Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


IX.

Fabryka pana Dutertre, wyrabiająca maszyny dla kolei żelaznej, zajmowała na przedmieściu Saint-Marceau ogromny gmach, którego wysokie ceglane kominy, ciągle ziejące dymem, zdaleka ją pokazywały.
Pan Dutertre i jego rodzina mieszkali w małym pawilonie, oddzielonym ogrodem od głównego gmachu fabrycznego.
W chwili kiedy wprowadzamy naszego czytelnika da tego skromnego mieszkania, panował w niem jakiś uroczysty ruch; przysposabiano się tu do jakiegoś gościnnego przyjęcia; młoda i czynna służąca kończyła właśnie nakrywać do stołu w małej sali jadalnej, wychodzącej na ogród, przyległej do porządnej kuchni, która oddzielona była od sieni oknem, opatrzonem w malowane szyby; stara kucharka krzątała się z wielkiem zajęciem po tem laboratorjum gastronomicznem, z którego wydobywały się rozmaite nęcące zapachy.
W salonie, zastawionym orzechowemi meblami pokrytemi żółtym utrechtskim aksamitem z białemi firankami, inne czyniono przygotowania; dwa białe porcelanowe wazony, ozdabiające komin, napełniono świeżemi kwiatami; pomiędzy temi dwoma lokomotywa w miniaturze, prawdziwe arcydzieło mechanizmu i roboty ślusarskiej, na czarnym postumencie tego klejnociku z żelaza, miedzi i spiżu wyryte były wyrazy:
Panu Karolowi Dutertre Jego wdzięczni robotnicy.
Starzec ślepy, z twarzą czcigodną i smętną, otoczoną długim siwym włosem, spadającym na jego ramiona, siedział w wygodnem krześle i trzymał na kolanach dwoje dzieci, małego trzyletniego chłopczyka i pięcioletnią dziewczynkę, dwoje aniołków pełnych powabu i wdzięków; chłopczyk, rumiany brunet z wielkiemi czarnemi oczyma, zamyślony spoglądał od czasu do czasu z zadowoleniem ma swoją ładną bluzę, z jasnoniebieskiego kaszmiru ii na swoje świeże białe majteczki; szczególniej jednak cieszył się swojemi jedwabnemi pończoszkami w karmazynowe paski i safjanowemi czarnemi trzewiczkami z dużemi kokardami.
Dziewczynka, imieniem Magdalena, tak nazwana na pamiątkę serdecznej przyjaciółki swej matki, która ją nawet do chrztu trzymała, blondynka, i rumiana, miała śliczne niebieskie oczy i ubrana była w białą sukienkę; ramiona jej, ręce i nogi były obnażone; tylko na nóżkach miała krótkie szkockie pończoszki. Powiedzieć, ile było dołeczków na tych ramionach, na tych rączkach, na tej buzi pełnej, cery tak świeżej i czerstwej, to potrafiłaby tylko matka, a matka tych dwojga pięknych dzieci musiała o nich dobrze wiedzieć.
Stojąc oparta o poręcz krzesła, ma którem siedział niewidomy starzec, przysłuchiwała się, z tą powagą, którą zwykle okazuje matka w podobnym razie, szczebiotaniu dwóch ptasząt, które dziadek trzymał na swoich kolanach, a które zapewne opowiadały mu coś nader ważnego, gdyż oboje razem mówili tym dziecinnym językiem, który matki z taką przenikliwością umieją odgadywać.
Pani Zofja Dutertre miała najwyżej dwadzieścia pięć lat; chociaż twarz jej była lekko naznaczona ospą, chociaż możnaby znaleźć rysy regularniejsze i daleko piękniejsze od jej rysów, trudnoby jednakże było wyobrazić sobie twarz powabniejszą, milszą i więcej pociągającą od jej twarzy, uśmiech słodszy od jej uśmiechu; był to prawdziwy ideał uroku i życzliwości. Śliczne włosy, zęby jak perły, (cera świetnej białości, kibic piękna, uzupełniały tę powabną całość, a kiedy podniosła swoje wielkie ciemne błyszczące oczy na męża, stojącego z drugiej strony krzesła ociemniałego starca, miłość i uczucie macierzyńskie nadawało temu pięknemu spojrzeniu wyraz tkliwy i namiętny(zarazem, gdyż małżeństwo Zofji i Karola Dutertre było związkiem miłości.
