie w piasku między pagórkami świeciło jeziorko — szerzéj rozlewały się wody — to ściskały wśród parowu. Mieniały się tylko drzewa, sosny i jodły, potém zielonych liści brzozy i lipy i osiki i dęby na pół jeszcze śpiące a głuche na wiosnę.
Gdzieniegdzie żółtawą ławą leżał piasek, to kępiasta trzęsawica, którą okrążać musieli. Przed niemi zdala pomykał zwierz, z łąk pierzchały całe stada łosi i jeleni, dobijając się do lasu, na którego skraju stawały, patrzały jeszcze ciekawie, i gnały daléj, znikając im z oczów. Naówczas łomot stad spłoszonych konie straszył i pędziły żywiéj, stuliwszy uszy... póki sił stało.
Gerda ciągle ręką chwytał za nogę zranioną, czuł, że mu krew ciekła, jakby ciepły sznurek wijący się aż do stopy, i w skórzaném obuwiu zbierała się u nogi, czerwonemi kroplami sącząc szparami chodaka.
Ale skarżyć się nie śmiał, zawijać rany hubą z drzew lub liśćmi coby krew zatamowały — nie było czasu... Starszemu téż trochę krwi pokazało się między palcami ręki... otarł je o końską grzywę — nie troszcząc się o to. Rozpatrywał się wciąż po okolicy, dawniéj znać sobie pamiętnéj, jakby szukając miejsca do spoczynku... Lecz nie rychło, nie rychło zwolnili biegu.
Tu rzeka płynąc nizinami równemi szerzéj się rozlewała, wśród błot świeżą zielonością okrytych. Ze wzgórza nagiego, na którém stali, widać było łąki i trzęsawiska, wśród nich moczary i jeziorka mnogie, opasane gajami... Kilka strumieni zbiegało się tu z borów ku rzece. Las wśród którego stanęli, wypalony był i zeschły na znacznéj przestrzeni. — Gąszcze, co go podszywały spłonęły do szczętu, daleko więc w głąb jego sięgnąć było można okiem i dojrzeć nieprzyjaciela.
Tu starszy z konia się zsunął, rzucił go nie patrząc i legł na ciepłym piasku, obu rękami pot kroplisty ocierając z czoła. Zmęczony był — piersi mu się podnosiły, a że krwawemi palcami dotknął twarzy, i ją téż sobie całą okrwawił.
Ujrzawszy to chłopak, uląkł się i krzyknął.
— Co ci to Gerda? Czyś ty mężczyzna! czy się matka twoja omyliła, że ci nie wdziała chust i spódnicy? Kropla krwi, a tyle strachu i wrzasku?
Chłopak mu dopiero wskazał na własną twarz jego.
— Nie o moją mi strach... rzekł, choć skórznie mam jéj pełne... ale o waszą. Twarz, ojcze, macie we krwi całą.
Starszy na ręce swe popatrzył, rozśmiał się tylko i nic nie odpowiedział.
Gerda tymczasem na ziemi siadłszy, nogę ranną rozzuł i począł czyścić obówie, potém ranę ocierać i okładać hubą. — Stary patrzał na to obojętném okiem.
W milczeniu dobyli potém z sakiew suszone mięso i placki, które starszy na ziemi rozłożył. Poszedł się wprzód obmyć w wodzie i dłonią jéj do ust zaczerpnąć. Gerda za jego przykładem zwlókł się téż do wody... siedli jeść w milczeniu... Konie na chudéj trawie leniwie się pasły...
Z lasu wyleciała sroka... uwiesiła się na suchéj gałęzi nad głową starego, pochyliła ku niemu i krzyczała... Zdawała się zagniewana, trzepała skrzydłami, podlatywała coraz bliżéj... wołała coś, jakby na gwałt zbierając drugie... Nadciągnęła w pomoc wtóra i trzecia... i wrzaskliwie to podlatywały, to przysiadały się przy nich... Stary, który się chciał zdrzemnąć, zniecierpliwiony łuk napiął i strzelił. Nie ranił żadnéj, zerwały się z krzykiem... zawirowały w powietrzu i wróciły krakać nad niemi... Gerda z głową zwieszoną, na rękach sparty, nad końmi czuwał. Las milczał — niebo było czyste — owad tylko wywołany słońcem do życia, brzęczał, gromadami unosząc się w powietrzu.
Po krótkim spoczynku, na konie siedli znowu... Stary się do chłopca zwrócił.
— O strzałach, o krwi, o niczém ani słowa tam... Najlepiéj byś nie mówił nic i niemego udawał... Niemcami oni nas tam zowią — choć my ich język rozumiemy... Słuchaj co gadać będą, zda się to zawsze — ale udawaj, że ci ta mowa obca... Tak lepiéj — milczeć.
Spojrzał nań, czekając by mu Gerda oczyma odpowiedział. Jechali daléj a daléj. Słońce już się zwolna spuszczać zaczynało ku zachodowi. Brzeg rzeki wyniosły coraz się zniżał, wilgotniejsze otaczało ich powietrze — cień zalegał boru ściany — gdy w dali, nad zaroślami, pokazał się słup dymu siny...
Stary zobaczywszy go, drgnął z radości czy niepokoju — chłopak téż weń oczy wlepił, i zwolnili koniom biegu.
Do koła się las rozlegał stary, wysoki, gęsty, a łąka nad rzeką zwężała, płynąca ścieśnioném korytem. — W prawo otwarła się łąka, do koła zasiekami drzew zrąbanych otoczona... Poza nią z szałasów jakichś, chałup z drzewa i chrustu, opasanych tynami wysokiemi — dobywał się ów słup siny... Zbliżając się ku budom, coraz je lepiéj rozeznać można było.
U brzegu podniesionego trochę rzeki, stały w prostokąt szczelnie zewsząd zamknięte. Od łąki odgradzały je kłody drzew i tyny, pokopane doły i powbijane pale. Na jednym z nich tkwiła zawieszona biała, od deszczów wypłukana, od słońca zwapniała czaszka końska.
Dachy pokryte były kawałami dartemi drzewa, wiszarem i gałęźmi — ściany w słupy z chrustu plecione. W pośrodku tylko z kłód ogromnych w zrąb zbudowana wznosiła się chałupa — dwór do któréj szopy w koło przytykały, z nią razem obejście tworząc, w środku którego małe znajdowało się podwórze.
Dojeżdżając rudy podróżny, zwolnił koniowi biegu — oczyma szukając, czy kogo nie zobaczy. Nie widać było żywéj duszy. Wahał się jeszcze jak dać znać o sobie, gdy u brzegu rzeki, na ogromnym, zbłąkanym tu od wieków kamieniu, ujrzał siedzącego starca, który niepostrzeżony, oddawna go śledził oczyma.
Ubrany był cały w bieli, nic nie mając na sobie, oprócz odzieży z płótna grubego. Nogi miał bose, głowę siwą nieokrytą. Ogromna, długa do pasa broda piersi mu osłaniała. Biały wysoki kij trzymał w ręku. Koszulę na wierzch włożoną i do kolan spadającą, obejmował pas czerwony. Żadnéj zresztą nie miał ani ozdoby ni broni. U nóg jego dwa psy leżały do wilków podobne, — zaczajone, przypadłe do ziemi, oczyma krwawemi wiodące za podróżnemi... Drgały leżąc... i czekając kiedy się rzucą...
Twarz starca spokojna była i poważna, ogorzała ze skórą jakby spękaną, tak ją fałdy i marszczki pokryły całą siecią gęstą. Nad oczyma siwemi dwa krzaki bujnych brwi sterczały najeżone. Suchą szyję, którą obnażoną widać było z pod koszuli jak twarz pokrajaną, brunatną — niby węże sine oplatały żyły pod skórą nabrzmiałe.
W chwili, gdy podróżny starca zobaczył, ten właśnie na psy zawołał groźno, ręką im wskazując w tył, za siebie, a kij podnosząc do góry. Podróżni stanęli... rozglądając się ciekawie.
— Pokłon wam, stary Wiszu... rzekł z konia nie zsiadając podróżny, uchyliwszy tylko głowę — pokłon wam. Każcie waszym psom do zagrody — boby nas porozdzierały... a my, starzy znajomi i dobrzy przyjaciele choć nie swoi — a nie wrogi. Słowa te powoli wyrzekł starszy łamaną mową Serbów nadłabańskich — usiłując przybrać postawę i twarz uprzejmą.
Stary patrzał nic jeszcze nie odpowiadając. Na psy naprzód zakrzyczał groźno, aby szły precz, ukazując im zagrodę, bo warczały i zęby szczerzyły patrząc na przybyszów, i coraz to się ku nim targały. Nie chciały odchodzić. — Gospodarz huknął w dłoń... Na głos ten z za tynu ukazała się ostrzyżona głowa parobczaka, który rozkaz zrozumiawszy, psy nawołał, wpędził do obejścia i zamknął za niemi wrota... Słychać je było szczekające i wyjące w szopie.
— Zdrów bywaj — Hengo. — Cóżeście to znowu tak daleko w nasze lasy zawędrowali? rzekł gospodarz.
Rudy powoli z konia zlazłszy i dawszy go chłopcu, który na swoim pozostał — zbliżał się zwolna do starego.
— Ha! po świecie się tak człek włóczy, ciekaw zobaczyć jak tam gdzie ludzie żyją — począł mówić — przy tém téż jakaś zamiana zrobi się może. Lepiéj w spokoju mieniać czego u jednych zbytek, a drugim brak, niżeli napadać zbrojno a z życiem razem wydzierać. Ja — wy wiecie — człowiek spokojny, zaopatruję komu czego trzeba... aby żyć...
Stary się czegoś zadumał.
— Nie bardzo u nas mieniać jest na co... Skór i futer dosyć pewnie u siebie macie, bursztynu u nas nie wiele. Myśmy téż nie zwykli bardzo do rzeczy które wozicie, swojém się radzi obchodzić... Igła z ości tak szyje jak żelazna.
Popatrzał stary na ziemię i znowu się sobie zadumał.
— Zda się to przecie co ja wożę — mówił powoli Hengo. — A z kąd byście wzięli wszystko co się z kruszcu robi, gdybyśmy wam tego nie dostawili... Do Winedy daleko...
— Albo to kości, rogu i kamienia nie dosyć — rzekł stary Wisz wzdychając. Był czas, że się ludzie tém obchodzili, i dobrze im z tém było. Jakeście wy a drudzy wędrowni podwozić zaczęli swoje błyskotki, niewiasty nam popsuliście, chce im się ziarnek świecących na szyję i iglic gładkich i guzów i wszystkich tych zabawek... bez których teraz żadna nie stąpi.
Nicby to nie było — ciągnął daléj patrząc więcéj w ziemię niż na przybyłego kupca — ale wy... wy, dróg się do nas uczycie, tajemnice nasze wywozicie ztąd... i tak samo przyjść może napaść jak przyszły świecidła.
Hengo pokryjomu błyskiem oczów bystrym zmierzył starego Wisza i rozśmiał się.
— Próżna to obawa — rzekł, nikt o napaściach nie myśli... Ja nie jeżdżę cudzego podpatrywać, ale swoje mieniać. Wy mnie przecie znacie, nie pierwszy raz jestem u starego Wisza... Ja przyjaciel wasz... żonę miałem z waszéj krwi, serbską córkę... a z niéj oto tego chłopca, który choć języka waszego nie umie — przecie w nim trocha tamtéj krwi zostało.
Wisz, który na kamieniu siadł, a na leżący naprzeciw drugi wskazał Hendze — pokiwał tylko głową.
— Żonę mieliście Serbkę z nad Łaby, — odezwał się — mówiliście mi o tém. Ale jakeście do niéj przyśli? hę? pewnie nie po jéj woli?
Rozśmiał się Hengo.
— Starzy jesteście — odparł — wam tego mówić nie trzeba. A gdzież to na świecie niewiast się o ich wolą pytają? Gdzie się inaczéj żonę bierze jak ręką zbrojną? Tak jest u was, u nas i na całym świecie... bo one woli nie mają.
— Nie wszędzie — wtrącił stary... Młodym woli nie dają — a stare u nas szanują. Choć im rozumu odmawiają, przecie duchy przez nie mówią i wiedzą one więcéj niż wy... te — wiedźmy nasze...
Potrząsł głową; milczeli chwilę.
— Na noc was o gościnę proszę — odezwał się Hengo. — Co mam z sobą w węzełkach pokażę... Zechcecie co wziąć? dobrze — a nie będzie zgody? nie pogniewamy się o to.
— O gościnę prosić nie trzeba — zawołał Wisz wstając — kto raz spał pod dachem naszym, zawsze ma pod nim spocząć prawo. My wam radzi. Kołacz i piwo i mięso się znajdzie — baby strawę wieczorną już warzą.
Chodźcie ze mną.
Wisz wstał z kamienia i przodem go wiodąc, ku wrotom się skierował.






II.


Gdy stary na kamieniu siedząc rozmawiał z przybylcem z téj ziemi, którą krajem „niemych“ języka narodu nie znających, zwano — z za tynu i zagród, głów ciekawych zaczęło się ukazywać mnóstwo.
Rzadkością to było, ażeby w taką lasów głębinę i puszcz wnętrza docisnąć się śmiał obcy człowiek. Więc gdy się ukazali ludzie i konie... nieznane, a parobczak począł psy zamykać — co żyło w zagrodzie, choć zdala i przez tynu wierzchołki, przez płotów szpary, biegło się dziwić obcemu.
Widać było białe chusty niewiast zamężnych, włosy dziewcząt z wiankami zielonemi, głowy mężczyzn z długiemi włosy i postrzyżone parobków i dziecinne oczy przelękłe z pośród gęstych kudełków, któremi się im czoła jeżyły. Podnosiły się one nagle i niknęły, ukazywały i pierzchały... Stare nawet baby drżąc wyglądały z za płota, a że się obcego lękały, rwały trawę i ziemię, rzucając je na wiatr, i pluły przed się, aby im jakiego nie rzucił czaru.
Stara Wiszyna, a imię jéj było Jaga — zobaczywszy, że się wiodą ku wrotom z gościem rudym, wystąpiła, usta zakrywając fartuchem, naprzeciw mężowi, dając mu gwałtowne znaki, aby z nią pomówił na osobności. Już się do wrót zbliżali, które im otwierać miano, gdy im zastąpiła drogę.
— Po co tu obcego, niemca wiedziecie? — szepnęła wylękła. — Możnaż to wiedzieć co on z sobą niesie? jakie on uroki rzucić może?
— Ten ci to sam, Hengo, z nad Łaby, co to naszyjniki przywoził i szpilki i noże... przecie się nam nic nie stało... Nie ma się go co obawiać, bo kto za zyskiem goni, temu czary nie w głowie.
— Źle mówicie — stary mój — odparła Wiszowa — gorsi to ludzie od tych, co z nożami i maczugami napadają. — Ano wola twoja, nie moja...
I szybko ustąpiła, mrucząc, nie oglądając się już za siebie, aż weszła do dworu wewnątrz zagrody. A że na inne niewiasty w podwórku po kątach poprzytulane skinęła, pierzchnęły wszystkie, chowając się gdzie która mogła. Parobków tylko kilku i dwu synów gospodarza zostało.
Hengo wszedł, rozglądając się trwożliwie, choć męztwem nadrabiał.
Chłopak jego, z konia nie złażąc, z nim wjechał w podwórze. Ludzie wszyscy stali, patrząc na nich ciekawie i szemrząc między sobą.
Wisz prowadził do świetlicy.
Chata w zrąb na mech budowana, stara — w pośrodku się wznosiła, wyżéj nad inne szopy — drzwi do niéj wiodły z progiem wysokim, ale obyczajem starym, bez zamka żadnego, bo ich nigdy nie zawierano. Z sieni w lewo była izba wielka. Tok w niéj ubity gładko, posypany był zielem świeżém, w głębi ognisko z kamieni stało, na którém nigdy ogień nie gasnął. Dym się dobywał z niego przez nieszczelny dach ku górze. Ściany i belki i wszystko szkliło się od niego czarno. — Do koła przy ścianach ławy na pniach były przymocowane... W rogu stał duży stół, a za nim dzieża do mięszania chleba, białém płótnem okryta...
Nad nią wisiały wianki już poschłe i wiązki różnego ziela.
Na stole ręcznikiem szytym zasłanym, chléb téż nadkrojony leżał i nóż przy nim mały. U drzwi na ławie stał ceber z wodą i czerpakiem. W kącie, w głębi widać było żarna małe i kilka bodni chustami poosłanianych.
Niewielkie okno zasuwane wewnątrz okiennicą, stało teraz otworem, tyle światła wpuszczając, ile go do rozpatrzenia się w izbie było potrzeba. Gdy Wisz i Hengo przestąpili próg, stary podał rękę gościowi i pokłonił mu się mówiąc, a zarazem wskazując. Oto chléb — oto woda — oto ogień i ława — jédzcie, pijcie, ogrzéjcie się, spocznijcie, i niech dobre duchy będą z wami.
Hengo się niezgrabnie pochylił.
— Błogosławieństwo temu domowi! odezwał się krztusząc — niech go choroba omija i smutek.
To mówiąc na ławie przysiadł, a Wisz ukroiwszy chleba kawałek rozłamał go z nim i do ust podnosząc zjadł, co téż i obcy uczynił.
Trwało to chwilę... gość już był uroczyście przyjęty i pozyskał prawa pewne. Niewiasty się nie ukazywały, ale że na cudzoziemca przez szpary patrzeć musiały znać było, z tego, że szepty i stłumione śmiechy dolatywały do uszu jego.
— Teraz — odezwał się Hengo po chwili — kiedyście mnie przyjęli w gościnę, póki jeszcze dzień jasny, pokażę wam co wiozę z sobą... Niech oczy widzą, że zwodnictwa nie ma... a jest popatrzeć na co!
Stary nic nie mówił, ruszył się tedy ku drzwiom; jeden z czeladzi do szopy go poprowadził, gdzie już konie z chłopcem stały.
Gerda spoczywał na drzewie siadłszy, ciekawie się rozglądając i przysłuchując... Sakwy przy nim na ziemi leżały. Hengo ujął z nich dwie, i z taką siłą i zręcznością zarzucił je sobie na ramiona, jakby unikał pomocy obcéj lub chciał się popisać ze zręcznością. Przez podwórze téż niosąc je umyślnie zdawał się stąpać lekko i zwinnie, jakby wcale obarczony nie był. Pochyliwszy się nieco we drzwiach, wszedł do dworu, i tu przy okienku, około ławy szerokiéj, sznury rozplątywać począł.
Chłopcy domowi ciekawém go otoczyli kołem. Z wielką wprawą i zręcznością Niemiec sakwy otworzył, pomyślał chwilę, i obejrzawszy się ku staremu, zaprosił go ku sobie.
— Ale, cóżto?... wy sami tylko — odezwał się — a niewiastom waszym ani nawet oczów nacieszyć nie dozwolicie? Jam już człek niemłody, mnie téż ani się wstydzić, ani lękać nie macie powodu.
Wisz zawahał się nieco, potém ręką dał znak i sam podszedł ku drzwiom bocznéj komory. Tu stara Jaga na straży stała, drzwi sobą zapierając, ale nie pomogły groźby jéj i obawy, gdy stary gospodarz dał swobodę, niewiastki i dziewczęta tłumnie wpadły do izby. Pędziła je ciekawość, a strach hamował, i zaledwie wparły się do świetlicy wązkiemi drzwiami, poczęły nazad uciekać. Pierwsza co rudego Niemca oczy spotkała, krzyknęła i cofnęła się; za nią jak pierzchliwe stado pobiegły inne. Śmiechy, szepty i łajania Jagi, razem zmieszane słyszeć się dały.
Hengo tymczasem klęcząc przy ławie, dobywał z sakiew coraz coś nowego, ukradkiem ku drzwiom spoglądając. Oczy jego tam i sam ciekawie biegały, choć udawał, że tylko towarem swym jest zajęty. Lękając się i pragnąc, walcząc ze strachem i ciekawością, dziewczęta jak woda na jeziorze, to się ode drzwi na izbę posuwały, to cofały nagle, jakby do komory nazad uciekać chciały. Niemiec, którego bystre oczy najwięcéj siały trwogi, coraz mniéj na pozór zważał co się tam za nim działo, niby nie widział, niby się nie zajmował niczém, tylko towarem, który na ławie rozkładał.
A było go podostatek, świecił i porywał oczy. Leżały naprzód igły długie do spinania chust, misternie się zamykające, a posplatane tak z kruszcu jasnego, jak gdyby plecione były ze lnu lub wełny. Niektóre z nich miały guzy błyszczące, inne poplątane były jak łodygi kwiatów gdy zwiędną. Do wyboru było dosyć. Leżały daléj naszyjniki bogate, obwieszane blaszkami, kółkami i dzwoneczkami. Hengo je sobie do szyi przykładał, nic nie mówiąc, a pokazując jak się na suknie bogato i pięknie wydawały.
Jedne naszyjniki plecione były jak dziewcząt kosy, inne gładkie z mocnego kruszcu, szyi od pocisku i strzały bronić mogły.
Na długim sznurze cała kopa może kolców kruszcowych wisiała, nanizanych jak obwarzanki, które na rękach noszono. Były większe i mniejsze, i takie co wężem rękę niewieścią aż do łokcia opasać mogły. Drugie dla mężczyzn przeznaczone, mocniejsze były i grubsze. Pierścieni téż miał Hengo do wyboru bogactwo wielkie, kowanych i plecionych, wyrzynanych mądrze i ozdobnie.
Dla mężczyzn powabniejsze, były siekierki długie noże z pochwami, dłuta i kliny, na ramiona kładzione kręgi, których ani miecz, ani strzała przebić nie mogła.
Te gdy na ławę wykładać począł, rzucili się chciwie parobcy, aż oczy im do nich zaświeciły i ręce zadrżały. Stary Wisz nawet przystąpił bliżéj, a temu z pochwy skórzanéj wydobywszy go, podał Hengo mieczyk błyszczący, wykrojony jak liść kosaćca, u pięści piękną rękojeścią opatrzony.
Gospodarz w prawą go rękę ująwszy, uśmiechnął się rad, przypatrując się ostrzu, które od słońca świeciło.
— Lepsze to — zawołał śmiejąc się Hengo — od waszych starych kości i kamieni; więcéj wytrzyma, lepiéj broni i wnukom służyć będzie. Czy człowieka, czy zwierzę dzikie, byle prawica silna — zmoże; a doma téż témwiele zrobić potrafi, kto umie.
Gdy to mówił, a męzki sprzęt ów ukazywał parobkom, niewiasty się powoli jedna drugą naciskając, zbliżyły tak, iż prawie głowami nad ławą zawisły, pożerając oczyma spinki, pierścienie, naszyjniki i kolce.
Hengo ostrożnie zwrócił na nie oczy. Wszystkie odziane były w bieli; przecież wśród czeladzi i służby rozeznać było łatwo między niemi dwie hoże niewiastki gospodarza i dwie córki jego, w zielonych wiankach, z kosami długiemi. Grubszém płótnem okryta czeladź z tyłu się trzymała.
Z dwojga dziewcząt jedna, ta która najbliżéj stała, piękną była tak, że i między najcudniejszemi mogła otrzymać pierwszeństwo.
Lice téż miała bielsze i mniéj opalone; znać może więcéj siedząc za tkackiemi krosnami, niż po polu biegając. Biała i rumiana, z usty różowemi, wielkie oczy szafirowe wlepiała z kolei w pierścienie, to w cudzoziemca, to niemi wodziła po siostrach i braciach.
Lecz wzrok się jéj nie palił do tych błyskotek. Ręce trzymała na piersiach złożone, a śmieléj rozglądała się niż towarzyszki. Na białéj koszuli jéj spływał sznur nieforemnych obłamów bursztynu, do których niebieskie i czerwone ziarna się mięszały. Na głowie ruciany wianuszek świeży zieleniał wesoło. Twarze innych śmiały się dziecinnie, jéj lice smutno i poważnie patrzało. Między wszystkiemi zdawała się panią.
Hengo parę razy spojrzał ku niéj; dziewczę zarumienione cofnęło się nieco; lecz wnet odzyskawszy śmiałość, na pierwsze miejsce wróciło. Niemiec wziął nieznacznie z ławy jeden z pierścieni i na palcu go potrzymawszy przeciw oknu, wyciągnął ku dziewczynie.
— Niech to będzie mój gościniec za gościnę — rzekł, podając go pięknéj córce Wisza, która zmieszana, dumnie spoglądając cofnęła się i potrząsnęła głową.
— Przyjmijcie go, on wam szczęście przyniesie — rzekł Niemiec.
Nie mówiąc nic, nie posuwając ręki, dziewczyna cofnęła się powoli. Ojciec na nią spojrzał, potrząsła głową i skryła się za inne. Hengo więc podał go drugiéj siostrze, która zapłonąwszy mocno, rękę wyciągnęła fartuszkiem okrytą i podarek z radością przyjęła. Wnet bratowe i czeladź skupiły się około niéj, aby to cudo oglądać. Szybko pobiegły z nim do komory... do matki... Słychać było szeptanie długie, jakby gniewne... a po chwili wyszła obdarowana, w końcu fartuszka niosąc zawinięty kawałek bursztynu ciemnego. Spojrzała na ojca, który głową skinął i nic nie mówiąc, na ławie go przed Niemcem położyła.
— Weź to! — rzekł Wisz — nam się za gościnę podarków brać nie godzi.
Z uśmiechem Hengo zabrał bursztyn, obejrzał go i wpuścił do worka, który miał pod suknią. Nim to jednak uczynił, splunął nań nieznacznie, aby czary odpędzić.
Wisz zamyślony stał na kiju się oparłszy, nóż obejrzany położył i milczał posępnie... Chłopaki szeptały między sobą, to biorąc ostrożnie z ławy siekierki i noże, to je z żalem nazad składając. W oczach ich łatwo czytać było, że się im tych skarbów chciało — ale gospodarz jeszcze się był nie odezwał — a bez niego nic się tu nie działo. Był głową domu i panem. Woli swéj nikt tu nie miał, jeśli on mu jéj nie podał... Hengo co miał pod ręką rozłożywszy, patrzał zwycięzko po otaczających.
Niewiasty wróciły, parobczaki stały... milczenie panowało w izbie; w tém oczy starego padły na coś leżącego, wśród innych ozdób na ławie, czego znać nie widział w życiu. Był to świecący krzyż z uszkiem... do noszenia na szyi. Błyszczał tak jakoś, że oczy wszystkich zwrócił na siebie...
— A to — co jest? — zapytał stary — wskazując...
Hengo zdaje się, że dopiero teraz postrzegł, iż go wydobył, i pochwycił skwapliwie.
— A! to — zawołał zmięszany — to jest znak... dla ludzi innéj wiary niż wasza... który im szczęście przynosi...
— Nam że onby nie przyniósł szczęścia? — zapytał Wisz.
Hengo zamilkł i schował go do worka... Nastąpiła znowu chwila milczenia. To schowane tak szybko godło tajemnicze, obudzało ciekawość, lecz Niemiec już się z niém ukrył.
— Trudno się to oprzéć — odezwał się gospodarz... kiedy samo co pod dach przychodzi, a do życia pomódz może. Za dawnych czasów, ledwie u księdzów i żupanów coś podobnego widzieć było można, teraz i my kmiecie ważyć się na to musimy. Nie wyjdzie z domu dziewka, żeby jéj do wiana nie dać kolców i szpilek.
Skinął na starszego syna, poszeptał mu na ucho... wyszło ich zaraz dwu z izby. Wisz na ławie siadł i po jednemu odkładać począł, co dla siebie i swoich chciał zatrzymać — wybrał piękny miecz liściasty, siekierek kilka, młotów, nożyce, kilka pierścieni, dwa naszyjniki z wisiadłami... myślał i liczył czy tego będzie dosyć.
W tém Hengo zdjął z ławy dwa chrzęszczące naramienniki i podniósł je do góry.
— Staremu Wiszowi by się to zdało — zawołał — i przystało.
— Po co? — rzekł gospodarz — chyba, aby mi synowie włożyli do mogiły... Na wojnę iść już nie myślę, na to są chłopcy dorosłe — a doma — co mi po tém?
— Rzekliście do mogiły — odezwał się Hengo, niech was bogowie długo chowają — a no, i do grobu to wziąć nie szkodzi... wszak ci u was zwyczajem, że na stos się ubiera i zbroi jak takiemu bogatemu kmieciowi przystało.
Stary ręką zamachnął w powietrzu.
— Co mi tam! rzekł — chcieć i brać łatwo — ale co dać za to? Nie bardzośmy zapaśni.
— Jużcić choć bursztyn i skóry macie, bo wam tu do morza bliżéj, a i w ziemi go tu kopiecie...
Wisz patrzał na drzwi, zkąd się powrotu synów spodziewał. Ukazali się téż wkrótce oba, jeden dźwigając wór duży, drugi na plecach niosąc pęk spory skór różnych powiązanych pyskami. — Rozłożono to na ziemi, Niemiec chciwie w worku grzebać się zaczął, aż mu oczy błyszczały. Wydobywał po jednemu bryły mułem i ziemią okryte, gdzieniegdzie jasnemi obłamy połyskujące... — W tych zdawał się świecić, jakby zamknięty płyn jakiś, który stężał i zmarzł na kamień. Skóry téż zwierza zabitego zimą, włosem świeciły lśniącym, a gdy Niemiec palcami ich próbować zaczął, nic mu w nich szerści nie pozostawało.
Dopiero się targ rozpoczął, milczący, bez słowa... Hengo odkładał co mieć pragnął, stary głową trząsł i odrzucał... Razy kilka tak liczono skóry i to co na stole leżało, ważono w rękach kawały bursztynu, ujmowano i dodawano. Wisz, to Niemiec trzęśli głową.
Jeden to drugi coś ustępował, jeden narzucał, to drugi... Szło to powoli, niekiedy przestankami dzielone długiemi, w ciągu których umowa zerwaną się zdawała. Hengo niby swój towar chciał pakować, chłopcy skóry brać zaczynali. — Ociągano się z tém jednak, aż nareszcie Hengo rękę wyciągnął, i stary w nią uderzył dłonią. Zgoda zawartą została. Wisz zgarnął licząc swój nabytek i natychmiast rozdzielać go począł, wśród powszechnych oznak radości. Ściskano go za kolana. Dwór cały odzywał się wykrzykami... Niemiec wiązał skóry i pakował bursztyny.
Pot mu ciekł z czoła, napił się wody i usiadł na ławie.
— Patrzcieżno — odezwał się gospodarz — ileśmy to wam dać musieli, a wiele od was bierzemy. We dwie garście się to zmieści. Czemu wasze ma być tak drogie, a nasze tak tanie.
Hengo uśmiechać się począł.
— Naprzód, rzekł — tom ci ja niemal stawił życie, wioząc wam tu towar do dworu. Niezdrowo to przedzierać się lasami. A to co ja wożę, tego ziemia nie rodzi, ani ludzie robią, ale duchy po pieczarach mieszkające, które małych człowieczków mają postać... Oni aż do wnętrzności ziemi za tym kruszcem wdzierać się muszą. Taki człowiek jak ja, wiele światu przejechać musi, zanim się do nich dostanie i cokolwiek wyprosi. — Ani dzień, ani dwa, ale miesiące i lata wędrować trzeba, nim się człowiek do nich dobije.
Życie się stawi co dzień i od dzikiego zwierza, i od obcych ludzi, którzy radzi złupić podróżnego. Choć się rzeki i góry i parowy zna, często się zbłądzi, głodem przymrze, niedośpi... a rad kto wyjdzie ze skórą całą. — Co za dziw, że dużo wziąć potrzeba. Wam w las pójść za zwierzem, którego u was pełno, to zabawka — bursztyn samo wyrzuca morze, albo ziemia rodzi...
Wisz milczał słuchając. Parobcy i synowie rozstąpili się ku ognisku i w głąb świetlicy, każdy chwaląc tém co otrzymał. Niewiasty szepcząc kryły się w komorze, i jedna tylko córka gospodarza, piękna Dziwa, w przemkniętych drzwiach wyglądała ciekawie.
Rozmawiali powoli, słuchano ich pilnie.
— A jeśli wam tak ciężko i niebezpieczno — mówił stary — po co wędrujecie? Macie swoją chatę i pole?
Hengo brwi namarszczył.
— Dla czego wy na łowy idziecie, choć zwierz bywa dziki? Człowiek się rodzi do swojego życia i odmienić go nie może. Nie tyle za bogactwami goni, co za dolą swoją, która go w świat pędzi. Narody całe płynęły nieraz kędyś ze wschodu... ze starych siedzib na nowe, albo to im tam ziemi brakło? Tak i mnie duch mój włóczyć się każe.
— A dużoście już świata zjeździli? — zapytał Wisz...
Hengo się uśmiechnął.
— Tak dużo, że nie zapamiętam z ilu rzek piłem wodę, przez wiele gór wierzchołkim się przedzierał, widziałem dwa morza... a języków, którem słyszał nie zliczę... a ludzi różnych...
— Przecież ze wszystkich narodów, naszych pono najwięcéj, odezwał się stary... My Polanie rozmówić się możemy i z temi co u Odry i co nad Łabą siedzą i z Pomorcami i z Ranami na Ostrowiu, i z Serby i z Chrobaty i Morawiany i aż do Dunaju... i daléj. A któż policzy... jest nas jako gwiazd na niebie.
— Hm! — mruknął Hengo — i nas téż nie mało...
— A ziemi téż dla wszystkich dosyć — dokończył Wisz... Każdy u siebie doma, ma czego mu trzeba — ziemię matkę pod nogami, słonko nad głową, wodę w strumieniu, chléb w rękach.
Hengo słuchał milczący.
— Tak ci jest — rzekł — przecie jedni drugich nachodzą — i z głodu i z chciwości, i dla niewolnika, gdy go zabraknie.
— Dzieje się tak u was — przerwał stary — my wojny nie pragniemy, ani w niéj smakujem. Nasi bogowie pokój miłują jako my.
Niemiec się skrzywił.
— Kto wam tu co zrobi? — mruczał — kraj szeroki, pustynie, — łatwoby wejść, ale wynijść trudno...
— Myśmy téż — rzekł Wisz — od was się nauczyli bronić i wojować, bośmy tego dawniéj nie znali. Prawda, że tam u zachodu wasze duchy lepszy oręż kują, ale i nasz kamień stary i pałka niczego.
— Myśmy już o kamieniu zapomnieli — odezwał się Hengo — pogrzebaliśmy stare młoty po mogiłach i już ich prawie nie widać. Niezdał się już teraz kamień, gdy o kruszce łatwo, a ludkowie nasi po pieczarach coraz więcéj go znoszą.
— My téż mamy go od morza i od lądu, z różnych stron przywożonego — ciągnął Wisz... przecie dzieci uczymy kamień szanować, bo go pierwsi bogowie pokazali — jak obrabiać — praojcom naszym.
I każdemu do grobu wkładamy młot — siekierę bożą, kamienną, aby się u swoich Bogów nią wyświadczył kim jest i zkąd idzie. Inaczéjby go niepoznali. A będzie tak na wiek wieków i u wnuków naszych.
Hengo słuchał ciekawie. W tém stary podniósł się z ławy i sięgnął ręką na półkę, po nad dzieżę chlebną, gdzie rzędem leżały młoty i siekiery kamienne, pooprawiane w drzewo i powiązane mocno. Ujął ich kilka w rękę pokazując Niemcowi...
— Po dziadach, pradziadach myśmy je odziedziczyli — mówił — biły one ofiary bogom i łby wrogom i zwierzom rogi. Gdyby nie kamień, nie byłoby człowieka i życia. Z kamienia powstał człowiek i kamieniem żył. Z niego wyszedł ogień pierwszy, żyto kamień starł na mąkę — i błogosławiony jest. Wasz kruszec zjada woda i ziemia i powietrze, a kamienia nieśmiertelnego nic nie pożre.
To mówiąc, młoty swe z poszanowaniem na półce położył.
W ciągu rozmowy niewiasty służebne koło ogniska się kręciły, rozpalając je. Przez drzwi od komory otwarte dozorowała je Jaga. Pracowały z niemi niewiastki i córki, tylko Dziwa w wianku, z założonemi rękami zdala się temu zachodowi przypatrywała. Najmłodszą była w domu, najpiękniejszą i najukochańszą, a pieśni najśliczniejsze śpiewała. Matka ją najciekawszych baśni uczyła, ojciec najstarszemi podaniami karmił. Wiedzieli wszyscy że ją duchy nawiedzały, że we snach szeptały jéj o tém, o czém nikt, ani ojciec, ani matka, ani siostry nic nie wiedziały. Kto chciał wiedzieć przyszłość jéj pytał — pomyślała — popatrzała, powiedziała. A pieśni się u niéj rodziły tak, jak na wiosnę nad strumieniem kwiaty. Gdy na rozstajach i u świętych zdrojów ofiary składano, nikt tam nie przodował, tylko ona jedna, i szanowali ją wszyscy, a z młodzieży nikt nawet spojrzeć na nią nie śmiał zuchwale. Wszyscy wiedzieli, że ją sobie duchy wybrały za oblubienicę.
Dla tego, gdy drugie siostry i bratowe same w las się iść lękały, tam gdzie duchy latają, unosząc się nad strumieniami, nad jeziory, nad górami i wąwozy — Dziwa szła śmiało, wiedząc, że się jéj nic złego nie stanie, że niewidzialna ręka zwierza i wilkołaka odegna, smoka i węża nie dopuści.
U ogniska warzyła się i piekła wieczerza, a że gość był w chacie, dostatniejsza niż powszednio. Cwierć kozłowa obracała się u ognia, w wielkim garncu warzyło mięsiwo z krupami. Jaga téż zawczasu w cebrzyk drewniany utoczyć kazała piwa, jeden z chłopców przyniósł miodu, który tylko dla gości dawano. Znać było dostatek w domu, bo i nabiału nie brakło, zwierzyny, kołacza i chleba.
Wszystko to na stół zniesiono, a Wisz skinieniem gościa zaprosił; sam siadłszy w rogu, gdzie jego miejsce było. Niżéj na ławach synowie siedli, a niżéj jeszcze parobcy...
Dziewki i niewiasty, nie śmiejąc usiąść z mężczyznami, służyły. W milczeniu zabrano się do mięsa, palcami go odrywając, tylko Hengo noża na skórzanym pasku dobywszy, dla siebie krajać go zaczął. Na ten obcy zwyczaj dziwnie patrzano, bo krom chleba dużego, wszystko się palcami brało i jadło. Postawiono garnuszki i czerpaczki przed siedzącymi z wodą, piwem i miodem. Wisz zlał trochę na ziemię... Głodny podróżny raczył się i popijał do syta, a nierychło mu na myśl przyszło, iż dziecko głodne w szopie przy koniach zostawił. Szepnął więc coś staremu Wiszowi, który głową pokiwał.
— Jedzcie spokojnie — rzekł — nie zapomną o nim — u nas obyczaj nie tylko o panu pamiętać, ale i o sługach, a gdybyście psy mieli z sobą i teby głodu nie zaznały. Zwierzęta téż, którym bogowie mowę odjęły kto wie co w sobie noszą? przecie naszą mowę rozumieją, w życiu nas strzegą, a po śmierci żałują.
Mówił to właśnie patrząc na psy swoje, które dobywszy się z zamknięcia, gdy zwietrzyły wieczerzę, wcisnęły się do chaty i pod stół, kości gryząc, które im rzucano.
Słońce się miało ku zachodowi, gdy najadłszy się i napiwszy, Wisz wstał, tuż za nim wszyscy z ław ruszyli. Podniósł się i Hengo, miejsce opróżniając dla niewiast, wyszli na podwórko z chaty.
Stary na kiju się opierając, Niemca z sobą powiódł ku rzece, dawszy mu wprzód sakwy zrzucić w szopie, bo się nazajutrz do dnia w drogę wybierał. Siedli znowu oba na tych samych kamieniach nad wodą. W łozach śpiewały słowiki, nad błotami zwijały się czajki krzykliwe i niespokojne, w lesie kukułka coś liczyła po jednemu, a na moczarach bąk, kiedy niekiedy, jak stróż na czatach — hukał... zdaleka. O kilkanaście kroków od nich, dwa bociany, których gniazdo na szopie widać było, wieczorną odbywały przechadzkę, dzióbiąc żabki przestraszone...




