Skarb (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Skarb
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Skarb.


Wdowa po Imć panu kasztelanie bracławskim, która w późnym wieku zmarła i pochowaną została w rodzinnym grobowcu u fary w Kamieńcu Podolskim, kobiéta dziwnie spokojnego i przytomnego umysłu do zgonu, zwykła była poufałym przyjaciołom opowiadać nieraz, jak nieboszczyk jéj mąż, naówczas podczaszyc bracławski, przyszedł do jéj ręki.
Kawaler to był podówczas pięknego rodu, który się z najlepszemi w Rzeczypospolitéj mógł mierzyć, ale dziwnemi losy, szczególniéj wojnami, w których dziad i ojciec służyli na własnym żołdzie, podupadły tak, że mu się parę wsi zostało i zameczek opustoszały, w którym mieszkać nie było można jeno sowom i puszczykom. W jednéj ze wsi dwór stary mieścił jego kawalerskie gospodarstwo; niewiele-by był o to dbał, bo pieszczochem nie był, a na łowach głównie czas przepędzał, ale gdy pannę wojewodziankę Anielę zobaczył i zakochał się, dopiéro mu ubóstwo zaciężało. Człek był takiego humoru, że choć go owa miłość bez nadziei trapiła, z wesołą twarzą mawiał, gdy go prześladowano, iż mu panny nie dadzą: — A no! dobrze i popatrzyć, miło i powzdychać, choć wspomnienie potém zostanie. Pannę inny weźmie, a ja się uraduję, żem ją czcił i kochał!
Dobra psu i mucha!
Wojewodzianka była jedynaczką, pan wojewoda wdowiec, wielkiego animuszu mąż i wysoko patrzący. Niektórym ciarki chodziły po grzbiecie, gdy na niego patrzeli, jak się w bok wziąwszy jedną ręką, drugą miotlanego wąsa pokręcał. Przysłowiami stary mawiał i tłustemi często, więc gdy się chłopaki kręciły koło córki takie, którym do niéj daleko było, zwykł był powtarzać: nie dla psa kiełbasa, nie dla kota sadło.
Zdaleka i podczaszyc nieraz to fatalne słyszał proroctwo, ale się niém nic a nic nie mieszał, i twarz mu się nawet nie mieniła. Wojewoda go lubił, lecz żeby mu się nie zdawało, iż tę miłość dlań zadaleko posunąć może, otwarcie mu powiadał, że dla córki koligacyi i męża szukać będzie miedzy senatorskiemi krzesłami. Podczaszyc mu na to odpowiadał: panna wojewodzianka królewicza warta...
Że go tam wszyscy w domu miłém okiem widzieli, a panna pono najwyraźniéj swoję estymę poznać dawała, o ile jéj skromność dziewicza dozwalała, podczaszyc, mieszkający w sąsiedztwie, bywał bardzo często. Drudzy się téż kręcili, a wojewoda tylko ostrzegał córkę: — Mościa panno, trzymaj ich zdaleka, wszystko to drobne ptastwo, szkoda naboju... znajdzie się co lepszego. Jakoż i senatorowicze i senatory jawili się także, ale żaden do smaku nie przypadł ani ojcu, ani pannie.
Panna kończyła rok dwudziesty pierwszy, wojewoda mówił:
— Pierwsze kotki za płotki... czasu mamy dosyć. Anielce nie pilno, a mnie téż pozbywać się jéj z domu.
Podczaszyc bywał a bywał, zaczynano po sąsiedztwie już szeptać, iż panna dla niego coraz była więcéj uprzejmą. Nie ważył się jednak ani jéj słówkiem dać do zrozumienia, co w sercu nosił, ani przed ojcem i ludźmi dać to poznać. Gdy go obcy badali, zapierał się wszelkich pretensyj jak grzechu śmiertelnego.
