Spowiedź (Tołstoj)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Spowiedź
Data wydania 1929
Druk „Rekord”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Исповедь
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVI.

Przestałem wątpić, przekonany byłem w zupełności, że w nauce tej religji, do której się przyłączyłem, nie wszystko jest prawdą. Pierwej powiedziałbym, że cała religja jest kłamstwem, ale teraz nie mogłem tego powiedzieć.
Lud posiadał prawdę, to było niewątpliwe, dlatego, że inaczej by nie żył. Prócz tego ta znajomość prawdy była mi już dostępną, żyłem już nią i czułem całą jej prawdę; ale w tej nauce było i kłamstwo. O tem nie mogłem wątpić. I wszystko, co wprzód mnie odpychało, teraz żywo stanęło mi przed oczami. Chociaż wiedziałem, że tego fałszu, który mnie odpychał, mniej było u ludu, aniżeli u przedstawicieli kościoła, — pomimo to widziałem, że i w wierzeniach ludu kłamstwo było zmieszane z prawdą.
Ale skąd się wzięło kłamstwo i skąd się wzięła prawda? I kłamstwo i prawda zostały nam przekazane przez to, co się nazywa kościołem. I kłamstwo i prawda zamknięte są w zakonie, w t. zw. świętym zakonie i piśmie.
Pomimo więc woli musiałem dojść do nauki, badania tego pisma, do badania, którego dotąd tak się obawiałem.
I zwróciłem się do studjowania tej samej religi, którą wówczas z taką pogardą odrzuciłem, jako niepotrzebną. Wówczas wydała mi się zbiorem niepotrzebnych nonsensów, wówczas ze wszystkich stron otaczały mnie zjawiska życiowe, które mi się wydawały jasne i pełne znaczenia: teraz radbym odrzucić to, co nie lezie w zdrową głowę, ale nie mam się gdzie podziać.
Na tej nauce oparty, albo też z nim nierozłącznie związany jest jedyny sens życia, które mnie się odkrywało. Jak ono mnie nie wydaje się dzikiem na mój stary, twardy rozum, to — jedyna nadzieja ocalenia. Należy ostrożnie, uważnie rozpatrzeć to, dlatego, by zrozumieć to, nawet nie to, że zrozumieć, jak ja rozumiem położenie nauki: ja tego nie szukam i nie mogę szukać, znając właściwości wiary. Ja nie mogę szukać, objaśnienia wszystkiego. Ja wiem, że objaśnienie wszystkiego winno się kryć, jak początek wszystkiego, w nieskończoność. Lecz ja chcę zrozumieć tak, ażeby być sprowadzonym ku nieobjaśnionemu; ja chcę, by to wszystko, co jest niezrozumiale, było takowe nie dlatego, że wymagania mojego rozumu są nieprawidłowe (są one prawidłowe i z nich ja nic nie mogę zrozumieć), lecz dlatego, że ja widzę granice swojego rozumu. Ja chcę zrozumieć w ten sposób, ażeby każde niedające się objaśnić położenie przedstawiało się jako niezbędność rozumu, nie zaś jako powierzenie obowiązku.
Że w nauce jest prawda, w to nie wątpić; ale nie wątpię i w to, że w niej jest kłamstwo, i ja muszę znaleźć prawdę i kłamstwo.
Co ja odnalazłem w tej nauce kłamliwego, co odnalazłem prawdziwego i do jakich wniosków przyszedłem, znajdzie się w następnych przedziałach utworu, który, jeśli na to zasługuje i komukolwiek potrzebny, napewno będzie kiedyś i gdzieś drukowany.
1879 r.






To było przezemnie napisane przed trzema laty.