III.


Pomilczawszy chwilę, Wisz spojrzał na Niemca.
— Dostaliście się tu szczęśliwie — a daléj? dokąd myślicie?
— Dokąd? zwolna powtórzył, jakby niechcąc się z tém zdradzić co zamierzał, Hengo — dokąd? Ot — sam dobrze nie wiem. Wy tu na znacznéj przestrzeni sami ze swojemi siedzicie i panami jesteście... Ja, żem tu już raz się kiedyś zabłąkał, przywlókłem się i teraz. Daléj puszcza, iść choćby za rzeką obłąkać się łatwo, a na złych ludzi trafić gromadę — którzy z życiem nie puszczą. Po ladajakich chałupach w lesie tłuc się nie myślę, pożytku z tego mało... ale... toć téż gdzieś, nie opodal kneź wasz siedzi... Gdyby do jego grodu nad jeziorem nie było daleko... puściłbym się... Wisz brwiami siwemi ruszył, a ręką w prawo, nie mówiąc nic, pokazał.
— Jestże ci kneź... na grodzie nad jeziorem, a do niego w dzień niespełna stanąć łatwo. Kneź! kneź! powtórzył z przekąsem... Ten kneź już sobie prawa do wszystkiéj naszéj ziemi rości, po wszech kniejach poluje, a ze swemi zbrojnemi ludźmi czyni co chce... To srogi człek — jemu się w paszczę dostać, jak wilkowi głodnemu... a no, i na wilki ludzie sposoby mają.
Niemiec zmilczał.
— Wasz ci to kneź nie obcy, rzekł po chwili, trzeba przecie żeby naród miał głowę i wodza — a coby począł, gdyby go wróg naszedł?
— Niech nas od tego bogi bronią — mówił stary. — My to wiemy, póty naszéj woli, dopóki pokoju. Przyjdzie wojna, z nią iść musi niewola. A kto z wojny skorzysta? nie my, ino kneź nasz i jego słudzy. Nam wróg chaty popali, bydło zajmie, oni niewolnika nabiorą dla siebie i łupu. — Tyle z tego, że nam dzieci poginą; a kto padł w wojnie, temu i mogiły nie usypią, krucy ciała rozniosą.
I westchnął.
— Pan to jest mocny, ten co na grodzie siedzi? spytał Hengo.
— Bogi mocniejsze od niego — mruczał Wisz — a i gromada silną bywa... Ja nie wiem więcéj, dań mu daję jaką każe — i znać go nie chcę; ani jego, ani całego ich Leszków plemienia.
— Wyście u siebie panem — dorzucił pochlebiając Hengo.
— A pewnie — rzekł Wisz. — Gdybym nim tu nie miał być, toć są jeszcze ziemie puste, poszedłbym jak ojcowie chadzali z mojemi gdzie indziéj, gdzie wojna nie dochodzi i niewola. Zaorałbym nową granicę wołami czarnemi i siadł.
Jakiś półuśmieszek szyderski niemcowi się po ustach przesunął i dodał.
— Hejno — gdybyście mi rozpowiedzieli a ukazali drogę do Gopła, a do Stołba kneziowego — kto wie? powlókłbym się jeszcze... zobaczyć i tego świata trochę.
Gospodarz pomyślał nieco...
— Czemu nie! probujcie szczęścia — rzekł. — Z waszych tam już nie jeden bywał, nie jednego téż może znajdziecie. Kneź ma żonę z niemieckiego kraju, po niemiecku rad rządziłby nami.
Wstał stary z kamienia.
— Słońce nie zaszło jeszcze — macie dobre nogi? zapytał. Pójdziemy za las, na górę, zkąd świata widać nie mało... Z tamtąd wam drogę ukażę łatwo...
Chcecie za mną?
Niemiec, który łuk i procę zostawił we dworze, prawie będąc rozbrojony, zawahał się nieco.
— Tak? z rękami gołemi? spytał.
— Jam tu na mojéj ziemi — odparł stary obojętnie — mnie tu zwierz nawet szanuje. Innéj broni nie potrzebuję, dodał, róg wyjmując z zanadrza, nad tę jedną. Gdy się głos rozejdzie po lesie — zrozumieją.
Szli więc razem. Od strumienia lekko się podnosząc ku górze, zielona łąka wiodła ich ku lasom. Stary wśród zasieków znalazł przełaz i ścieżkę. Wprędce byli już wśród ciemnéj gęstwiny — a tu Wisz jak w domu, choć nigdzie śladu drogi żadnéj nie było, kierował się nie patrząc prawie. — Hengo drapał się za nim — milczeli idąc oba... Wzgórze nie zbyt wyniosłe, zwolna, nieznacznie wspinało się lasem okryte. W zaroślach ptastwa mnóstwo zlatywało z gałęzi, na których się już noclegować zabierało.
Zdawały się gniewne na starego gospodarza, że ich spokój zakłócił. — Mignęły sine skrzydła kraski, sroczka w białéj spódniczce podniosła się gdérząc, podlatując, przysiadając i zrywając się przed niemi, aby ich łajać, przeprowadzając daléj. Z pod drzewa, u którego czatował, mignął lis żółtym ogonem, zawinął się i znikł wsunąwszy do jamy. Na gałęziach pomykały wiewiórki, ledwie dojrzane, tak zwinnie skakały z jednego wierzchołka na drugi. Stary po drodze podnosił głowę ku barciom, bo ich tu pełno było na drzewach, reszta pszczół spóźnionych wracała z łąk, niosąc plon, cisnąc się do nich przed rosą, aby im skrzydła nie ociężały.
Szli tak coraz głębiéj, a Niemcowi nie nawykłemu do pieszéj wędrówki, za starym trudno było nadążyć. W tém las się rozstąpił, polanka trawą bujną zarosła, wierzch wzgórza okrywała. Wśród wielkiéj płaskiéj przestrzeni, wznosiła się sypana mogiła, z któréj widok rozlegał się na okolicę, jak oko sięgnąć mogło. Wspaniały był i wielki... Wisz stanąwszy tu i oglądając się po swéj ziemi, mógł się czuć panem. Hengo spojrzawszy na niezmierną przestrzeń u nóg swoich rozłożoną, stanął zdumiony i widocznie rozradowany. Dolina, którą mieli u stóp swoich, była w większéj części lasami okrytą. Zachodzące słońce jaskrawym blaskiem ją oblewało, promienie czepiały się wierzchołków drzew, gdzieniegdzie w złotych odbijających jeziorach i przeglądających między drzewy i łąkami, rzek wstęgach.
Patrząc nań z góry, rzekłbyś, że cały kraj ten, cały świat, zarastała puszcza jedna, szeroka jak morze i jak morskie równiny siniejąca w oddaleniu. Jak fale téż kołysały się bliższych drzew wierzchołki. Wśród téj ciemnéj zieleni jodeł i sosen, gdzieniegdzie młodych złocistych lip i brzóz i majowych łąk zieloność się przebijała. Daléj, ściśnięte drzewa już oku nic widzieć nie dopuszczały nad wierzchołki, nad które mało starszych samotnie strzelało ku górze. Głuchy szum zaledwie chwytało ucho... W dwóch tylko miejscach sinego dymu słupy wznosiły się ku górze, nie zgięte żadnym wiatru powiewem... Na widnokręgu pasami długiemi rozścielały się do snu mgły wieczorne.
Wisz wskazał Niemcowi w prawą stronę.
— Tam... w końcu dnia z końmi waszemi dostaniecie się łatwo. Trzymajcie się ciągle rzeki, a minąwszy do niéj wpadające strumienie, szukajcie brodu i przejedźcie na drugą stronę.
Chciał mówić daléj, gdy ucho jego, do chwytania i rozumienia najmniejszego szelestu nawykłe — coś zdala uderzyło. Zatrzymał się, głowę spuścił i słuchał.
I Hengo téż w dolinie pochwycił jakiś oddalony tentent głuchy, który się zdawał przybliżać. Wiszowi twarz się zachmurzyła, ręką pokazał na kierunek i spytał.
— Rozumiecie? — a teraz — dodał, chodźmy — boję się, czyśmy wilka nie wywołali z lasu. — Tentent słyszę... Jeżeli jedzie kto, to chyba kneziowscy słudzy, utrapiona zgraja, która nigdy z próżnemi nie odchodzi rękami. — Smerdowie jego i posłańcy... Po co? Wiedzą chyba oni sami. — Dokąd? Nigdzie jak do Wisza, u którego miód stary stoi...
Stary poruszył się z żywością prawie młodzieńczą, i nie patrząc już prawie na Niemca, posunął się tąż samą drogą w dół, którą na górę wchodzili. Lecz teraz pędził żywiéj i przesunąwszy się przez las — z po za ostatnich drzew ujrzeli rychło zieloną łąkę, a na niéj, brzegiem rzeki posuwających się pięciu konnych, na których Hengo ciekawe zwrócił oczy.
Przodem jechał dowódzca, parami za nim czterej inni... łatwo w pierwszym poznać było starszego, koń pod nim roślejszy i pokaźniejszy ubiór, odznaczał kneziowego sługę. Był to barczysty chłop, z włosami długiemi, które mu gruby kark okrywały. Na głowie miał czapkę ze stérczącém przy niéj piórem białém. Odzież na nim z sukna jasnego, obszycie miała czerwone, u boku miecz stérczał w pochwie, na plecach łuk nad głowę się podnosił i łubiany wór na strzały.
Jadący za nim w rękach trzymali toporki, zbrojni téż w łuki i proce, obwieszani sakwami... Wisz zobaczywszy jeźdzców, jak noc się zachmurzył — porwał róg z za koszuli i trzy razy prędko raz po razu zatrąbił, do chaty znać oznajmując o nadjeżdżających.
Gdy głos ten się dał słyszeć, jezdni na koniach poruszyli się żywiéj, i pierwszy z nich obejrzał do koła, szukając sprawcy... mógł już z brzegu rzeki, nad którą jechał, zobaczyć Wisza, a ten téż niezwłocznie pospieszył na przełaj, ku niemiłym gościom.
— Ej! gadziny przeklęte! — mruknął idąc, — smoki nienasycone... Smerda pański — bodaj ich razem obu pioruny ze skóry darły! — Odwrócił się do Niemca. — Wam to na rękę, bo was pewnie i wasze sakwy ze sobą chętnie zabiorą — ale mnie. Hengo nie okazywał twarzą wcale, czy był rad lub nie spotkaniu.
— Juścić — rzekł — gdyby co złego groziło, prawa gościności bronić mnie każą.
— Jeżeli ja sam siebie od nich obronię — mruknął Wisz... Pięciu ich, nie tak to straszna rzecz, moi chłopcy powiązaliby ich na skinienie, ale u Stołba znajdzie się ich dziesięć razy tyle, gdyby się mścić chcieli. Szli co prędzéj ku zagrodzie.
Smerda kneziowski, jadący przodem, konia zatrzymał, starego poznawszy, lub się domyślając gospodarza. On i jego towarzysze mniéj się mu jednak niż Niemcowi przypatrywali. Czuli w nim obcego, a obcy dla nich zawsze był dobrym obłowem...
Gdy podeszli, starzec się Smerdzie pokłonił, chociaż ten mu nie myślał oddać powitania. — Skłonił się i Hengo, ale mu twarz pobladła, czuł, że chciwe oczy wszystkich na niego się skierowały.
— Kogóż to z sobą prowadzicie, stary? wołał Smerda. — Obcy? zkąd? Czteréj jezdni wnet go obstąpili do koła.
— Z nad Łaby jestem, przekupień, człek spokojny — nie obcy... rzekł nabierając śmiałości trochę Hengo — nie obcy — bom tu nieraz bywał z towarem... wszędy mnie swobodnie przepuszczano...
— Znamy my tych ludzi spokojnych! krzyknął śmiejąc się Smerda — znamy... Kto wie na co wypatrujecie drogi po kraju, szukacie brodów po rzekach, zaciosujecie znaki po drzewach... aby potém poprowadzić...
— Spokojny człek — odezwał się Wisz powoli — dajcie mu pokój, chléb z nim łamałem.
— A mnie co do tego? zawołał Smerda gniewnie. Kneź surowo zakazuje, aby się tu obcy po kraju nie wałęsali. — Pójdzie z nami.
— Pojadę z wami po dobréj woli, miłościwy panie — rzekł szybko Hengo — a gdy na twarz padnę przed kneziem, łaskę u niego zyszczę, bo pan jest sprawiedliwy... Jam samowtór z chłopięciem... i — cóż ja złego zrobić mogę?
— Związać mu ręce — krzyknął Smerda... a no — zobaczemy!
Gdy to mówił, dwóch pachołków skoczyło z koni, aby rozkaz jego wykonać. Smerda skierował się ku zagrodzie.
Stali tu już parobcy i synowie, stała we drzwiach stara Jaga, z równie starą sługą — żadnéj z młodszych niewiast widać nie było.
Na znak dany przez ojca, wszystkie się ukryły po kątach i zbiegły do lasu, aby się z obcemi ludźmi zuchwałemi nie spotykać. Wyjaśniła się téż twarz Wisza, gdy w podwórku ani córek, ani synowéj żadnéj nie zobaczył.
Smerda zlazł z konia u wrót, ludzie jego także, dwu z nich poprowadziło Henga z sobą, wydrwiwając się z niego, popychając i bijąc. Ręce już miał w tył związane sznurem, którego koniec trzymał jeden z pachołków. Konie poszły do szopy, ludzie wprost kroczyli do dworu. Tu Jaga pokłonami ich witając, zapraszała. Wisz stary szedł zamyślony i chmurny. Zaszumiało wnet w izbie, gdy obcy się do niéj wcisnęli. Smerda padł na ławę, pierwsze gospodarskie zajmując miejsce. Wołali już piwa i miodu, które zaraz niesiono, aby sobie gardła zalali. Gospodarz nic nie mówiąc zdala zajął miejsce na ławie.
— No — stary gospodarzu — ozwał się Smerda, wy to już wiedzieć powinniście z czém my jedziemy... Należy kneziowi dań...
— A dawnoście ją brali? mruknął stary.
— Myślicie się rachować z nami? Kmieć z kneziem? rozśmiał się Smerda.
— Kmieć z kneziem, bo ja tu na téj ziemi kneziem jestem, mówił Wisz. Ze skóry nas drzecie pod pozorem obrony.
Smerda chciał się śmiać, ale popatrzywszy na starego, rychło mu ochota odeszła, spowolniał jakoś.
— Pijcie i niech wam tak będzie na zdrowie jako życzę — dodał stary, a potém o sprawie.
Kneziowski sługa pomyślawszy, stał się łagodniejszym, czerpakiem piwa z cebra nabrawszy, począł je chciwie żłopać. Towarzysze téż jego garnuszkami czerpać jęli, aby ugasić pragnienie. Hengo związany stał u progu. Chwilę trwało przerywane chlipaniem milczenie. Smerda wąsy otarł i zwrócił się do Niemca.
— Gdzie twoje konie i sakwy.
— Znajdą się jutro razem ze mną przed kneziem — rzekł Hengo — proszę was, w pokoju mnie zostawcie.
— Zrobię z tobą co chcę! krzyknął Smerda.
Wisz chciał bronić obcego, gdy Hengo z rękami związanemi za sobą sznur wlokąc, szybko podszedł do siedzącego na ławie Smerdy, przysunął mu się do ucha, zasłonił dłonią i żywo, długo coś mu szeptać począł. Z twarzy nie widać mu było przestrachu... Gdy mówił, zwolna lice kneziowskiego sługi, mieniło się, marszczyło, rozjaśniało. Popatrzał z ukosa na Niemca, głową potrząsnął i rzekł do swoich ludzi:
— Rozwiązać mu ręce — pojedzie jutro z nami, na grodzie się z nim rozprawi.
Uwolniony tak cudownie od sznurów, które mu ręce krępowały, Hengo ze spuszczoną głową, usiadł w kącie. Smerda już co innego mając na myśli, zwrócił się do staréj Jagi.
— Matko stara — zawołał — a gdzież to niewiastki i córki wasze? Radzibyśmy na nie popatrzyli, gładkie mają liczka.
— I dla tego wam ich nie pokażą — wtrącił gospodarz. Co wam do nich?
A Jaga dodała:
— Nie ma ich od rana. Poszły w las wszystkie za grzybami, za rydzami, chyba i na noc nie powrócą.
— W las! zaśmiał się Smerda, któremu zawtórowały śmiechy jego towarzyszów, piwem rozochoconych. Oj! szkodaż to szkoda, żeśmy ich po drodze nie spotkali. Byłoby się z kim zabawić, choćby i do jutra.
Wisz spojrzał z ukosa na mówiącego, któremu śmiech zamarł na ustach.
— Przy takiéj zabawie — rzekł Wisz — jakby was ojciec i bracia zastali, moglibyście i na wieki w lesie pozostać, a nigdy z niego nie wrócić. — Wilcy z krukami tylkoby o was wiedzieli.
Cicho, ponuro wymówił te słowa. — Smerda je usłyszał i zachmurzył się. Drudzy znowu około kadzi z piwem chodzili, i on téż milcząc, do niéj powrócił. Tymczasem, na dany znak, synowie Wisza podeszli do rozmowy, podsunęła się i Jaga, a Wisz zwolna poszedł naprzód ku ognisku, potém od niego ku drzwiom, gdzie się z wiadra wody napił. — Tu nieopodal rozwiązany siedział Hengo, gospodarz dał mu znak, i wyszli razem do sieni.
Nic nie mówiąc, stary ręką ukazał Niemcowi na drzwi i wrota — dając do zrozumienia, by uchodził, lecz Niemiec — obejrzawszy się, szepnął mu do ucha.
— Ja się ich nie boję, nic mi nie zrobią — dostanę się z niemi do knezia. Towaru tylko nie wezmę z sobą wszystkiego — by darmo się nie wozić z ciężarem.
Wisz popatrzał nań zdziwiony.
— Dla czegóż uchodzić nie chcesz? — Z pod mojego dachu na co ma cię spotkać nieszczęście?
Hengo uśmiechnął się chytrze, głową potrząsając.
— Nie boję się — nic mi nie zrobią... wykupię się im, bądźcie spokojni, tylko wam jedną sakwę zostawię.
Milczeniem gospodarz zgodził się na to, a Niemiec wysunął zaraz ku szopie, zkąd parobek wyniósł po chwili sakwę, którą w komorze ukryto. Hengo podziękowawszy gospodarzowi, wrócił do izby i siadł znowu w swoim kącie, nim postrzeżono, że go nie stało.
W izbie gwar był i śmiechy.
Smerda orzeźwiał téż po piwie, ze starą babą żarty strojąc, a towarzysze mu rozgłośnym śmiechem wtórowali. Trwało to aż do nocy, wniesiono łuczywo suche, którego drzazgi między kamienie wetknięte, zapalono, aby izbę oświecały.
Zobaczywszy światło, Smerda się dopiéro obejrzał za gospodarzem do koła.
— Gdzież gospodarz? zawołał.
Wisz stał u progu chaty — trąciła go Jaga, niechętnie się zawlókł do środka. Ludzie mu widocznie nie w smak byli. Zobaczywszy starca, Smerda wstał idąc ku niemu, skinął i na podwórze z sobą prowadził.
— Od knezia jadę do was i do drugich kmieci i żupanów — rzekł — kneź was pozdrawia uprzejmie. Stary skłonił głowę i po siwych włosach powiódł zafrasowany pomarszczoną dłonią.
— Pozdrowienie łaskawe — rzekł — a no, na tém nie koniec. Kiedy zdrowia życzy, pewnie czego żąda, inaczéj by o kmieciu nie wspomniał.
Smerda brwiami ruszył.
— Ludzi nam bardzo, bardzo brak — rzekł — jednego ze swoich dać musicie do kneziowskiéj drużyny. Wszak ci to ona was i ziemi broni.
— Cóż to? na wojnę myślicie? — rzekł Wisz.
— My jéj niewydamy nikomu, ale na grodzie ludzie muszą być pogotowiu — do obrony — mówił Smerda. Dwóch nam zmarło z zarazy, jednego zwierz rozdarł w lesie, a kneź téż ubił jednego, trzeba nam ludzi... U nas się źle nie dzieje... Głodu nie mają, jedzą razem ze psy kneziowskiemi, a po całych dniach na brzuchach się wylegają. I piwa się im nie skąpi. Przyjdzie wyprawa, z łupu się co dostanie.
— Albo się pójdzie w niewolę — dodał Wisz.
— Jeżeli nie dwu, jednego musicie dać — zakończył Smerda.
— A jak żadnego? — zapytał Wisz.
Smerda się zamyślił.
— To was na sznurze powlokę do grodu — rzekł Smerda.
— Chociem kmieć wolny? — spytał gospodarz spokojnie.
— Mnie co do tego! Kneź przykazał.
— Tak — tak! zawołał Wisz zadumany patrząc w ziemię... Wziął się obyczaj taki. Patrzcie tylko, żeby was kiedy kmiecie na postronkach nie ciągnęli, jak się im naprzykrzy.
Zmilczał posłaniec...
— Nie przeciwcie się — szepnął po cichu... Kneź temi dniami zły bardzo... przez sen, gdy w podsieni zadrzemie, zgrzyta zębami i jak wilk człapie. Na kmieciów się odgraża bardzo. Zamiast dwu, dajcie mi jednego człowieka — i skórę na kożuch, bo mi się mój dobry podarł na usługach.
Zamyślony stał gospodarz długo w podwórzu, skinął potém na Smerdę by z nim szedł, wrócili do chaty. Na ławie siadł stary, kij między nogi wziąwszy, sparł ręce na nim i po chłopcach swoich poglądał, jakby szukał ofiary.
— Hej — Sambor — odezwał się do stojącego z tyłu za gromadką, śmiejącego się z dworakami chłopaka. Sambor — chodź tu!
Przywołany tém imieniem parobczak, wyprostował się i podszedł.
— Tobie w polu nie bardzo się chce robić — a koło domu téż nie lepiéj, rzekł do niego, więcéj leżysz i śpiewasz niż pracujesz... Ty byś się zdał do lekkiego chleba, przypasawszy mieczyk drugich ganiać i piórko za czapkę wetknąwszy, popisywać się z urodą. — Ty na kneziowski dwór pójdziesz z ochotą?
Nagle zagadnięty parobczak, choć mu się niedawno twarz śmiała, posmutniał nagle. Oczyma niespokojnemi potoczył dokoła — zobaczył jak mu się Smerda przypatrywał ciekawie, ogarnęła go trwoga i padł przed starym na kolana.
— Ej! ojcze panie — po cóż mnie w niewolę dajecie? krzyknął.
— Co za niewola — przerwał Smerda — będziesz wojakiem. U knezia lepiéj niż tu, a jak się spodobasz panu, kto wie co będzie z ciebie. Wisz po schylonéj jego głowie ręką pogładził.
— Musi jeden iść za wszystkich... rzekł, na ciebie koléj — Sambor.
Stara Jaga, opodal stojąca, ręce załamała, bo, choć parobczak synem jéj nie był, ale się w chacie wychował i jak dziecko własne go kochano...
Drudzy parobcy tém oznajmieniem strwożeni, cofnęli się w głąb — opuściła ich wesołość. A tuż i Smerda, dłoń szeroką na ramię Samborowi położył, jakby go brał w posiadanie.
— Pójdziesz z nami — rzekł.
Podniósłszy oczy, parobczak spotkał wejrzenie Wisza, skierowane ku niemu — które doń coś mówiło, coś, co oni tylko dwaj rozumieli.
Sambor się uspokoił i wstał, smutny jeszcze, ale milczący, nie narzekając już na losy swoje.
Ktoby się wsłuchał był w głosy, które wewnątrz chaty się ozwały, gdy Jaga wyszła, załamawszy ręce — domyśliłby się, że tam niewiasty za Samborem zawodzić musiały. Nikt jednak nie śmiał ozwać się głośniéj, aby obcy nieposłyszeli głosów niewieścich i niedomyślili, że się od nich pochowały. Dano jeść przybyłemu Smerdzie i ludziom jego, a piwo z cebrów dokończywszy, wszyscy poszli do spoczynku. Wisz ich zaprowadził do obszernéj szopy, na siano. Obok niéj stały konie niemieckie. Niemca téż puszczono, nie bardzo się troszcząc o niego — i szedł przy nich nocować.
Gospodarz z Samborem, sami pozostali w podwórku. Chłopak chciał zacząć rozmowę, gdy stary dał mu znak, aby z nim za wrota szedł, i wywiódł go nad rzekę. Księżyc wschodził nad lasami. Siadł stary, milcząc długo. Słowiki tylko krzyczały...
— Nie płacz ty i nie narzekaj — począł po cichu Wisz... nikt nie wie, gdzie go jaka dola czeka. Chcieli wziąć jednego z was, a ja bym i sam im dał... bo mi tak było potrzeba... I nie tylko mnie, ale i drugim.
— Za cóż ja idę? nieśmiało spytał Sambor.
— Boś ty rozumniejszy od drugich — mówił stary — bo masz oczy i język — bo więcéj nas kochasz niż drudzy, bo ja tobie ufam i miłuję cię. Jesteś obcy a mam cię za syna. Posłałbym syna... oni oba ziemianie i rolniki i myśliwce i bartniki... a ty śpiewać lubisz, ale myśleć umiesz. — Zatrzymał się trochę, wsłuchując się w wieczorną ciszę — a potém mówił daléj głos zniżając.
— Słuchaj Sambor — ja ciebie nie na zgubę ślę, ale z potrzeby. Wielkie się u nas rzeczy gotują, kneziowie nas za łby chcą wziąć, postrzydz w niewolniki i Niemców z nas porobić. Z Niemcami się znoszą... Nam dojadło to... My nic nie wiemy co oni tam robią, aż nam na szyję więzy spadną. Ty idź, patrzaj, słuchaj, nastaw uszy. Musimy wiedzieć co się u nich dzieje. Po to ja tam ciebie ślę... Usta zamknij, oczy otwórz, posłuszny bądź... kłaniaj się nizko... a o nas nie zapominaj.
Czasem tam kto z blizniakami przyjdzie, z pokłonem... powiecie mu co posłyszycie.
Przyszedł czas... przyszedł czas... albo Leszki nas spętają, albo my ich wyżeniem i wydusim.
A no — st! st!
Stary palce położył na ustach. Sambor przystąpił doń i objął za kolana.
— A! rzekł, iść między obcych, porzucić was, ciężka to dola. Myślałem — z wami poczęło się życie i przy was skończy.
Wisz przerwał mu.
— Nie na wieczność tam idziesz — rzekł cicho, jak będzie pora, skiniemy na cię — powrócisz... Nauczysz się tam wiele, napatrzysz, dowiesz, bo cię się strzedz nie będą. Na Kupałę, na koladę do mnie ci pozwolą... a od Stołba do nas nie kraj świata!
I pogłaskał go po głowie... ale Samborowi, mimo tych obietnic, ciężko na sercu było.
— Mój ojcze — szeptał tęskno — co ty każesz ja muszę. Alem ja tu tak, jak wolny był, tam idę na pęta i pod grozę. U was my wszyscy dziećmi, tam wszyscy niewolnikami. Gorzki to chléb co go w pętach jeść potrzeba.
Wisz jakby skarg tych słuchać nie chciał, nie odpowiedział na nie.
— Patrz a ucz się — powtarzał — zapamiętaj wszystko. Nam się ztamtąd wszystkim niewola gotuje, jeśli o sobie nie pomyślemy. A kto z nas wie, co się w tém wilczym dole praży i smaży? Żaden z kmieciów nié ma tam swojego. Ja tam twoje oczy posyłam za moje. Kneź — sroga bestja, ale pokłony lubi, bij mu je, zyszczesz łaski, nie będą się taić przed tobą. Piją a po pijanemu wygadają co u trzeźwego na myśli.
Stary szeptał coraz ciszéj, kiedy niekiedy chłopaka bijąc po ramieniu... ten stał z głową zwieszoną, zachmurzony, księżyc już się był podniósł w górę i świecił w rzece odbity, gdy po długiéj rozmowie się rozeszli. Sambor jak wkuty na podwórku pozostał, oparty o wrota. Psy przyszły mu się łasić do ręki, pogłaskał je. Słuchał śpiewu słowików i klekotania żab, i hukania bąka na błotach, jakby chciał sobie w pamięć wrazić tę muzykę nocną puszczy, którą nierychło znowu usłyszeć się spodziewał.
Sen go nie brał — siadł na kłodzie i przesiedział noc całą do dnia.
Już się we dworze niewiasty ruszać zaczęły, gdy parobczak poszedł obchodząc zagrodę ku tylnym wrotom, jakby się tam kogo spotkać spodziewał.
Jaga wyszła naprzód i pospieszyła ku niemu.
— Samborze, mój miły — nie trwóż się i nie tęsknij — powrócisz. Ale sama łzę fartuchem otarła. W tém przez drzwi wpół otwarte pokazała się Dziwa, która w rękach trzymając kosy, zadumana plotła je powoli. Spojrzała na chłopaka i smutnie mu się uśmiechnęła.
— Co ty tak stoisz ponury? rzekła powoli głosem jakimś spokojnym a jak śpiew przeciągłym — co tobie? Nie wstydże ci mieć strach w sercu? a łzy w oczach? Nie każdemu dano siedzieć w chacie i spoczywać, różne losy, różne dole. Dobréj myśli bądź! Czasem ja widzę, widzę daleko, widzę jasno, czasem ja jutro odgadnę... Nie smuć się Sambor. Złego ci się nic nie stanie.
— Szkoda mi was porzucić — rzekł chłopak... a tęskno będzie.
— I nam za wami! rzekła Jaga.
— Nam za wami! powtórzyła Dziwa, a no, wy do nas wrócicie.
— Kiedy? zapytał Sambor.
Dziwa puściła z rąk włosy, oczy utopiła w ziemię, cała jéj postać przybrała uroczysty wyraz, i poczęła mówić zwolna, niepatrząc na chłopca.
— Wrócicie, wrócicie, gdy nad Gopłem łuna stanie, trupy spłyną po jeziorze... Kneź stary z lasu wyjedzie, nowe przyjdzie panowanie, gdy popioły wiatr rozwieje, kiedy krucy się nasycą, kiedy bartnik zbierze pszczoły. Kiedy zrąb nowy postawią nad Lednicą u jeziora. Powrócicie, zdrowi cali... z jasnym mieczem, z jasném czołem.
Coraz ciszéj mówiąc, zamilkła, podniosła oczy na stojącego przed sobą Sambora i rękami obiema śląc mu pożegnanie, z uśmiechem, jakby oprzytomniona nagle, chwyciła rozpuszczone kosy, wbiegła do chaty i drzwi zatrzasnęła za sobą.





IV.