I byłby może nie miał nigdy odwagi posunąć się sam, ani zuchwałéj powziąć myśli, gdyby się w najosobliwszy sposób nie złożyły okoliczności. Słyszano we dworze, jak wojewoda do swych poufałych mawiał, gdy o kawalerach stręczących się pannie zgadało się przy kieliszkach:
— Wszystko to niewiele warto... prawdą a Bogiem, wolałbym może najlepiéj podczaszyca, bo i człowiek co się zowie, i imię poczciwe a głównie krew dobra — ale bestya goły...
Wojewoda zwykł się był tak zawsze dobitnie wyrażać. Znać tam przyjaciółki o tém wojewodziance doniosły, a ochmistrzyni, krewna daleka wojewody, co tam rej wodziła i gospodarzyła i panem wojewodą samym trzęsła, a Anielkę kochała jak własne dziecię, kobieta mądra i przebiegła, powiedziała sobie: — poradzimy my na to...
Jednego tedy razu wszczęła się pogadanka przy wieczerzy o tém, jak to dziwnie szybko i niezrozumiale rodzice podczaszyca majątek stracili.
Wtém pani Straszowa, ochmistrzyni, odezwała się, że o tém coś dawniéj słyszała... i że nie z winy własnéj, ale z dopuszczenia bożego do tego przyszli, że dziad podczaszyca, człek rządny i oszczędny, skarbiec miał sławny, i ten czasu wojny ukrył od rabunku, a że zmarł nie powiedziawszy nikomu, gdzie go zakopał, napróżno go już potém szukano.
Wszyscy sobie przypominali, iż coś o tém słyszeli, wojewoda także. Przy pierwszéj bytności zagadnął o to podczaszyca, który przyznał, że istotnie tak być miało, lecz że sobie głowy łamać nad szukaniem owego skarbu na opuszczoném zamczysku nie myślał.
Tak to sobie przeszło... gdy jednego razu tak wedle zwyczaju, — bo wojewoda lubił plotki, miał to starodawne przekonanie, iż żydzi najlepiéj o wszystkiém byli uwiadomieni i przez swe poczty otrzymywali zewsząd komunikacye; — przywołany arendarz z miasteczka Lejba Lewi, po zdaniu raportu o cenach zboża i o prawdopodobieństwie wojny od Turka... zbliżył się do wojewody oglądając i dał mu do zrozumienia, iż ma coś jeszcze ciekawszego — na ucho.
— Cóż to tam za sekret? — zapytał stary pan.
— Niech jasny pan to przy sobie zatrzyma; podczaszyc potajemnie na zamku kopał... no — i gadają, że swój skarb odkrył.
Wojewoda aż się szarpnął.
— Możeż to być?
— To jest pewna! — dodał Lejba cicho — ale on żeby go zamęczyć, do tego się nie przyzna, miałby zatargi z familią, na co jemu to? Będzie udawał ubogiego i powoli tak nieznacznie się dorabiał. A co ja mogę wiedziéć, co on myśli, tylko to pewna, że wielką robi tajemnicę. Gadają, że do Warszawy jedzie, a jak się z lada pierwszą panną ożeni, powiedzą, że po żonie wziął i będzie cicho.
— Ale czyż odkrył? — zapytał wojewoda niespokojnie.
— A skąd u niego stare portugały miały się wziąć, z któremi on nie wie co robić i jak mieniać.
Na ucho dodał Lejba, że wieść niosła, jakoby złoto półkorcówką mierzono, a kamienie drogie chustami nosił podczaszyc, jak orzechy włoskie. Choć niezupełnie temu dawał wiary stary, ale się go to uczepiło. Niecierpliwie wyglądał, żeby się podczaszyc zjawił.
W końcu tygodnia jakoś przybył.
Wojewoda go przyjął serdecznie, wymawiając mu, że się tak długo absentował; podczaszyc podziękował, rozmowa się zawiązała zwyczajna. Wtém ni z tego ni z owego bąknął młody pan, że mu się w szufladzie od kantorka starego udało znaléźć kilka zaplątanych tam znać dawno sztuk złota, których wartości ocenić nie umiał, i dobył z sakwy zielonéj osobliwych portugałów ze sześć, z których każdy po czerwonych dwadzieścia do trzydziestu był wart, prezentując je przed wojewodą i pytając, czyby się na nich nie znał.
