Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


X.

Niechaj czytelnik raczy nam wybaczyć to przestarzałe, mitologiczne porównanie, ale nigdy Hebe, spełniająca obowiązki podczaszego w olimpie pogańskim, nie posiadała tyle świeżości, tyle wdzięków w swojej nadludzkiej piękności, ile ich w ziemskich powabach jednoczyła panna Antonina, której tajemnicę i miłosne porozumienie z Franciszkiem Paskal odkrył przypadkowo.
Wszedłszy z Zofją do salonu, dziewica pokryła się lekkim rumieńcem, ponieważ posiadała jeszcze lękliwość swoich lat piętnastu; poczem, ośmielona serdecznem przyjęciem pana Dutertre i jego żony, rzekła do tej ostatniej z pewnym rodzajem szacunku, złagodzonego poufałością, jaka pomimo różnicy wieku zawiązała się między niemi jeszcze na pensji, gdzie jednocześnie pozostawały.
— Nie wiesz o szczęśliwem zdarzeniu, które mnie do ciebie sprowadza, moja droga Zofjo?
— Szczęśliwe zdarzenie! tem lepiej, moja Antolko.
— List od Świętej Magdaleny — odpowiedziała młoda dziewczyna, wydobywając zkieszeni kopertę.
— Doprawdy! — zawołała Zofjla, zarumieniwszy się z radości i wyciągając niecierpliwą rękę po pismo.
— Jakto, panno Antonino — rzekł wesoło Karol Dutertre — pani koresponduje z rajem, wprawdzie nie powinnoby mnie to dziwić, jednakże...
—. Milcz, szyderco — zawołała Zofja — i nie żartuj z naszej najlepszej przyjaciółki, z mojej i Antoniny przyjaciółki.
— Nie poważę — się już więcej. Z tem wszystkiem, to imię, Święta Magdalena?...
— Jakto! Karolu? czyliż ci już tysiąc razy nie mówiłam o mojej przyjaciółce z pensji, o pannie Magdalenie Silveyra, która, pomimo oddalenia swego, była przez zastępstwo matką chrzestną naszej córeczki? O czemże ty myślisz?
— Przeciwnie, mam bardzo dobrą pamięć, moja droga Zofjo — odpowiedział Dutertre, nie zapomniałem bowiem, że ta młoda Meksykanka była tak piękną, że conajmniej tyle obudzała zdziwienia ile uwielbienia.
— Właśnie o niej to mówimy, mój przyjacielu; po mnie Magdalena matkowała Antoninie, jakeśmy mówiły na pensji, gdzie każdej starszej panience poruczano jaką dziesięcio lub dwunastoletnią dziewczynkę. Dlatego też, opuszczając nasz instytut, przekazałam Antoninę przywiązaniu i troskliwości Świętej Magdaleny.
— Nic też innego, jak tylko to przezwisko spowodowało moją omyłkę — odpowiedział Dutertre — przezwisko, które, przyznaję sam, wydaje mi się albo bardzo zarozumiałem, albo bardzo pokornem dla tak ładnej osoby, bo mniej więcej musi ona być w twoim wieku.
— Magdalenie dano na pensji przezwisko świętej, ponieważ sobie na nie zasłużyła, panie Dutertre — rzekła Antonina z wielką powagą — i przez te dwa lata, w ciągu których ona mi matkowała, ciągle jeszcze nazywano ją Świętą Magdaleną, jak za bytności Zofji.
— Musiała więc być bardzo poważną dewotką, ta Święta Magdalena? — zapytał Dutertre.
— Magdalena, jak wszystkie prawie osoby jej kraju, oddawała się szczególnej pobożności. Chrystus był wyłącznym przedmiotem jej myśli, a jej uwielbienie dla Stwórcy zamieniało się niekiedy w pewien rodzaj zachwycenia — odpowiedziała Zofja. — Zresztą, łączyła ona z tą żarliwą pobożnością charakter tkliwy, serce pełne ognia, umysł bystry i najweselszy w świecie. Ale, proszę cię, Karolu, pozwól mi przeczytać jej list, bardzo jestem niecierpliwa, jak się pewnie domyślasz; bo to pierwszy list po dwóch latach rozłąki! Chciałyśmy już z Antoniną gniewać się na nią za to długie milczenie; ale na pierwszy znak pamięci tej niedobrej Magdaleny jesteśmy, jak widzisz, zupełnie rozbrojone.
I biorąc list, przyniesiony przez pannę Hubert, Zofja czytając, mówiła z pewnem rozrzewnieniem:
— Droga Magdalena, zawsze tkliwa i przywiązana, zawsze dowcipna i wesoła, zawsze czuła na te drogie wspomnienia przeszłości. Po kilku dniach wypoczynku w Marsylji, dokąd przybyła z Wenecji, wyjeżdża do Paryża, prawne jednocześnie z listem swoim, i myśli tylko o szczęściu oglądania Zofji, swojej przyjaciółki i Antoniny, naszej szkolnej córeczki, pod której imieniem pisze w pośpiechu do nas obu, i podpisuje się, jak na pensji: Święta Magdalena.