Wszystko się już budziło, po szopach i oborach... parobcy szli wypędzać stada... dziewczęta czerpały wodę u studni. Smerda ze swojemi wstawał napędzając do drogi, Hengo chłopca słał do wodopoju, na ognisku stare sługi rozpalały ogień. Wisz, który sen miał lekki, z siermięgą na plecy zarzuconą, wyszedł o kiju obejrzeć naprzód, jaki się dzień obiecywał.
Niebo nad rankiem szare chmury okryły, od strony tylko wschodu rumieniały one, a choć wiatru czuć nie było na ziemi, górą obłoki pędziły żywo wyprzedzając się i kłębiąc. Nad błotami stały gęste opary, poruszały się, to bledniejąc, to szarzejąc. Rosa kroplista, biała, okrywała trawy i szkliła się na zielonych liściach młodych. W szopie słychać było beczące owce, na pastwiskach rżące konie, u brzegu mruczącą rzekę i jeszcze zawodzącego nieznużonego słowika.
Dwa kruki z zachodu zwolna ciągnąc, zatrzymały się nad chałupą i poleciały daléj leniwo... Stary obejrzał się za niemi i pokiwał głową.
Sługi z szopy niosły świeżo udojone mléko kobyle. W izbie stał już znów ceber piwa i placki dla gości, aby o głodzie ze dworu nie wyjechali. Na ławie Wisz zawczasu położył niedźwiedzią skórę, któréj mu było żal, ale Smerdzie ją trzeba było dać, aby złéj woli nie miał, i nie skarżył przed panem.
Sambor posłuszny już węzełek swój na drogę wiązał, skórznie ozuwał i mocno około nóg sznurował... Procę i łuk nałożył na siebie, toporek u pasa uwieszał. Smutnoż mu było. A przecież, młody pocieszał się trochę, że na białym świecie dużo zobaczy... więcéj za jeden dzień, niż w zagrodzie za życie całe.
I żal mu było wszystkich, bo ku chacie spoglądał, ale oprócz staréj Jagi, która mu kołacz do torby przyniosła, nie zobaczył już nikogo. — Parobcy tylko na szyi mu się wieszali.
Smerdowi towarzysze, on sam i Hengo i gospodarz stary, zebrali się około ogniska. Wszyscy jechać spieszyli, bo się im zdało, że deszcz lunie prędko, tak groźne ciągnęły chmury, tylko Wisz spokojny ręczył, iż się niebo rozpogodzi.
Niemiec nie zdawał się frasować wcale, że go zabierano do kneziowego grodu, szedł jakby po dobréj woli, choć oczy towarzyszów chciwie się na jego sakwy zwracały. Milczący Gerda więcéj nadeń był strwożony, i z tego nikt się słowa nie dopytał.
Śmieli się z niego wszyscy, palcami wytykając: Niemy!!
Po dobréj chwili najadłszy i napiwszy się, ruszyli wszyscy do koni. Sambor staremu do nóg padł, ale ten skinąwszy tylko, odprawił go sucho. Konia mu z domu nie dawano — musiał więc pieszo zdążać za drugiemi.
Smerda ruszył przodem, za nim czteréj jego towarzysze, około których szedł nowozaciężny z głową spuszczoną, daléj Hengo z chłopakiem. Tak wyciągnęli za wrota i brzegiem rzeki się kierując, wkrótce znikli w zaroślach, z oczów staremu Wiszowi. Sambor obejrzawszy się, nie dojrzał już nic, tylko słup dymu nad zagrodą, wzbijający się ku górze.
Jak przepowiedział stary, tak się stało — mały tylko jak rosa deszczyk przekropił, zapachniały po nim brzozy, niebo się jasne z za szarych zaczęło ukazywać obłoków. — Cała chmur nawała zbiła się na zachodzie, nad głowami podróżnych wyjaśniło się i blade słońce wyjrzało z za przejrzystych rąbków, jak oblubienica, gdy się z pościeli podnosi. Podróżni jechali w milczeniu. — Konie ich same prawie torowały sobie drogę, choć znaku jéj żadnego nie było.
Smerda jadąc drzemał — spali téż na koniach, choć ciągle się budząc jego towarzysze, Hengo tylko i Sambor czuwali.
Jadąc to samym rzeki brzegiem, to się spinając nieco ku górze — łąkami naprzemiany i gąszczami, które konie łamały, liście w pyski chwytając — posuwali się daléj coraz milczący... Tuż na prawo stały lasy ciemne, podszyte, szeroko zwieszając gałęzie. Gdzieniegdzie z tych głębi puszczy, gniły strumień, trawą i mchami obrosły dobywał się szemrząc i ciekł do rzeki wązkiém korytem.
Ćwierć dnia tak już upłynęło, gdy na pagórku ujrzeli kamień wielki, a dokoła jego pomniejsze ustawione, jakby na straży. Niektóre z nich już były w ziemię zapadły, na innych mech siwy porastał... Stary, zgarbiony człek, z kijem białym, około kamienia się przechadzał. Było to prastare uroczysko, gdzie niegdyś składano ofiary... Stary, około kamienia stanąwszy, ręce wyciągnął, coś mruczał i ziele jakieś nań rzucał. Lecz w prędce go z oczów stracili.
Daléj sypana mogiła wysoka stała u brzegu, cała darnią porosła, u dołu zarzucona zielonemi gałęźmi. Tu każdy, ułamawszy wić po drodze, rzucił ją wymijając, Hengo tylko, choć patrzał ciekawie, wstrzymał się od téj ofiary.
— Co to za mogiła? — zapytał Sambora.
— Leszkową się zowie — odparł chłopak. — Tu kneź stary, broniąc wrogowi przejścia rzeki, strzałą rażony zginął. Wojsko się rzuciło, najezdnika rozbiło, a panu swemu po garści rzucając ziemię, mogiłę usypało... Pod mogiłą skarby wielkie być mają, których duchy pilnują. Raz w rok na kupałę otwiera się mogiła i może wnijść po skarby kto chce, a brać ile mu się podoba; ale musi spieszyć z powrotem, bo gdy kury zapieją, zamyka się mogiła i nie jeden już w niéj pozostał.
Samborowi ze smutku na baśń się zebrało, mówił więc, jak jeden chciwy skarbów parobek, podkradł się nocą kupałową pod mogiłę, jak w nią wszedł, znalazł gmachy wielkie, cudne izby pełne złota, i jak coraz idąc daléj, nieopatrzył się, aż kury zapiały... I rok go cały nie było... Dopiero gdy się znowu otwarła, wyszedł z niéj żyw, ale niemy, gdyż duchy mu usta zamknęły, aby ich tajemnic nie zdradził.
Daléj kraj było widać, ludniejszy nieco, w prawo i lewo po gajach dymiło się w chiżynach, nad rzeką spotykali gęsto wygasłe ogniska i końskich kopyt ślady... Tu i owdzie leżała kość biała...
Około południa stanęli w dębinie zielonéj, gdzie i pasza dla koni była obfita i woda blisko — dla wypoczynku. Tu zsiadłszy, wszyscy pokładli się w cieniu, a kto co miał spożywał. Sambor dobył białego kołacza Jagi, popatrzał nań, i schował — głodnym być wolał, niż go stracić... był to kołacz domowy!
Słońce, jak wczoraj, dopiekało, najmniejszy prawie powiew wiatru, nie ochładzał skwaru. Na okół znowu nic więcéj widać nie było, jeno lasy i gęstwiny, łąki i moczary. Gdzieniegdzie w kotlinie leżało jezioro jasne, lśniące jak oko, zdając się przyglądać krajowi, nad niém jak rzęsy sterczały trzciny, i jak brwi, pasy lasów stały.
W pół dnia wszystkie nawet ptastwo ucichło, brzęczały tylko koniki i polatywały bąki, milczenie wielkie do snu kołysało. Smerda drzemał, Hengo brwi ściągnąwszy coś rachować się zdawał, gdy Sambor w dali głos ludzki posłyszał.
Nie widać było nikogo, uszu jednak dolatywało śpiewanie powolne, które się coraz zbliżało. Cichy to był i stłumiony śpiew, drżącym nucony głosem, samemu sobie, brzęk jakby poruszanych strun, mu towarzyszył. Słów jeszcze nie mogło pochwycić ucho — ale nuta była żałosna, grobowa, smętna.
Wszyscy ciekawie oczy zwrócili ku brzegowi rzeki, zkąd się głos zdobywać zdawał.
Dołem, wybrzeżem piasczystém, szedł starzec ślepy, mały go chłopak prowadził. Wlókł się zwolna, w ręku trzymał gęślę, po strunach jéj przebiegając ręką drzącą. Smerda, który się przebudził, ujrzawszy go z góry, zawołał.
— Bywaj tu — stary.
Ślepiec się zatrzymał, zwolna głowę podniósł, i oczy białe, krwawemi obwiedzione powiekami.
— Bywaj tu stary, chodź, spocznij — powtórzył Smerda... placka przełamiemy z tobą i posłuchamy pieśni. Śpiewak struny przebiegać zaczął palcami, ale pieśń się przerwała. Stanął, myślał, potém chłopcu dał znak kijem i ku wzgórzu iść zaczęli.
— Dokąd idziesz, stary! — spytał Smerda.
— Albo wiem? — po świecie... — rzekł oślepły... z pieśniami idę od chaty do chaty.
To mówiąc, miejsce na którém stał, począł kijem obmacywać i ostrożnie osunął się na ziemię. Gęślę złożywszy na kolanach, dumał. Pomilczawszy nieco, jakby życie jego pieśnią być musiało, jakby mu ona nie wylewając się z piersi, nabrzmiewała w nich, jakby mu była tchnieniem... bez którego ostać się nie mógł, niezrozumiale, cicho, sam sobie nucić zaczął.
Milczeli wszyscy. Jeden z pachołków dobył z torby placek i położył go na rękach starego, który powoli do ust zaniósłszy, gryźć począł. — Chłopak, który go wodził, poszedł do rzeki garnuszkiem zaczerpnąć wody.
Sambor siadł przy nim.
— Stary Słowanie — rzekł — na noc... zajdźcie do Wiszowego dworu... tam was ugoszczą radzi.
— Na noc? do Wiszowego dworu? nie mojemi nogami — rzekł ślepiec — nogi stare i starte. Dybię niemi powoli... jak ślimak się wlokę... A co ujdę kawał drogi, siąść i spocząć każą nogi. A do Wisza, do starego, daleko... daleko...
— Przecie wy tam zajdziecie — mówił Sambor — a gdy u wrót staniecie, pozdrówcie ich tam od tego, co dziś ich pożegnał.
— Wy z Wiszowéj zagrody? — spytał stary — a któż z wami, a wielu... czuję ludzi do koła? Chociaż oczy nie widzą...
W tém Smerda wtrącił.
— Kneziowscy ludzie... hej! do grodu jedziemy, do Stołba. I ten z nami. A wy byliście na grodzie?
— Dawniéj... dawniéj! — rzekł stary — teraz tam nie ma po co... Tam mieczyki śpiewają i żelazo gra... Pieśni słuchać nie ma czasu.
Westchnął.
— A po co kneziowi pieśń? — zawołał Smerda — to babska rzecz.
— A wojna... wojna — jakby sam do siebie mówił ślepy Słowan — wojna, dzikich zwierząt sprawa. Póki obcy duch nie zawiał na Polany, orali ojcowie i śpiewali i bogów chwalili w pokoju, oręża nie potrzebowali, chyba na zwierza...
Smerda się rozśmiał.
— Eh — e! — rzekł — nie te to czasy!
— Nie te święte czasy co bywały — ciągnął śpiewak ślepy — nie te czasy, gdy u nas gęśli bywało więcéj niż żelaza, a śpiewu niż płaczu. Dziś ślepy gęślarz lasom pieje, a słuchać go nie ma komu. Niech się uczą lasy, jak żyli ci, co śpią po mogiłach, po kamiennych. A jak pomrą starzy, pieśń z niemi pójdzie do ziemi, synowie o sprawach ojców wiedzieć nie będą — zamilkną mogiły. Stary świat padnie w ciemności...
Mówił tak zwolna, a słowo w pieśń przechodziło nieznacznie, i nie postrzegł się jak nucić zaczął. — Ręce chléb porzuciwszy, same po strunach biegać zaczęły, a struny skarżyć się i płakać.
— Jam może śpiewak ostatni — rzucił Słowan, mnie oczy wybrano w młodości, aby dusza w drugi świat patrzała. Jam wszystkie ziemie zwędrował, a nie widział żadnéj, od Dunaju huczącego do Białego morza, od Chorbatych gór wierzchów, aż do lasów u Łaby. Niosły mnie nogi nie oczy, bez drogi; gdzie dola wiodła, gdzie się ludzi zebrała gromada. Siadałem na ziemi, stawali kołem nademną, niewiasty plaskały w dłonie, starzy po ojcach płakali. Szedłem od uroczyska do uroczyska, od mogiły do mogiły, od zdroju do zdroju... hen, hen, aż gdzie się kończy ludzka mowa.
Zamilkł. Smerda pół słuchał, pół drzemał. — Gdy ustał, odezwał się.
— Śpiewaj śpiewaku daléj.
— O czém wam śpiewać? — mruczał jakby sam do siebie ślepiec. Wam pieśni innéj potrzeba, wy staréj nie rozumiecie. O czém śpiewać? O praojcach z nad Dunaju, o prapraojcach ze wschodu, o braci z nad Łaby i Dniepru? Wy ich nie znacie, o białych i czarnych bogach, o Wisznu i Samowile?
Głos mu się zniżał, głowa trzęsła...
— Dawniéj bywało inaczéj! śpiewaka witały gromady, wiodła starszyzna pod święty dąb, nad święty zdrój, na horodyszcze wiecowe, na żalniki mogilne. Starzy i młodzi stawali kołem, słuchali... miód i piwo przed ślepym stało — wianki mu kładli na skronie. Na grodzie kneź dawał mu ławę okrytą, miejsce poczestne; dziś my pastuchom śpiewamy na wygonie... o głodzie i wodzie.
— Śpiewaj no stary... śpiewaj! — rzekł Smerda.
— Śpiewaj nam! powtórzyli za nim drudzy...
Słowan w struny uderzył.
— Hej! hej! — posłuchajcie... staréj pieśni z nad Dunaju.
Cicho się stało do koła — on nucił słabym głosem:
— Z za rzek siedmiu, z za gór siedmiu, z nad Dunaju pieśń ta leci. Król dunajski w wielkiéj trwodze; z wielkim ludem Czytaj idzie. Zabrakło mu ziemi doma; siołom roli, bydłu paszy, i do Boga Wiszny woła: lud umiera, daj mi ziemi — Bóg się ulitował, rzecze: tam, za Dunaj idź z gromadą, na pustynie, na szerokie. A ty królu na Dunaju, nie waż mu się stać oporem. Ręce łamie król w rozpaczy! Czytaj zawojuje ziemię, Czytaj państwo mi podbije! Czy pokojem iść, czy wojną? czy mu opór stawić zbrojno? Dziewki woła, radź dziewczyno... Kamiana mu radzi, królu — wojsko postaw nad Dunajem. Nie zwojuje ludu twego. Czytaj idzie, tłumy za nim; kędy przyjdzie lud zabiera, iść mu każe. Dziewki płaczą, on im rzecze: Łzy otrzyjcie, wiodę was w zielone kraje, kędy dzicy ludzie żyją, roli orać nie umieją... Będziem uczyć i panować... Dziewkom oschły łzy i idą... Idą, idą, Dunaj biały... stał na drodze... z wzdętą wodą... Lody na nim roztajały... Król Dunaju strzeże brzega. Wojsko wielkie — jak przejść wody? jak pokonać wojska siłę? Myśli Czytaj, myśli, woła: Na kolana, do modlitwy, Bogu módlcie się Koladzie, Samowile co wiatr trzyma. Niech rozpuści wiatrom wodze, niechaj Dunaj lodem stanie. Przejdziemy go suchą nogą. Padli na twarz przed Koladą, modlą się do Samowiły. Wiatry przyszły, Dunaj ścięły, wojska idą suchą nogą. Król Dunajski słuchał rady. Wojsko zebrał, stoi w polu, u Dunaju legł obozem... Samowiła wiatrem smaga, i na Dunaj wieje mrozem, a gorącym wojsko pali. Przeszli Dunaj... a gdzie stało wojsko, kośćmi pobielało. Kamiana patrzy i płacze. Czytaj, wnet zajmuje ziemie, pługi idą w żyzne pole, bydło ryczy, domy stają, ludzie uczą się siać ziarna. — O Kamiano, rada marna! przeciw Bogom nic nie nada. I Kamiana leci blada, w biały Dunaj głową pada. Pieśń się o tém ludziom pieje. Bóg wam zdrowia niechaj daje, a pieśń przy mnie niech zostaje...
Skończył śpiewak, panowało milczenie.
— Inną jeszcze — zawołał Smerda — nie żałuj nam stary!
Ślepiec znowu uderzył w struny.
— Dłuższa to pieśń, od Chorbackich gór — rzekł — młodsza pieśń, może się wam spodoba lepiéj.
I nutę wziął téż inną, raźniejszą a ognistszą, i słowa mu żywiéj biedz zaczęły, a białe oczy połyskiwały straszno.
— Wisło biała, matko biała, czemu mętne wody twoje? Jakże mętne być nie mają, kiedy do nich łzy padają? Lud u brzega ręce łamie, ręce łamie i ratunku woła, a ratunku nie ma... Smok w pieczarze siadł pod górą, co zobaczy to pochłonie, co pochwyci to pożera. Kiedy z głodu ryczy wściekły, cała góra drży od ryku. Kiedy syty dysze w jamie, oddech powietrze zaraża... Noc i dzień spoczynku nie ma — pola puste, lud ucieka, zwierz do lasu goni z trwogą... Trzody wyplenił i ludzi, dławi niewiasty i dzieci, a nigdy pastwy nie syty, ciągle ryczy, ciągle dyszy. — Czémże zgładzić żmiję, smoka? Miecz mu skóry nie przebije, pałka czaszki nie roztrzaska, gardła mu nie zduszą dłonie i piorun go nie zabije i woda go nie pochłonie, i ziemia go nie przykryje. Krak na grodzie smutny siedzi, myśli, duma, brodę zwija, podparł się i patrzy w ziemię. Jak mam pożyć tego smoka, jak potworę tę umorzyć? Myśli miesiąc, myśli drugi, smok żre ludzi, myśli trzeci, a smok ryczy... rady! rady! Płacze, ręce załamuje. — Jak mam pożyć tego smoka, jak potworę tę umorzyć?
Siedem razy miesiąc rośnie, siedem razy się roztapia, aż Krak Skubę wołać każe. Skubo, człecze, rób coć rzekę: zabij wołu, owcę zabij, wnętrzności wyrzuć do wody, a smoły weźmij gorącéj, a siarki nabierz palącéj, a węgli nabierz czerwonych. Wypchaj ścierwo siarką, smołą, podrzuć je pod smoczą jamę, kiedy żmij zaryczy z głodu. Smok niech ogień ten pochłonie, niech mu wnętrzności przepali, niech pęknie dzika potwora. Poszedł Skuba i tak czyni, jako mądry król rozkazał. Zabił wołu, owcę zabił, nadział siarką, węglem, smołą, do pieczary je przywleka.
Gdy smok wyje z głodu wściekły i głodną paszczę otwiera. Naści strawę, żmiju-smocze. — Połyka straszna paszczęka, ryknie, aż drży góra cała, i gród z stołbami się chwieje. W smoku palą się wnętrzności, trzewa ogień mu wyżera. I z jamy głowę wywleka, leci do Wisły i żłopie. Żłopie, aż się nadął cały, i rycząc rozpukł i zdycha.
W tém Krak z mieczem idzie z grodu, łeb żmiji strasznéj ucina, na żerdź go wtyka wysoko. Patrzaj narodzie, mój miły, że się twe męki skończyły. Ptacy niosą wieść wesołą, wiatry polami z nią biegą, niech rolnik wychodzi z pługiem, niech pastuch bydło wyżenie, niech dzieci idą na łąki — nie ma już smoka na ziemi.
Nad smoczą jamą na górze, gród się kamienny podnosi, tam Krak króluje spokojny, na cztéry strony spoziera, cztéry zwojował narody. A broda rośnie mu siwa i już mu piersi zakrywa, już i do kolan mu sięga. A kiedy dotknie się ziemi, król wie, że umrzeć mu pora. Ni się weseli ni smuci, że swe królestwo porzuci, dwu synów ma już u boku i córkę Wandę ma jedną. Broda dorosła już ziemi. — Przyszła już na mnie godzina; weźcie królestwo na dwoje. Siostrze dać królewskie wiano i żyjcie w braterskiéj zgodzie. Płacz po swym ojcu narodzie! Naród zapłakał i ciało niesie na górę Lassotę, na stosie go posadzili, Tryznę z obiatą sprawili, popioły Kraka zebrali, każdy wziął po garści ziemi, szli i sypali dopóki mogiła w górę nie wzrosła.
Kraj na pół bracia dzielili, poczną panować Krak z Lechem. I Krak ma ziemi połowę i Lech połowę ma ziemi. Lech patrzy na brata z trwogą, starszy mi kark zgniecie nogą. Jedźmy do lasu na łowy, bracie, na zwierza dzikiego, jedźmy razem w puszczę ciemną... będziemy gonić jelenie, będziem zabijać niedźwiedzie. Siedli na koń, siostra z wieży prosi, nie jedźcie na łowy — krucy dziś krakali rano i sen miałam w nocy krwawy. Weźcie czeladź, weźcie z sobą, zwierz jest dziki, las jest czarny. A Krak śmieje się i rzecze: zwierz i las nie straszny dla nas. Aż w puszczę ciemną wjechali — w tém młodszy staje i rzecze — tutaj ci bracie umierać, ja całe państwo zagarnę. Rzekł, i młotem w skroń mu ciska, aż krew szkarłatna wytryska i Krak na ziemię upada. Co tu czynić z ciałem brata? z ziemi wilcy je wygrzebią, po trupie poznają ludzie. Mieczem go rąbie na ćwierci, tnie go na drobne kawały i na rozstajach je grzebie. Piaskiem białym przysypuje, nogami ubija ziemię. Księżyc i gwiazdy patrzały, puszcza ich widziała ciemna; księżyc, gwiazdy nie wydały, puszczy nikt nie słuchał głosu.
Jedzie na gród Lech i płacze, suknię rozdarł, ręce łamie. Biada mi — oto zwierz srogi, brata zagryzł w ciemnym lesie. Krew widzicie na méj szacie, bom go bronił nadaremno. Lech wziął po nim ziemię całą, i sam panował na grodzie. Na rozstajach kędy ciało białym piaskiem przysypane, jasne lilije wyrosły, kwitną i z wiatrem bujają, wiatrom jęcząc powiadają. Tutaj jest Kraka mogiła, ręka brata go zabiła. Ludzie idą nocą, drogą, dziwne głosy słyszą z trwogą, wiatr odwiewa Kraka ciało. Na zamek niosą je ludzie, starszyzna na gród się zbiera. Niechaj ten co zabił brata, idzie z ziemi na kraj świata, kędy oczy go poniosą.
Wanda została jedyna, która bogom ślubowała. Ona będzie nam królową. — Jak mam być królową waszą, kiedym bogom ślubowała? że męża nie będę miała?... Wanda morza, Wanda ziemi, Wanda powietrza królowa, naród śpiewa i wykrzyka. — Córka Kraka niech panuje.
Na granicy, na rubieży, Niemiec siedzi jak lis w jamie, wieść do niego szybka bieży, dziewka siedzi na stolicy, wianek ma miasto korony, kądziel miasto miecza trzyma, męża nie chce, pana nie ma!
Rytgar kupy zbiera zbrojne, na bezbronny kraj, na wojnę. I stanęli na granicy, i śle posły do dziewicy, mężem twoim chcę być — Wando, lub twe ziemie ogniem, mieczem przejdziem, spalim i wysieczem. — Już pola wojsko zaléwa i las oszczepów się jeży, świecą tarcze, chrzęszczą bronie. Przyszły posły, Wanda staje. — Ślubowałam bogom wiarę, męża nigdy mieć nie będę. Chcecie wojny? wojsko sprawię, niech rozstrzyga bitwa krwawa. Posły poszły, wojska płyną, pola, góry wnet obsiadły, Wanda z mieczem, skronie w wianku, przodem jedzie, twarzą świeci. Patrzaj Niemcze, licz swe siły. Pojrzał Rytgar, kędy były, ani śladu ani słychu, pierzchło wojsko w lasy, góry. Sam się został Rytgar srogi. Losy swoje klnie i bogi, miecza dobył, pierś przeszywa, królujże Wando szczęśliwa. Zwycięzka wraca królowa... i na gród swój naród woła. Wyszła z wianuszkiem u czoła, w sukni białéj, z kwiatkiem w dłoni.
— Pozdrawiam was cni ojcowie. Przyszła na mnie ma godzina, życiem bogom ślubowała, na raz oddam im je całe; niż o rękę bić się mają, ci co ziemi pożądają. Wiedźcie mnie do Wisły brzega, nad głębinę, nad wir wielki. — Rzekła i w Wisłę się rzuca. Naród płacze swéj królowéj, cały się zbiega do ciała, i sypie pani mogiłę i pieśń o niéj wieczną śpiewa.
Bóg wam zdrowie niechaj daje — a pieśń przy mnie niech zostaje...
Nieopodal siedzący Hengo, gdy o Rytgarze zaśpiewał stary, jął dyszeć i sapać tak, że go ślepiec poczuł. Wnet téż, ledwie dokończywszy, począł się kijem o ziemię opierając, podnosić. Pomogli mu Sambor i pachołcy.
— Cóż ci to stary? — zapytał Smerda...
— Obcegom poczuł — rzekł trzęsącym głosem Słowan — przed obcym śpiewałem... jakbym miód lał w kałużę!!
I wnet mrucząc niespokojny, z nasępionemi brwiami, wyrywać się zaczął do pochodu, chłopca przed sobą kijem gnając. Nie śmiano go wstrzymywać. Parę razy gniewny odwrócił głowę i oddalił się szybko, dłonią ucisnąwszy struny, aby dźwięku wydać nie śmiały, usta zacisnąwszy, aby się z nich głos nie dobył.




V.


Cała téż gromada do koni zaraz ruszyła, bo czas było w dalszą drogę. Tuż i rzekę w bród przebywać było potrzeba, a Gerda na swojego konia wziął Sambora... Na przeciwnym brzegu widniało pólko zasiane i obrzucone zasiekiem, ale niedźwiedzie go nocą splądrowały. Las był tu przerzedzony, pnie w nim sterczały poopalane. Daléj pasło się koni stado i zbrojny człek go pilnował, z rogiem u pasa, a pałką nasiekiwaną w ręku. Znowu przejechali gaj i tu dopiero szersza pola przestrzeń przed niemi się odkryła. Nieopodal już widać było jezioro wielkie, w którém się słońce zachodzące przeglądało. Nad wodami jego ptastwo unosiło się stadami, czółna stały u brzegów, inne przesuwały w dali.
Hengo i Sambor podniosłszy oczy, ujrzeli w odległości wysoką szarą wieżę, wyniosłą: stołb grodowy, który okolicy panował. Stał nad brzegiem samym, posępny jakiś i straszny, a dokoła pod nim cisnęły się zręby budowli, szopy i chaty.
— To kneziów gród! — z dumą zawołał Smerda, zwracając się ku Niemcowi i wskazując stołb w oddaleniu. — Przybędziemy na czas, nim się do snu zabiorą.
Towarzyszom oczy zaświeciły, Sambor ponuro spojrzał przed siebie, konie zaczęto żywiéj popędzać, tak, że parobczak biegiem je doganiać musiał. Niemiec z podełba rozpatrywał się bacznie.
W miarę jak się zbliżali, gród coraz wyraźniejszym się stawał. Wieża z szarymi kamieni w oczach im rosła; u podnóża jéj rozeznawali dwór malowany, chaty, zabudowania, szopy, w części wałami osłonione. Do muru stołbu przypierały obszerne z drzewa wzniesione domostwa, z dachami ze szczap drewnianych, przez które teraz miejscami dym się dobywał. Około grodu ludzi i koni widać było gromady i stada. U brzegu poili bydło parobcy. Na wałach chodzili zbrojni ludzie, w żelaznych czółkach na głowie, z dzidami w ręku...
Wał i rów głęboki oddzielał od lądu grodzisko, przezeń most zamykany prowadził warowny i hać na jeziorze... Jechali długo, nim nareszcie pod wrota ciasne przybyli; poznano Smerdę i otworzono je zaraz; a za nim jadącego ujrzawszy Hengę, ciekawi cisnąć się zaczęli i dopytywać.
Niemiec i teraz nie okazywał po sobie trwogi, z konia zlazł, cugle wziął w rękę i postępował spokojnie za swym przewodnikiem. Minąwszy hać i mosty, weszli w obszerne podwórze, na którego końcu jednym stała wieża, niemająca wnijścia od dołu, bo do niéj dostawano się tylko po drabinach. Tuż do niéj przypierały kneziowskie izby i komory, a przed niemi ciągnęło się podsienie długie, na drewnianych słupach oparte. W pośrodku dworu, którego ściany i słupy biało, żółto i czerwono okraszone były, wznosiło się szersze wnijście, na grubszych sparte podporach, misterniéj rzeźbionych. Tu w okół stały ławy szerokie, a z tego siedzenia podwórze całe, wszystkie budowy, wały, jezioro i bramę widać było.
Gdy Smerda z ludźmi swemi zajeżdżał na podwórze, w którém się dość kręciło czeladzi, u wnijścia stał właśnie w kołpaku z futrem i piórem białém, średniego wzrostu, przysadzistéj postawy mężczyzna, z twarzą czerwoną, czarnym włosem długim, rzadką brodą, dzikiém a ostrém wejrzeniem. Zdawał się ztąd dozorować, co się na zamku działo. Sam strój jego oznajmywał pana, oblicze więcéj jeszcze. Suknię miał tym prawie krojem co wszyscy, z szerokiemi rękawami, ujętą pasem nasadzanym mosiężnemi i srebrnemi ozdobami, szyję obnażoną, na nogach skórznie sznurami wełnianemi czerwonemi poopasywane. Lecz suknia była z cienkiéj tkani, lamowana bogato, za pasem tkwił miecz w świetnéj oprawie, a na łańcuszku takiż nóż wisiał.
Stojący ręce obie założone miał za pas, czapkę na oczy nasuniętą, brwi zmarszczone i postawę groźną. Zaledwie go zdaleka ujrzawszy, spokorniał Smerda, z konia zeskoczył, głowę obnażył i pochylony poszedł ku niemu. Zbliżając się przygiął niżéj jeszcze, rękę do stóp pańskich przykładając.
— A kogóżeś to pojmał na drodze? — zawołał głos gruby i schrypły, — to nie swój?
— Z nad Łaby, Niemiec, przekupień, — począł Smerda stłumionym głosem. — On się tu pono nie pierwszy raz po kraju wałęsa... Znalazłem go w gościnie u kmiecia Wisza, kto wié, w jakich naradach? Dlatego kazałem mu jechać za sobą. Ale mi się nie opierał wcale, owszem uręczył mi, że był do Miłości Waszéj wysłany i pragnął jéj czołem uderzyć...
Milcząc popatrzał kneź na mówiącego i na Hengę, który stał zdala, jakby w oczekiwaniu. Nie dał zrazu odpowiedzi żadnéj i po długim namyśle zbył Smerdę obojętnie.
— Niech tam na waszych rękach zostanie... u mnie dziś goście, czasu nie ma... nie dać mu zażyć głodu, nakarmić i napoić... jutro rano przyprowadzicie go do mnie...
Smerda powtórnie do stóp się pokłonił.
— Od kmiecia Wisza wziąłem parobka, zdrów i silny, będzie oszczep i dzidę nosił. Ludzi mamy mało, miłościwy panie... Sykał stary wąż, ale musiał go dać...
— Sykają oni wszyscy, — mruknął kneź, — aż ja im pyski pozatulam i milczeć a słuchać nauczę... Znam ja ich, stara, wilcza swoboda wije się im po głowach... Ślepe dziady pieśni o niéj śpiewając ludzi buntują... Dzicz tę w pęta wziąć trzeba...
Smerda się nie ważył odpowiadać, stał z pochyloną głową i zwieszonemi rękami.
— Wisz! Wisz!.. — ciągnął daléj przechadzając się po wystawie kneź, — znam ja go, on się tam na puszczy sądzi kneziem i panem, a mnie znać nie chce...
— I bogaty, — szepnął Smerda, — jaki tam wszystkiego dostatek! ludzi, stada, dobytku, piwa i miodu... Kto go wie, może nawet kruszcu, srebra i złota! Ze wszystkiemi kmieciami tak, miłościwy panie...
— Do czasu... — zawarczał kneź i usiadł na ławie.
Smerda poszedł spełnić rozkazy. Hengo téż czekał na nie, nie oddalając się od sakwy swojéj, na którą wiele chciwych oczów skierowanych było.
— Miłościwy pan aż jutro dopiero do siebie was przypuści, — rzekł mu Smerda pocichu, — macie czas spocząć i język nagotować. Przykazał mi, abym was głodem nie morzył, a u nas téż nikt z niego nie umarł, chyba w lochu pod wieżą... — dodał z uśmiechem. — Dziś — szepnął na ucho Niemcowi, — dziś jego miłość ma chmurne czoło i oczy krwawe... lepiéj, że was na jutro odłożył... — Zbliżył się jeszcze bardziéj do ucha Hendze. — Nie dziw, że trochę gniewny, wczoraj mu słyszę synowca przyprowadzili, który był zbiegł i z kmieciami się wąchał... Trzeba mu było, sadząc do ciemnicy, oczy wyłupić, aby szkodliwym nie był. Zawsze to swoja krew... i Leszek...
Smerda potrząsł ramionami.
— A i ludzi jego dwu musiano powiesić... Szkoda, zdaliby się na wojaków, zdrowi byli, a no niebezpieczne wilki...
Smerdzie czy się gadać chciało, czy sobie Niemca zaskarbiał, ciągnął daléj uwagi swoje.
— Niełatwe tu panowanie, lud niedobry... Z kmieciami nieustanne spory, ale ich potroszę kneź wytrzebi, karmi, poi... za język ciągnie... a w końcu...
Rozśmiał się dziko i spojrzał ku domostwu.
Hengo miał téż czas rozpatrywać się po dworze, a że wiele świata i grodów widywał, dlatego może tu nic go nie dziwiło i strachem nie ogarniało, choć twarzami dzikiemi był otoczony i ludzie zdawali się tylko czekać skinienia, aby się rzucić na niego. Obchodzili go, przypatrywali się i słyszał, jak dokoła powtarzano: — Niemy, niemy!
W tém gdy tak stał, jak gdyby na coś oczekując, ujrzał schludnie odziane pacholę, z długiemi włosami na ramiona, które mu, kiwnąwszy głową, dało znak, aby szedł za niém.
Gerdzie poleciwszy konie, Hengo posłuszny, w trop udał się za przewodnikiem.
Przez szeroką bramę w ścianie dworu weszli z nim na drugi grodu dziedziniec. Tu inaczéj jakoś i nie tak po wojennemu wyglądało. Podsienia malowane były jasno i ku słońcu obrócone, na sznurach w nich wisiały schnące bielizny i odzieże niewieście. Kilka starych drzew rosło w pośrodku. W głębi widać było przesuwające się białogłowy i bawiące w piasku dzieci.
Pacholę, palec na ustach położywszy, zwolna prowadziło Henga ku drzwiom, w bocznym dworze, a gdy się te otwarły, znalazł się w pięknéj izbie, któréj okiennica szeroko otwartą była na jezioro. Brzask wieczora wchodził tędy do środka.
Znać było mieszkanie niewieścią przystrojone ręką.
Przepełniała je woń jakichś ziół, jakby świeżo powiędłych. Na drewnianym stołku, przykrytym poduszką, naprzeciw komina, na którym ogień się palił, siedziała niewiasta w sukni wełnianéj fałdzistéj, w zasłonach białych, otaczających twarz i głowę, na któréj licu resztki wielkiéj niegdyś piękności znać było. Z niéj teraz tylko para oczów czarnych, pałających została. Obok na małéj ławce drobne garnuszki, miseczki i kubki stały i zioła leżały pękami nagromadzone.
Z ciekawością patrzała na wchodzącego, gdy ten pokornie kłaniał się jéj do saméj ziemi — uśmiechnęła się i odezwała doń w języku lasów Turyngii, mową, która serce Hengi rozradowała.
— Zkąd jesteś?
— Miłościwa pani, — rzekł Niemiec oglądając się po izbie, w któréj ciekawe kręciły się niewiasty, — jestem z za Łaby, ale nawykłem włóczyć się po świecie, a do domu rzadko zaglądam... Trochę tutejszego języka umiem, więc wożę im towar z zachodu i mieniam go z niemi.
— Mieniasz? na cóż? — spytała niewiasta, — a cóż z téj dziczy i nędzy wynieść można? Złota ni srebra, ni żadnego kruszcu nie mają... jak zwierzęta po lasach żyją... Miast u nich nie ma, ani wsi nawet... a ludzie...
Westchnęła. Hengo się ciekawie wpatrywał w siedzącą, sięgnął nieznacznie do kieszeni, dobył z niéj pierścień z kamieniem i zdala go ukazał. Ujrzawszy go zerwała się z siedzenia niewiasta, dała znak ciekawym, aby odeszły precz, odprawiła pacholę za drzwi i żywo przybliżyła się do Niemca. Ten przykląkł na jedno kolano.
— Ty mi przynosisz posłanie od mojego ojca? — zawołała.
— I od synów waszych, miłościwa pani, — dodał powstając Niemiec.
— Od synów, — powtórzyła ręce załamując radośnie i podnosząc je nad głowę. — Mów, mów mi o nich długo, wiele...
Siadła znów w krześle, opierając się na dłoni, to spoglądając na Hengę, to na ogień, przy którym zioła się jakieś smażyły, a woń ich ostra izbę napełniała.
— Ojciec stary — mówił posłaniec — miłość waszą pozdrawia. On mi na znak dał ten pierścień, aby wiara dana mi była.
Zbliżył się na krok i zniżył głos nieco.
— Dochodziły tam wieści różne... ojciec miłości waszéj był niespokojny... Gotów jest przybyć na pomoc z ludźmi, gdyby jakie groziło niebezpieczeństwo... Z tém mnie posyła.
Niewiasta zmarszczyła brwi, biała jéj ręka podniosła się z oznaką lekceważenia.
— Kneź wam powie sam, czy mu tego potrzeba, — rzekła, — lecz damy rady i bez pomocy przeciw stryjom, synowcom i kmieciom... Są różne sposoby...
To mówiąc jakby mimowolnie popatrzała na ogień i zioła.
— Kmiecie oddawna się burzą, ale już ich wielu nie stało. Ubywa codzień... Nie boim się ani ich, ani nikogo, gród mocny, ludzi dużo... a mój pan miłościwy umie ich pożyć. Mów mi o dzieciach... Widziałeś ich obu?
— Na me własne oczy, — rzekł Niemiec, — piękniejszych młodzianów nie ma na świecie, ani lepiéj robiących bronią i koniem... Wszyscy się im dziwują...
Niewieście rozjaśniło się lice.
— Mogliby już do domu powracać — dodał Hengo — aby stanąć u boku miłościwego pana...
— Nie, nie! — przerwała siedząca, — na to nie czas jest jeszcze. Nie chcę, aby patrzyli, co tu się dziać musi, nie chcę, aby zawczasu z własną krwią do walki występowali... Przyjdzie spokój wkrótce, naówczas ich zawołamy... A! ja ich nie widziałam tak dawno, — dodała, — odebrano mi ich dla wojennego rzemiosła, by się go u dziada i u naszych uczyli... Tyle lat! tyle lat... Widziałeś ich obu? — powtórzyła.
— Niejeden raz, — mówił Hengo. — Choć parę lat starszy, kneź Lech jak rówieśnik obok brata wygląda. Oba silni i zdrowi... Ciskają włóczniami jak nikt... strzelają z łuków do ptasząt... najdziksze dosiadają konie...
Błyszczały oczy matki.
— Piękniż są?
— Nie mogą być piękniejsi nad nich! — odpowiedział Hengo, — wzrost wyniosły, twarze jasne, modre oczy, jasne włosy...
Uśmiech poigrał po ustach słuchającéj, ale zarazem dwie łzy perliste zbiegło po twarzy bladéj.
Cichsza zaczęła się, długa rozmowa, gęsto posypały pytania...
Mrok już padał i tylko światło ognia oświecało izbę, a niemiec stał jeszcze i nie mógł nasycić ciekawości macierzyńskiéj; w ostatku go odprawiła skinieniem: — Do jutra.
Sambora puszczono swobodnie w podwórcach, mógł się téż w nich rozglądać. Na wstępie schwycił go Kos pachołek dawniéj mu znany i poprowadził do komory, w któréj się drużyna mieściła. Nie było jéj teraz, gdyż jedni na wałach, drudzy na usłudze na dworze, inni na haci stali, a gromadę całą zasadził był kneź w bocznéj izbie, uzbrojoną, nie bez celu. Miał kmieci w gościnie...
Kos tak nienawidził knezia, któremu służyć był zmuszony, jak większa część dworni jego z lasów gwałtem pobranéj. Z Samborem zrozumieli się od słowa...
— A i ciebie tu do téj wilczéj jamy wciągnęli, — szepnął pachołek.
— Siłą, mocą, — odparł Sambor.
— A wiesz ty, jakie tu życie? — spytał Kos.
— Czuję, — rzekł Sambor.
— Niewola! niewola!... — począł wzdychać parobek. — Robią nami jak wołami, znęcają się jak nad psami. Psom kneziowskim ci téż lepiéj.
Jęli tedy wzdychać oba, a że parno było w komorze, wyszli razem na wał pod wieżę. Kos wskazał małą dziurę w murze, która nad ziemię wychodziła.
— Synowca tam spuścili wczora — szepnął — oczy mu wyłupiwszy... Samem patrzał, jak go ludzie trzymali, a stary Zrzega nożem mu źrenice wyjmował... Krew jak łzy ciekła... nie krzyczał nawet... a litości téż nie prosił, bo wiedział, że jéj tu nie znajdzie... Potém go w pół ująwszy, powrozem spuścili do ciemnicy i tam mu wodę i chleb dają, póki nie zdechnie... Na dworze się odgrażają, że tak będzie i innym...
— Jeżeli się to synowcowi dostało, a cóż będzie kmieciom naszym? — ozwał się Sambor.
Kos ramiona ścisnął.
— Będzie toż samo, albo i gorzéj, — rzekł, — jeśli w czas rozumu nie dostaną.
Ze dworu słychać było stłumioną wrzawę... śmiechy i wykrzyki.
— Tam się to kneź weseli — mówił pachołek — bo tak się zawsze u niego zaczyna, póki do zwady i do nożów nie przyjdzie przy biesiedzie... I dziś trudno by się skończyło inaczéj... Wprzódy tylko da sobie im podchmielić, bo po pijanu łatwiejsza sprawa... Kmieci tak po kilkunastu ściągają na gród, łaskawie przyjmują, a mało kto wyjdzie cały... Potrochu ich wytrzebi, reszta cicho siedzieć musi.
Popatrzał ciekawie na Sambora.
— Cóż wasi na to? — zapytał.
— Ja nie wiem — rzekł ostrożny przybylec — pewnoby radzi co robić, a nie mogą, albo może czekają...
— Baby oni są! — zawołał Kos.
— Gród mocny, — odezwał się przybyły.
— Mocny... — rzekł Kos — ale i kamienie się walą... Jak postoi mocniejszy będzie, bo mu ludzkie czaszki za podwaliny staną...
— Drużyna liczna...
Pachołek się uśmiechnął.
— Gromady liczniejsze od niéj po mirach... — rzekł cicho — gdyby rozum miały... U nas tu po niemiecku wszystko... Kneziowa miłościwa pani, Niemkini rodem, Niemiec się téż plącze niejeden. Młodsze żony i nałożnice także z za Łaby... I obyczaj załabiański, bo kneź swobody mirów i gromad znać nie chce... ani o wiecach słyszeć... Dziewki niemieckie prawią, że go słyszały mówiącego, jak sam sobie nie da rady, to Niemców sprowadzi.
Położył się Kos na ziemi, a że blisko okna byli od lochu, gdy ucichli, posłyszeli jęk, który niem wychodził. Głuche stękanie człowieka szło jakby z pod ziemi.
— Co on zawinił? — zapytał Sambor.
— Najwięcéj tem, że to krew ta sama, a on swojéj krwi mieć tu nie chce, bo się jéj boi... Któż wie? Zadano mu, że z kmetami się zmawiał, obiecując im dawną przywrócić swobodę...
Oba zamilkli. Po za nimi na podwórzach buchały niekiedy wrzawliwe śmiechy stłumione, a po nich następowała cisza, to niby śpiewy nucone półgłosem. Na drugim cyplu zamkowym psy jakoś żałośnie wyły chwilami i każdy głośniejszy śmiech wywoływał to skomlenie dziwne. Nad jeziorem księżyc czerwony wznosił się jakby krwią umyty... Chmura siwa jak chusta na pół mu związywała czoło. Jakiś smutek i groza były w powietrzu... Parobczak, który wczoraj słuchał nad rzeką słowika, dziś tu karmił się psów wyciem i krakaniem kruków. Czarna ich gromada podlatywała nad wieżą.
Sambor popatrzał ku górze.
— E! to nasi goście codzienni, — odezwał się Kos ze śmiechem, — albo téż towarzysze, bo z wieży nigdy nie zlatują. Zawsze tu są pogotowiu na trupa, a rzadki dzień, żeby go nie mieli... Ku wieczorowi zwijają się niespokojne, bo czas, aby im rzucono strawę... Zobaczycie, że i dziś darmo nie będą krakały...