Osłupiał na chwilę stary, bo się to dziwnie zgodziło z tém, co mu żyd mówił, ale się uśmiechiwał i nie dając po sobie znać, iż o czémś wie, odezwał się tylko:
— Cóżeś to asińdziéj dziadowskiego skarbca się dokopał czy co? Monety te hiszpańskie dziś nie chodzą i są rzadkie a osobliwe.
Podczaszyc ruszył ramionami śmiejąc się.
— A! co za myśl — zawołał — ktoby tam tego szukał! a już osobliwego trzebaby szczęścia, aby zatracone odzyskać.
I śmiał się; wojewoda mu w oczy popatrzał bystro; ten się zarumienił.
— Jakto? nie znalazłeś nic? mów prawdę?
— Anim szukał nawet! — ruszając ramionami odezwał się podczaszyc — w myśli mi to nie postało...
Posądzenie bawić się go zdawało — nie mógł się od śmiechu wstrzymać. Wojewoda go obserwował.. i na tém się skończyło...
Choć się kawaler nie przyznał, utkwiło to w panu wojewodzie.
Trzeciego czy czwartego dnia przyszła Straszowa pod sekretem powiedziéć jegomości, że o odkopaniu skarbu słyszała. Potwierdzająca się wieść jeszcze mocniéj poruszyła starego. Podczaszyca widać nie było, zaczął się coraz rzadziéj pokazywać. Podejrzenie przez to stawało się jeszcze silniejsze. Dowiadując się o nim u Lewego, stary usłyszał, że się do podróży ku stolicy sztyftował.
— Wiesz asińdzka — szepnął do Straszowéj — podczaszyc do Warszawy ucieka.
I chrząknął.
Szeptali z sobą długo.
— Szkoda chłopca — dokończył wojewoda.
— Wielka szkoda — potwierdziła Straszowa. — Czy on tam skarbiec odkopał, czy nie, a doprawdy dla Anielki to-by był mąż, jak lepszego znaléźć trudno.
— Tak, tylko że goły! — dodał wojewoda zamyślony.
— A jeśli skarb odkrył?
— Kat-że go wie, czy to prawda? przyznać się nie chce... Wy, baby — z cicha rzekł wojewoda — lepiéj od nas wyciągać umiecie na słowo, asińdźka-byś go powinna wybadać...
Podjęła się Straszowa, ale po kilku dniach przyznała się przed wojewodą, że nie potrafiła nic z niego wydobyć, że się wypierał mocno... Powiedziała to w taki sposób, iż wojewodę utwierdziła raczéj w przekonaniu o skarbie, niż mu je odjęła... Podczaszyca poproszono na polowanie. Przysiadł się doń dolewając mu starego węgrzyna wojewoda; podchodził, męczył, badał jak na pytkach, ale się chłopak śmiał tylko i zaklinał, że to bajki.
— Panie wojewodo — dokończył — choćbym kiedy był tak szczęśliwy i na ów loszek natrafił, pewnie się z tém przed ludźmi chwalić nie będę, jako żywo!... Ci, co mnie chudopachołkiem nie cenili, mogliby wprawdzie więcéj potém szacować, ale-by mnie to wstręt do ludzi uczyniło; wolę na miłość zasługiwać tak, jak jestem, a nie kupować jéj złotem.
Wojewoda bardzo niespokojnie tą sprawą jakoś się zajmował, posłał po Lejbę dla rozmowy z nim i kazał mu się dowiadywać. Arendarz wrócił opowiadając, iż wprawdzie podczaszyc się zapiera, ale u niego teraz znać taką zamożność, iż rzecz zdaje się nie ulegać wątpliwości.
Wkrótce potém sam na sam zostawszy z córką, stary począł sobie z niéj żartować i przed nią konkurentów jéj wyśmiewał, w czém mu dopomagała. Gdy przyszło do podczaszyca, a ojciec téż potrosze szydził zeń, ujęła się panna gorąco. Ojca to zastanowiło i wąsa dziwnie pokręcił.