— Więc ona jeszcze nie wyszła za mąż? — zapytał Karol Dutertre.
— Nic o tem nie wiem, mój drogi — odpowiedziała jego żona — ponieważ podpisuje się tylko swojem imieniem chrzestnem.
— W rzeczy samej — dodał Karol z uśmiechem — nie powinienem był podobnego zadawać pytania! święta... miałaby pójść za mąż!
W tej chwili weszła do pokoju młoda sługa i, zatrzymawszy się na progu, skinęła na swą panią znakiem porozumienia; lecz ta, uśmiechnąwszy się, odpowiedziała:
— Możesz mówić, Juljo, alboż to panna Antonina nie należy do naszej rodziny?
— Proszę pani — rzekła służąca — Agata pyta się, czy może kurczęta założyć na rożen, chociaż pan Paskal jeszcze nie przychodzi?
— Ma się rozumieć — odpowiedziała pani Dutertre — pan Paskal opóźnia się trochę, ale jestem pewna, że lada chwila nadejdzie.
— Czy się kogo spodziewasz, Zofjo — zapytała Antonina po oddaleniu się służącej — w takim razie do zobaczenia — dodała młoda panienka z lekkiem westchnieniem — nie dlategom tylko przyszła, ażeby ci pokazać list Magdaleny, chciałam jeszcze pomówić z tobą, a więc jutro znowu przyjdę do ciebie, moja droga Zofjo.
— Wcale nie, kochana Antolko, użyję całej dawnej powagi macierzyńskiej, ażeby zatrzymać u nas na śniadaniu moją córeczkę. Jest to pewien rodzaj uroczystości familijnej, a twoje miejsce nie może pozostać niezajętem, moje dziecię!
— Proszę bardzo, panno Antonino — rzekł Karol — uczyń pani dla nas to poświęcenie.
— Bardzo pan jest dobry i uprzejmy, panie Dutertre; ale doprawdy nie mogę przyjąć.
— W takim razie — rzekł Karol — zmuszony będę użyć ostatniego środka, ażeby panią u nas zatrzymać; oto, panno Antonino, jeżeli nam pani zrobi tę przyjemność i zostanie z nami, ujrzy pani człowieka szlachetnego, który przyszedł nam w pomoc; dzisiaj właśnie obchodzimy rocznicę tego wspaniałego czynu.
Zofja, zapomniawszy o pewnym rodzaju przeczucia, które w niej obudziły słowa jej małej córeczki, dodała:
— Tak jest, moja Antolko, w czasie owego zgubnego przesilenia i krytycznej chwili w handlu, pan Paskal powiedział do Karola: „Ja pana nie znam osobiście, wiem jednak, że jesteś równie uczciwy, jak zdolny i pracowity. Potrzebuje pan pięćdziesięciu tysięcy talarów do dalszego prowadzenia interesów, ofiaruję je panu po przyjacielsku, przyjmij je także po przyjacielsku; co się tyczy warunków procentowych, ułożymy je później, również po przyjacielsku“.
— Rzeczywiście — rzekła Antonina — był to szlachetny postępek.
— Tak jest — dodał pan Dutertre głęboko wzruszony — gdyż nietylko ocalił od upadku mój zakład, ale nadto podał przez to rękę pracy licznych robotników, których używam, zapewnił spokojność starości mego ojca, zapewnił szczęście mojej żony, przyszłość moich dzieci. O! zostań pani, zostań. Widok człowieka szlachetnego, to rzecz tak rzadka, tak słodka. Ale, patrzaj pani, otóż i on — dodał pan Dutertre, widząc Paskala, przechodzącego koło okna.
— Doprawdy, bardzo jestem wzruszona tem wszystkiem, coście mi państwo oboje powiedzieli, żałuję, że nie mogę korzystać z towarzystwa człowieka szlachetnego, któremu tyle jesteście winni, ale śniadanie zatrzymałoby mnie zbyt długo, a ja muszę wcześnie wrócić do domu. Oczekuje mnie mój wuj, który jeszcze dzisiejszej nocy był bardzo cierpiący, i który w chwilach boleść; zawsze pragnie mnie mieć przy sobie, cierpienia zaś jego mogą lada chwila się odnowić. — Poczem wyciągnąwszy rękę do Zofji, dziewica dodała — wszakże cię wkrótce zobaczę?
— Pojutrze, moja droga Antolko, przyjdę do ciebie i zabawię tak długo, jak tylko sama zechcesz.
Wtem drzwi otworzyły się i pan Paskal wszedł do pokoju.
Antonina ucałowała swą przyjaciółkę, która, zwracając się do finansisty, rzekła z serdeczną szczerością:
— Czy mi pan pozwoli odprowadzić moją przyjaciółkę? Zresztą, pan domyśla się zapewne, że powrócę z największym pośpiechem.
— Bez ceremonji, bardzo proszę, kochana pani Dutertre — odpowiedział pan Paskal nieśmiało, pomimo zwykłej pewności siebie; zdumiony był bowiem nadzwyczajnie spotkaniem Antoniny, którą odprowadził żądnym i ponurym wzrokiem do samych drzwi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.