VI.


Hengo wyszedłszy od kneziowéj pani, powrócił na pierwsze podwórze. Znalazł tu oczekującego na siebie Smerdę, który go zaprowadził do ciemnéj izby, gdzie czeladzi jeść dawano. Okno jéj, jak wszystkie zamykane ze środka drewnianą zasuwą, wychodziło w dziedziniec, a że naprzeciw były komory kneziowskie, mogli słyszeć i potrosze widzieć, jak tam biesiadowano.
Wieczór był ciepły, w izbach duszno, wszystkie więc okna stały otworem, w jasnych izbach, oświeconych łuczywem u komina, liczna się cisnęła i gwarna drużyna.
Kneź znać lubił myśl wesołą i miód stary, bo biesiada szmerem głośnym poczęta, wkrótce zahuczała śpiewami i wykrzykami.
Wesołość téż przechodziła chwilami jakby w kłótliwą walkę i spory, głosy się podnosiły warczące, głuszyły je drugie, potém nastawała cisza, a po niéj wybuchy coraz swarliwsze. Chociaż żadnego wyrazu pochwycić ztąd nie było można, sam ton zwiastował, iż z wesołości zrodziła się zajadłość dzika... Ludzie jednak, oswojeni zapewne ze zwykłym biegiem uczt na grodzie, spokojnie słuchali tego wrzenia i huku. Hengo tylko oglądał się trwożliwie, a Smerda spostrzegłszy to, rzekł doń z uśmiechem:
— Wszystko to kmiecie, żupany, starszyzna. Kneź ich poi, to im się po miodzie wyrywa czasem co zuchwalszego, on téż, miłościwy pan nasz, niecierpliwy bywa... Jak się czasem zetną... co ma być? zadławi którego pochwyciwszy... mniéj jednym będzie... Bywa, że się z sobą zajedzą, a na pięści pójdą i jeden drugiego zabije... a nam co do tego?
Śpiew z izb dobywający się oknami do ryku był czasem podobny, a śmiech do wycia, a gniew do warczenia psów, które się gryźć mają... ale wnet ucichało i wołano tylko na głos radośnie, zwycięzko, póki znowu od słowa do słowa nie zawrzała i nie zagotowała się waśń, wśród któréj już i szczęk mieczów dawał się słyszeć. Hendze się zdawało, jakoby głos Knezia rozeznawał, który grzmiał jak piorun wśród szumu burzy. Po nim znów nastawało milczenie.
Późno być zaczynało, księżyc się wznosił nad jeziorem, na dworze cisza, tém lepiéj dozwalała słuchać wrzawy uczty. Hendze po podróży na sen się zbierało, ale Smerda go trzymał na ławie i ciekawość téż przykuwała do niéj.
W świetlicach kneziowskich po tych wybuchach nastąpiło trochę spokoju. Zdaleka widać było ręce podnoszone z czaszami, któremi miód pito... głosy chrypły...
Po długiém milczeniu i głuchym szmerze ozwał się kneź, mówił coś śmiejąc się i szydząc... ledwie dokończył, podnosić się znowu zaczęła, jakby zażegniona przezeń, wrzawa. Już jéj nawet ten głos nakazujący, ciągle śmiechem przerywany, pohamować nie mógł.
Kneź śmiał się, a raczéj ryczał ze śmiechu, gdy inni miotali na się obelgami. Słychać było jakby tłuczone naczynia, potém runęły ławy z łoskotem wielkim i stoły, światło zasłaniały cienie jakieś miotające się wściekle, z rękami w górę podniesionemi, krzyk okropny rozległ się w sieniach i w dziedzińcu.
Czeladź zerwała się wystraszona. W izbach kneziowskich burza jakaś szalała... stuk, łomot, łamanie, jęki, wołanie ratunku, które nagle jakby naciskiem silnéj dłoni ustawało... wszystko to razem pomięszane we wrzawę dziką, a po nad tém śmiech ciągły.
Nagle Hengo wychyliwszy się, ujrzał we drzwiach u podsienia oświeconą księżycem massę czarną. Była to kupa ludzi związana rękami, nogami splątana, zębami się trzymająca, mordująca, dusząca, która jak wał jaki wytoczyła się w podsienie, a z niego po kilku stopniach runęła w podwórzec, na ziemię. Tu spadłszy ta ciżba cała, splątana z sobą, dusić się zaczęła tarzając w piasku, gniotąc i mordując. Widać było błyszczące miecze, które gardeł szukały, i ręce duszące leżących... Kneź sam jeden stał na podsieniu, wziąwszy się w boki — i śmiał się.
Ruchoma ta massa ciał ludzkich pełzała po podwórzu, nie mogąc się rozsypać, gdzieniegdzie tylko został trup nieruchomy, rozkrzyżowany i spłaszczony...
Na ziemi w czerwonych krwi kałużach przeglądał się księżyc blady. Niedobitki pełznąc pod wschody jęczeli, kilku usiłowało wstać i padło nazad, od ran i upojenia straciwszy siły. W gardłach umierających słychać było złowrogie rzężenie. Mało kto powstał z tego pobojowiska, a po chwili tylko konwulsyjne ciał drganie zdradzało, że jeszcze w nich była resztka życia...
Gdy ucichło wreszcie, kneź plasnął w szerokie dłonie. Na ten znak Smerda skinąwszy na czeladź, rzucił się z nią razem w podwórze.
— Do jeziora z tém ścierwem! — krzyknął kneź, — oczyścić podwórze!.. precz z tém plugastwem... precz z tym gnojem!
Mówiąc to dopijał miodu z kubka, który postawił na ławie i siadł na niéj sam, ociężały.
Chociaż księżyc świecił jasno, zapalono smolne łuczywa i pan miłościwy mógł z podniesienia przypatrzyć się towarzyszom swéj biesiady, dogorywającym od mordu i miodu.
Kilku na pół żywych stali oparci o słupy krwią brocząc ziemię, dysząc jeszcze zajadłością, z jaką walczyli z sobą, nogami depcąc trupy... Na ziemi we krwi dogorywali rzucając się inni.
U stóp wschodów leżał starzec z włosem białym krwią oblanym, konał i przeklinał.
— Bodajeś zczezł marnie, ty Chwoście przeklęty... ty... i krew twoja... i potomstwo, i ród, i imię... Bodajeś zginął i przepadł skróś ziemi!..
Kneź śmiał się i temu klątwami wyzywającemu duchy.
Przez wrota od drugiego podwórza widać było wyglądające ciekawie głowy niewieście, przestraszonemi oczyma wpatrujące się w rzeź straszną.
Czeladź tymczasem ze Smerdą na czele zawijała się około oczyszczenia podwórza z trupów, odzierali ich prędko z sukni, obrywali miecze i nożów pochwy, obnażali z obuwia... potém odarte ciała nieśli na wały i z nich rzucali w jezioro, nie patrząc, choć w nich były życia reszty. Słychać je było spadające w wodę z pluskiem i śmiechy towarzyszące za każdą razą temu pogrzebowi... bo czeladź bawiła się tém ciskaniem do jeziora... Kruki z wieży zerwawszy się, poleciały nad wodę i zaczęły krążyć nad nią, podniosłszy krzyk i wrzawę.
Hengo siedział na ławie osłupiały, ruszyć się nie śmiejąc, otrętwiał patrząc... trwoga ogarnęła go téż może o samego siebie... Nie umiał sobie wytłumaczyć, co się stało, co to byli za ludzie i dlaczego kneź zamiast żalu lub gniewu, tylko śmiech miał na ustach.
Niepokój, który go ogarniał, nie dał mu dłużéj pozostać w izbie ciemnéj, wysunął się w podwórze oświecone księżycem i dogorywającemi na ziemi łuczywami. Stanął w dali, lecz właśnie kneź z ławy się ruszył i począł chwiejąc się przechadzać po podsieniu, nucił coś wesołego... Bystre jego oko dostrzegło niemca w cieniu.
— Chodź tu! ty! — zawołał, — tu!
I pokazał mu jak psu na nogi swoje. Hengo trwożliwie naprzód postąpił. Po chodzie, mowie, ruchach, łatwo mógł poznać, że miłościwy pan był pijany.
— Ot! dobra wieczerza! — zawołał do niego, — widziałeś niemcze, jak się zabawili wesoło... Gorąco im coś było, poszli się kąpać do jeziora! Psubraty... Wszystko się to samo za gardła wzięło i wyrznęło... Sami, sami... moich tam ludzi nie było... Od czego miód i rozum, od czego? Ej! wy sasy i franki przeklęte... mądrzy wy jesteście, ha? a ktoby z was tak się tego owadu pozbyć potrafił?
Kneź śmiał się i brał w boki.
— Zostanie się po nich dość dla ludzi odzieży, a dla mnie ziemi i koni... Dobra wieczerza i miodu na nią nie żal!
Śmiał się znowu.
— Napijże się i ty miodu, mordo ruda! — wrzasnął nagle.
Hengo się nizko kłaniał dziękując, ale nie pomogło nic... pacholę mu ogromny kubek przyniosło, a gdy się od niego wzdragał, kneź gwałtem mu do gardła lać kazał... Chwyciło go dwu i śmiejąc się chłopiec nalał w otwartą palcami gębę. Podziękowawszy za to poczęstowanie, już chciał odchodzić, bo się lękał o własną głowę, gdy kneź na ławie usiadłszy, pozwał go ku sobie. Musiał iść pod stopnie i stanąć przy nich...
— Coś widział, powiedz staremu grafowi... — począł półsenny — jakem zagaił, tak dokończę... nie ujdą mi te harde głowy... a dla synów zostawię spokój w domu... Nadto kmiecie bujali... trzeba ich okiełznać było... Powiedz, że się ich nie boję... że się bez pomocy obejdę... żem żmij tych i padalców wydusił już dosyć i do reszty ich wymorduję...
Jakby sobie coś przypomniał, ręką skinął, aby się Hengo zbliżył doń jeszcze. Zwiesił głowę z ławy poręcza ku niemu.
— Widziałeś moich chłopców? porośli?.. — począł nie dając mu czasu na odpowiedź — muszą być już spore?.. a silne? czy się w matkę urodą udali, czy w ojca? nie zgnuśnieją tam oni?? Czy chodzili już na wyprawę?
Hengo szeptał odpowiedź zastosowaną do żądań miłościwego pana, którego się lękał, ale kneź drzémał, oczy mu się zamykały... Mówił jakby sam do siebie.
— Ja wam ład zrobię... ja wam zaprowadzę Łado... za brody wieszać każę nad drogą... Jam tu jeden pan i kneź... moja wola nie wasza!.. Precz z tém padłem... precz!..
Oczy mu się otwarły, postrzegł stojącego Henga, przypomniał go sobie i uśmiechnął się.
— Widziałeś polowanie? — powtórzył, — dobre łowy... zwierzyna tłusta... kruki moje będą miały co jeść...
Nucić coś począł i zdrzemnął się jeszcze.
— Bratanek bez oczów... jeszcze dwu zostało, a i tych mi przyprowadzą... sprzysięgali się już na mnie... Życiam mu nie wziął... niech gnije w ciemnicy...
Liczyć począł na palcach. Wojtas... Żyruń... Giezło... Kurda... Mściwój... pięć zagród. Baby jutro spędzić każę... i stada...
Śmiał się, mruczał i drzémał tak. Hengo nie śmiał się ruszyć bez dozwolenia. Sambor téż wysunąwszy się z za stołba, bo go sen nie brał, podkradł się, by widzieć miłościwego pana... słyszał mruczenie i śmiech, a może słowo jakie do uszu mu doleciało, popatrzał nań niepostrzeżony groźno, głową potrząsł i cofnął się do komory.
Kneź tymczasem zwiesiwszy na poręczy głowę, usnął snem twardym, chrapanie słychać było ciężkie, a głosem tym wywołana ukazała się ze drzwi białogłowa w namitce i dwoje pacholąt. Napiłego ujęli mimo oporu pod pachy i zaciągnęli raczéj, niż poprowadzili do łożnicy... Zatrzasnęły się za nim drzwi.
Hengo, czując już miód w głowie, powlókł się przelękły trzymając ściany, do swoich koni i tam legł na słomie półżywy.
W dziedzińcu pogasły światła, księżyc tylko oświecał czarne krwi kałuże i jęczących jeszcze u podsienia rannych kilku, z których krew téż płynęła, ale miodem upojeni, nie czuli jak im uciekało życie. Czeladź i dwornia śmiejąc się, pokazywała ich palcami.
— Tak im wszystkim będzie... kmieciom i żupanom i władykom... co się kneziowi opierają.
Dano im konać powoli. — Smerda obchodził wszystkie kąty podwórza, reszta dworni do snu opóźnionego się wlokła. Cisza po wrzawie biesiadnéj zapanowała na grodzie, tylko psy wyły, poczuwszy krew i trupy, a krucy krakając to leciały na jezioro, to wracały na wieżę, gdzie miały gniazda swoje.
Rano, gdy się Hengo zbudził, dzień już był biały, stał nad nim Gerda i za suknię go ciągnął gwałtownie, bo niemca do knezia wołano. Gdy, obmywszy się, pospieszył doń, zastał go samego, siedzącego w izbie na dole; przed nim na misie pieczone mięso, w kubkach piwo i miód na stole. Twarz miał chmurną, oczy krwią naciekłe, długo patrzał na niemca nim usta otworzył.
— Wiem, z czém cię tu posłano, — odezwał się dumnie — powiedz im odemnie, że dziękuję... Pomocy ich ja potrzebować nie będę, a gdyby do tego przyszło, zawołam... Wolę się obejść bez nich... bo darmo nie pójdą i gębę im zatkać niełatwo... Ja ich znam... Wracaj rychło, oddaj pokłon... niech chłopców wojować uczą... niech rosną... wrócą gdy nakażę, teraz nie pora... Ja tu jeszcze czyścić muszę, a nie rychło robactwa się zbędę... Stary graf niech będzie spokojny, — dodał — choć lud dziki, do swobody nawykły, ja mu ją ukrócić potrafię...
Napił się z kubka i zadumał podparty, potém wzgardliwie niemal dał niemcowi odprawę.
Zaledwie wyszedł ztąd, gdy go toż samo co wczoraj pacholę do kneziowéj pani pozwało z towarem. Zabrawszy więc węzeł swój, powlókł się na drugie podwórze, gdzie, jak wczora, czekała nań blada pani, dokoła otoczona dworem niewieścim. Twarze to były smętne i choć niedawno krasne może, dziś już powiędłe i blade, jak ona. Hengo wiedział, co ma gdzie na jaw wydobyć. W chacie Wisza nie pokazywał innego kruszcu, tylko lichszy żółty i czerwony, tu dobył pierścienie srebrne, a nawet złote listki i kwiaty, z cienkich blaszek wyrabiane, któremi zwyczaj był suknie naszywać. Niewiastom trochę się lica zarumieniły na widok świecideł, poczęły do nich przyklękać, brać je w ręce i przykładać na ciemnych sukniach, jakby się téż na nich wydawały. Ani się opatrzył Hengo, gdy mu niemal wszystek jego towar rozebrany rozszedł się po rękach. Stał nic mówić nie śmiejąc, gdy drzwi otwarło pacholę i wszedł miłościwy pan z czapką na czoło nasuniętą. Z progu popatrzał na niewiasty, młodszym twarzom przyglądając się oczyma pałającemi i uśmiechając się do nich. Rzucił okiem i na towar, ale ze wzgardą, a gdy kneziowa pani odezwała się, że dla jéj dziewek zdałoby się to wszystko śmiejąc się nakazał niemcowi, ażeby zostawił co przyniósł.
Przekupień nie śmiał nawet wspomnieć o zamianie lub wynagrodzeniu, a kneź téż o niéj nie zdawał się myśleć. Wreszcie, gdy kupiec, chcąc resztki ocalić, sznurować począł sakwę, rzekł mu porywczo:
— Grafowi powiedzcie, że my to od niego za podarek dla Brunhildy przyjmujemy... niech on wam za to płaci... Nie macie tu czego stać długo... Wracać wam zdrowiéj i nie oglądać się za siebie...
Nie czekając już, aby mu tę radę powtórzono, ruszył niemiec sposępniawszy i był już za drzwiami, gdy kneziowa pani, znać ulitowawszy się nad nim, wysłała jednę z dziewek powiedzieć mu, by się nie frasował, że mu sama za towar nabrany wynagrodzi. Wstrzymał się więc w sieni, czekając na starą babę, która wyszła milcząca i powiodła go za sobą do blizkiéj komory. Tu skór wisiały pęki i różnego dostatku siła nagromadzonego kupami. Dano mu sobie wybierać, i Hengo ciesząc się, że nie będzie zupełnie odarty, łańcuszkiem srebrnym jeszcze obdarzywszy podskarbinę, skór na plecy nabrawszy ile chciał, do koni corychléj powrócił.
Niepokój jakiś na grodzie, wrzaski i wołania u wrót ostrzegały go, ażeby nie czekając tu dłużéj, z życiem i mieniem uchodził. W pierwszém podwórzu dobitniéj jeszcze słychać było po za wałami odzywające się głosy tłumne.
Wrota stały zaparte, od mostu i haci dwornia pańska wchodu broniła. Wyszedłszy ujrzał Hengo, że gromady pieszych, konnych, a między niemi i niewiasty wnijścia się na gród dopominały.
Smerda i jego pachołkowie nie dopuszczając, biczami i dzidami odpierali naciskających się. — Płacz, narzekania, przekleństwa, groźby rozlegały się dokoła...
Były to rodziny kmieci i władyków, wczorajszych gości na grodzie, które już wieść doszła o morderczéj biesiadzie... Wyprzéć się jéj nie można było, trupy odarte tuż około haci pływały, niektóre z nich fala powynosiła na brzegi. Niewiasty we łzach wyciągały do nich ręce, klęcząc na piasku i włosy sobie rwąc z głowy.
Trupy — byli to ich ojcowie i mężowie... Bracia i synowie stali tuż na koniach, zębami zgrzytając, miotając na Chwostka przekleństwa.
Wrzawa rosnąca musiała dojść uszu knezia, który na podsieniu u wnijścia się ukazał, stanął, wziął w boki i patrzał ponuro na czeladź swą, ujadającą się z tłumem na haci u mostu.
Tłum narastał co chwila.
Ściśnięte pięści wyciągano ku kneziowi, ale się śmiał z téj bezsilnéj złości.
Trwało to dosyć długo, aż dwu czy trzech wybranych Smerda puścił pieszo w dziedziniec. Szli z głowy obnażonemi, płacząc, sami coś mówiąc do siebie, pogrążeni w smutku, a stanąwszy u wnijścia, gdzie na podwyższeniu czekał kneź, chcieli się do niego odezwać, ale ich uprzedził.
— Za co mnie wyklinacie? — zawołał, — psie syny, nieposłuszne! Co ja wam winien?.. Jam ich ręką nie tknął, jam żadnego zabijać nie kazał, choć mogłem i warci byli, aby im głowy pospadały... Po co się sami powaśnili i zajedli? Zakrwawili mi izbę, zwalali podwórze, zamącili spokój... Jak psy się sami gryźli i pozagryzali...
Podniósł pięści.
— Dobrze im tak! Stara słowiańska wola po głowach wam chodzi! Będzie tak wszystkim, co się jéj dopominają. Trupy sobie na jeziorze połówcie, nie bronię... a do domów, póki głowy całe... Jam nie winien ich śmierci...
Jeszcze mówił to, gdy z pod tynu, gdzie gęste rosły łopiany, pokrzywy i łozy, ruszyło się coś, podniosło... wstał jakby trup blady, chwiejąc się na połamanych nogach. Twarz miał obmazaną krwią zaschłą, oko jedno wybite, z którego spiekła toczyła się ropa. Wstał i rękę podniósł i jak omackiem na głos idąc, gdzie stały dzieci kmiece, począł krzyczeć chropawym głosem:
— On nie winien!.. Czaru i duru dał nam w miodzie... szczuł brata na brata, jątrzył i nawoływał, aż nam oczy krwią naszły i pamięć odbiegła... On nie winien! on! on!.. — powtarzał wlokąc się coraz bliżéj pokaleczony biesiadnik, który noc całą pod tynem w chwaście przejęczał. — On... on! psi syn... sam, niemy... bodaj zginął marnie!
Schylił się, pod nogami zobaczywszy leżący kamień, na którym jeszcze wczorajszéj krwi przyschłéj widać było ślady, i porwawszy go z całą siłą, cisnął na stojącego. Pomimo osłabienia taka była moc gniewu, co nim miotał, że kamień oknem wpadłszy do izby, sprzęt jakiś zdruzgotał. W téjże chwili czeladź kneziowa leciała nań już, sznur z pętlą na głowę zarzuciła staremu, który się zachwiał, padł, z gardła dobył mu się głos chrapliwy... i trupa już ciągnęli po ziemi oprawcy ku wałom.
Z groźném mruczeniem stojący kmiecie cofnęli się, zobaczywszy to ciało u nóg swoich i poszli nazad nie zaczepiani ku mostowi, gdzie na nich konie i ludzie czekali, a wkrótce późniéj cała ich gromada, krzycząc nazad odciągała. Niewiast tylko kilka zostało u mostu, aby ciała pomordowanych pozabierać.
Z grodu teraz czeladź się na hać wysypała, nie żeby im dopomódz, lecz by młodsze wypatrzyć. Z tych dwie czy trzy, mimo wrzasku, na gród wciągnięto, a kneź przypatrując się dokazującéj drużynie, uśmiechał tylko.
Wkrótce ucichło wszystko... Widać było tylko poniżéj, jak starsze niewiasty odnosiły ciała, które jezioro na brzeg rzuciło, jak drugie czółnami płynęły ku trupom, które widniały zdala.
Hengo pośpiesznie przywiązywał do koni resztki swego towaru i mienia, aby coprędzéj z grodu wyruszyć. On i Gerda, więcéj jeszcze od ojca wystraszony, spieszyli, by przed południem znaleść się za wałami.
Tu się z nimi zetknął czekający na nich Sambor. Smutny i zakłopotany do niemca się zbliżył. Obejrzał się naprzód, czy ich kto z czeladzi nie podsłuchuje.
— Człowiecze dobry, — rzekł, — bo mi się zda, że złym nie jesteś... czy wracasz koło Wiszowego dworu?
Nie śmiejąc czy nie chcąc mówić, Hengo skinieniem głowy potwierdził ten domysł.
— Zanieście tam pokłon odemnie, — dodał. — Tęskno mi za niemi, choć tu nam zabawy nie braknie i dobrze na zamku u knezia... czego chcieć... śmiechu dosyć! Powiedzcie im jeno coście widzieli i jak my tu ucztujemy!... Będą się radowali, że mnie tu oddali... Uciekłbym może nazad i ani mur, ani woda, ani kłodaby mnie nie wstrzymała, gdyby nie to, że tu tak wesoło... Powiedzcie — powtórzył — coście widzieli...
Hengo to na niego spozierał, to na zamek i wieżę, to na swoje konie, którym sakwy poprawiał, pilno mu się wyrwać było, a głosu się własnego obawiał: kiwnął więc tylko głową w milczeniu...
— Powiedzcie tam — dodał Sambor — że wczoraj dużo kmieci ubyło... i jak im piękny pogrzeb sprawili... Obiecują nam, że tak ochoczo będzie co dnia... W lochu pod wieżą, nie licząc bratanka z wyłupionemi oczyma, jest téż kmieci kilkoro... na innych powoli koléj przyjdzie...
Hengo ciągle potrząsając głową i oglądając się coraz niespokojniéj dokoła, wreszcie dał znak chłopcu, aby ustąpił. Nie było czasu do stracenia; niemiec i syn jego siedli na konie. Kneź patrzył ze drzwi jak ruszali, ale nie rzekł już nic. Za wrotami i hacią dopiero Hendze się jakoś lżéj zrobiło... Wolał już puszczę niż taką gościnę...
Żwawo więc pognali konie tąż samą drogą co wczora, równie pustą jak wprzód była. Dopóki wieżę szarą i kruki nad nią latające widać było, niemiec się oglądał bojaźliwie, jakby się lękał jeszcze, by go nie zawrócono. Gerda trzęsąc się ze strachu, słowa do ojca nie śmiał przemówić. Wkrótce téż znaleźli się w lesie i tu dopiero bezpiecznymi się uczuli.
Droga, którą ze Smerdą razem przebyli, nawykłemu do włóczęgi, pamiętną była. Lękał się jéj wszakże niemiec, aby nie spotkać groźniejszych towarzyszów, niż ślepi gęślarze; pospieszał rozglądając się dokoła, obmyślając zawczasu, gdzie na nocleg stanie, bo dniem jednym do zagrody dobić się już nie spodziewał. Śmieléj teraz dążyli do brodu już znanego, aby się przebrać na drugi brzeg rzeki. Nie spotykali nikogo. Zdala tylko kozy pierzchały i ptastwo wodne zrywało się z rzeki z krzykiem, unosząc się na dalsze błota.
Wieczór już nadchodził, gdy Hengo postrzegł kamień na górze, obwiedziony wieńcem z głazów, o którym zachował pamięć od wczora. Tu, ustąpiwszy nieco od rzeki w głąb lasu, wyszukał łąkę zieloną, na któréjby się konie paść mogły i ognia naniecili, aby nim odegnać zwierza. Sklecili potém szałas z gałęzi i do snu się układli.
Majowa noc przeszła prędko, a nadedniem naciągająca burza z piorunami i ulewą, z noclegu ich spędziła. Hengo téż śpieszył niespokojny, lecz nim na konie siedli, chwycił Gerdę za ramię.
— Patrzałeś i słuchałeś — rzekł — co się na grodzie działo... kazałem ci milczeć i z językiem matki się nie wydawać! Milczże i teraz... bądź niemy...
Pogroził mu stary, chłopak nań patrzył osowiałemi oczyma, dosiedli koni i puścili się spiesząc do Wiszowego dworu. Deszcz lał jeszcze, ślizgały się konie, zwolnić więc biegu wkrótce musieli, a południe już było, gdy dym ujrzeli i zasieki, i na łące pasące się klacze ze źrebiętami, które niewiasty doiły.
Wisz stał na wyniosłym brzegu i patrzał, psy siedziały przy nim na straży. Niemiec pozdrowił go zdala, a stary wnet ku niemu schodzić zaczął. Stróże już biegły się rzucić na obcego, gdy je odwołano i Wisz grożąc do milczenia zmusił.
Szły więc za nim posłuszne.
W oczach starego widać było ciekawość, zdawał się dziwić, że Niemiec z grodu dobył się cało... patrzał na niego, na sakwy i konie.
— O! prędkoście jakoś z grodu wrócili — rzekł z uśmiechem — jakże się tam powiodło?
— E! nie było co robić długo na tym grodzie — odezwał się Hengo — mnie téż spieszno dobyć się z tego nieznanego kraju.
To mówiąc i zapewniwszy się, że go psy nie zjedzą, Hengo konie oddał chłopcu, a sam począł iść z gospodarzem. Gdy zostali sami, kmieć popatrzał nań, jakby mu z oczów chciał czytać.
— Co słychać na grodzie? — spytał. — Hengo zmilczał.
— Nie patrzałem ja wiele, nie słuchałem téż dużo — rzekł po namyśle. — Wasz parobek tylko pozdrowić was kazał... dobrze mu tam...
— Młodemu dobrze wszędzie — odezwał się gospodarz — i westchnął.
Z odpowiedzi widać było, że niemiec do mówienia ochoty wielkiéj nie miał. Wisz rzucił parę pytań ostrożnych, i zbyty odpowiedziami krótkiemi, umilkł.
Młodego chłopca we wrotach parobcy powitali jak znajomego, i z końmi go do szopy poprowadzili. Gerda, jakby zimnicy dostał, drżał jeszcze cały od wczorajszego strachu i dzisiejszego deszczu zimnego. Ulitowano się nad nim. Jeden z parobków, nie wiedząc, że język rozumie, wziął go za rękę i prawie gwałtem wprowadził do chaty, gdzie ogień jasny palił się od rana.
Niewiasty chléb właśnie miesiły, mąkę siały, a sługi śpiewając żarna obracały.
Mało było robót na polu i w domu, przy którychby, ówczesnym obyczajem wszystkich słowian, nie śpiewano. Śpiew był towarzyszem wszelkiéj pracy, zwłaszcza niewieściéj. Jak ptaki nuciły dziewczęta całą młodość prześpiewując... pieśni uczono się z mową razem. Śpiewano trzodę pędząc na pastwisko, pieśni do Honiły, nucono pasąc ją i wracając z pola, śpiewano u kądzieli, u żaren, u dzieży-matki, u krosien, ze smutku i z radości, ze łzami i łkaniem, u wesela i pogrzebu. Były pieśni prastare, których się córki od matek uczyły, aby je oddać swym dzieciom, poświęcone wiekami, z których się — jak mówiło przysłowie — słowa wyrzucić nie godziło; ale były inne, co wprost z serca płynęły, a ten co je wyśpiewał pierwszy, sam nie wiedział zkąd i jak mu przyszły i jak się złożyły.
Podsłuchał je drugi, coś do nich przyczynił, zmienił trzeci i tak rodziły się z ojców nieznanych wiela, szły jak grosz do skarbnicy, niewidzialną ręką rzucony, mnożąc dobro ogólne.
Gdy mały Gerda wszedł zziębły i siny, a od progu posłyszał te pieśni, które niegdy w smutku na obczyźnie matka jego rodzona nuciła po cichu — poruszyło mu się serce, w piersi zakipiało i łzy z oczów pociekły. Zapomniał, że się nie powinien był wydać ze swą mową, że mu kazano być niemym i głuchym i z ust mu się wyrwało mimowolnie:
— Macierz moja!
W progu stała Dziwa, patrząc, słuchając, śpiewając, jednéj jéj uszu doszedł ten wyraz chłopca, który wnet się zarumienił, spojrzał wzrokiem wylękłym i skrył się w kąt ciemny. Dziwa postąpiła ku niemu, rękę położyła na ramieniu, — poczuła jak drżał cały.
— Nie bój się — rzekła — ja cię nie zdradzę.
Poszła zaczerpnąć garnuszkiem piwa, postawiła je na chwilę przy ogniu, po tém przez fartuch ująwszy, przyniosła Gerdzie, który chciwie je pochwycił, podnosząc ku niéj łzawe oczy.
Wejrzeniem tém dziecinném, które złagodziło wspomnienie matki, przemówił do niéj. Wzięła go za rękę i wwiodła do sieni, bo w izbie wciąż się śpiewy rozlegały. Gerda ujął jéj rękę, jak niegdyś matki, pocałował. Na ręku łza przylgnęła.
— Mnie mówić zakazano! — szepnął. — Ojciec ubiłby, gdyby się dowiedział. A! nie wydajcie mnie. Ja nie jestem niemy, matka miała waszą mowę i z waszéj krwi była.
Dziwa pogłaskała go po mokrych włosach.
— Mów bez obawy — rzekła cicho — co na grodzie widziałeś?
— A! straszne, a okropne rzeczy, od których włosy wstają na głowie i dreszcz po kościach bieży. A! krew widziałem... krwi kałuże — jęki słyszałem noc całą i śmiech, jakby puhacza głos.
Zamilkł, oglądając się z obawą.
— Mów, chłopcze — rzekła — jakby ci rodzona kazała. Łagodny głos jéj do serca mu trafiał.
— Słowo twoje nam potrzebne — dodała — gładząc chłopię po twarzy.
I pochyliła mu się do ucha, a on z płaczem opowiadać jéj zaczął, co wczoraj na grodzie się działo, jak wrzała biesiada krwawa, jak w podwórzu zajadali się kmiecie pijani, jak nagie ich trupy do jeziora rzucano, kneź śmiał się a krucy krakali i psy wyły, z radości czy z trwogi. — Mówił, jak głodna psiarnia pańska biegła po tém krew ciepłą chłeptać w kałużach, jak z rana zawodziły i płakały niewiasty, jak znoszono trupy i miotano groźbami.
Mówił — a Dziwa bladła, spokojna jéj dziewicza postać mieniła się w rycerską, oczy zdawały się z pod powiek ogniem strzelać, a ręce się białe ściskały, jakby miecz w nich trzymała... i czoło podnosiło się coraz wyżéj, to krwią okrywając, to bladością.
Kończył Gerda opowiadanie, gdy Wisz i Hengo nadeszli, chłopiec strwożony, aby się jego wielomówność nie wykryła, ledwie miał czas prześlizgnąć się pod chruścianemi ścianami szop do koni i tu przypadł, tuląc się pod kawałem sukna, który naciągnął na siebie. — Dziwa stała długo w miejscu jak przykuta, a gdy Wisz przechodząc spojrzał na nią, mógł z twarzy wyczytać, że w jéj duszę padło jakieś żarzewie, od którego zakipiała. Dała tylko znak ojcu powiekami, aby szedł i nie pytał.
Gdy Hengo wstąpił na próg izby, nagle wszystkie niewieście zamilkły głosy, śmiech tylko przeleciał jak wiatr po liściach, i słychać było żarna jak zgrzytały, jak syczał ogień, wrzała woda i reszty deszczu ze strzech spływały na kamienie u przyźby.
Gościa przyjęto uprzejmie. Niemiec chmurny siadł za stół, usta mu się otworzyć nie chciały, na czole miał jakby kamień, co mu nawet oczu otworzyć nie dawał, ani spojrzeć jasno. Napróżno Wisz zagadywał, próżno stara Jaga misę przyniósłszy ze strawą, pytała o Sambora — on nic nie wiedział. Po burzy niebo się rozpogodziło. Czarna chmura co ją przyniosła, stała jeszcze zdala nad lasami, po ciemnéj jéj szacie latały pioruny wężami, ale nad dworem śmiało się niebo lazurowe i świeciło słońce. Ptaki otrzęsały skrzydła zmoczone, i świergocząc zwijały się około chaty. Jaskółki nosiły już muł na gniazda, a wróble kłóciły się zapalczywie o znajdywane ziarna. Bocian na gnieździe wybierał się w drogę i na długich stojąc nogach, strzepywał skrzydła, a dziób zadarłszy do góry, klekotał.
Zaledwie trochę zjadłszy, Niemiec wstał by pożegnać gospodarza, jakby go paliło z powrotem. Odebrał swoje sakwy, objuczył konie i dosiadłszy je, wprędce znikł z oczów gospodarza, w las wjechawszy.
Wisz patrzał za nim, stojąc we wrotach, gdy nadeszła Dziwa. Obrócił się do niéj stary i uśmiechnął łagodnie. Ile razy spojrzał na nią, na tę krasę i wesele domu, na twarz mu jasny występował promień. Uśmiech jéj mu odpowiadał zwykle, lecz teraz stała zamyślona i smutna. Skinęła na ojca i powiodła go z sobą ku rzece.
— Nic wam nie mówił niemiec? — spytała.
— Milczał jak grób — rzekł stary.
— A mnie szczęśliwsza dola dała z niemego chłopięcia dostać języka — poczęła Dziwa. — Syn Henga straszne mi opowiadał rzeczy. Trzeba abyś o nich wiedział ojcze — coraz groźniejsze od grodu na nas wiatry wieją... posłuchaj! chłopiec nie kłamał, drżał jeszcze cały ze trwogi, mówiąc i płakał.
Dziwa zaczęła po cichu opowiadanie. Wisz sparty na kiju, słuchał ze spuszczoną głową. Nie dał po sobie poznać nic, na pozór zimny jak kamień, córce mówić dozwolił, nie wtrącając słowa. Zamilkła już, gdy on jeszcze się słuchać zdawał.
Aż nierychło głowę podniósł i tchnął ciężko piersiami staremi.
— Pora — rzekł — co ma być, to się stanie.. Wiec zwołać potrzeba, dawno go nie było i ludzie się rozbili, chodząc samopas. Czas się ze swojemi naradzić, posłać wici, zebrać braci. Niech głowę starą wezmą jeżeli chcą — co dla gromady i miru naszego potrzeba — to zrobię — a ty Dziwo — milcz!
Córka zbliżyła się i ująwszy rękę pocałowała.
— Kolada pomoże! — szepnęła.