— Szczęśliwy chłop, znać się asińdźce podobał — rzekł. — Nie dziwi mnie to, bo i ja go lubię, ale goły, a co tam o znalezionym skarbcu plotą, bajki być muszą. Choć licho go wie! poszlaki są. Gdyby człowiek napewno wiedział, wiele-by się rzeczy zmienić mogło.
— Dla mnie-by on przez to nic nie zyskał — odparła wojewodzianka śmiało — ludzie go i tak, jak jest, cenią.
— Ale ze skarbcem byłby jak kamień w oprawie — dodał stary śmiejąc się — ono by mu to nie zaszkodziło.
Znowu w kilka dni podczaszyc przybył w odwiedziny, dobréj myśli a wesół jak nigdy, i wojewodzie się zwierzył, że ma do niego prośbę, poszli tedy do kancelaryi oba. Tu dobywszy znowu sakwy młodzieniec, kilkanaście z niéj portugałów dostał i pierścień piękny z dyamentem w tablicę po staroświecku rzniętym wielkiéj ceny, spowiadając się przed wojewodą, że postanowił troszkę w świat wyjrzéć i oto te pamiątki rodzinne chciałby zmienić i sprzedać, aby miéć zapas do podróży.
Popatrzał nań stary niedowierzająco.
— Co to asińdziéj bałamucisz przede mną? Przyznaj się lepiéj, żeś skarb znalazł... jać nikomu nie powiem o tém.
Podczaszyc się zmieszał, w piersi uderzył i rzekł smutnie:
— Nic nie znalazłem i oto tyle mojego mienia, co na stole.
— Prawisz mi banialuki! — krzyknął stary — skądżeby ci nagle i dyament i to złoto przyszło?...
— Chowałem je na czarną godzinę...
Nie sposób z niego było co dobyć. Pierścień wojewoda, który się na kamieniach dobrze znał i lubił je, cenił od siebie rzucając na trzysta czerwonych złotych. Portugałów było na paręset. Nastąpiła zgoda i pięćset dukatów obrączkowych stary wyliczył z ochotą. Ale mu to zajechało w głowę niepomału.
Ku wieczorowi, wstrzymawszy kawalera, począł rozmowę z innéj beczki.
— Co ty tam wiatra w polu na szerokim świecie szukać myślisz? — zapytał.
— Przetrzéć się chcę między ludźmi...
— Abyś się nie wytarł do nitki — mówił stary — bo i to bywa... Szczęścia szukać daleko od domu, gdzie człowieka nie znają, to jedno z dwojga, albo się oszukać chce, lub na oszukaństwo narazić. Waćpan pewnie o pierwszém nie myślisz, strzeż-że się drugiego. Pojedziesz między ludzi z szykowną postawą i dobrém imieniem, ułowić cię mogą ladajacy.
Westchnął podczaszyc.
— Święte to rady pana wojewody, ale coś przecie o sobie i przyszłości myśléć należy; nie chciałbym, aby poczciwy ród zmarł ze mną i imię się zatraciło. Ubodzyśmy, ale Pan Bóg swe dary odbiera i szafuje, więcéj ma, niż rozdał, może i na nas przyjść koléj... Tymczasem i o sitnim chlebie czekać na piróg potrzeba.
Wojewoda potwierdził.
— Jeśli jednak o ożenku myślisz, mój podczaszycu — rzekł — daleko nie odjeżdżaj od swéj kniei, to dyabła warto...
— Tu téż dla mnie niéma sperandy...
Wojewoda nic nie rzekł. W końcu rozmowy jednak, pod różnemi pozory podróż odwlec doradzał.
Złożyło się téż, iż podczaszyc sam ją odłożył.
Na Boże Narodzenie był u wojewody; zgadało im się coś o rzędach i siodłach. Miał piękne stary, więc się z niemi popisywać lubił; przyniesiono stary rząd koralami sadzony w srebro pozłocisto oprawny. Ten i ów się chwalił z tém, co miał, aż podczaszyc wygadał się niechcący, iż jeden mu został rzęd po dziadku, o którym mówiono, iż bardzo kosztowny miał być, ale on go ocenić nie umiał.