Obecnie, przeglądając to, wracając do tych myśli i do tych uczuć, które były we mnie, kiedy to wszystko przeżywałem, w tych dniach ujrzałem sen. Sen ten przedstawił mi w ściśnionym obrazie wszystko to, co ja przeżyłem i opisałem i dlatego myślę, że i dla tych, którzy mnie zrozumieli, opisanie to odświeży, rozjaśni i zbierze w jedność wszystko to, co tak rozlegle opowiedziano na tych stronicach. I mnie ani dobrze, ani źle, ja leżę na plecach. I zaczynam myśleć o tem, czy dobrze mi leżeć i mnie wydaje się, że mi niewygodnie u nóg jakoś mi czy za krótko, czy nie równo, dość że niewygodnie; ruszam nogami i zaczynam się zastanawiać, jak i na czem leżę, co mi dotąd nie przychodziło do głowy. I obserwując swe posłanie, widzę, że leżę na plecionych, sznurowanych pasach, przyczepionych do łóżka. Stopy moje leżą na jednym takim pasie, golenie na drugim, — nogi mam umieszczone niewygodnie. Zkądciś wiem, że te pasy można przesuwać. Ruchem nóg odpycham ostatni pas pod nogami; zdaje mi się, że tak będzie wygodniej. Ale odepchnąłem go zadaleko, chcę go znów uchwycić nogami, ale przez ruch ten wysuwa mi się z pod goleni drugi pas, nogi moje zwisają. Robię ruch całem ciałem, żeby się poprawić, pewien że zaraz mi będzie lepiej; ale przez ten ruch wysuwają się z podemnie inne pasy i widzę, że wszystko się psuje, cała dolna część ciała mego opuszcza się i zwisa, nogi nie dostają do ziemi. Trzymam się już tylko na grzbiecie i nietylko mi niewygodnie, ale i strasznie.
Dopiero teraz zadaję sobie pytanie, które mi dotąd do głowy nie przychodziło. Pytam siebie: gdzie jestem i na czem leżę? Zaczynam się rozglądać i przedewszystkiem patrzę w dół, w kierunku, w którym zawisło moje ciało i w którym, czuję to, muszę lada chwila spaść natychmiast. Patrzę w dół i oczom swym nie wierzę. Nie to, żebym był na wysokości równej szczytowi najwyższej wieży albo góry, ale jestem na takiej wysokości, jakiej sobie nigdy nie wyobrażałem.
Nie mogę się nawet zorjentować — czy tam widać coś w dole, w tej bezdennej przepaści, nad którą wiszę i która mnie ciągnie ku sobie. Serce mi się ściska i odczuwa strach. Strach tam spojrzeć. Jeśli będę patrzał, czuję, że ześlizgnę się z ostatniego pasa i zginę. Nie patrzę. Ale nie patrzeć jeszcze gorzej, bo ciągle myślę o tem, co się zemną stanie, kiedy ostatni pas się oberwie. I czuję, że ze strachu tracę panowanie nad sobą i powoli zsuwam się na plecach coraz to niżej i niżej.
Jeszcze chwila, a urwę się. I wówczas przychodzi mi na myśl: to nie może być prawda. To sen. Zbudź się. Staram się zbudzić i nie mogę. Co robić, co robić? — pytam siebie i spoglądam w górę. W górze także przepaść.
Patrzę w tę przepaść niebieską i staram się zapomnieć o przepaści w dole i rzeczywiście zapominam. Nieskończoność w dole odpycha mnie i przeraża nieskończoność w górze pociąga i uspakaja. Wiszę tak samo na ostatnich pasach nad przepaścią, wiem, że wiszę, ale spoglądam tylko w górę i strach mój znika. Jak to bywa we śnie, jakiś głos mówi: zapamiętaj sobie! Otóż to właśnie! I patrzę coraz dłużej i dłużej w nieskończoność, w górę i czuję, że uspakajając się, pamiętam wszystko co było i pamiętam, jak się to wszystko stało, jak poruszałem nogami, jak zawisłem, jak się przestraszyłem i jak pozbyłem się strachu, patrząc w górę. I teraz pytam się: no, a teraz, czemże jestem? I nietyle oglądam się, ile całem ciałem czuję ten punkt oparcia, którego się trzymam. Widzę, że już nie wiszę i nie padam a trzymam się mocno. Zadaję sobie pytanie: w jaki sposób wiszę, oglądam się i widzę, że pod sobą mam tylko jeden pas i że patrząc w górę, leżę na nim w najbardziej stałej równowadze, że ten pas jeden podtrzymywał mnie i pierwej. I wówczas, jak to bywa we śnie, wydaje mi się ów mechanizm, który mnie podtrzymuje bardzo naturalnym, zrozumiałym i niewątpliwym, bez względu na to, że na jawie ów mechanizm niema sensu.
We śnie nawet się dziwię, jak mogłem nie zrozumieć tego wcześniej: okazuje się, że w głowach moich stoi słup i pewność tego słupa nie ulega zwątpieniu, bez względu na to, że ów cienki słup nie ma na czem stać. Potem od tego słupa przeprowadzona pętla tak jakoś zręcznie, a zarazem prosto, że jeśli leżeć na tej pętli środkiem ciała i patrzeć w górę to mowy być nie może o upadku. Wszystko to było mi jasne i byłem zadowolony i spokojny. I jakby ktoś mi mówił: uważaj więc, zapamiętaj. I obudziłem się.
1882 rok.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Lew Tołstoj, anonimowy.