VII.


Godzina nie upłynęła, gdy stary Wisz ukazał się znowu w progu dworu, ale tak zmieniony, iż poznać go było trudno. W domu chodził bosy i w płótnie, teraz się odział jak do podróży i postać przybrał inną. Okryty był brunatną siermięgą nową, sinemi pasy obszywaną, na nogach miał skórznie nowe, których sznury krasno były farbowane, na głowie kołpak futrzany i pióro przy nim. U pasa wisiał miecz błyszczący i proca, na plecach łuk i strzały. Stąpał téż jak wojak stary, wyprostowany, z podniesioną głową — i lat mu w tym stroju ubyło.
U wrót trzy konie gotowe, okryte suknem czekały, dwóch parobczaków czysto odzianych i zbrojnych, trzymali je, gotowi z gospodarzem do drogi. Co żyło w chacie, wyszło żegnać ojca i cisnęło się do ręki. Szła Jaga téż niespokojna, fartuchem łzy ocierając, bo czuła, że coś w tém groźnego być musiało, gdy Wisz, co oddawna już nie ruszał się ze dworu, chyba po barciach i lesie — sam, tak nagle, nie mówiąc nikomu, dokąd i po co jechać musiał.
Ona i Dziwa poszły za nim aż do konia siwego, który spokojny stał, nogą grzebiąc, głowę obrócił ku panu, zarżał i czekał aż nań siądzie. Chciał jeden z parobczaków pomódz staremu, lecz Wisz, jakby mu nagle siły przybyło, skoczył raźno na grzbiet siwego, głową swoich pozdrowił, ręką wskazał na drogę w las — i ruszyli w milczeniu. Długi kawał jechali nad rzeką. W jedném miejscu, kilka nędznych chałup stało nad wodą, na kołkach sieci wisiały, parę czółen wywróconych odpoczywało na piasku. Chałupy jak bobrowe domki ubogo wyglądały, na pół w ziemi, pół nad nią, a biedniéj jeszcze ludzie, których dwu na pół nagich głos Wisza wywołał. Była to osada z błędnych ludzi złożona, zowiąca się Rybaki, która na ziemi kmiecia niedawno wyrosła. Kilkoro dzieci nagich, od dymu okopcona niewiasta zgięta i stara — pierzchnęli na widok pana, tylko dwaj rybacy jakąś odpowiedź na pytania wymruczeli przez zęby. Spojrzenia ich rzucane na Wisza, kose były, nieufne i strwożone.
Nieco daléj, znowu chatek kilka w lesie, druga osada podobna, Bodniarze, stała jakby pusta... U drzwi tylko klepki i wióry, porozsypywane naczynia świadczyły o zajęciu mieszkańców. Na ten raz nie było żywéj duszy, niewiasty z dziećmi wyszły do lasu na grzyby, mężczyźni musieli drzewa szukać na klepki. Drzwi jednak wszystkich chałup stały niepozamykane, bo taki był zwyczaj po całéj ziemi, a żaden podróżny nie nadużył nigdy téj gościnności poczciwéj. W każdéj chałupie leżał chléb, nóż i stała woda. Stały otworem loszek, spiżarnia, wszystko.
Jeden z parobczaków Wisza, poszedł się napić i wrócił natychmiast do konia. Ztąd już nawrócili w lewo na lasy i gęstwiną jechali — bez drogi, lecz tak się kierując bezpiecznie i pewno, jakby mieli przed sobą szeroki gościniec. Myśliwym znane było każde uroczysko... zwalona kłoda, dolina w lesie i strumień.
Jechali tak w milczeniu do nocy ciemnéj, gwiazdy już świeciły na niebie poprzedzając księżyc, gdy noclegować stanęli. Chłopcy w mgnieniu oka szałas dla starego sklecili — jeden na straży został przy koniach puszczonych na paszę, drugi przy Wiszu.
Noc przeszła spokojnie, o brzasku wszyscy gotowi byli do drogi, stary wstał od nich wcześniéj — na konie siedli i Wisz sam wskazywał daléj, kędy jechać mieli, bo naokół w swoim mirze i opolach nie było grudki ziemi, która by mu znaną nie była. Myśleć i namyślać się nie potrzebował, instynkt myśliwskich plemion grał w nim jeszcze z całą siłą, on las czuł i w obcym nawet wiedziałby jak się obrócić.
Chwytał niekiedy silniéj powietrze, a ono mu oznajmywało, czy w pobliżu dąbrowa była, łąka, moczary czy pola. Mówiła do niego trawa co rosła pod stopami, pochylenie gałęzi, mech, który na drzewach rosnął, krzewy co las podszywały. — Lot ptaków uczył go, nawet i zwierz którego płoszyli i kierunek w jakim on od nich uciekał.
Ku południowi już wjechali na łąkę szeroką, któréj środkiem płynął strumień. W dali, na podniosłym nieco brzegu, widać było dwór obszerny z zagrodą i dym nad nim.
Ujrzawszy domostwo, stary dobył rogu i zatrąbił raz, drugi i trzeci. Jechali tymczasem coraz się zbliżając ku zagrodzie, około któréj mnóstwo roiło się ludzi.
Jeden z nich konia bez uzdy z łąki porwawszy, skoczył nań i rękami go poganiając z obu stron szyi, a trzymając się grzywy, wybiegł naprzeciw starego — popatrzał na Wisza i szybko nazad popędził.
Znać, że i tu mało kto w gościnie bywał, bo czeladź u wrót cisnęła się ciekawa, a z za tynu widać było bielejące niewiast namitki. Jeszcze nie dojechali do zagrody, gdy we wrotach ukazał się słuszny mężczyzna, odziany po domowemu, koszula na wierzch, w lekkim przyodziewku na ramiona narzuconym. Gęsty jasny włos spływał mu na ramiona, młoda bródka zarastała rzadko, rumiane lice, które się śmiało dużemi niebieskiemi oczyma. Rękami zdala już witał przybywającego, weseląc się gościem, stary mu téż słał pozdrowienie, a niedojeżdżając do wrót, konia strzymał i zsiadł z niego.
— Bywajcie mi w dobrą godzinę, gospodynie miły — wołał młody gospodarz. — Takiego gościa, jak stary Wisz, nigdy się moja chata nie spodziewała.
To mówiąc, z poszanowaniem jak do ojca, zbliżył się do starego i rękę mu chciał całować.
— Rad wam jestem jako słońcu! — mówił daléj wesoło — ale się i smucę téż, bo zamiast stare kości trząść do młodego Domana, mój ojcze, nakazałbyś do niego, toby się u drzwi twych stawił.
— Zachciało się téż i staremu świata zobaczyć a popatrzéć, czy się tam co na nim nie zmieniło — odezwał się Wisz.
Uściskali się i pod rękę go ująwszy, wiódł Doman do świetlicy. I tu dwór stał w obejściu, do koła zabudowany w prostokąt, z szopami razem i chlewami. Znać tylko było młodego gospodarza, który pragnie aby mu się w oczach domostwo śmiało, bo ściany były wybielone i podsienie ostawione słupkami misternemi. Na nich gdzieniegdzie wiązki ziela wonnego wisiały, macierzanka, dziewanny i czombry. Niewiast cale widać nie było, bo się te przed obcym kryły... Izba téż, do któréj weszli, czysta była i schludna, a znać w niéj niewiasty nie gospodarzyły, bo ognisko w pośrodku z kamieni ułożone, było wygasłe. W kącie skórą wilczą zasłane widać było łoże, po ścianach łuki, miecze, proce, rogi zwierząt i skóry z nich świeżo zdarte. Na stole leżał chléb biały, którym się rozłamali i Doman starca naprzód posadził, sam stojąc przed nim. Ledwie go skłonił by usiadł przy nim podle. W oczach wesołego gospodarza żywa malowała się ciekawość, ale z pytaniem nie spieszył. — Wisz téż z razu o gospodarstwie mówił i lesie. W tém miód podał chłopak, gospodarz przepił do gościa.
Sami jedni w izbie byli.
— Jużeście to zgadli — odezwał się stary — żem przybył tu nie darmo — a ja wam powiem, że z wieścią niedobrą. Źle, a coraz nam się gorzéj dzieje.
— To róbmy tak, aby lepiéj było — odparł Doman.
— Wkrótce mirów, wieców i nas kmieci i starego obyczaju nie stanie — mówił Wisz zwolna — pójdziemy w pęta wszyscy.
Mówią tak ludzie, iż w starych głowach lęgnie się narzekanie jak kwas w starych statkach — ale osądzicie sami, czy się to bez jaja wylęgło.
Kneź i Leszki wszystkie za wolnych już nas ludzi nie mają. Kmiecie i władyki co się na téj ziemi urodzili, z czernią idą na równi z niewolnikami. Rabów z nas czynić chcą. Odgrażają się, tępią jak pszczoły, gdy ul do dna chcą wyprzątnąć i gnilca w nas szukają. Chwostek nad Gopłem dokazuje. Dwa dni temu, sprosił kmieci na ucztę do siebie, dali im jakiegoś duru w napoju, niemka go tam syci na naszą zgubę. Wśród uczty jęli się gryźć i bić między sobą, niemal wszyscy się wymordowali. Trupy Chwostek do jeziora kazał powrzucać jak padło. U Samona dziéwkę hożą zabrano gwałtem, a kneziowa pani dała ją mężowi na zabawę. Po zagrodach tłuką się Smerdy jego i gwałty czynią, zabierają ludzi, niewiastom nie dają pokoju. Nikt nie pewien ani chaty, ani pola, ani komory, ani dzieci. Mamyż my to tak cierpieć i po niewieściemu jak baby z płaczu zawodzić, ręce łamać? Mów Domanie.
Domanowi lice płonęło, wargi się trzęsły, hamował się, milczał — a gdy stary dokończył — rzekł:
— Hej! hej! dawno bo należało na to gniazdo osie iść i nogami je stratować.
— Słowo się prędko rzecze, Domanie — zawołał stary — a rękom to nie tak łatwo. Twardo siedzi to gniazdo, do stołba przylepłe.
— A Stołb téż pono nie duchy stawiły z kamienia, ale ludzie, to téż go ręce ludzkie wywrócić mogą — rzekł Doman.
— Nie mów tak — odezwał się Wisz — o stołba początku nikt nie wie. Stał już za praszczurów naszych. To pewna, że lud co go stawił, nie nasz był i znikł z téj ziemi.
Doman zmilczał.
— Nam we dwu — dodał stary — nie rozsądzać o tém, ale poczynać coś, trzeba gromadą, a dzieci ratować. Spojrzał na młodego gospodarza, który téż oczów jego szukał.
— Trzeba rozesłać wici po kmieciach i władykach, a zwołać starszyzny wiec walny. Niech się miry nasze i opola zbiorą, zaczniemy my, pójdą zatém drudzy.
— Wasze słowo za rozkaz stanie — rzekł Doman — niech niosą wici — a no, mówić mi dozwolicie. Kogo wołać i kędy? Wiecie to dobrze, że Chwostek ma swoich i między kmieciami, że Leszki się rozrodziły i poswatały, a jest ich siła, że my nie sami... trzeba więc ostrożnie i cicho wprzód języka dostać, wprzód się może rozsłuchać i obliczyć, nim z garstką wystąpiemy, bo nas zduszą.
— Nie inaczéj i ja myślałem — odezwał się Wisz. — Wiemci to dobrze, że nie zbywa Chwostkowi na druhach i że między naszemi téż znajdują się z nim pobratani; ale i to wiem Domanie, że własny jego ród Leszy, nie cały z nim będzie. Stryjów zgnębił i w kmiecie obrócił, synowcom powyłupiał oczy, drudzy ze strachu wychylić się z grodzisk nie śmieją. Ci z nami trzymać będą.
— Na wiecu się to obradzi lepiéj — odezwał się Doman — zwołujmy wiec.
— Nim wici roześlemy — przerwał stary — pojedźmy po dworach, nie mówiąc nic, aby języka powziąć — jedźmy razem Domanie i po kmieciach i po Leszkach.
— Jedźmy ojcze Wiszu — potwierdził Doman — jam gotów. Spocznijcie u mnie, daléj ja ruszę z wami.
— Jak myślicie? dokąd? — spytał stary.
— Z kmieci... do starego Piasta — na naradę, ubogi człek, ale mądry... milczy, ale więcéj wie od tych co gadają.
Wisz głową skinął. A daléj?
— Z Leszków choćby do Miłosza... — mówił Doman...
— Tego synowi wyłupił on oczy.
Liczyli tak dwory, gość palec na ustach kładł, krom nas dwu niech o tém nikt nie wie. Jedziemy na łowy.
— Jedźmy na łowy — ludzi waszych zostawicie u mnie, we dwu ruszymy, tak lepiéj.
— Tak lepiéj — dodał Wisz.
— Gdzież my wiec zwołamy, boć stanie na tém, aby się zebrał — dawno go nie było — rzekł Doman.
— Gdzie? tam gdzie on od wieków bywał — nowego miejsca ni szukać, ni znaleźć. Na Żmijowém uroczysku, nieopodal od dębu świętego i zdroju, w okopie na horodyszczu — gdzie ojcowie, dziadowie i pradziady się nasze zwoływały. Tam nam téż stanąć wszystkim i radzić.
W oczy sobie popatrzali.
— Uroczysko to w głębi lasów, bezpieczne błotami opasane do koła. Lepiéj tam niż gdzieindziéj. Gdyby się starszyzny zebrały gromadą przy naszéj czy waszéj zagrodzie, mściłby się kneź i palił — tam — kto wie? i posłuchu może mieć nie będzie.
— Posłuchu?? — rozśmiał się Doman — ma on swoich wszędzie, doniosą mu, byleśmy się ruszyli tylko, ale nie przetoż się lękać mamy i siedzieć po norach. Z wieków się ludzie na wiece zbierali, czemuby i dziś nie mogli? Pilno obeślem wiciami.
— Tak — rzekł Wisz — poślemy dwu po dworach, zagrodach, chatach, aby starszyzna przyszła, lecz wiedzieć wprzódy musimy, kogo wołać i kto z nami stanie. Godziłoby się wziąć klątwę na ogień i wodę.
Naradzać się zaczęli po cichu. Stało na tém, że wiec być ma koniecznie i że się temu nie sprzeciwią ludzie, więc już naprzód myślano, jak nieznacznie go zebrać, a że na Kupałę gromady się i tak po uroczyskach schodziły, przed Kupałą dzień wybrać chciano.
Wisz i Doman zgodzili się na to zawczasu. Na wici czasu było dosyć, a do Kupały téż nie tak daleko, aby rzecz poszła w odwłokę.
Gwarzyli długo... naradzali się w izbie po cichu aż do zmierzchu. Stał miód na stole, ale go prawie nie tknęli. Pochmurniały czoła, zasępiły się oczy nawet wesołemu Domanowi. Przebrało się w końcu i rady i słowa, ręce sobie podali i gospodarz wywiódł starca za zagrodę pod lipę, która na wzgórzu stała. Ledwie się tam ukazali, ze dworu za panem skoczyło całe psów stado, bo myśliwiec był wielki. — Obsiadło ich do koła. Młodzież téż, czeladź, dwór stanąwszy zdala — jakby na coś oczekiwać się zdawała. Doman ku nim, oni patrzali ku niemu.
— Chciałbym was zabawić i ugościć — odezwał się gospodarz — staremu nie w smak młode pieśni — bo są płoche. Czemś byśmy was przyjąć przecie radzi i pokazać, że my od snu nie puchniem i u ognia nie drzemiemy.
— Hej Scibor! — krzyknął Doman — znak dając ręką — sam tu!
— Dorodny chłop, któremu téż oczy ogniem pałały, na zawołanie się stawił.
— Lepszego dnia na naszego wilka nie znajdziemy — odezwał się Doman. Przed kim się pochwalić, jeśli nie przed starym Wiszem.
Dajcie go tu z zagrody, pokażemy, że się dzikiego zwierza nie boim.
Skoczył Scibor raźno, a za nim ozwały się głosy ochocze. Psy wnet zagnano do zagrody, kilka tylko zostawiwszy na sznurach. Wisz i Doman wstali z pod lipy — zbliżając się do wrót, przy których już się chłopaki gromadzili. Gospodarz kazał wziąć oszczepy i począł ludzi rozstawiać do koła. Sam téż ujął dzidę z żelezcem, zajmując stanowisko w oddali. Psy na powrozach trzymali parobcy, a rwały się czując, że je nie darmo więżą.
Klasnął w ręce pan, i wrota się skrzypiąc otwarły.
Wilk, który dni kilka w niewoli przesiedział, zahukany był i wylękły, nie rychło korzystał ze swobody. Wołano nań, bijąc kijmi o ściany od podwórza, a ruszać się nie chciał, skulony, kłapiąc tylko zębami. Nagnano go przecie ożogami do wrót i głowa jego w nich się ukazała, wnet téż rozglądnąwszy się ostrożnie, naprzód skoczył i stał. Cicho przysiedli czatujący, psy tylko wyć poczęły, wilczysko się ruszyło, zrazu krokiem niepewnym, po tém szybciéj coraz, patrząc ino, kędy umykać ma do lasu.
Ucieczka była trudną, bo zewsząd ludzie zabiegali. Doman nań godził pierwszy, biegnąc żywo na przełaj, aby go nie mógł wyminąć. Gdy się leniwo poruszał zwierz, spuszczono psy, a te się wnet nań rzuciły. I łowy rozpoczęły się wtedy na dobre.
Jeden i drugi z chłopaków śmieléj zabiegli wilkowi z oszczepami, cisnął któryś zdaleka i trafił słabo po grzbiecie — psy zatrzymały za uda i szarpać poczęły. Doman korzystając z tego, przypadł i z wielką zręcznością w otwartą paszczę wbił mu dzidę, na miejscu kładąc kudłacza.
W czasie tych łowów dla zabawy, krzyk, śmiechy i klaskania w ręce po dworze się rozlegały, dziewczęta na płoty wlazłszy, zachęcały i nawoływały, dzieci wywijały kijami. Stary Wisz nawet parę razy za mieczyk chwycił, nie mogąc się w spokoju utrzymać. A gdy wilczysko brocząc posoką ziemię zwaliło się i psy je dławić poczęły, dopieroż zbiegli się wszyscy z blizka oglądać zabitego.
Kilka dni temu pojmał go w lesie któryś z ludzi Domana, ogłuszywszy uderzeniem w głowę, tak, że na poły przybitego związano i na dwór przywieziono, gdzie się wylizał i odżył, aby posłużyć teraz do zabawy.
Zwleczono potém zabitego, a zaczęto próbować łuków i procy. Doman ze wszystkich najzręczniejszym był, choć drudzy téż czynili co mogli, aby mu sprostać. Wisz patrzał tylko, a wzdychał, że mu ręce stare drżały. Niegdyś i on tak dokazywać umiał.
Gdy zmierzchło i łuczywa w izbie pozapalano, siedli radzić jeszcze i długo na osobności szeptali z sobą — aż Doman posłanie swe staremu ustąpiwszy, drugie dla siebie w téjże izbie kazawszy położyć, do spoczynku zaprosił.
Jak dzień tedy pozrywali się, konie od wczora były zapowiedziane, ludzie, choć im się chciało bardzo jechać razem z panami, musieli zostać w zagrodzie.
Do dworu Leszka Miłosza, drogi przez lasy było na dzień cały. W torbach na plecach mieli jadło, w drewnianych smołą wylanych flaszkach po troszę miodu, konie nawykłe do trzęsawisk i lasów, nie lękały się podróży. Doman jechał przodem.
Dla pospiechu wybrano krótszą drogę wiodącą przez moczary i gąszcze nieprzebyte. Gdzieniegdzie ogromne stosy drzew wiatrem obalonych, na pół pogniłych, trawami bujnemi porosłych, gałęźmi i korzeniami posplatanych, tamowały przejazd, musieli je objeżdżać do koła; indziéj gniłe rzeczułki ze ślizkiemi brzegi, trudno konie przebywały. W ostępach tych, które rzadko człowieka widywały, zwierz nie tak płochliwy, zrywał się niemal z pod stóp jeźdzców... na drzewach świeciły ogniste żbików ślepia, pod krzakami mruczały niedźwiedzie, stada łosiów i jeleni z ogromnym chrzęstem pierzchały przed niemi. — Gęste nawet drzew wierzchołki pełne były ptastwa, gniazd i wiewiórek — które im nad głowami szeleściły...
Wnętrze puszczy tajemnicze, ciemne, straszne, ledwie promienie przepuszczało słoneczne i gdy pod wieczór wydobyli się z tych zapadłych gęstwin, na suchszą łąkę, oba raźniéj odetchnęli.
Tu musieli się otrząsać z liści, gąsienic, mchów i porostów, któremi puszcza ich okryła.
W dali już dym widać było. Na wzgórzu łysém postrzegli wysoki bardzo wał z ziemi, zieloném darniem okryty z za którego tylko gęstwina drzew się ukazywała. Z pośrodka nich, unosił się dym wstęgą siną ku górze, znak ludzkiego mieszkania i życia. Wały otaczające grodzisko, tak wysoko sięgały, iż z po za nich budowli żadnych dostrzedz nie było można.
Gdy się zbliżyli, spostrzegli wśród okopów z ziemi, wązki przesmyk, wysokim zaparty częstokołem... Na zewnątrz żadnego znaku życia. Wrota stały zamknięte. Podjechali ku nim, a nikt się nie ukazał, choć na wyżynach wału, kilka ludzkich spostrzegli postaci. Wisz zatrąbił.
Stali jednak długo, nim z za tynu wysokiego ukazała się głowa ludzka, okryta skórą łba wilczego.
Stary dopraszał się wnijścia — ale pachołek mruczał, że kneź Miłosz nie dopuszcza do siebie nikogo. Musiano uporu zażyć i po kilkakroć wywoływać straże, nim ich nareszcie wpuszczono. Wrota się rozwarły, przebyli ciemną drogę przez gruby okop, który grodzisko opasywał i znaleźli się w podworcu staremi drzewy porosłym. Lipy i dęby z pniami olbrzymiemi, z szeroko rozpostartemi gałęźmi, osłaniały niemal przestrzeń całą. Po za niemi w cieniu, nizka budowla ciemna, drewniana, rozkładała się szeroko ze swemi podsieniami szerokiemi i wysokiemi dachy.
Ponure, skórami okryte postacie jakieś, włóczyły się tu i owdzie. Ogromne psy, kościste a chude, przyszły na podróżnych zawarczeć i obwąchać ich do koła. Nie rychło zjawił się zgarbiony starzec, nizkiego wzrostu, zakapturzony, o kiju. Z tym się zrozumieć i rozmówić nie było prawie można.
Mrucząc jednak, powiódł ich za sobą. Wieczorny zmierzch i cień drzew w budowli nizkiéj z małemi okienkami już mało co widzieć dozwalały.
Gdy ich do świetlicy wpuszczono, stali długo wprzód, nim oczy ich oswoiły się z mrokiem i coś rozeznać mogli. Na ognisku paliły się dogasające polana.
W głębi, na skórach leżał olbrzymiego wzrostu starzec, z brodą wyrosłą długo, któréj włosy jak trawa, nie kręcące się, proste, spadały mu niemal do kolan. Brwi nawieszone zakrywały mu oczy, głowę miał zupełnie łysą. Trzymał ją właśnie spartą na kościstéj dłoni. Nogi jego spoczywały na czémś czarném, co się ruszało opieszale. Nie rychło Wisz dostrzegł swojskiego niedźwiedzia, który mrucząc, podścielał się pod pańskie nogi...
Dwie sroki chodziły skacząc po podłodze.
Gdy weszli zwolna, kneź Miłosz się nie ruszył, oczy tylko ku nim skierował, wlepił w nich i czekać się zdawał, by oni poczęli rozmowę. Sroki tymczasem pobiegły w kąt, a niedźwiedź głowę zwróconą ku ścianie odwrócił, ziewnął szeroko i znowu ją na dawném miejscu położył.
W izbie było duszno nieznośnie, a stary kneź trząsł się z zimna.
— Kneziu Miłoszu — odezwał się Wisz powoli — pozdrawiamy was.
— Ktoś ty taki? — zapytał głos ponury i gruby, jakby z głębin wychodzący.
— Kmieć Wisz z sąsiadem Domanem.
Kneź milczał.
— Dozwolicie mówić z sobą?
— Mówić, ze mną — począł ten sam głos dziki — ja nie mam nic do ludzi, ani oni do mnie? Czego chcecie?
— Rady dobréj — rzekł Wisz.
— Jam jéj sobie nie znalazł, drugim téż dać nie potrafię, gdzieindziéj po to idźcie — odparł kneź...
— Źle się u nas i z nami dzieje — ciągnął stary zwolna, nie zważając na odprawę — wasz i nasz wróg gnębi nas coraz okrutniéj.
— Kto?
— Chwostek — rzekł, obelżywego tego nazwiska używając starzec.
Rozśmiał się dziko leżący Miłosz.
— Mnie on już nie uczyni więcéj nic — pozbawił mnie dzieci, gdyby wziął nawet życie... nie dbam o nie. Idźcie sobie szukać indziéj rady i pomocy.
— I pomsty nie checie? — spytał Wisz. — Wszak ta się wam za dzieci słusznie należy. Zabity jeden, oślepiony drugi, nie została wam na starość pociecha żadna, a ma to zostać bezkarném?...
Kneź milczał długo, aż zerwał się gniewny.
— Precz, albo na was spuszczę Maruchę! — zawołał. — Chwost was tu nasłał, żebyście mnie za język ciągnęli... psie syny jakieś... Won... ztąd!..
— Kneziu Miłoszu — odezwał się chłodno Doman — ja jestem syn tego, co wam życie zbawił, a Wisz nigdy nie zdradził nikogo. My kmiecie jesteśmy, nie niewolniki.
Zawarczało coś na łożu tak, że trudno rozeznać było niedźwiedź, czy pan się odzywał — po tém sapanie słyszeć się dało i głos jęczący.
— Idźcie po radę gdzie rozum jest, u mnie go nie ma. We mnie z bólu wyschło wszystko, siłęm stracił, pamięć, nawet do pomsty ochotę. Idźcie, mścijcie się za mnie, a gdy mu serce wydrzecie, przynieście je mnie, pożrę je i umrę... Dawno mi się umrzeć należało, wołam o śmierć, nic więcéj! nic więcéj! Moje dzieci, kwiaty moje, syny moje, — cóżem ja wart bez nich? na co mi bez nich życie?
Twarz zakrył rękami obiema i zamilkł. Wiszowi serce się ścisnęło na widok téj boleści, stali niemi. Starzec jęczał. Nierychło podniósł oczy i począł łagodniejszym już głosem.
— Idźcie odemnie biedne ludziska, czego wy tu szukać możecie? ja już nie mam nic! nic! — Niech się świat spali, niech go morze pochłonie, niech ludzie wymrą, mnie już gorzéj, ni lepiéj nie będzie. Kwiaty moje! syny moje — moje dzieci!
I znowu zanurzył głowę w dłoniach i płakał. Oni stali nie wiedząc, czy jeszcze czekać mają, czy odstąpić precz, aby go napróżno nie dręczyć. Jęknąwszy silnie, Miłosz się podźwignął i siadł, rękami trzéć począł twarz i czoło. Klasnął w dłonie. Z bocznéj izby uchyliwszy drzwi, wyszła niewiasta tak olbrzymiego wzrostu jak starzec, wychudła i żółta, z głową zawitą chustami tak, iż oczy z pod nich zaledwie widać było. Płaszcz ciemny okrywał białe ubranie niewieście. Spojrzała ode drzwi na obcych i zawahała się nieco. Niosła w ręku dzbanuszek i kubek. Stary już palce drżące ku niéj i napojowi wyciągał. Milcząc nalała mu i podała. Począł pić chciwie. Dopiéro jakby orzeźwiony, popatrzał na Wisza i Domana, a niewiastę skinieniem odprawił.
— Mówcie — rzekł — cóż wy poczynać chcecie? co? Zwołacie wiec, aby się na nim pokłócić i zwaśnić? będziecie radzić, jezdzić, mruczeć, a on was po jednemu na powróz wyłowi? Zaprosi na ucztę i jednych na drugich poszczuje! Co wy mu zrobicie? Wiecu się waszego nie boi, ani was, ani pogróżek waszych.
Rozśmiał się.
— Połowa z was będzie z nim, pół przeciwko niemu! Rozda wasze ziemie tym, co na was mu pomogą! Nic mu nie zrobicie. Gdy ludzi zabraknie, przyjdą w pomoc niemcy i kraj spustoszą, a krnąbrnych powiodą w niewolę.
I rzucił się znowu na łoże.
— Kneziu — rzekł Wisz — trudna to sprawa, wiemy o tém, ale się Chwosta pozbyć musimy.
Zginie z nas wielu, wielu zdradzi, padnie dużo, w końcu i jego nie stanie.
Przyszliśmy się spytać kneziu Miłosz, jak wiec postanowi na gród, dacie nam swoich ludzi? — będziecie z nami?
Stary milczał długo.
— Nie — rzekł — serce bym mu wyrwał, gdybym mógł sam, gdy wy mu je wyrwiecie, uraduję się, a na niego z wami nie pójdę... To kmieca sprawa — jam kneź! jam Lech!!
A pamiętajcie o tém, że gdy go zmożecie, on ma dwóch synów za Łabą. Tym się nic nie stanie, ci wrócą z niemcami i pomszczą się na was... Próżne wasze jęki, próżne. Nie on, to dzieci was zabierą w niewolę; nie on, to ja bym was uczył co kmieć a co kneź! Nie byłbym lepszy. Mruczał niezrozumiale. — Wisz spojrzał na Domana.
— Cóż rzec więcéj — zawołał — wy mu i o tém coście słyszeli od nas, jutro znać dacie?
Kneź się rozśmiał, a niedźwiedź zamruczał.
— Między nim a mną — nie ma mowy, namowy, ni rozmowy — on mój wróg, ja jego — zawołał Miłosz. Dadzą o tém znać inni, powywiesza was na dębach. Niech wiesza! Nie ma moich dzieci. Synów moich nie ma. Kwiatów moich nie ma. Niech świat ginie!!
Jęknął i głowę zanurzył w posłanie — Wisz skinął i wyszli ze świetlicy. Za niemi słychać było płacze, mruczenie i krzyki dwóch srok, które ośmielone wyjściem obcych, kłócić się zaczęły.
Na podsieniu czekał na nich starzec zgarbiony. Wyszli z nim razem pod stare dęby w podwórze.
— Tak wasz kniaź zawsze? — spytał Wisz.
— Ile razy obcych widzi — szepnął stary wzdychając — czasem i po nocach duchy go męczą, że się zrywa i krzyczy głosem wielkim, aż co żyje na zamku, pobudzi. — Biedny człek!.. biedny!
Chcieli mimo wieczora opuścić zaraz smutne grodzisko Miłosza, lecz i tu święte prawo gościnności zachowane było. Staruszek zaprosił do izby osobnéj, gdzie dla nich postawiono wieczerzę i zgotowano posłanie. Sam on poszedł z niemi, choć z niego słowa się dopytać nie było podobna. Wszystko na tym żałobnym dworze milczące było i przygnębione; zdając się czekać tylko śmierci i — końca.