— A to go-bym rad widziéć! — rzekł wojewoda.
Na Trzy Króle przyjechał znowu podczaszyc, a zaraz w progu oznajmił, iż rzęd, o którym mówił, dla pokazania przywiózł; ale że długo snać w zamknięciu leżał, więc nieco zbrukany niepocześnie wyglądał.
Przyniesiono tedy pudło, umyślnie snać robione z czarnéj skóry, jak kamień twardéj, z mosiężnemi zamkami i klamrami. Sam już futerał oznajmywał, iż nie lada co w nim chować musiano. Ani się tego nie spodziewano, co w nim znaleziono, gdy się pokrywa otwarła. Rzęd był nie w srebro ale w dobre złoto oprawny, przedziwnéj roboty, kamieniami różnemi wysadzany; na łbie końskim rubiny, ogładzone tylko, jak gołębie oniemal jaja siedziały — daléj ametysty i opale i wszelakie kosztowne kamyki. Nad łeb była kita z drobnych brylantów w piór kształcie zrobiona, któréj-by się i przy czapce nie powstydził.
Zapytany podczaszyc, jak tak kosztowną rzecz mógł w ukryciu trzymać, dodał, iż o niéj niemal zapomniał, że to była pamiątka, któréj nie znał i t. p.
Wojewoda wszakże nabrał snać nowego przekonania, iż skarb istotnie odkryć musiał. Już mu teraz tego z głowy wybić nie było podobna.
— Filut chłop — mówił do Straszowéj, — a no to rzecz oczywista.
Ochmistrzyni nie zaprzeczała.
Przez dni kilka podczaszyca nie było, a że się ów rzęd był został w depozycie u wojewody, posłał po niego, aby go sobie zabrał, bo już był oczyszczony. Przybył na rozkazy chłopak, jak zwykle dobréj myśli, wesół i bawiący całe towarzystwo humorem przedziwnym. Wojewoda z nim baraszkując, znowu go na skarb naprowadził.
— Panie wojewodo — odezwał się podczaszyc naciśnięty przez niego — być może, iż wistocie skarb znalazłem, ale nie ten, o którym myślicie i którego się domyślacie.
To mówiąc, westchnął na wojewodziankę spojrzawszy, ale ojciec wejrzenia nie uważał, a słowo pochwycił i znowu miał je, jako chciał. Zamilkł tedy uradowany.
— Widzisz asińdźka — rzekł nazajutrz do Straszowéj — przyznał mi się sam, że znalazł skarb, ino pono nie taki bogaty, jak ludzie sądzą... ale dla chłopca jak on gdyby tylko sto tysięcy czerwonych złotych wszystkiego było — dosyć: zaś tyle najmniéj być musi, sądząc z tego, co ludzie plotą.
Chodził długo po pokoju stary.
— Jak się asińdźce zdaje? — zapytał w końcu ochmistrzyni — czy Anielka ma do niego inklinacyą, bo mi się coś zdawało, jakoby nań nieobojętném patrzała okiem.
Straszowa milczała.
— A gdyby i tak było — rzekła w końcu — na co się to przyda? nie dacie mu jéj, bo goły, a ja w skarb nie wierzę.
Wojewoda się rozśmiał.
— Jak chcesz, mnie rzęd przekonał... Nie trzymaliby go na strychu, gdyby dawniéj mieli... to oczywista rzecz...
— Ale się wypiera uporczywie...
— Ma rozum — rzekł wojewoda — to mu się chwali... Przyznam się asińdźce, że gdyby i nie bardzo wiele tam znalazł, a Anielka go sobie podobała — kto to wie?...
— Śmiałości nie będzie miał — szepnęła Straszowa.
Wojewoda w następnéj rozmowie niby zniechcenia, rzekł do podczaszyca:
— Niech się waćpanu nie zdaje, ażebym ja dla córki Krezusów szukał, poczciwego imienia chcę i charakteru, a tam reszta... w mocy bożéj.
