Spowiedź (Tołstoj)/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Spowiedź
Data wydania 1929
Druk „Rekord”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Исповедь
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIV.

Tak mi koniecznie było trzeba wówczas wierzyć, aby żyć, że nieświadomie ukrywałem przed samym sobą sprzeczność i niejasność religji. Ale to tłomaczenie obrzędów miało swe granice.
Coraz lepiej rozumiałem główne słowa litanji, jako tako objaśniałem sobie słowa: „i królowę naszą Najświętszą Bogarodzicę i wszystkich świętych wspominając,” „i samych siebie, i jeden drugiego, i cały nasz żywot Chrystusowi Panu oddajemy.” Częste powtarzanie modlitw za cesarza i jego rodzinę tłomaczyłem tem, że oni bardziej są wystawieni na pokuszenie, aniżeli inni i dlatego więcej potrzebują modlitw. Za to modlitwy o ukorzenie pod nogi wrogów i nieprzyjaciół, chociaż ją objaśniałem tem, że wróg jest zło, — modlitwy cherubinów i prawie dwu trzecich nabożeństw — albo wcale nie mogłem objaśnić, albo też próbując je objaśnić, czułam że kłamię i w ten sposób zupełnie psuję mój stosunek do boga, tracąc wszelką możliwość wiary.
To samo czułem przy świętowaniu wszelkich świąt. Święcić dzień sobotni t. j, poświęcić jeden dzień dla boga — to było zrozumiałe. Ale główne święto było na pamiątkę zmartwychstania, którego nie mogłem ani wyobrazić sobie ani pojąć. Na pamiątkę zmartwychstania, świętowano co tydzień jeden dzień. I w dzień ten spełniała się tajemnica Eucharystji, zupełnie dla mnie niepojęta. Pozostałych dwanaście świąt oprócz Bożego Narodzenia, były ustanowione na pamiątkę cudów, o których starałem się nie myśleć, aby ich nie negować: Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, Święto Trzech Króli i t. d. Świętując te święta, czując, że nadaje się ważne znaczenie temu, co dla mnie miało ujemne znaczenie, albo więc wymyślałem sobie uspokajające objaśnienia albo zamykałem oczy, żeby nie widzieć tego, co mnie gorszyło.
Najsilniej miotały mną te uczucia przy najzwyklejszych sakramentach uważanych za najważniejsze: przy chrzcie i komunji. Tutaj spotykałem się nie z niepojętymi, a zupełnie zrozumiałymi czynami: czyny te wydawały mi się gorszące, i miałem do wyboru dylemat — albo kłamać, albo odrzucić.
Nigdy nie zapomnę męczącego uczucia, którego doznałem, kiedym po wielu latach poraz pierwszy przyjmował komunję. Nabożeństwo, spowiedź — wszystko to rozumiałem i wszystko to budziło we mnie radosne uczucie, że zaczynam pojmować sens życia, Komunję, tłomaczyłem sobie, przyjmuję na pamiątkę Chrystusa, na znak oczyszczenia z grzechów i całkowitego przyjęcia nauki Chrystusa. Jeśli to objaśnienie było sztuczne — nie dostrzegałem tego. Z radością korzyłem się przed prostym, nieśmiałym duchownym, wyrzucałem błoto z mej duszy, żałując za grzechy, z radością łączyłem się myślą z pokornymi ojcami, piszącymi modlitwy, z radością łączyłem się z wszystkimi wierzącymi, nie czułem więc, że objaśnienie moje było sztuczne. Ale kiedy doszedłem do carskich wrót i duchowny kazał mi powtarzać, że ja wierzę, że to co będę łykać jest prawdziwem ciałem i krwią, ukłuło mnie coś w serce, to nietylko fałszywa nuta, to — okrutne żądanie postawione przez kogoś, który nigdy widocznie nie wiedział co to jest wiara.
Teraz dopiero pozwalam sobie powiedzieć, że to było okrutne żądanie; wtedy nie pomyślałem tego, było mi tylko strasznie boleśnie. Już nie byłem w tem położeniu, w jakiem byłem w młodości, sądząc, że w życiu wszystko jest jasne. Wróciłem do wiary dlatego, że poza nią nie znalazłem w życiu nic, prócz zguby, a więc nie mogłem odrzucić wiary i poddałem się. I znalazłem w duszy mojej uczucie, które mi pomogło. Było to uczucie samoposzanowania i pokory. Ukorzyłem się, przełknąłem tę krew i ciało i bez szyderstwa, ale cios już został wymierzony. I wiedząc z góry, co mnie oczekuje, już drugi raz nie mogłem pójść.
Spełniałem w dalszym ciągu obrzędy kościelne i ciągle wierzyłem, że w tej nauce, którą wypełniałem była prawda i działo się zemną to, co teraz jest dla mnie jasnem, ale wówczas zdawało mi się dziwnem.
Słuchałem opowiadania niepiśmiennego chłopa, pielgrzyma, o bogu, wierze, życiu, zbawieniu i odsłaniały mi się tajemnice wiary. Zbliżałem się do ludu, słuchałem jego sądów o życiu, o wierze i coraz bardziej rozumiałem prawdę. To samo odczuwałem czytając Żywoty świętych i Martyrologję świętych męczenników, które stały się mą ulubioną lekturą. Wyłączając cuda, uważając je za fabułę ukrywającą myśl lektura ta ukazywała mi znaczenie życia. Były to żywoty Makara Wielkiego, Józefa Królewicza (historja Buddy), były tam słowa Jana Złotoustego, słowa o podróżnym w studni, o mnichu, który znalazł złoto, o Piotrze celniku, była tam — historja męczenników, świadczących jednozgodnie, że śmierć nie neguje życia; historje o zbawionych niepiśmiennych, głupich i nie znających nauk kościelnych.
Ale wystarczało mi spotkać wierzących uczonych albo wziąć ich księgi, a powstawało we mnie zwątpienie w samego siebie niezadowolenie i złość, i czułem, że im bardziej wnikam w ich mowy, tem bardziej oddalam się od prawdy i idę ku otchłani.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Lew Tołstoj, anonimowy.