VIII.


Nieopodal od brzegów jeziora Gopła, na kraju lasów, był dwór i zagroda Piastuna, którego téż i Piastem przez skrócenie zwano. Do niéj dążyli opuściwszy o brzasku smutne grodzisko Miłoszowe, Wisz stary i młody Doman. Kilka już dni spędził starzec na koniu, a czuł się niemal więcéj krzepkim, niż gdy doma na kamieniu u rzeki siadywał, zdala przypilnowując gospodarstwa.
Ze wszystkich kmieciów okolicy téj Piastun był najmniéj zamożnym, a najbardziéj poważanym przez braci. Ród jego siedział na jedném miejscu od prastarych czasów, dziad i pradziad gospodarzyli w sąsiednich lasach, głównie pilnując barci leśnych i myśliwstwa. Mało co pola wydartego mieli, a te zasiewali tylko, aby im chleba nie zabrakło. Było już w obyczaju ich, aby się zbytnio o dostatki nie troszczyć. Nie rosły téż one w ich rękach. Znano tę ubogą, starą chatę na okół z gościnności słowiańskiéj, dom stał otworem, wstępował do niego każdy jak do gospody, żywił się i brał w drogę co mu było potrzeba.
Dwór w zrąb zbudowany z całych drzew, mało co ociosanych, nizki był i stary. Dach i ściany jego czerniały od dymu, podsienia były wązkie, słupki w nich z prosta rzezane. Sam Piastun, żona jego Rzepica, małe pacholę synaczek, składały całą rodzinę. Czeladzi było sporo, a i ta niemal do niéj się liczyć mogła, bo tak się z nią po staremu obchodzono, jakby do krwi i rodu należała.
Tu jeszcze nowy obyczaj, który się od niemieckich krajów powoli wciskał, wcale był nie zajrzał. I dlatego może Piastuna szanowano a radzono się, że pod tą ubogą strzechą przechowywały się skrzętnie dawne podania: o ojców wierze, obyczaju i zwyczaju. Gęślarze i śpiewacy gościli tu często, a gdy który z nich się zjawił, wieczorami siadali kołem wszyscy, zimą około ogniska, lecie koło lip starych w podwórzu i słuchano ich a uczono od nich przeszłości. W obrzędach weselnych, przy postrzyżynach, na pogrzebach, Piastun rej wodził, bo najlepiéj wiedział, i jakie pieśni do któréj chwili przystały, i jaką ofiarę składać, i co gdzie czynić należało. W sądach téż, jeśli się w mirze lub na opolu, czasu pokoju trafiło zabójstwo, on prawo stare najlepiéj wiedział jak zastosować. A gdy on co rzekł, nie było już się co sprzeczać i sporzyć.
Mały ten człek między bogatymi kmieciami więcéj znaczył od najzamożniejszych. Szli zdala do Piastuna ludzie, a gdy go doma nie zastali, bo często w lesie barcie swe podpatrywał, czekali nań dzień i dwa, póki nie przyszedł i nie siadł ich słuchać, a miał ten zwyczaj, że mówił niewiele i niełatwo, że wyzywał wprzódy na słowa, myślał długo, ale gdy naostatek wśród ogólnego milczenia rzekł swoje, tego potém nie odmienił. Ludzie o tém tak dobrze wiedzieli, że gdy ten wyrok zapadł, nie śmieli nic przeciw niemu powiedzieć.
Poszanowanie to dla Piastuna, który, choć w pobliżu grodu mieszkał, nigdy kneziowi nie dworował, ani się do niego cisnął, zjednało mu na pańskim dworze nienawiść. Lecz nie tykano go, bo się wpływu jego na innych lękano. Ująć się téż nie dawał niczém, a najmniéj pochlebstwem, którego nie słuchał nawet. Nazywano go téż hardym, a może i był nim w istocie, choć przeciwko małym nigdy się nim nie okazywał.
Mąż był lat naówczas średnich, liczył ich sobie po za czterdzieści, wzrostu nie wyniosłego, krzepki i napozór niczém się nieodznaczający. Tylko w oczy mu spojrzawszy, widzieć w nich było łatwo, że po za niemi rozum mieszkał spokojny a silny. Gdy inni naówczas ludzie dla samego obudzenia strachu zwykli byli gniewać się, miotać i więcéj może okazywać złości a gniewu, niż go mieli w istocie, Piastun nie dawał się nikomu przywieść do namiętności. Surowy, był milczący, na oko chłodny i wytrzymały. Znano go jednak z tego, że gdy dla przykładu trzeba było użyć mocy i ukarać, spełniał bezlitośnie co postanowił. Nosił się jak człek prosty i od parobka go niemal we dnie pracy rozpoznać było trudno; nie lubił błyskotek i jaskrawych drobnostek, za któremi inni przepadali, a nadewszystko nie znosił, by się co w stroju i domu zmieniało z obyczaju dawnego.
Gdy inni miewali nieraz po kilka żon, bo zwyczaj tego nie bronił, Piastun żył z jedną, a żona u niego nie była w téj niewolniczéj podległości trzymaną, co u innych. Godzili się téż z sobą we wszystkiem, tak że lepszego stadła ludzie nie znali.
Pracowano tu od dnia do nocy, a on sam rzadko w domu siadywał, co, jeśli się trafiało, znać że około roli nieopodal dworu coś miał do czynienia.
Gdy nazajutrz z południa zjawili się tu, lasami przedarłszy, nie chcąc być postrzeżeni Doman i Wisz, znaleźli gospodarza właśnie z kobiałką na plecach, na drodze do lasu i barci. Wstrzymali więc go na drodze, Wisz z konia zsiadł i pozdrowił.
— My do was — rzekł.
— Zawracajmyż do chaty — odparł Piastun.
— Albo lepiéj siądźmy gdzie pod drzewy, na uboczu, bo wasz dwór na oczach, ludzi w nim obcych często bywa wiele, a nam trzeba się naradzić pocichu...
Piastun się popatrzył nań zdziwiony, nie przeciwiąc się jednak, ręką wskazał bliską polankę w lesie, gdzie szopka była na siano, taka jakie dawniéj po słowiańskich krajach odrynami zwano. Stała ona teraz otworem, i chruściane jéj ściany półprzezroczyste dozwalały widzieć dokoła, gdyby się kto przybliżał. Wewnątrz para kłód sosnowych u wrót jakby umyślnie leżała, aby na nich przysiąść można.
Konie puszczono na łączkę, aby się pasły, siedli pod dachem w odrynie, gdzie spieka nie dokuczała. Piast nie mówiąc jeszcze słowa, kobiałkę, którą na plecach niósł, odkrył i dobywszy z niéj chleb i sér, położył je przed gośćmi, ale ci ich nie tknęli.
Wisz tedy pierwszy mówić począł.
— Siedzicie pod samym grodem i pod bokiem Chwostka — rzekł — wam więc dużo nie trzeba prawić o tém, co się u nas i z nami dzieje... Potośmy do ciebie przyszli, aby się radzić... Wiec zwołać trzeba...
Strzymał się Wisz, gospodarz słuchał milcząc, Doman gorętszy dodał.
— Jeźli się zawczasu nie poradzi, wybiją nas do szczętu... musimy się bronić... Dawnym obyczajem nie co innego poczynać, tylko zwołać starszyznę...
Stary wciąż słuchał jeszcze; więc Wisz szeroko mówić począł, jak to dawniéj w mirach bywało, a co się dziś działo, i jak z wojskowych dowódców kneziowie na niemiecki sposób panami się czynić chcieli, co cierpiano od rozrodzonych kniaziątek... i jak na to ratunku skorego było potrzeba.
Piastun mu dał mówić cale nie przerywając; i on, i Doman, szeroko wszystko wyłuszczyli, nareszcie zamilkli, oczekując co on powie. Piastun myślał, głowę spuszczoną trzymając i odezwał się nareszcie.
— Ja wam coś powiem o prastarych czasach... Słyszeliście to od ojców waszych, a ojcowie od ojców swych słyszeli... że nasza mowa ciągnęła się dawniéj daleko za Łabę, nad Dunaj; za Dunajem, nad sine morze, i na zachód aż do Gór Czarnych. Był to czas szczęśliwy, gdyśmy na niezmiernéj przestrzeni byli sami jedni, a sąsiedzi w domu co robić mieli. Chodziliśmy naówczas bez mieczów, z gęślami, rolę uprawiali, w otwartych siedzieli chatach i gospodarzyli w mirach bez wszelkich kneziów... Dawne to czasy... Od morza przypadli jedni, od gór zaczęli napastować drudzy... z orężem w dłoni niewolniczy a karny lud... musieliśmy się bronić... Skończyło się szczęście nasze, śpiewanie i spokój... Zamorskich wodzów trzeba było wziąć, stołby murować, grodziska stroić i bić się... A stara swoboda zawsze się nam przypominała... kneź nam był wrogiem... i cóż? ot, plemię nasze wyciskają powoli niemcowie i wycisnęli je już z sadyb dawnych i pod nogami nam codzień ziemi ubywa...
Zamilkł Piastun, a po chwili dodał.
— Kneziów się zbędziemy, a niemcy nam na kark wlezą...
Wisz się poruszył.
— Nie chcemy się ich zbywać — odrzekł — ale tego Chwosta tylko na innego zamienić... Wiecie dobrze, iż on pierwszy z niemcami trzyma... ród jego cały serce tam ciągnie... znajdziemy innego... Dosyć się naszéj krwi ulało... Wiecu nam trzeba...
Znowu pomilczał gospodarz.
— Trzeba nam wiecu i trzeba zmiany — rzekł — ale i wiec nie łatwy i zmiana. Ciężką to sprawę poruszacie, jakbyście gołą rękę w ul wsadzili... Jedni na Chwostka płaczą, drudzy trzymają z nim... zgody nie będzie, tymczasem niemiec języka dostanie i najedzie wówczas, gdy my się z sobą zajadać będziemy... Wiecu nam trzeba, ale zgodnego a takiego, jakie ongi bywały, gdy za ojców radzono... Zwołajcie wiec...
Poczęli tedy obliczać, o ile we trzech mogli i umieli, kogo za sobą mógł mieć Chwostek, a kogo przeciw sobie i okazało się, że niemała liczba stanąć mogła po stronie knezia, chociaż okrutnik był i dla nikogo serca nie miał.
Rozmowa cicha przeciągnęła się do wieczora. Szli potém razem do chaty i zasiedli powtóre przy ognisku. Tu zaledwie chleb rozłamali, gdy mały krępy człeczyna, z głową krótko ostrzyżoną, z oczyma kociemi, w obcisłéj siermiężce, zjawił się w progu. Zobaczywszy go wnet zamilkli wszyscy, był to znany kneziowski sługa, na nieustannych posyłkach spędzający całe życie. Obawiano się go na grodzie i w okolicy, bo podpatrywał, podpełznąć umiał, podsłuchać i donieść panu, co pochwycił. Oka jego nic nie uszło... Siadywał jak żbik na drzewach, gdy mu trzeba było niewidzianym gdzie być, wszywał się w gałęzie, zakradał do lisich nór, zakopywał w stogach siana, przylegał w wiszarach i trzcinach... Dla małego wzrostu i lichéj postaci Znoskiem go zwano. Zjawienie się jego gdziekolwiekbądź, nic nigdy nie wróżyło dobrego. Złośliwa żmija nie wracała nigdy bez łupu na gród, a łupem były oskarżenia, które do ucha Chwostkowi nosił.
Szeroka gęba z zębami białemi, śmiała się w progu. Znosek stał i patrzył po izbie. Pozdrowił Piastuna i nic nie mówiąc przysiadł na ławie, przypatrując z wielką uwagą gościom...
Milczenie panowało w izbie, tylko Rzepica, która się około ognia kręciła, a jako niewiasta więcéj obawiała Znoska niż Piastun, podała mu kubek piwa... Obrzydły karzeł wziął go dziwnie, popatrzył na gospodarza i gości i pocichu ryhotać począł, jakby sam sobie się śmiejąc.
— Matko Rzepico — odezwał się głosem schrypłym Znosek — ty masz lepsze serce od innych. Przynajmniéj zlitowaliście się nademną, nad którym nikt się nie ulituje, którego wszyscy nienawidzą! A co ja winien? co ja komu winien?.. albo to ja taki zły jak mówią?.. Oczu nikomu nie wyłupiłem... czarów nie rzucam na nikogo... służę każdemu... słucham wszystkich. Przecie nogami mnie kopią, plują na mnie... i każdyby mnie zgniótł, gdyby mógł...
I śmiał się szkaradny Znosek popijając z kubka.
— Zkądże to wiesz, że ci ludzie tak źle życzą? — zapytał Piast.
— Z oczów im to patrzy! oho! — mówił karzeł — ja mam psi węch, Piastunie.
Pomilczawszy chwilę począł daléj.
— Wiecie nowinę?
— Cóż tam za nowina? — spytał gospodarz.
— Na grodzie u miłościwego pana gotuje się uczta wielka i radość wielka... Naprzykrzyło się nam wojować i swarzyć... Kneź chce się ze swemi pojednać... tego co mu oczy wyłupiono puszczą, aby sobie w swiat szedł. Kto wie, a może mu oczy odrosną? Stryjów i bratanków zaprosi kneź do stołba i zgodę na wieki zapijemy!..
Słuchali wszyscy w milczeniu.
— Powinniście się cieszyć z tego — mówił Znosek — potém wszyscy kneziowie jak się wezmą za ręce, to dopiero ład będzie u nas!.. Teraz zbiorą się lada żupankowie i na gród się cisną, a pięściami nam grożą pod nos... bo wiedzą, że knezie z sobą się waśnią... Późniéj już tego nie zobaczymy!
Mrugnął bystro oczyma i rozśmiał się. Drudzy milczeli, gdy z podwórza głos się dał słyszeć. Wszyscy zwrócili głowy ku wnijściu. W progu stał człowiek siermięgą czarną odziany, w czapce czarnéj, z kijem w ręku, oczyma jakby obłąkanemi patrzył we wnętrze chaty, liczył niemi tych co w niéj byli. Wzrok jego zatrzymał się na Znosku i usta, które już miał otworzyć, zamknęły się. Nie powitawszy nawet nikogo, zawrócił się od progu, odszedł i usiadł na przyźbie.
— Ten mnie tylko zobaczył — rozśmiał się karzeł — i ochota mu od gościny i od mowy odpadła.
To mówiąc dopił piwa, kubek postawił, wstał i stanąwszy pośrodku izby, rzekł w boki się biorąc.
— Wisz i Doman!! Wisz i Doman!..
— Znacie mnie? — zapytał stary Wisz.
— Ja?.. naokół o dziesięć dni drogi znam wszystkich — rzekł Znosek — nawet psy podwórzowe po imieniu... a jakbym kmieciów znać nie miał?.. Tamten, co z progu zszedł, to stary Ziemba... nieprawdaż? Nawet wiem, z czém przychodzi i co mu gębę zamknęło... Syn jego miał na grodzie przypadek... Zczepili się z Sławojem przy uczcie i pozarzynali... Potemeśmy go puścili na jezioro, żeby się otrzeźwił, ale wody się nadto opił i... zdechł...
To mówiąc rozśmiał się Znosek, pokłonił, zawinął, skoczył i znikł.
Po wyjściu jego długo cicho było w chacie, jakby się powrotu obawiano. Ziemba téż siedzący na przyźbie nie wchodził; czekał pewnie, aż się niezdara oddali. Po dobréj chwili dopiero pokazał się w progu. Piastun, gdy próg przestąpił, podszedł go przywitać.
— Przyszedłem się wam opowiedzieć z sieroctwem mojém — odezwał się stary. — Syna mi na grodzie ubito. Ciałośmy ledwie odzyskali, aby je poczestnie spalić na stosie... Mówcie, bracia dobrzy, ludzie my jesteśmy czy zwierzęta dzikie, które bez pomsty kłuć wolno?..
Ręce założył i stał pogrążony.
— Mam dwóch jeszcze synów — mówił po chwili — choć tychbym chciał całych uchować! Gdzie się z nimi skryć? jak głowy ich osłonić?.. Chwostek na mnie zawzięty...
Wisz wstawszy z ławy przybliżył się do niego.
— Bracie — rzekł — czas nam myśleć o sobie... siądź i radź.
Przybył w ten sposób jeszcze jeden do szczupłego gronka, które się na wiec zgadzało.
Do późnéj nocy karmili się żalami i szeptali między sobą. Nazajutrz rano Doman i Wisz opuścili zagrodę Piastunową. Chociaż ludzi swoich zostawił stary u sąsiada, nadto mu pilno było powracać do domu, by nakładał dla nich drogi. W lesie rozstali się z Domanem, i Wisz znanemi krótszemi przesmykami w puszczy puścił się wprost do swéj zagrody. Drugiego dnia nad wieczór był już u wrót, a psy radośnie skomląc witać pana wybiegły. W chacie świeciło jeszcze, stara Jaga drzémiąc z kądzielą siedziała przy łuczywie. Pokłoniła się mężowi do kolan, wedle obyczaju, Wisz na ławie siadł się rozzuwać, pytając o dom i chudobę. Nadszedł zbudzony syn starszy i opowiadał, co się pod niebytność ojca doma robiło i trafiło. Wilk porwał był owcę, a nie zdołano go zabić, choć pastwę mu odebrano...
Była to wina pastuszków, którzy się oba pospali.
Stary spokojnie wysłuchał syna, a gdy już chciał odchodzić, dał mu znak, aby się zatrzymał. Jaga z kądzielą wyniosła się do komory.
— Ludek — rzekł Wisz pocichu do syna — postanowiono między nami, aby wici wysłać po mirze i na wiec zwołać starszyznę, na dzień przed Kupałą, w horodyszcze na Żmijowem uroczysku. Ślij ty, jedź sam... czyń jak chcesz, dajęć wolę, ale pośpiechu trzeba.
— Pojadę sam — rzekł syn — wola wasza... kogo mam słać, komu zawierzyć? najlepiéj sobie.
Lecz głowę spuścił smutnie. Stary popatrzył nań i zadumał się także.
— Co będzie to będzie, jechać trzeba i zieloną wić nieść od dworu do dworu.
Krótka, ponura rozmowa tajemnicza na tém się skończyła.
Nazajutrz, gdy się Wisz przebudził, już syna w domu nie było.
Dni kilka upłynęło bez wieści, a życie zwykłym się trybem ciągnęło; w głębi tych lasów rzadki był gość i przechodzień. Wisz po dniu upalnym spoczywał za zagrodą pod dębami leżąc na ziemi, psy mając przy sobie, gdy jeden z nich podniosłszy się nagle, skoczył w stronę rzeki i wietrzyć coś począł niespokojny. Zwierza albo obcego człowieka pewnieby inaczéj witał; zdumiał się stary widząc, jak psisko radośnie ogonem kręciło, jak gdyby znajomego czuło w pobliżu. Nikogo jednak widać jeszcze nie było. Zabiegłszy w łozy, podwórzowy kilka razy szczeknął radośnie, jakby się łasił do kogo. Wisz podniósł się z ziemi, spojrzał i zobaczył ostrożnie gałęzie rozgartującego, tego, kogo się najmniéj spodziewał, Sambora. Stał w zaroślach chłopak, jakby zbliżyć się nie śmiejąc, dopiero starego gospodarza ujrzawszy, szybko począł podchodzić ku niemu.
Chmurnie brwi ściągnąwszy czekał nań Wisz.
— A tyż tu zkąd? jak?.. jakże wyrwałeś się z grodu? — zawołał, gdy Sambor już mu do nóg przypadał.
— Musiałem, choćby życie ważąc — rzekł przybyły — musiałem przybyć z oznajmieniem... Nie chciałem, aby niespodzianie spadło nieszczęście na dwór wasz...
Nieszczęście co? — zapytał stary.
— Już trzy dni temu, jak kneziowi doniesiono: Wisz objeżdża kmieci i na wiec ich zwołuje.
— Kto doniósł?
— Smerda z tém powrócił z łowów — odezwał się Sambor. — Chwostek się uniósł gniewem wielkim, zaklął, że każe wasz dwór w perzynę obrócić, a was, ojcze mój, na pierwszem obwiesić drzewie. Na was ma się wywrzeć cała złość jego... Ludziom i koniom kazano się sposobić... Słyszałem, gdy dawano te rozkazy, rzuciłem się co tchu wpław przez jezioro, aby wam oznajmić o tem. Dziś, jutro... każdéj chwili tu być mogą.
Wisz stał, nie pokazując po sobie ani strachu ni zwątpienia, myślał co ma począć. Dwoje było tylko do wyboru, albo się bronić na zagrodzie, zwoławszy ludzi, którzy na ziemi jego siedzieli, lub z duszami i dobytkiem ciągnąć w lasy. Ostatnie niełatwém było, człowiek sam mógł się ukryć od pogoni, trzody kędy przeszły, zdradzały się i pójść w ślad za niemi mogła drużyna kneziowska. W lesie, choćby za zasiekami, tak się bronić było ciężko, jak w zagrodzie. Na łaskę Chwostkowi się zdać... śmierć czekała i niewola. Stary nie lękał się o siebie, dawno mu było już tęskno do mogiły, do ojców... obawiał się i troszczył o córki i syny. Milcząc dał znak Samborowi, aby szedł za nim i powlókł się ku zagrodzie. W drodze po kilkakroć stanął i zadumał się opuściwszy głowę.
Doszli do wrót, gdy w nich spotkał się Wisz ze starszym synem, co wici woził i właśnie z powrotem przybywał. Jego téż już na drodze doszła była wieść o tém, co się na drodze u Gopła przysposabiało, zdał więc wici innemu i do ojca pośpieszył. Przytomność Sambora uwalniała go od przynoszenia złéj wieści.
— Dziś tu jeszcze nie będą pewnie — odezwał się stary do swoich — jest czas przez noc myśleć, co z sobą czynić i do świtu się przysposobić. Zwołać parobków, zatrąbić na pastuchy... Sambor skoczy po ludzi na Rybaki i Bondarze... Kto oszczep dźwignie, niech przybywa. Żagiew zapaloną miasto wici wziąć... i... żywo.
Zamiast strachu Wisz zdawał się pokrzepiony tą myślą, że jeszcze walczyć będzie i do otwartéj stanie bójki. Parobcy i synowie, kto żył, rwali się do broni, biegnąc po osadników.
Niewiasty wszystkie wyszły z szop i chałupy, zawodząc żałośnie, ręce łamiąc i płacząc. Strach je ogarniał. Jęki te Wiszowi serce miękczyły, nakazał milczenie, ucichło wszystko... Dziwa stała na przedzie z Jagą.
— Wy w las z dziećmi! — zawołał stary, — tu nie jesteście potrzebne. W las ich prowadź, Dziwa. Wrócicie, gdy albo umarłych grzebać, lub pokaleczonych obwiązywać będzie trzeba.
Znikły posłuszne niewiasty.
W całém obejściu ruch powstał ogromny. Stary sam przewodził.
W chacie Dziwa, najprzytomniejsza ze wszystkich, resztą niewiast rozporządzała, żywność zbierano, gotując się do drogi.
W tę stronę, od któréj napaść musiała przybywać, wyprawiono małego chłopca na podjezdku, aby dawał znać przodem, gdy o drużynie kneziowskiéj zasłyszy.
Noc wśród tych przygotowań nadchodziła szybko, a nawet do ziemi ucho przyłożywszy, najmniejszego tententu słychać nie było. Tymczasem spodziewano się ludzi z Rybaków i osad na posiłek.
Dziwa z całym obozem niewieścim, z dziećmi i sługami, gotową była w las ruszyć na pierwsze skinienie i wieść o niebezpieczeństwie.
Nikt téj nocy o śnie nie pomyślał, psy wyły niespokojne. Napróżno starano się je uciszyć, przypadały na chwilę i wnet nanowo żałobne to zawodzenie, które za złą wróżbę uważano, rozpoczynały.
Nad rankiem gromadka parobków ściągnęła z osad nad rzeką i z lasu, lud zdziczały i nędzny, niewyglądający wojowniczo.
Dzień robić się zaczynał, gdy chłopak wysłany na czaty konia co tchu pędząc, nadbiegł, wołając:
— Jadą! jadą!!
Zsunąwszy się z konia padł dysząc na ziemię. W zagrodzie ruszyło się wszystko, stary swoich ludzi rozstawił tak, aby ich widać nie było, ani przygotowań do obrony.
Chata widziana zdala przybrała pozór swój codzienny, ale parobcy ukryci za tynami, po szopach, na ziemi leżący, gotowi byli skoczyć na pierwsze pana skinienie.
Stary, żadnéj broni nie wziąwszy, boso, w koszuli i na ramiona tylko narzuconéj siermiędze, z odkrytą głową u wrót stanął.
Zdala już coś tętnieć zaczynało, rozeznać było można jadącą liczną konną gromadę, a wkrótce głosy, śmiechy jéj i nawoływania.
Około zagrody cisza panowała, bocian tylko klekotał na gnieździe gospodarząc, jakby i on chciał oznajmić o jakiemś niebezpieczeństwie.
Nagle z zarośli ukazała się czapka Smerdy i dzidy kilku jezdnych... tuż za nim. Spodziewali się znać zastać zagrodę nieprzygotowaną i byli bardzo wesołéj myśli.




IX.