Podczaszyc zdawało się, że nie zrozumiał.
W tydzień jednak daleki jego krewny kasztelan kamieniecki nadjechał. Wszczęła się rozmowa o tém i owém.
— Przyznam się wam, panie bracie — rzekł gość — iż mnie tu krewniak z dziwném poselstwem wyprawił, bo ja to bardzo dobrze rozumiem, iż choć podczaszyc chłopak i do tańca i do różańca, piękny, stateczny, miły, aleć wy mu córki nie dacie — a tu mnie prosi, abym o pozwolenie dlań tu jechał; choć mi dacie rekuzę, za złe nie wezmę...
— Ale ja ani przyrzekam nic, ani odpycham — odezwał się wojewoda — córce wybór zostawiam, sobie konfirmacyą, niech bywa — zobaczymy.
Zdumiał się pan kasztelan.
W ciągu rozmowy nawinęło się coś o owym skarbie, z którego śmiać się począł, dowodząc bardzo snadnie, iż to wierutne były baje, najmniejszéj podstawy nie mające. Wojewoda słuchał, zżymał się — ale sporzyć nie chciał — zamilkł.
Począł tedy bywać podczaszyc, podziękowawszy do kolan wojewodzie za dozwolenie, a od téj pory wątpliwości nie było, iż się to małżeństwem skończy... Panna mu, życzliwość jawną okazywać zaczęła, wszyscy w domu pomagali, tak, że gdy kasztelan z oświadczynami przyjechał powtóre, wojewoda nie czyniąc trudności, pobłogosławił i w pół roku magnificentissime ślub się odbył i wesele w Kamieńcu, na który całe województwo bracławskie niemal zjechało, nie licząc tych, co z dalszych stron nadciągnęli.
Wojewoda miał nadzieję, iż po ślubie z zięcia dobędzie przyznanie się do skarbu, a on tyle się tylko dowiedział, iż dlań najdroższym skarbem było serce Anielki.
Skarbu jako żywo nie było, i oprócz tych zachowanych portugałów, pierścienia i rzędu, nic się nigdy nie znalazło.
Całą tę intryżkę, prawie bez wiadomości podczaszyca, pani Straszowa i Lejba Lewi osnuli i prowadzili tak zręcznie, że się ślubem zakończyła. Najzabawniejsze jednak ze wszystkiego było, iż wojewoda do zgonu nie dał się wywieść z błędu, i mimo zaręczeń zięcia, śmiejąc się utrzymywał a był najpewniejszy, że skarb istniał. Że się młodemu małżeństwu przy dobrém gospodarstwie wiodło pomyślnie a zamożność rosła, wszystko to stary przypisywał tajemniczym portugałom.
— Niech go dunder świśnie — mawiał — jaki skryty! Żeby téż przede mną nawet nie chciéć prawdy powiedziéć! Anielka téż zaklina się, że nic nie wié, ale mu słowo dać musiała. Już ich nawet nie męczę o wyznanie, a no co wiem, to wiem!...
W sekrecie czasem przy kieliszku wojewoda przyjaciołom opowiadał różne o tym skarbie historye, jakby go naocznie widział, poniekąd tém tłómacząc, że córkę za niebogatego wydał człowieka. Z czasem powieści pana wojewody, powtarzane ciągle, doszły do takich przysłów, iż się dla obcych prawdopodobnemi stały. On sam potém najświęciéj w nie wierzył i z wiekiem utwierdzał się coraz mocniéj w przekonaniu, że wnuki kiedyś posiądą owe sumy neapolitańskie.
Zacna pani kasztelanowa bracławska, gdy o tém opowiadała, dodając ciągle do imienia ojca: — Panie świeć nad jego duszą — i upłakać się zawsze i uśmiać musiała. W jéj ustach inaczéj to cale wyglądało, niż w zimno powtórzonéj powieści. Starzy nasi przy największéj prostocie słowa, umieli w nie wlać takie życie!...

1873.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.