Smerda zdala już starca zobaczył, odwrócił się do swoich, dał im znak, drużyna się rozstąpiła, rozbiegła i poczęła zagrodę otaczać ze wszech stron, jakby się obawiała, aby z niéj się kto ucieczką nie ratował.
Dowodzący samoczwart podjechał bliżéj, bezpiecznie, nie spodziewając się wcale, by tu nań oczekiwano... Sambora ucieczka nie została dostrzeżoną.
Wisz ciągle stał we wrotach, z głową podniesioną, oczekując bez trwogi zaczepki. Zdawał się bezbronnym, co Smerdę téż ośmielało.
Drwiąco począł się uśmiechać kneziowski sługa, patrząc na niego.
— A ja znowu do was w gości! — zawołał zdala — toście mi być powinni radzi...
— Jam zawsze gościom rad — odparł Wisz spokojnie.
— Kneź wam pokłon śle i do siebie prosi, na koźle udo, na miodu czaszę, na drużbę i rozmowę — szydersko ciągnął daléj Smerda — a żeby prędzéj was mieć, aż mnie po was przysyła...
Wisz zmilczał trochę.
— Nie byłbym od tego, aby mu się pokłonić — rzekł zwolna — alem ja stary, a on młodszy. Ja pan u siebie, a on na grodzie... jeśli co do mnie ma, posłów znajdzie...
Smerda konno podjedżdżając coraz bliżéj, mruczał.
— Milcz ty stary zuchwalcze! ty niepoczciwy, nieposłuszny — zakrzyczał nagle — ja tu na ciebie sąd wiozę i powrozy! Tyś to wiece śmiał zwoływać!
— A no... ja! — rzekł Wisz spokojnie — ja... każdy z nas starszyzn po mirach ma do tego prawo. Tak z wieków bywało i tak będzie póki nas stanie.
— Nauczymy my was wieców — zawrzeszczał Smerda i stanąwszy tuż przy starcu, ręką się zamierzył na niego. Stary zwolna ustąpił.
— Jedliście chleb pod moim dachem — rzekł nie życzę wam zła... ustąpcie proszę precz... i powiedzcie kneziowi, że wiec się zbierze, choćby mnie między żywymi nie było.
Domawiał tych wyrazów, gdy Smerda na swoich zakrzyknął i gromadą całą rzucili się na nieustraszonego starca, który teraz dopiero miecza dobył z pod poły. Z za płotów, tynów, ścian, wszystek jego lud, synowie, czeladź, wyrwała się z ogromnym wrzaskiem, napinając łuki i zamachując procami. Ale Wisz ten zapęd skinieniem ręki powstrzymał.
Kneziowscy ludzie, niespodzianém ukazaniem się obrońców trochę przerażeni, w tył się cofnęli.
— Będziemy się bronili! — zawołał stary — idźcie, jeśli nie chcecie, aby się tu krew polała... A tobie — rzekł zwracając się z gniewem do Smerdy — tobież to przystało napadać na swoich i służyć obcym!.. Ty, niewolniku podły!
Smerdzie twarz cała krwią zapłonęła, targnął się i swoich, co stali opodal, zaczął bezcześcić.
— Bij a morduj! — krzyknął.
Strzały poleciały z obu stron.
Parobcy Wiszowi, którym pilno było wziąć się za bary z napastnikami, poczęli się cisnąć i przeć do wrót, do których z drugiéj strony Smerda się dobijał ze swoimi.
Stary Wisz pozostał w pośrodku téj kupy, cofnąć się nie mogąc. Płot i wrota trzeszczały od nacisku, łamiąc się kawałami.
Starszy syn gospodarza Ludek, zasłaniając ojca, ciął po łbie Smerdę i czapkę mu rozpłatawszy głowę rozkrwawił, ale razem prawie dzida, którą kneziowski sługa w ręku trzymał, utkwiła w piersi starego Wisza... koszula jego zaczerwieniła się krwią, która buchnęła z rany. Stary ręką drżącą pochwycił pocisk, tkwiący już w nim i zdruzgotał go jeszcze... ale żeleźce i kawał drzewa zostało w ranie. Wisz posłonił się z krzykiem i padł na ręce syna.
Na widok trupa tego, gdyż stary z jękiem wyzionął ducha, wszystko co żyło, rzuciło się jak wściekłe na ludzi grodowych. Walka rozpoczęła się, nie na łuki i proce, ale na pięści i zęby, chwytali się za barki i walili o ziemię.
Z tyłów wdarli się na ten hałas ci, co zagrodę obstawiać mieli i wmięszali się niespodzianie, popłoch rzucając chwilowy na gromadkę obrońców.
Trwoga trwała tylko chwilę, zwrócili się stojący w podwórzu ku napastnikom i zwarli, drudzy u wrót z zaciętością walcząc na swoich śmieciskach, odpierali kupkę Smerdowych ludzi. Widok leżących na ziemi we krwi zwłok starego Wisza zajadłość powiększał.
Liczba z obu stron prawie równą była... Za starca, który padł, kilku Smerdzie zabito, sam on ranny, gdy mu oczy krwią zapływały, ustąpić musiał i począł wołać na swoich, aby się cofali.
Co pozostało grodowych pachołków, wyparło się z podwórza kupiąc około dowódzcy i z nim razem ustępując ku brzegowi rzeki. Wiszowi dali im odejść, zostając przy obronionéj zagrodzie, ścigając ich tylko łajaniem i krzykami.
Obie strony dosyć miały téj walki krwawéj.
Z nad brzegu rzeczki podnosiły się tylko głosy i wrzawa, któréj od wrót odpowiadano.
— Psie syny! niewolniki! raby!
— Gady! żmije!..
Podobnemi wyrazy ciskano na siebie z obu stron długo, grożąc z jednéj pięściami, z drugiéj oszczepy podnosząc w górę.
— Chodźcie tu! — wołali jedni.
— Zbliżcie się — odpowiadali drudzy.
Tymczasem w krzakach nad rzeką Smerdzie obmywano i obwiązywano głowę, a synowie ciało ojca podniosłszy, nieśli je złożyć w izbie na posłaniu... nieśli i płakali a krzyczeli...
Nikt walki nanowo rozpoczynać nie myślał. Głosy ucichały powoli.
Widoczném było, że Smerda ze swoimi ustąpi i zaniecha dalszéj napaści. W istocie Smerdzie dostateczném się zdawało, że winowajca zginął, a ani on, ani ludzie jego nie chcieli życia stawić, nie czując się silniejszymi.
Pokładli się tylko nieopodal od wrót obozem z końmi i pozostali grożąc do wieczora. Musiano téż naprzeciw nich straż postawić, aby się nocą niespodzianie nie rzucili, bo im jeszcze nie dowierzano. Gdy zmrok zapadł zupełny, ucichło nad rzeczką, jak gdyby po walce się wylegiwali.
Chłopak na brzuchu podpełznąwszy, dojrzał dopiero nierychło, że korzystając z ciemności, kneziowscy ludzie w bród przebyli wodę i drugim brzegiem, znać nazad pocichu odciągnęli do grodu.
Rozstawiwszy więc czaty, mogli już wszyscy spocząć. Drogo to był kupiony odpoczynek.
W świetlicy na posłaniu swém leżał trup starca blady, ręką jeszcze ściśniętą trzymając złamane drzewce, które tkwiło mu w piersi zastygłą krwią czarną oblanéj. Łuczywo paliło się na ognisku, dwaj synowie siedzieli i płakali. Nie było nawet komu o pogrzebie pomyśleć, bo niewiasty wszystkie jeszcze były w lesie.
Dano im znać, pobiegł Sambor hukając w umówiony sposób, lecz nim mu na głos jego odpowiedziano, nim nadeszły żona, córki, synowe, sługi i wnuki, noc już była w połowie.
Wśród ciszy lasów, zdala ten pochód żałobny słychać było.
Szły płacząc, rycząc, śpiewając, zawodząc, włosy rwąc z głowy, a puszcza jękiem rozlegała się daleko.
Przodem szła stara Jaga, siwe włosy rozpuściwszy na ramiona, z rękami załamanemi, z zamkniętemi powieki. Pod ręce wiodły ją córki, zrzuciwszy z głów wianki, rozplótłszy kosy, podarłszy odzież na sobie. Tylko Dziwa szła milcząca i jakby martwa.
Lament ten, płacz i razem pieśń jękliwa, wszystkich przejął smutkiem i grozą... Mężczyźni wtórowali. Otwarły się drzwi i cały ten orszak niewieści wtoczył się, jak pijany rozpaczą, biegnąc aż do zwłok starca. Tu popadały na ziemię wszystkie i tarzać się zaczęły.
Ogień przygasł był na kamieniach, przyrzucono pęk łuczywa i w blasku jego przedstawił się obraz ten tak straszno, tak boleśnie, że ci, co już płakali dzień cały, nanowo ryczeć poczęli.
W podwórzu wyły psy, w szopach strwożone odzywało się bydło i konie rżały. Nareszcie Dziwa z ziemi wstała. Stara Jaga ruszyła się za nią, płaczki tylko zostały na ziemi, zawodząc i śpiewając pieśni... Matka i córka szły zmarłego do mogiły odziewać.
Żalnik i zgliszcza dosyć były oddalone, na polance piasczystéj znajdowały się w lesie. Poszli więc parobcy drzewo przysposobić na stos, kamienie gotować do grobu, bo ciała nie chciano długo trzymać niespaloném, ażeby duch mógł prędzéj wzlecieć do ojców i braci.
Noc to była znowu bezsenna i łzawa... Nad rankiem już stary Wisz siedział na ławie, podparty tak, aby się żywym niemal mógł zdawać jeszcze. Najlepszą odzież nań włożono, najpiękniejszą broń przypasano do pasa, czapkę z kitą miał na głowie, łuk na plecach, procę, kamienny topór ojców i dłut z krzemienia.
Siwy koń, na którym ostatnią podróż odbywał, stał przeznaczony, aby z nim spłonął na stosie...
U nóg nieboszczyka, na ziemi, siedziała Jaga z głową spuszczoną, ubrana w najpiękniejsze swe suknie, w sznurach bursztynu i świecących naramiennikach; siedziała i jęczała pocichu...
Daléj płaczki z rozrzuconemi włosy, bijąc w dłonie, drapiąc twarze i piersi, śpiewały pieśni rzewne... W głębi synowie stali na rękach podparci, łzy ocierając pocichu.
— .... Odszedłeś od nas — wołały płaczki — nie ma cię panie... osierociłeś nas biednych... Poszedłeś panie do ojców twoich, do duchów jasnych, wojować z czarnemi duchy... Wszystkoś na ziemi miał, czego dusza zapragnie... Ziemie rozległe, zwierza dostatek, trzody bez liku, zboża zasieki, ulów tysiące, chléb i miód biały... I miłość miałeś u ludzi... Żonę ci wierną, dzieci posłuszne, czeladź pokorną i konie rącze... Rzuciłeś wszystko... i nas... i dzieci... i nigdy do nas nie wrócisz... Patrz na sieroty, włosy rwą z głowy, słyszysz ich jęki... otwórz powieki. Wiszu wojaku niezwyciężony, wróg na cię napadł zdradliwie... krew twa pomszczona, zemsta niesyta, z twojego rodu pójdzie ostatni mścić ją, dopóki stanie zabójców plemienia....
Śpiewy te żałobne powtarzały się bez końca. Dzień już był, gdy dano znać od lasu, że na zgliszczu stos był gotowy. Sąsiadom parobcy znać dali, prosząc na chléb żałobny.
Cały pochód ruszył z zagrody. Czterej parobcy nieśli siedzące zmarłego ciało, za nim wiedziono konia, prowadzono psy, niesiono broń i szaty. Płaczki kołem otaczały zwłoki, pieśni ciągle zawodząc nowe i przeraźliwe wydając jęki. Za niemi szedł guślarz Słowan ze spuszczoną głową i Jaga, którą wiodły córki pod ręce; cała ludność aż do dzieci wysypała się ze dworu, który pustką otwartą pozostał.
Do zgliszcza trzeba się było przez las przedzierać, leżało bowiem na wzgórzu nim otoczoném, wśród gęstego boru, który doń obcym bronił przystępu. Miejsce było piasczyste, gdzieniegdzie dziewannami i piołunem bladym porosłe. Trochę trawy wyschłéj zieleniało wśród kamieni starych, których rzędy oznaczały dawne mogiły.
U wnijścia, na ubitém tokowisku, wznosił się ogromny, szeroki stos z bierwion sosnowych, który cztery grube pale, wbite po rogach utrzymywały. Niedaleko od niego widać było przygotowane popielnice, garnki, miski i drobne gliniane naczynie, w którém popioły i ofiara obietna mieścić się miała; chleby, kołacze, mięsiwa, piwo i miód, na tryznę przygotowane. Piękne słońce majowe i niebo jasne dodawały uroczystemu obrzędowi powagi i spokoju, jak gdyby duchy dobre cieszyły się przyjęciem starego kmiecia.
Niewiasty wszystkie kołem otaczały Jagę milczącą, ubraną jak na weselne gody i pokolei całującą dzieci swoje, jakby je na wieki żegnała. Nie mówiła nic — ale wszyscy czuli i wiedzieli, że na stos pójdzie za towarzyszem życia i pozostać sama, osierocona, nie zechce na ziemi.
Wśród jęków płaczek wniesiono na stos ciało, umieszczając je w pośrodku, przy niém składano z kolei wszystko, czego potrzebował za życia do pracy i łowów. Kłody sosnowe poukładane jedne na drugich wiodły jakby wschodami do góry, gdzie Wisza trup stał, otoczony orężem i odzieżą.
Jeszcze go przymocowywano, gdy Jaga pocałowawszy w głowę Dziwę, krokiem powolnym ruszyła do stosu. Przypadli do niéj synowie powstrzymując, ale ich odtrąciła zlekka, przystąpiły córki jeszcze, dała im znak, aby uszły z drogi, rzuciły się z płaczem wnuczki, wołając na nią, wskazała matkom, aby je wzięły na ręce... Szła tak aż do stosu, stanęła chwilę, popatrzała na stojących, na biały świat, szeroki, i śmielszym krokiem wstępować zaczęła po drzewach, coraz wyżéj, na szczyt sam, aż tu padła u stóp męża i objąwszy nogi jego rękami, nieruchomie przy nich została...
Jęk płaczek wznosił się coraz przeraźliwszy. Przyprowadzono siwego i na stosie uwiązano go u słupa, skrępowawszy mu nogi. Przy nim postawiono psy ulubione... Płaczki zaczęły obiegać stos dokoła, jakby w szalonych skokach miotając się i krzycząc. Nareszcie po czterech rogach ogromne kupy łuczyny smolnéj, któréj pod spodem i po bokach nagromadzono niemało, zażegnięto razem. Podpalone zaledwie zajęły się nagle, szybko, płomieniem jasnym i w mgieniu oka drzewo przepojone smołą stanęło jedném ogniskiem ogromném. Dym i płomienie zakryły zwłoki.
Jęki zmieniły się w krzyk rozpaczliwy, dym wił się kłębami sinemi dokoła, obejmując stos z boków, od spodu i buchając z pomiędzy kłód, około których się obwijał. Niekiedy mignęły tylko jeszcze siedzące zwłoki i u nóg ich leżąca niewiasta, to koń, który się rwał, napróżno siląc uwolnić... Ogień z chciwością stos pożerał... a na chwilę wiatrem lekkim przytłumiony, powracał z podwojoną zajadłością po swą pastwę, wciskając się wszędzie, sycząc, pryskając i zdając chłonąć stos sobie przeznaczony, jak wygłodzona jakaś istota... Łuczywa już przezeń zjedzone opadły czarnemi drzazgami, grube kłody paliły się całe, rubinowemi okrywając węglami. Wiatr, jakby umyślnie zesłany, zrazu lekki, wzmagał się i podżegał jeszcze ten pożar, na który wszyscy patrzali z uroczystém przejęciem i trwogą. Zdawało się im, że ujrzą ze stosu ducha ulatującego w górę.
Była téż to chwila, w któréj odganiać należało złe siły, czarne bogi i czterech parobków na koniach z dzidami w rękach poczęli szybko obiegać stos dokoła, z wrzaskiem wywijając niemi... Wtórowali im wszyscy przytomni, bijąc w dłonie, podnosząc ręce, w górę podrzucając oszczepy.
Stos płonął ciągle. Z za kłębów dymu, z za jasnych płomieni widać jeszcze było zczerniałe zwłoki i u stóp ich wyciągniętego trupa, na którym bielizna płonęła; to znowu osłaniały je dym i ogień wybuchające od dołu, aż bale u dołu kruszyć się, łamać i opadać zaczęły. Oba ciała osunęły się w ognistą, żarzącą głębię i znikły... Stos stał rozżarzony, jak jedno płomię ogromne, w którém tylko sterczące pale rozeznać było można. Pieśni ucichły... duchy wzleciały. Dzieci rzucały jeszcze w płomienie, co które miało najdroższego, co ojcu na drugim świecie służyć mogło... oręże, kawałki kruszcu, kamienie...
Tymczasem służebne napełniały misy, niecki i garnki strawą i objatami dla żywych i umarłych, grobową dla duchów ofiarę.
Zarzewie na zgliszczu coraz się zmniejszając, z wielkiego stosu stało się małém ogniskiem, kupą węgli czarnych i popiołu. Zsuwano głównie aby dogorywały, czekając, aż ogień święty sam przygaśnie...
Słońce już zapadało, gdy nareszcie dogorzały reszty, a zgliszcze wodą przyniesioną ze świętego zdroju zwolna zalewać zaczęto.
Na ten czas przystąpiły niewiasty, niosąc popielnicę glinianą, aby w nią zgarnąć niedogorzałe resztki kości, węgla i wszystkiego, co razem ze zmarłym przez ogień zniszczone, poszło z nim na świat drugi. Aż do najdrobniejszych szczątków i pruszyn zmieciono węgle, popioły, okruszyny, niedogorzałe kostki, niedopalone sprzętów obłamki.
I ruszył znowu orszak żałobny, niewiasty, mężczyźni, dzieci, niosąc popielnicę, garnuszki i ofiarne miski ku miejscu, gdzie miano sypać mogiłę, obok Wisza ojców i braci. W pośrodku z urną stanęły zebrane szczątki, dokoła przy niéj miski ofiarne. Popielnicę pokryto wiekiem. Dzieci cisnęły się, aby każde mogło swą drobną pomieścić dań na grobie... Wśród nowych zawodzeń i pieśni zaczęto sypać ziemię na mogiłę z pośpiechem...
Niewiasty siedziały kołem, zawodziły i płakały, lecz pieśni już płynęły spokojniejsze — duch uleciał... Noc zapadła, gdy się pagórek żółty wzniósł nad popiołami Wisza...
Na żalniku zapalono stosy łuczywa i rozpoczęto ucztę żałobną.
Ludzi zgromadziło się wiele z okolicy, ugaszczano wszystkich, do wszystkich przepijano... Stały otwarte kadzie z piwem i miodem, którym się krzepili znużeni i pragnienie gasili pracujący u mogiły. Około mis i niecek z mięsiwem siedziały kupy gości, oddzielnie mężowie, osobno i zdala niewiasty.
W tém gęśla zabrzęczała i cisza nastała wielka, gałęźmi tylko w lesie wiatr szumiał zdala... Słowan dobywał z piersi głosu.
— Pusty w lesie dwór twój stoi, dzieci twe ojca nie mają... Poszedłeś stary do swoich, na miód biały i biesiadę... Stary woju... woju stary... włosy miałeś jak śnieg białe, ale młode jeszcze dłonie... Któż policzy, kto wyśpiewa, coś ty zostawił na ziemi... ile z rąk twych padło zwierza, ileś rojów wypiastował, ile wrogów ty zabiłeś, iluś nakarmił ubogich... Wiszu stary, Zboja synu, już nie wrócić ci do świata... Ziemiąśmy cię przysypali, popiół twój łzami poleli; poszła z tobą żona wierna, koń twój miły, róg twój głośny... Wiszu stary, Zboja synu, nie powracać ci na ziemię... a po jasném latać niebie... młotem Niemców zbijać duchy... Stos ci wielki zapalili, objaty ci nie skąpili... O Łado! Łado! Łado!..
Za starym wszyscy wołali: Łado! i rozległo się wołanie po zgliszczu, żalniku i lesie.
Ludek téż zawodził, pół śpiewając, pół mówiąc, pół płacząc, a kubek z miodem trzymając w ręku.
— Ojcze dobry... Wiszu panie, za krew twoją mścić się będziem. Krew za krew muszą dać, życie muszą dać za życie! Krew za krew!..
Cała męzka rodzina zmarłego krzyknęła jednym głosem, ręce podnosząc do góry:
— Krew za krew!
Za Ludkiem stał przybyły Doman i podniósłszy téż kubek w górę, głośno zawołał:
— Krew za krew!
Oczy wszystkich skierowały się ku niemu, stał smutny i on, jakby własnego ojca utracił... i począł téż wołając na pół pieśnią, pół słowem, pół płaczem.
— Stary Wisz niech się pocieszy! stanie się, czego on żądał, spełni się co on przykazał... Idą wici, lecą wici... i starszyzna już zwołana... Strach na grodzie... Chwostek blady, niewolników swoich zbiera... Na wiec pójdziem, poniesiemy krwawą suknię i koszulę, przed starszyzną położymy... i o zemstę zawołamy...
Wtórowali mu niemal w każde słowo bliżéj siedzący, pokrzykując i kubki podnosząc. Młodzież odgróżki i przekleństwa rzucała, coraz w stronę grodu, ku Gopłu zwracając twarze i ściśnione pięści.
W miarę jak kadzie się wypróżniały, gwar powiększał; starsi o zmarłym rozpowiadać zaczęli, jak on młody wiek spędził we znoju i boju, jak dokazywał w pierwszéj życia połowie, jak swoich kochał, jak oni go kochali, jak gość dlań był świętym... Kubki krążyły, żal stawał się coraz gorętszym i zemsty pragnienie.
Niewiasty także siedząc na uboczu śpiewały cichym głosem...
I trwało to noc całą do dnia białego, i przeciągnęło dzień drugi i noc drugą, a nie skończyło aż trzeciego... Młodzież ciskała oszczepy, biegała na wyprzodki do celu pieszo i konno; rzucała kamieniami, próbowała sił borykając się z sobą, aż napoju się przebrało i znużenie wycieńczyło. Dopiero się wszyscy rozchodzić poczęli, mogiłę żegnając jeszcze, a okładając ją gałęźmi zielonemi.
Doman ze swym dworem dotrwał do końca, a gdy bracia zgliszcze i żalnik opuszczać mieli, poszedł z nimi przeprowadzając ich ku zagrodzie.
Na pół drogi zatrzymał braci.
— Słuchaj Ludek — rzekł — albo to pora albo nie, mówić o takiéj sprawie... a ja chcę z serca zrzucić co na niém mam... Siądźmy i gadajmy.
Posiadali więc u dębu, a Doman braciom ręce podając począł.
— Ja z wami... ja wam bratem chcę być, bądźcie wy mnie téż.
— Zgoda! — odparł Ludek, który po ojcu odziedziczył ten sam umysł spokojny i męztwo, jakie miał stary; nie mówił łatwo ni wiele, ale co rzekł to strzymał, choćby krwią przyszło polewać.
— Co myślicie poczynać? Ojca trzeba pomścić... nie może inaczéj być. Smerda go zabił... Smerdę zabić mała rzecz, ale on to nie swoją uczynił wolę... Co myślicie poczynać?
— Dobrzeście wprzódy rzekli — odparł po namyśle Ludek — zaniesiemy na wiec krwawą suknię i koszulę, położym ją przed starszyzną i rzeczemy: zginął Wisz za was, za wiec, niech wiec stanowi o pomście za krew jego.
Spojrzeli po sobie...
— Pewnie — odezwał się Doman — niech starszyzna wyrzecze, a nie będziecie mieli rąk, aby się upomnieć o krew, by darmo nie wsiąkła, ja wam moje ofiaruję...
Tu zawahał się nieco Doman i oczy mu zabłysły, ale spuścił je wnet, jakby zawstydzony.
— Ja wam bratem być chcę... bratem... — dodał.
— My tobie braćmi!.. — odezwali się obaj synowie Wisza i podawali sobie ręce znowu.
— Nie stało mi czasu starego Wisza prosić, będę wam mówił o tém... Siostrę waszą chcę wziąć...
Była chwila milczenia; obyczaj ówczesny, który po starszeństwie brać przykazywał, nie zostawiał wątpliwości, że mówił o Dziwie. Ludek zwiesił głowę.
— Domanie, bracie — rzekł — Dziwa męża nie chce znać... Nie nowa to rzecz, Bogom się ślubowała... To nie jest niewiasta do dzieci, do kądzieli, do garnków, ale do ognia świętego, do zdroju, do pieśni i wróżby... Żony z niéj nie będziecie mieli... Dałbym ją wam z serca... a przeciw ślubowi bożemu jak mi stać?
Zamilkli znowu; Doman głowę zwiesił, brodę szarpał i mruczał.
— O! — rzekł — nie jednéj się to dziewce śni, a jak ją weźmie mąż, zapomni... Mnie się ona upodobała z urody i ze wszystkiego... Dostatek u mnie będzie mieć, kniehinią ją uczynię, ptasiego mleka chyba zabraknie...
Ludek głową wciąż potrząsał.
— Co ja poradzę — rzekł. — Z Bogami i duchami ja wojować nie chcę... a młodszą, gdybyście chcieli, dam chętnie. Nie brzydsza od niéj, nie gorsza od niéj... ta, choćby i popłakała, weźmiecie ją...
Spojrzał na Domana. Ten liść urwawszy do ust sobie przylepił i gdzieindziéj patrząc, milczał; wzgardzić nie chciał, a wziąć nie mógł... Aż gdy liść odpadł, rzekł powoli:
— Dziewce gdybyście kazali, musiałaby posłuchać, wy teraz panem jesteście we dworze, co każecie, musi być... Każdéj z nich się roi Bogom służyć i duchom, a czy przeto ich słuchać?
— Ja przykazać jéj nie mogę — rzekł Ludek spokojnie.
Domanowi twarz się marszczyła i oczy pałały, a dyszał jak gdyby się tylko co zmęczył.
— E! — zawołał — takie to braterstwo wasze! Dać mi jéj nie chcecie, bo może od drugiego lepszego się okupu spodziewacie...
— Domanie, bracie, okupu nie potrzebuję... prawdę mówię.
— Chcecie bym wam bratem był, bym pomstę z wami wziął, siostrę mi dajcie — powtórzył Doman.
— Młodszą wam dam...
— Starszą chcę, albo żadnéj.
— Nie mogę! — odezwał się stanowczo Ludek.
Doman wstał z siedzenia, swoim obyczajem liść znowu urwał, na ustach go położył i kilka kroków odszedł.
— Ojciec wasz byłby mi ją dał — zawołał prawie gniewnie.
— Nigdy...
— Chcecie mnie mieć z wami i za wami? Stanę... ale ją muszę mieć, a nie, to nie...
Ludkowi się brew namarszczyła i drgnął, niecierpliwie powtarzając:
— A nie — to nie!
— Więc — nie! — wybuchnął porywczo Doman — wolicie we mnie mieć wroga niż brata?
— Kupić was nie mogę, obejść się muszę... — rzekł Ludek zimno.
Chłopak się rzucił w tył, cały drżąc z gniewu.
— Ludku, bracie! źle czynicie, mówię wam! Dla dziewki ojca w mogile pocieszyć nie chcecie utoczoną krwią... Hejże! hej!..
— Słowom rzekł — mruknął Ludek — nie mogę...
— Druhów wam teraz trzeba, a nieprzyjaciół sobie robicie! — szydersko dodał Doman — rozumu nie macie...
Spojrzeli sobie w oczy, Ludek się hamując powtórzył raz jeszcze:
— Nie mogę...
Doman się zerwał już iść.
— Nie zechcecie dać po dobréj woli, to ją kiedyś wezmę siłą...
— A my siłą będziem bronić...
— A — no!
— A — no!
Ostatnich słów domawiając, zaczęli się cofać od siebie, ciągle sobie patrząc w oczy. Rąk już sobie nie podawali. Młodszy brat stał milczący za Ludkiem, który dlań teraz ojca zastępował.
Doman kołpak nasunął gwałtownie na oczy i odszedł. Konie jego stały opodal nieco ku zgliszczowi, milczący powlókł się do nich, zatętniło, odjechał...
Ludek stał jeszcze czekając, czy się nie wróci, posłyszawszy tentent, ruszył się i on.
W gęszczach słychać było jak pędził w las i psy za nim lecąc ujadały.
Po drodze Ludek z bratem spotykali swoich, co się na zagrodę wlekli, podśpiewując. Tryzna i stypa więcéj niż bój i walka znużyły... szli smutni zataczając się i przystając dla spoczynku...
Nazajutrz w zagrodzie życie powróciło do trybów powszednich, niewiasty stały u ogniska, Dziwa siedziała u krosien, sługi żarna obracały, gotowano strawę, krzątano się około stada, bocian klekotał na szopce, a sroki krzyczały skacząc po płotach. Ruch był tém większy, że pogrzeb po sobie wszędzie ślady zostawił, a staréj Jagi, co niewiastom przewodziła, nie było. Miejsce jéj zajęła żona Ludkowa, tak jak mąż jéj władzę nad gromadką po ojcu odziedziczył.
Wieczorem na przyźbie przed chatą siedziały dwie siostry, Dziwa i Żywia, sparłszy głowy na ramionach swych, obejmując się rękami... patrzały gdzieś na lasy i dumały i nuciły... Ludek wyszedł od rzeki, ręce w tył założone trzymając, z głową na piersi spuszczoną. Zobaczywszy go przed sobą dziewczęta wstały. Zatrzymał się przed niemi. Dziwa podeszła krok ku niemu.
— Po coś ty Domana oczarowała? — rzekł powoli.
— Ja? — rumieniąc się zawołała dziewczyna — i czarów nie znam, i Domana znać nie chcę...
— Braterstwo nam wypowiedział za ciebie... — mówił Ludek. — Chce cię mieć... odgraża się nam...
— Jam Bogom ślubowała — spokojnie mówiła Dziwa.
— Wié o tém... a znać nie chce...
— Cóżem ja winna?..
Żywia stojąca za siostrą, to na nią, to na brata ciekawemi rzucała oczyma. Milczeli...
— Ej! Dziwa — ozwał się Ludek — lepiéjby było z nim żyć, brata mieć, niż wroga sobie napytać...
Potrzęsła głową, dwie łzy popłynęły jéj po twarzy, spojrzała na brata uśmiechając się błagalnie.
— Nie siłujcie mnie — rzekła cicho — zostawcie Dziwę w pokoju. Będę wam w krosnach tkać, będę pieśni śpiewać, wodę nosić ze zdroju, w wianku chodzić zielonym...
I pokłoniła się do nóg brata, a Żywia nic nie mówiąc, jakby za nią téż błagała, pochyliła się ściskając go za kolana.
Ludek głowę spuścił i odszedł milczący.





X.


Żmijowe uroczysko leżało otoczone borami do koła, jakby zapomniane od wieków, żadna doń nie wiodła drożyna. Moczary i trzęsawiska ze trzech stron je otaczały prawie nieprzebyte. — Z prawéj tylko wązki klin ziemi twardszéj przystęp do niego otwierał. Niegdyś przed wieki, gdy narody wędrując, pierwszy raz się osiedlały na nieznanéj ziemi, tu być musiały pierwsze gromad obozowiska.
Tu się po tém na pamięć ową, zbierały starszyzny dla narady. Horodyszcze opasane było nizkim, wklęsłym już w ziemię wałem zielonym. W środku opuszczona dawno stała z dachu prawie odarta szopa, któréj słupy się chyliły w różne strony. W ścianach brakło opadłego i zgniłego na ziemi płotu. Oprócz tego szczątka budowli zczerniałego na horodyszczu nie było nic, ani drzewa, ani kamienia, pokrywała go darń, skąpe zioła i stare kretowiny. Okolica jak miejsce była smutną. Jak sięgnąć okiem, widnokrąg opasywały lasy czarne. Zdala na prawo, małe jeziorko leżało na pół trzcinami zarosłe, w lewo gdzieniegdzie ukazywała się z błota rzeczułka gniła, płynąca trzęsawiskami nieprzebytemi. Płaczliwe głosy czajek głuszyły śpiew leśnego ptastwa. Niespokojne zwijały się tu nad niezliczonemi gniazdami swemi, jakby od nich nieprzyjaciela odpędzać chciały.
Tam gdzie horodyszcze do lądu przypierało las stary stał na straży.
Był to przeddzień Kupały, na który Wiec zwołano. Kmiecie i władyki wiedzieli już jaki los spotkał Wisza za to, że pierwszy ich na wiec powołał. Śmierć jego nastraszyła wielu, rozjątrzyła innych i pobudziła jeszcze do narady dla ratunku.
Na horodyszcze tylko od strony lasu dostać się było można, a kto na nie chciał iść, musiał pomijać dąb stary na drodze stojący, na pół spruchniały, z oschłemi konary, który równie jak uroczysko za poświęcony miano bogom czy duchom téj ziemi. Widać pod nim było mnóstwo płacht na wpół pogniłych, z któremi u stóp jego składano choroby.
Maleńkie źródełko sączące się nieopodal, służyło chorym do obmycia się z choroby, płótno do otarcia. Rzucano je po tém pod dębem w téj wierze, iż z nim szła precz choroba. Aby zdrowie odzyskać, duchom je trzeba było rzucić na pastwę. Stały tu i inne ofiary pleśnią okryte, przemokłe, liściem na pół zasypane, miseczki, dzbanuszki, ziarna bursztynu, kawałki sukna i sznurki powiązane w węzły jakieś tajemnicze.
U góry w dębie spruchniałym, widać było dziuplę ogromną, jakby stworzoną na to, aby w niéj pszczoły dzikie barci założyły. Lecz drzewo puste stało, wilgocią odstręczając, pszczół w niém nie było. Dziupla stała próżną i czarnym swym otworem jak paszczą ziała jakoś dziwnie, straszno.
Do koła korę obsiadły zielone mchy jak aksamit świecące, porosty żółte, nawet trawy blade, które się na przegniłych pasożytach czepiały.
Nie rozdeniało jeszcze dobrze, gdy się szelest dał słyszeć w pobliskiéj gęstwinie. Ostrożnie coś się pod dębem prześliznęło, przycupnęło, rozsłuchało, i gdy wszystko milczało do koła, z ziemi się podniósł człowiek mały w szaréj guni, z głową okrągłą postrzyżoną, z oczyma świecącemi z usty szeroko rozciętemi w których zęby maleńkie widniały. Obejrzał się raz jeszcze, posłuchał, rękami objął dąb, nogami się go uczepił i ze zręcznością dzikiego zwierzęcia, począł się drapać ku górze. Niekiedy nastawiał ucha, to znów z pośpiechem wielkim lazł ku dziupli, spoglądając ku niéj niespokojnie. Był to Znosek.
Drapanie się, mimo chropawéj dębu powierzchni prędkiém nie było.
Drzewo grube łatwo się objąć nie dawało, mchy go ślizkiem czyniły, parę razy osunął się człowieczek i ledwie paznogcie zapuściwszy w korę utrzymać potrafił, ale wnet z nowém sił wytężeniem piął się znowu do góry.
Już prawie miał dosiądz otworu, gdy nagle jakiś szmer dał mu się słyszeć we wnętrzu.
Z dziupli ukazała się głowa szara z najeżonym włosem, do kociéj podobna z oczyma żółtemi, z zębami białemi, z wąsami długiemi, prychnęła groźno, klapnęła szczękami i zwierz wprost rzucił się na głowę człowieka.
Coś zaskowyczało i jęknęło, zwierz i człowiek razem się stoczyli na ziemię w jeden kłębek zwinięci. Szary pustelnik z dziupli obejmował małego człowieczka, ręce Znoska cisnęły wduszone szyję napastnika. Widać już było płynącą krew — po tém dwie pięści ludzkie schowały się we włosach zwierzęcia, ścisnęły gardło, otwarła się skrwawiona paszczęka, krwią zachodziły oczy żółte, które zbielały i kołem stanęły... ciało drgało jeszcze.
Znosek podniósł się z ziemi ocierając krew, twarz miał pazurami podartą, głowę pokąsaną. Odetchnął, prychnął, plunął, po czaszce skrwawionéj powiódł dłonią i zduszoném, martwem już stworzeniem strzepnąwszy uderzył parę razy o drzewo. Po tém opasał się swoją zdobyczą i znowu spojrzał w górę, krew ciekącą ocierając rękawem. Pokaleczona głowa i dłonie, nie wstrzymały go od nowego pokuszenia. Rozgrzany tą walką więcéj niż osłabły, począł się znowu drapać do dziupli dębowéj — niosąc z sobą zduszonego nieprzyjaciela. Chwycił w końcu za krawędź wypruchniałą, zapuścił w nią palce, dźwignął się całém ciałem i zawisł nad czarnym otworem, spoglądając w jego głębie, to ku lasowi, w którego gąszczach szelest jakiś słyszeć się dawał zdaleka.
Po chwili spuścił się do dziupli, i — zniknął, szelest tylko, jakby liści suchych na dnie jéj słychać było, późniéj głowa wysunęła się po nad skraje, dwie ręce obok niéj oparły na brzegach, patrzał. Szerokie usta mięsiste otworzył, białe zęby świeciły jak u żbika. — Syczał z bólu i śmiał się.
Z lasu coraz wyraźniéj zbliżający się szmer słychać było, a w dziupli szybkie skrobanie paznogciami, aż póki w spróchniałéj korze, nie przewierciły otworu, przez który oko bezpiecznie nie postrzeżone wyglądać mogło. Drugi otwór wydrapał obok niego i w niém zaświeciło oko drugie... Patrzały teraz oba... Naprzeciw z za gałęzi widać było Horodyszcze i drogę wiodącą ku niemu.
Skryty w dziupli mógł ztąd policzyć idących i dojrzeć twarzy każdego.
Właśnie w tę stronę źrenice chciwie wymierzył, gdy gałęzie łamać się poczęły i konno jadący mężczyzna, którego kilku innych otaczało, ukazał się w niewielkiém oddaleniu. Jechał na siwym spasłym koniu z długą grzywą, okrytym skórą, zamyślony, koniowi dając iść powoli — z oczów, które przed się wlepił, znać było iż patrzał nie widząc. Postać była spokojna, poważna i piękna, człowiek już sędziwy z brodą długą, białą i włosami na ramionach powiewającemi. Na głowie miał kołpak z niedźwiedziéj paszczęki, któréj białe zęby nad czołem mu sterczały. Zwierz zdawał się grozić każdemu, ktoby się śmiał zbliżyć wrogo. W ręku trzymał na kiju pstro wyrobionym i jakby białą obwiedzionym wstęgą, obuszek kamienny, świecący, wyrobiony sztucznie, który wiązanie z łyka plecione umocowywało. Od szyi obręcz miedziany z kilku kół złożony, spadał mu na piersi, i okrywał je jak zbroja. Jadący za nim w pewném oddaleniu sługami być musieli, trzymali się, patrząc skinienia i rozkazu, tylko jeden młodzian z głową podniesioną u boku jego stał, a miał uzbrojenie do tamtego podobne.
Zbliżając się do dębu, starzec oczy zwrócił ku uroczysku i konia przytrzymał — widząc, że na niém pusto jeszcze było.
— Nikogo! — przebąknął.
— Nikogo! — powtórzył pochylając się drugi.
— Mieliżby się ulęknąć i nieprzybyć? Możeli to być? Ani ci nawet co zwoływali? a ci pierwsi być powinni?
To mówiąc, z konia się zsunął stary.
— Wy z końmi — rzekł — stać tu w pobliżu paść i czekać.
Ty Mroczek — ze mną pójdziesz... uczyć się jak radzili starzy. Słuchaj, patrz, służ i ucz się.
Młodszy posłusznie głowę skłonił.
W tém z drugiéj strony nadjechali konni, Doman samotrzeć z ludźmi swemi. I on, nie dojeżdżając do horodyszcza, konia słudze oddał, wskazawszy pastwisko, a sam ku staremu pospieszył.
— Dniem wiecowym pozdrawiam was — odezwał się.
— Dniem wiecowym, bodaj szczęśliwym — odparł starzec. Kędyż się Wisz dziewa?
Doman obie ręce podniósł ku górze i pokazał na obłoki.
— Spaliliśmy zwłoki jego, płaczki go opłakały... z ojcami pije miód biały.
Starzec ręce załamał.
— Zmarł? — zapytał.
— Zabit jest — rzekł Doman — zabit przez ludzi kneziowych, którzy na dwór jego napadli.
Słuchający głowę opuścił, ale krótko trwało przerażenie, podniósł wejrzenie, w którém gniew się malował.
— Myślmyż i my o szyjach naszych — rzekł — co jemu wczoraj, nam jutro.
Gdy mówili, zdala już tętniało znowu, tętniało coraz silniéj, cały las pełen się zdawał, ze wszech stron wytykały się głowy koni i głowy ludzi, gwar się wzmagał, starszyzna kmiecia nadciągała. Dwoje oczów z dziupli patrzało i dwoje uszów słuchać musiało, bo rozmowy pod samym dębem się toczyły.
Przybyli pozdrawiali się dniem wiecowym, ale twarzami smutnemi. Ze trzech, liczba ich rosła do dziesięciu, do pół kopy... do soroka... do setki. Wszyscy jeszcze stali po za horodyszczem, gdy Ludek, syn Wiszów, nadjechał.
Zsiadłszy z konia przystąpił z pozdrowieniem do gromady i krwawą koszulę, a siermięgę czarnemi plamami zbroczoną, rzucił pomiędzy stojących, nie mówiąc słowa. Rękami tylko wskazał na nie. Oczy wszystkich zwróciły się na odzież zabitego, ręce zadrgały, czoła się pofałdowały.
Z pięściami zaciśniętemi, otoczyli to lice gwałtu.
Późniéj szmer przebiegł po gromadzie głuchy i urósł we wrzawę, wśród któréj rozeznać tylko było można, nawoływania o pomstę krwawą. Gdy się to działo, Doman odstąpił precz i milczał. — Zatém ruszyła się starszyzna i ciągnęli zwolna ku horodyszczu. Ludek z ziemi podniósł odzież ojca, zarzucił ją na ramiona i szedł za niemi. Tak uroczystym pochodem, na czele mając siwych, weszli na uroczysko i pod chwiejącą się szopę. Tu, nic nie mówiąc, każdy na ziemi zajął miejsce swoje, broń składając przed sobą.
Drudzy opóźnieni nadjeżdżali jeszcze. Szerokiém kołem rozsiadła się rada, sparli na rękach i dumali — wielu brakło. Innym z oczów patrzało dziwnie, jakby słowa jeszcze nie rzekłszy, już do sporu byli gotowi.
— Nie ma już tego, kto nas tu zwołał — odezwał się Boimir stary, ale duch jego mówi, po cośmy tu przybyli. Radzić trzeba, aby stary obyczaj polański nasz nie ustał, abyśmy się w Niemców i niewolników nie obrócili a w kneziowe sługi. Wszędy, gdzie mieszka mowa nasza, słowo, u Łużyczan, u Dulebow, Wilków, Chorbatów, Syrbów, Mazów, aż do Dunaju i za Dunaj biały, do sinego morza, w lasach i po górach... kneziowie na wojnach dowodzą, ale po mirach gromada wybiera starszyznę, rządzi i sądzi i ziemię rozdziela. Starostów i tysiączniki stanowi, mir trzyma, bezpieczeństwa strzeże.
Chwostek się z Niemcy sprzęga, chce ze stołba swego nam rozkazywać, nam, cośmy tam jego ród, sami dla obrony posadzili. Wisza nam za to ubito, że śmiał wiec zwoływać!
Jęknęło kilku i głuche mruczenie słyszeć się dało po tłumie. Starce głowami trzęśli.
Aż z prawéj strony, czarno zarosły, średnich lat wstał mężczyzna, rękę trzymając za pasem. Oczy, które dotąd miał w ziemię wlepione, podniósł i potoczył niemi, jakby w gromadzie swoich szukał.
— Bez kneziów — odezwał się — nie obejdziemy się... ładu nie będzie... Najdą na nas niemcy, a choćby i Pomorcy i Wilki, gdy im głód doje, a wściekłemi uczyni, kto będzie wówczas dowodził, rozkazywał i bronił? Czy kneź, czy król, jak go tam zwać, musi być... a pod nim my, choć jemu równi żupany, bany, kmiecie i władyki... i pospolity gmin... i niewolniki nasze... kneź musi być...
Zaczęto mruczeć, czarny mówił daléj.
— Że się z niemcami braci, a co złego, kiedy nam to pokój kupuje?
Mruczenie rosło coraz, aż zgłuszyło mówiącego, ale drudzy widocznie za nim obstawali.
— Kneź musi być — zawołał Boimir — a no... będzie! Kto przeczy! Inaczéjby się od niemca nie ostało... Niosą się oni do nas z mieczem i z wiarą swą, z namowy i z groźby... a oręż mają dobry i siłę wielką... i swoich kneziów co lud prowadzą jak parobek woły w pługu... Nie obronim się im samopas idąc... Kneziów trzeba! niech będą! ale nie Chwostków, nie tego rodu Popiołowego, co już zapomniał, zkąd wyszedł...
— Nie!.. nie! — zawołano z jednéj strony.
Ale z drugiéj się burzyło. Niektórzy wstawali i oczyma się mierzyli, policzyć już było można tych, co szli za i przeciw. A z piersi buchało jedno — nie! przeciw drugiemu.
— Precz z Chwościskiem! — wołali niektórzy. — Precz z Chwostem!..
Drudzy wrzawę podnosili, aby tamto wołanie zgłuszyć.
Całą gromadą siedzieli po za Boimirem rozrodzeni Mieszkowie, których Myszami i Myszkami zwano, bo wielu z nich to imię nosiło... ci się podnieśli najgłośniéj wołając: — Precz z nim!
— Nie co czynić zostało, tylko iść i to plugawstwo w gnieździe wydusić... — krzyczeli.
— Lekko rzec — rzekł inny — a nie łatwo tego dokazać. Daliśmy się im rozsiąść, rozrodzić, zmódz, uzbroić, powąchać z niemcy, żony od nich potajemnie brać, namawiać się z niemi... dziś, byle skinęli, bronić ich będą. Ziemię nam zniszczą gorzéj od Chwościka... ludzi w niewolę nabiorą. Lepiéj cierpieć swojego co męczy, niż cudzego co wypleni nas, a sam posiędzie tę ziemię, na któréj popioły ojców leżą... Zamiast się rzucać nań, iść trzeba do Chwosta i powiedzieć mu w oczy...
— Iść!.. żaden z nas ztamtąd nie wróci! — krzyczeli Myszki — wszystkich pod grodem jak psów wywieszają... słów on nie posłucha.
— A siły my na niego nie mamy — wołał Rudan — nie mamy...
— Siła się znajdzie, byle wola była — ozwał się stary, ubogo odziany Piast.
Potakiwali jedni, część wielka siedziała w milczeniu głowy pospuszczawszy.
— Cóż czynić? — pytali pocichu, patrząc sobie w oczy mniéj śmieli.
— Cierpieć — mówił Rudan — nie wieczny on, synowie będą lepsi.
— Na to ich właśnie niemcy zaprawiają u siebie, polując z niemi na Syrbów — wtrącił inny.
— Czekać! — wtrącił inny — aby nas po jednemu jak Wisza wybito, a dzieci pobrano na gród, a ziemię Smerdom porozdawano...
Tak różne głosy odzywały się ze stron różnych, nie było zgody. Bliżéj siebie siedzący gwarzyć poczęli i naradzać się pocichu, bo się lękali już zwolenników Chwostka, aby ich na sztych nie wydali... Z cichego szmeru rodził się swar i wrzawa, i gwar taki, że jedni drugich nie słyszeli.
Myszki wołali, aby na gród ciągnąć i wywracać wszystko, knezia się pozbyć i innego sobie obrać z między kmieci — Rudan i jego druhowie odradzali.
— Niemców, Pomorców, Wilków ino nie widać — mówili — a oni nam straszniejsi od Chwosta. Zasłyszą, że się sami między sobą drzemy, że głowy u nas nie stało, nalecą i kraj spustoszą... Siedzieliby cicho. Dawno na nas zęby ostrzą. My ludzie od roli i od gęśli, a oni od krwi i żelaza... łatwo im nas zmódz... Oni stoją pod jednym wszyscy, a my i jednego nie możem ścierpieć...
— Nieprawda — rzekł Boimir — cierpieliśmy, obraliśmy sami, słuchali i karmili, aż oszalał... Słyszeliście, co tam za biesiady krwawe wyprawia, jak swoich krewniaków dusi... kmieciom już wielu dwory pozabierano, dziewki, chłopców, dobytki... a gdzież nasza stara swoboda? gdzie obyczaj dawny?..
Spierano się tak ciągle, Myszki potrząsali obuchami nad głowy i pięści ściskając powtarzali.
— Iść na to gniazdo plugawe i wydusić...
— Iść! iść! — huczano.
Niektórzy ruszali się z miejsc, jak gdyby natychmiast spełnić to chcieli, ale wielka część stała oporem.
Liczono się oczyma. Myszkowie przemagali; druhy więc kneziowe odsunęli się w ostrożném milczeniu. Rudan pozostał z małą garstką, która brody gryząc i oczyma rzucając siedziała na ziemi milcząca, do niczego się mięszać nie chcąc. Pojedynczo przystępowali do nich niektórzy, usiłując przekonać, ale ci spójrzéć nie chcieli i mówić nie byli radzi.
Gwar i wrzawa nie ustawały, bo niedosyć było powiedzieć — iść — trzeba było obmyśleć, z kim, jak, kiedy, a gród Chwostków był warowny, wałem i częstokołem otoczony, oblany w części jeziorem, zaopatrzony ku obronie, w ludzi obfity. Na niemców téż skinąć ztamtąd mogli, aby im w pomoc szli... a wówczas z Myszków i ich druhów nie zostałoby jednéj głowy.
Słońce się podniosło wysoko, minęło południe, na uroczysku z poschłemi usty starszyzna radziła nic nie mogąc uradzić, ani się zgodzić na jedno. Wołanie było wielkie chwilami, tłum to się zbijał w jednę stronę, to w drugą ciskał, gromadząc około starszych co głosy zabierali.
Opodal od horodyszcza, czeladź stała z końmi czekając, pasiono je popętawszy na skraju łąki pod lasem; młodzież, parobczaki, na ziemi siedzieli i śmiechy a żarty między niemi słychać było.
Do dębu, z którego dwoje oczów patrzało, głosy dolatywały jak fale, to szybsze, to silniejsze, widać było, jak podnoszono ręce, grożono pięściami, rwano się i rozchodzono... Jeden to drugi stawał na wyższym brzegu wału, aby go lepiéj słyszano i ztamtąd mówił, gardłował, często na sobie suknię i koszulę rwąc... Groźne wyrazy aż tu dochodziły. Dwoje jasnych oczu ciągle patrzało.
Parobcy co na łące siedzieli, rozglądali się dokoła. W tem jeden drugiego potrącił i rzekł:
— Zyrun! patrz ino na stary dąb... na stary dąb...
— A co w nim? dziupla sroga...
— Nie widziszże? pod dziuplą, hen, dwoje oczów w dziurach świeci... jakby żbik patrzał na nas?..
— Nie patrz! to czary... dąb święty... kto wie jaki duch z niego patrzy... i co jego wzrok może?
— To nie duch, ino zwierz! albo żywy człek zaklęty... duchy się tak po dniu nie snują... — odezwał się pierwszy.
Wszystka czeladź oczy na dąb zwróciła, lecz większą część ogarnęła trwoga.
— Dąb stary.. święty... coby tam w dziurze człek miał robić...
— To zwierz.
— Spłoszyć go!.. — krzyknął pierwszy — ślepia mu jeszcze świecą... ja je widzę...
To mówiąc chwycił łuk parobczak, naciągnął go i strzała świsnęła w powietrzu... padła w sam otwór dębu, gdzie świeciło oko, zachwiała się — i znikła... Z nią razem i oczy z dziupli patrzyć przestały. Czeladź strwożona siedziała w milczeniu.
— Zwierzaś ubił lub skaleczył — zawołał Zyrun.
— Dobrzeby choć skórę zedrzeć z niego — krzyknął zrywając się chłopak.
— A jeśli ranny tylko i żyw, to ci się z dziupli bronić będzie — poczęli drudzy.
Zapalczywy myśliwiec nie słuchał, poskoczył ku dębowi, chwyciwszy obuszek do pasa; drudzy się tylko przypatrywali. Jak kot począł się drapać na drzewo, przykładając doń ucha. Znak dał swoim, że coś w niém słyszy. Ostrożny jednak nie wprost się do dziupli skierował. Kawał staréj, grubéj, nadłamanéj gałęzi chwyciwszy nad nią, uwiesił się na niéj i spojrzał w głąb. Patrzał długo nic dojrzeć nie mogąc, choć coraz przybliżał głowę a oczy.
W środku, nakryty zabitém zwierzem, któremu strzałę w oko wbił, leżał liśćmi się cały zasypawszy mądry Znosek. Ręką tulił oko, z którego krew mu ciekła, bo w niém strzała uwięzła. Parobczak nie widząc i nie słysząc, aby się co ruszało, ośmielił się wreszcie rękę do dziupli wpuścić i z okrzykiem radości dobył z niéj żbika, którego oko głęboko było strzałą przeszyte. Wnet począł trząść zdobyczą, okazując go gromadzie, która się cała ku niemu rzuciła, oczom swym nie wierząc prawie. Otoczono dąb, a szczęśliwemu łowcy już w myśli nie było sięgnąć głębiéj, gdzie ducha w siebie wciągnąwszy, przyczajony, leżał na pół martwy Znosek.
Ze żbikiem w ręku spuszczać się począł chłopak na ziemię, rzucił go potém ciekawym, którzy z rąk do rąk sobie podawać zaczęli. Strzała tkwiła wbita tak głęboko w ślepię, iż ten sam, co ją puścił, siły swéj poznać nie mógł... zwierz był już zimny, paszczękę miał rozdartą, ozór wywalony.
Jakoś to tak było niezrozumiałém, że żartowniś jeden począł dowodzić, iż parobczak zdychające tylko zwierzę dobił.
Hałas około dębu powstał tak wielki, iż ztąd aż na horodyszcze dochodził. Obejrzała się starszyzna, któréj ubite zdala pokazano zwierzę. Rzucili się młodsi z kmieci pytać, a jeden z zapaleńszych chwyciwszy żbika za kark, poniósł go, potrząsając nim jak wróżbą.
— Bogowie wieszczbę uczynili! — wołano — żbik siedział w dziupli zaczajony, jeden parobczak, napatrzywszy zaledwie ślepię, go ubił... Tak siedzi w kamiennéj dziupli Chwostek... i nasza strzała go tam dosięgnie! Bogowie wróżbę dają... Precz z Chwościskiem!..
Więc gromada cała co z Myszkami była, wołać zaczęła:
— Łado! Kolado! Łado!..
I cieszyli się i w dłonie klaskali.
Inni milczeli... Wiec znużony ustawał na siłach. W tém na skraju lasu ujrzano starego ślepca, którego małe prowadziło chłopię i oczy się ku niemu skierowały.
— Słowan! bywaj! — zaczęto wołać — bywaj nam stary z pieśnią... po dawnym zwyczaju...
Nasłuchując zbliżał się ślepy gęślarz powoli, po gwarze mógł już poznać, że się zbliżał do horodyszcza. Wszyscy mu radzi byli, orzeźwieli ujrzawszy go, niósł ze sobą woń prastarych dziejów i czasów.
— Witaj stary Słowanie!..
Szedł w milczeniu, jak gdyby miejsce znał i pamiętał, wszedł przez wał, kijem sobie miejsce obmacał i usiadł na ziemi. Gęślę milczącą trzymał na kolanach i myślał...
— Spóźniłem się, spóźniłem — począł głosem załamanym, na pół śpiewnie — stare nogi źle już służą, drogi się powyciągały... a jakiby to był wiec bez wieszczka? a coby to za rada bez pamięci na stare dziadów zbory!.. Orłom lecieć lekko górą, ślimak się powoli wlecze... powoli...
Uderzył po strunach, milczeli wszyscy... i śpiewał starzec powoli.
— Kiedy Lecha plemienia nie stało, nie stało... swobody się ziemianom zachciało, zachciało... Zachciało się swobody bezpańskiéj, wojewodów wybrali dwunastu... Krew to ze krwi wszak naszéj, kość z kości... bracia nasi rodzeni ziemianie, niechaj nami rozrządzą, ład sprawią... O Łado! niechaj ziemię szczęśliwą uczynią... O Łado...
Wybrali ich, wybrali dwunastu... Cieszyli się cieszyli niedługo. Brat rodzony wnet bratu był sługą... Co jednego nad sobą nie chcieli... dwunastu ich wybrali i mieli... Dwunastu... O Łado, o Łado...
Jeden z kadzi rad czerpał i głowę, zalewając pomiatał narodem... Drugi zbierał a dusił w komorze, co ubogim odebrał od gęby... Trzeci jeździł wyglądał gdzie dziewki, i córki im podbierał, miód z ula... O Łado! O Ła...do!
I tak byli z dwunastu szczęśliwi, szczęśliwi, że posłali za morze z pokłonem... Oj, posłali szukając wojaka, coby jeden nad wszystkiem panował... Kraku, panie a kneziu, wołali, chodź do ziemi do naszéj, rządź nami. I spędzili dwunastu z ich grodów. Znowu kmieci zrobili z wojwodów... A jednego już Kraka słuchali. O Łado! o Łado!..
Gdy się pieśń powolnie nucona skończyła, milczenie panowało, patrzali niektórzy na starca nie wiedząc, coby to znaczyć miało...
— Toś i ty Słowanie — rzekł mu jeden — Chwościka pokochał...
Starzec nastawił ucha.
— Pokochał? — Pokręcił głową, poczęły brzęczeć struny, dziwny staruszek począł śpiewać znowu tęskliwą nutą.
— Siedzi Chwostek na wieżycy... i patrzy z niéj w koło... dobry pan... Gdzie się kurzy ze świetlicy, gdzie na polu się zieleni... gdzie rżą stada... sycą miody... oko widzi, ręka zgarnia... dobry pan! Siedzi Chwostek, patrzy zdala... kmiecie mruczą, psy li wyją?.. śle drużynę, milczeć, cicho... lub na gałęź pójdzie licho... Dobry pan... Pan wesoły, do biesiady rad zaprasza, rad ugości, a nakarmi, a upoi, aż się ludziom na wiek wieka jeść odechce... i pachołki do jeziora niosą kmieci... Dobry pan. Siedzi Chwostek na wieżycy... czy słyszycie jak się śmieje, hen, daleko śmiech rozlega... aż puścieją w lasach knieje... aż po dworach lud truchleje... dobry pan! Z niemcem on się pocałuje, niemiec dziewkę da mu białą... a wy kmiecie mruczeć wara! bo mu niemiec da swe miecze, i wskróś krnąbrnych wnet wysiecze. Dobry pan! dobry pan!..
Chórem za starym poczęto powtarzać — dobry pan... a dwie te pieśni razem z sobą złożone zasępiły czoła i jednym i drugim... Słowan zamilkł, głowę spuścił, podparł się ręką na ziemi, na pół położył i śpiewać więcéj nie chciał.
Powoli szeptać znowu poczęto, gwarzyć i naradzać.
Słońce się zniżało, gdy starszyzna widząc, iż na niczém spełznie wiec, rozeszła się gromadkami po horodyszczu, posiadali kołem, każdy ze swemi, i podano co kto przyniósł z sobą do jedzenia i picia... kołacze, zimne mięso, a w drewnianych i glinianych baryłkach miód, piwo i kwas...
Gęślarza wzięli między siebie Myszki ugaszczając go, dano mu pierwszy kubek w ręce.
— Po staremu — rzekł — pierwsze się Bogom należy. Łado!..
I wylał napój na ziemię.
Powtóre zlał jeszcze na ofiarę duchom uroczyska dobrym i złym, białym i czarnym, aby im nie przeszkadzały; potrzecie zlał duszom ojców, co niewidzialne przy radzie stały... Na małych skorupkach postawiono im obiaty z białego chleba, a dopiero potém w milczeniu jeść i pić zaczęto.
Stary Słowan mało co zjadłszy, napił się trochę i znowu się wziął do weselszéj znajoméj pieśni staréj. Tę zaledwie posłyszano, gdy chórem za nim odezwali się wszyscy, nawet czeladź z łąki wtórowała nieśmiało.
Nadeszła pieśni godzina, więc po téj następowały inne i coraz nowe, choć wszystkie do siebie podobne. Starzec potém już sam zaśpiewał starą z nad Dunaju, z innych światów, kędy wino rosło, gdzie lwy się przechadzały, żyły smoki i żmije, fala morza biła o brzegi skaliste i słońce świeciło gorące. Wszyscy wzdychali za tym światem pieśni jak za swoim.
Noc była, gdy rady, ofiary, pieśni i wiec bezowocny się skończył. Powstawała starszyzna, jęli się żegnać wszyscy, ręce sobie dając a wzdychając.
Któż wie? może do nowego wieca myśli zebrać chciano?..
Konie z pastwisk czeladź przyprowadzała, posiadali na nie i jechali gromadkami. Każdy w swą stronę. Zostało pocichu szepcących kilkunastu, kilku, potém nikogo. Uroczysko znów było puste i milczące. Gałęźmi dębu wiatr wieczorny potrząsał i ptastwo krzyczało tylko na błotach. Gwiazdy zaczynały mrugać na niebie, lekki powiew wiatru od łąk szedł do rzeki.
Wtém w dziupli zaszeleściało, prychnęło, dwoje rąk chwyciło za kraj kory, głowa się podniosła nad nią i Znosek z pokrwawioną twarzą dobył się ze środka. Nogami i rękami objął pień, ześliznął się powoli na ziemię. Tu padł, wyciągnięty jak nieżywy... dyszał ledwie, wyciągał długo ręce i nogi, jęczał.
Zaszeleściało wśród lasu... drgnął cały; uciekać już nie czas było, po ciężkim chodzie powolnym poznał nowego nieprzyjaciela. Jak nieżywy legł przylgnięty twarzą do ziemi. Z zarośli powoli, wlokąc się niezgrabnie, wyszedł niedźwiedź. Nosem wodził po ziemi, jakby czego szukał. Słychać było sapanie jego i mruczenie. Żółte oczy, pobłyskujące w ciemności, skierował ku Znoskowi, który ciągle jak martwy leżał... Ostrożnie gospodarz puszczy podszedł ku niemu i jak pies począł go wąchać. Zlekka potrącił go łapą, zamruczał i poszedł daléj. Widać go było zdążającego na pole, krokiem ociężałym, podnoszącego czasem pysk i wietrzącego dokoła. Siadał spoczywać, lizał łapę i znowu wlókł się leniwo daléj, gdzieś za żerem czy za przyjacielem, po którym zatęsknił.
Chłopak ujrzawszy go już w pólku, zerwał się na nogi i w las rzucił szybko.





XI.


Ranek był najśliczniejszéj wiosny, któréj już nic z jéj królewskich ozdób nie brakło. Najleniwsze dęby głuche stały poubierane w liście, pachniały brzozy potrząsając długiemi warkoczami, u stóp drzew, gdzie zajrzało tylko słońce, kwiatek się ku niemu uśmiechał. Na każdéj gałęzi szczebiotał ptaszek, w każdym promieniu złota muszka igrała...
Cały ten świat, wody, lasy, ptaki, zwierzęta, i muszki złote, i rybki srebrne, żyły naówczas życiem jedném w dziwnéj zgodzie i braterstwie. Strumień mruczał zrozumiałą mową, ptaki śpiewały pieśni dla ludzi, dziki zwierz bratał się czasem z człowiekiem, by mu służyć. Harmonia wielka panowała w tym świecie zaczarowanym, w którym wszystko składało się na jednę całość. Śmierć nawet przychodziła z uśmiechem, w porę i przeprowadzała do ojców na biesiadę wieczną.
Dwie kobiałki stały na ziemi grzybów pełne, dziewcząt dwoje odpoczywało przy nich, rękami się objąwszy... siedziały i słuchały. Dziwa zamyślona z oczyma wlepionemi w las, dumała.
— Co ty tak słuchasz, Dziwo? — pytała siostra.
— Sroczka mi coś powiada... słyszysz ty ją? Pyta się nas, czyśmy dużo uzbierały? mówi, że na uroczysku w dolinie grzybów jest wiele... Chce nas odprowadzić do chaty...
I zamilkła chwilę.
— Mówi — ciągnęła daléj powoli — przyjadą swaty... księżyc pan młody do ciebie...
— Do mnie, Dziwo?
— Tak... do ciebie, Żywia, bo ja swatów nie będę znała... W wianku chodzić będę zawsze, zawsze... i w wianku, w zielonym, pójdę do ojca i matki...
Sroczka w istocie siedząc na gałęzi, kręciła głową i jakby przedrzeźniała dziewczęta, ciągle coś dziewczynie pokrzykiwała...
W tém z lasu nadleciał jastrząb z rozpuszczonemi skrzydłami, począł unosić się nad łączką, patrząc pod siebie, szukając czegoś na ziemi. Sroczka zobaczyła go i krzyknęła nawołując. Z krzaków odpowiedziały jéj sióstr głosy, ze wszech stron poczęły się zlatywać pstre sroczki i gromadą poleciały straszyć, łajać, odpędzać jastrzębia. Przypadały prawie do niego, a gdy się zwrócił ku nim, pierzchały nagle całém stadem i wnet wracały znowu z wrzaskiem nowym. Jastrząb niósł się ciągle to zniżając nad ziemię, to podnosząc w obłoki, nagle się puścił jak kula i padł na ziemię, a w téjże chwili stado całe spadło nań dzióbami chwytając prawie, posypały się pióra... kobuz wyrwał się, uleciał w górę i zniknął. Sroki pociągnęły za nim z wrzaskiem.
Dziwa westchnęła.
Zdala odezwała się kukułka raz, drugi i uciekła.
Dziewczęta zamyśliły, kiedy Żywia za mąż pójdzie. — Kuj kukułko — prosiły.
Odezwała się trzy razy... Trzy lata czy trzy miesiące? któż to wiedzieć może...
Żywia ze śmiechem zapytała o Dziwę. Kukułka bliżéj podleciała, rozśmiała się tylko jakoś dziwnie, poznały ją przecie po pierzu, ale wróżyć nie chciała.
Dziewczęta siedziały zamyślone. Żywia kwiatki rwać zaczęła i wianuszek pleść dla siostry. Ale kwiatki niedobre się pod rękę nawijały i końce rwały i nie chciały się pleść w wianuszek.
Siedziały nieopodal od zagrody, były więc bezpieczne. Nazajutrz miały iść do ogniów, na Kupałę. Żywia się cieszyła, Dziwie nie chciało iść z drugiemi... smutno jéj było.
W tém wśród ciszy, gdy muszki brzęczały tylko i pszczoły, las zdala zatętniał. Spojrzały po sobie.
— Czy Ludek pojechał na łowy... czy to Ludkowe psy słychać?..
— Ludek w domu, koło stada...
Porwały za koszyki, obejrzały się dokoła i ostrożnie w gąszcz pierzchnęły... ale cicho było znowu w lesie, ni psów, ni ludzi nie słychać.
Żywia główkę z gąszczy podniosłszy, patrzyła na polankę i słuchała, psy gdzieś daleko zwierza pogoniły i cicho. Dzięcioł kuje drzewo... nic więcéj.
Wróciły na trawę, na słońce.
Zdala jakby śpiewanie słychać było, ale ochrypłe i smętne.
— To Jaruha — ozwała się Dziwa.
— Gdzież się to ona tędy wlecze?..
Zamilkły. Z krzaków na polankę wysunęła się stara baba, o kiju, z garnuszkiem na sznurku u pasa, z torbą na plecach, w płachcie na głowie.
Rękę przyłożyła do czoła i patrzyła ku nim, potém pociągnęła powietrze, jakby coś poczuła w bliskości i oczyma dokoła rzucając zobaczyła dziewczęta. — Podniosła ręce z kijem do góry i plasnęła.
— Dzień dobry! — zawołała.
— Gdzie to się wleczesz, Jaruho? — spytała Żywia.
Baba iść ku nim poczęła.
— A na Kupałę! jutro Kupały! ho! ho!.. Chłopcy się popiją, poszaleją, to mnie może wezmą za młodą dziewczynę, a niektóry pocałuje!
Baba podskoczyła śmiejąc się, podeszła ku dziewczętom i usiadła przy nich na ziemi.
— Chcecie bym wam wróżyła? — spytała.
Siostry obie milczały, baba im po twarzach patrzyła.
— Z takich liczek wróżyć łatwo — mówiła śmiejąc się dziwacznie i przekręcając głową — o! o! śliczneż lica, kwitną jak lilije... I jam téż je kiedyś miała, takie białe i różowe... słońce lilije popaliło, deszcze krasę popłukały... a nie deszcze, łzy to były... łzy!
I kiwała głową, wyciągając rękę ku Dziwie.
— Daj no dłoń, powróżę.
Niechętnie wyciągnęła ku niéj rękę dziewczyna. Jaruha pilnie wpatrywać się w nią zaczęła.
— Dłoń to biała, nienamulona... wielka bieda z taką dłonią, tysiąc chłopców sięgnie po nią... a królewna żadnego nie zechce...
Zapatrzyła się w rękę.
— Pójdziesz jutro na Kupałę?
— Pójdę — odezwała się Dziwa.
— Nie idź! mówię ci, nie idź lepiéj... Jak pójdziesz, krew się poleje...
Dziwa zbladła.
— Jaruho — odezwała się — po co mnie straszysz... Wiesz, że w domu zostać nie mogę... a tobie dawno się w głowie przewróciło, sama nie wiesz co mówisz.
— A któż to wié co mówi? — szepnęła Jaruha. — Coś szepcze w ucho i językiem obraca. Albo ja wiem kto i co? Choćbym usta zamknąć chciała, męczy mnie i mówić każe... Coś się snuje przed oczyma, coś po sercu załoskocze... baba plecie sama nie wie co... a musi!.. Nie idź ty na Kupałę!
Dziwa się rozśmiała.
— A ja tobie nie radzę, Jaruho! Ty wiesz, jak cię szarpią, prześladują, co się z ciebie naśmiewają, co nadokuczają...
— Ja się tego nie boję — odezwała się stara. — Jak ognie pogasną, jak się ciemno zrobi... hej! hej! to mnie który pocałuje i uściśnie... młode lata się przypomną...
— Cóżeś ty w młode lata robiła? — zapytała Żywia.
— Ja? ja? nie wiesz?.. — odezwała się Jaruha. — Hej! hej! porwał mnie królewicz... zaprowadził do gmachu, co miał ściany ze złota... W ogrodzie rosła jabłoń, co rodziła jabłka wonne... u stóp jéj ciekła żywiąca krynica... Siedem lat królowałam, siedem lat śpiewałam pieśni, splatałam i rozplatałam kosy, wszystko mi służyło... potém zrobiło się ciemno i ja w łachmanach, o kiju, znalazłam się w puszczy... Krucy mi w głowę pukali i oczów szukali... hej! hej!
Zamilkła, i wracając do swego, odezwała się znowu.
— A ty Dziwo, nie idź na Kupałę.
Uśmiechnęło się dziewczę, Żywia swoją jéj dłoń podała. Jaruha głową potrzęsła.
— Rodzone dwie dłonie, siostrzyne... — poczęła mrucząc — a dole, a dole! gdzie jednéj do drugiéj!..
— Którąż z nas byćbyś chciała? — spytała Żywia.
— Ani jedną, ni drugą — śmiejąc się, rzekła stara — znowu żyć, znowu płakać, znowu młodość nosić aby stracić!.. O! nie! nie!.. ani białéj, ani czarnéj, ani żadnéj nie chcę doli... Miodu ja kubeczek wolę, a potém sen słodki, sen złoty, a choćby się już nie budzić... W kubku miodu szczęścia tyle, ile go już na całym świecie nie ma... A ty, nie idź na Kupałę...
Dziewczęta z na pół oszalałéj staruszki śmiać się poczęły. Jaruha śmiała się z niemi.
Wzięła znowu zwieszoną dłoń dziewczęcia i patrzyła w nią.
— Rozmiłował się w tobie strasznie — szeptała.
— Kto?
— Nie wiem! ktoś! ładny chłop, młody, bogaty... Ej! nie idź na Kupałę...
— Ale z nami bracia i rodzina będzie... cóż się nam tam stać może? — zawołała Żywia.
— Albo ja wiem? Na Kupale bywają dziwy! Czasem bracia się pobiją, a czasem nieznajomi pobiorą... Na Kupale dziwy bywają... Szkoda, że raz do roku taka nocka bywa!.. oj! oj! jabym cały rok pieśni śpiewała, miód piła i przez ogień skakała...
Jaruha mówiąc rozwinęła swoją sakwę i poczęła w niéj szukać czegoś. Było tam mnóstwo w płachty powiązanych ziół, kamyków, nasion i korzonków. Baba się znała na chorobach i lekach, zamawiała, odczyniała, wiązała i rozwiązywała... Tym razem jednak nie szukała lekarstwa, miała jeszcze kawałek suchego kołacza, znalazła go, przypruszony był pyłem, otrzęsła, opatrzyła i z koszyka grzybów od dziewcząt wzięła sobie syrojeżkę, zaczynając się posilać w milczeniu.
Dziwa koszyk jéj podsunęła.
Jaruha jadła chciwie.
— Chodź z nami do chaty, ciepłéj strawy ci damy.
— Nie mogę — zamruczała stara — nogi bolą, a na pole, gdzie ognie nasze palić się będą i gdzie moje chłopcy przyjdą, daleko... daleko... w biały dzień, to nic, ale nocką iść, a z głodnym się wilkiem spotkać, albo gorzéj, z wilkołakiem...
Pokręciła głową.
— A na Kupale ja muszę być... Raz do roku młodość mi powraca... tak na to długo czekać trzeba...
Zaczęła coś nucić i przerwała. Syrojeżki wybrawszy z koszyka, otarła usta i uśmiechnęła się do dziewcząt.
— Dobrzeście mnie posiliły...
Gdy to mówiła, niespokojném okiem rzuciła w koło nagle.
— Kogoś czuję, obcy jakiś!..
Jak zwierz wietrzyć poczęła i oczy obracać. W istocie o kilka kroków od nich stał z zakrwawioném okiem i głową wychodzący z lasu Znosek. Na widok jego dziewczęta się przestraszone porwały, Jaruha popatrzyła tylko.
— E! — rzekła — nie macie się czego bać... to znajomy! ale gdzieś musiał po miodzie przez las wędrować, gałęź mu oko wybiła i głowę sobie pokrwawił.
— Jaruho! — krzyknął zdala karzeł — ratuj mnie a daj ziele.
Widząc pokaleczonego dziewczęta, zamiast uciekać, przyzostały trochę za drzewo się zasunąwszy.
— Chodź tu, zobaczemy... — mruczała stara.
Znosek się zwlókł ręką wciąż trzymając oko, a raczéj miejsce, z którego ono wypłynęło, doszedł tylko do drzewa, przy którém siedziała stara i padł na ziemię.
Zapominając o wszystkiem Jaruha ręce wyciągnęła ku jego głowie i poczęła ją macać.
— A coś to się ze żbikiem całował? — zapytała. — Po co ci było takiego przyjaciela szukać?
Ręką podniosła mu brodę do góry i odsłoniła oko.
— A oko... oko ci strzałą wybito! człowiecze! — krzyknęła — gdzieżeś ty był na biesiadzie! Dobrzeż cię tam przyjmowali! Popamiętasz całe życie...
Zaczęła się śmiać dziwnie i poszła znowu do worka po zioła.
Żywia ulitowawszy się chwyciła biały swój fartuszek i spojrzawszy na starą, oddarła z niego pas, aby mu było czém obwiązać głowę. Podała go milcząc staréj.
Jaruha wziąła płótno w ręce i ziela narwała tuż przy sobie, ale się ociągała z poratowaniem biedaka, który ręką wciąż oko tulił i zęby ścinając syczał.
— Juści to i wilka kulawego, gdy poprosi, trzeba ratować — rzekła cicho — ty Znosku nie wart tego, aby ciebie żywiono, boś ty dużo namorzył ludzi... a no! kto wie, żbik cię może poprawi... Ustatkuj się chłopcze, weź mnie za żonę, pójdziemy razem na bocianie gniazdo i będziemy gospodarowali. Ty mi będziesz żabki zielone nosił, ja ci będę klekotała...
Jaruha się śmiała, ale trawą i liśćmi okładała mu głowę i białém płótnem wiązała ją powoli.
— Mówże ty, gdzieś bywał? i co ci żbik zawinił?
Syknął tylko Znosek.
— Z tego oka nic nie będzie — rzekł.
— Darmo o niém i nie myśl, bo go nie ma — rzekła Jaruha — a nowe wstawić trudno. Od wody żywiącéj odrasta, ale jak tu trafić do niéj. Żmij siedzi na straży... smok lata nad nią... siedem lat trzeba iść do niéj, siedem się spinać na górę...
Żywia litościwa widząc, że drżące ręce staréj Jaruhy płachty nie potrafią zawiązać, przysunęła się do Znoska i zręcznie obmotała mu głowę. Jedyne pozostałe oko podniósł ku niéj, a w niém jeszcze więcéj złości było i gniewu, niż wdzięczności.
— Ja ci ból odczynię — rzekła Jaruha — ale musisz się przyznać, gdzieś bywał... Juści kto może u knezia pod stołem się wylegiwać, z dobréj woli w las nie idzie.
Dziewczęta zaledwie posłyszały o kneziu, pierzchnęły obie, dosyć było tego imienia, aby je spłoszyć. Porwały za koszyki i uciekły. Stara popatrzyła z niemi tylko i zwróciła się do Znoska.
— Teraz mów — rzekła — gdzieś to się tak podrapał?
— Chodziłem po lesie... zobaczyłem dziuplę...
— Miodu ci się zachciało...
— Żbik w niéj siedział...
— A strzałę w oko kto ci posłał?
Znoska przypomnienie téj rany wściekłym uczyniło. Podniósł obie pięści.
— Nie daruję, póki jednemu z nich oka ze łba nie wyssę — zawołał — kneź mnie pożałuje...
— Tyś pewnie na wiecu bywał... — śmiejąc się zawołała stara i w ręce plasnęła. — Już wiem! dąb tam stoi dziuplasty, wygniły pod uroczyskiem Żmijowém... zakradłeś się podpatrywać... i tam cię kmiecia strzała spotkała...
Znosek ani się chciał zapierać, ani myślał taić, spuścił głowę i zgrzytał zębami.
— A takie miałeś czarne oko! niczego wcale — zawołała Jaruha — szkoda! A no, powiedz ty mnie po prawdzie, czyś ty kiedy młodym był? czy cię matka odrazu starym urodziła?
To mówiąc wstała Jaruha.
— Ból mi odczyń — mruknął Znosek.
— Nie mogę... nie mogę... — odparła stara — dopiero po Kupale godzi się odczyniać... A do tego żbik i ludzka strzała... jakiego na to ziela trzeba... i oko!.. Ho! ho! Gdybyś mi nie wiem co dawał, zamałoby było za moją pracę... Gdybym ci ból odczyniła, samabym go wziąć musiała, bo tu nie ma ani źródła, ani kamienia, ani drzewa, gdzieby się zostało... a mnie trzeba na Kupałę... na Kupałę...
I śpiewając o Kupale, Jaruha rzuciła Znoska, a sama w las daléj ciągnęła. Karzeł legł na łące i w trawach złożywszy głowę usnął...

Koniec tomu 1go.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.