Jedyny zarzut, jeżeliby można uczynić jaki zarzut Zofji Dutertre, gdyż jeżeli była zalotną, to tylko co do ubioru swych dzieci, była zupełna niestosowność jej własnej toalety. Suknia z materji bez gustu i źle zrobiona, szpeciła jej piękną kibić; jej mała nóżka niebardzo wykwintnie była obuta, a jej śliczne ciemne włosy mogły były być ułożone z większym smakiem i starannością.
Szczerość i moc duszy, rozum i dobroć, taki był wyraz rysów pana Dutertre, mającego wtedy lat dwadzieścia osiem, oczy jego żywe i pełne ognia, postawa silna i kształtna, znamionowały w nim naturę czynną i energiczną. Dawny inżynier, cywilny, człowiek ogromnych wiadomości i praktyki, równie zdolny do rozwiązywania piórem najzawilszych zadań, jak do biegłego pracowania pilnikiem, towarnią lub młotem żelaznym, umiejący wydawać rozkazy, ponieważ sam umiał je wykonywać, ceniący, podnoszący prace ręczną, ponieważ ją sam niekiedy spełniał, już to dla przykładu już też dla zachęcenia; prawy aż do drobiazgowości, rzetelny i ufający aż do zbytku, ojcowski sprawiedliwy dla licznych swoich robotników.
Karol Dutertre jednę tylko miał zgryzotę, ślepotę swego ojca, i to jeszcze kalectwo ojca służyło mu za pozór do poświęceń tak tkliwych, do pieczołowitości tak delikatnej i tak wszechstronnej, że Dutertre i jego żona starali się wzajemnie pocieszyć, mówiąc do siebie, że przynajmniej mieli sposobność podwójnego dowiedzenia przywiązania swego dla starca.
Karol Dutertre, pomimo powszechnych przygotowań do uroczystości, odłożył ogolenie brody do jutra i pozostał w swojem roboczem ubraniu, to jest w bluzie z szarego płótna, poczerniałej, wypalonej i poplamionej w wielu miejscach, skutkiem rozmaitych wypadków w kuźniach swoich fabryk. Jego czoło szlachetne i wyniosłe, ręce białe i żylaste zarazem, poczerniały nieco od dymu warsztatów. Nakoniec w swojej pracowitej i niezmordowanej czynności, jak równie w chwilach rzadkiego wypoczynku po ciężkiej pracy, zapominał o tej wykwintności i troskliwości o własną osobę, których pewni ludzie nigdy się nie wyrzekają.
Dwoje dzieci ciągle jeszcze szczebiotało, zawsze oboje razem, starając się dać zrozumieć swemu dziadkowi, który nie mogąc tego dokazać, pytał każde z nich ze słodkim uśmiechem na ustach.
— Słucham już, słucham, cóżem tedy mówił, mój Guciu, i ty także, moja Madziu?
— Czy nasz kochany tłumacz zechce nam zrozumiałym językiem wyłożyć to szczebiotanie naszych dzieci? — rzekł do swej żony Karol Dutertre.
— Jakto, Karolu, ty ich nie rozumiesz?
— Wcale ich nie rozumiem.
— Ani ty, mój ojcze — zapytała młoda matka starca.
— Zdawało mi się, żem z początku coś rozumiał, jak niedziela i ubranie — odpowiedział starzec z uśmiechem — ale później tak się to jakoś zawikłało, że zmuszony byłem wyrzec się zrozumienia... albo raczej odgadnięcia, o co im chodzi.
— A jednak mniej więcej było to właśnie toż samo; o! tylko matki i dziadkowie zdolni są zrozumieć małe dzieci. — zawołała Zofja triumfującym głosem. Następnie, zwracając się do dzieci, dodała — nieprawdaż, moje drogie dzieci, że mówiliście do dziadzi: „Dziś jest niedziela, bo mamy nasze ładne nowe sukienki?“
Magdalena, czuła blondynka, otworzyła swoje duże oczy i schyliła główkę na znak potwierdzenia.
— Z ciebie jest prawdziwy Champdlljon[1] matek! — zawołał Karol Dutertre, gdy tymczasem starzec powiedział do dwojga dzieci:
— Nie, dziś nie jest niedziela, moje dzieci, tylko dzień uroczysty.
Tu Zofja znowu musiała wystąpić i powtórnie zostać tłumaczem.
— One się właśnie pytają, dlaczego to jest święto, mój ojcze?
— Dlatego, że zobaczymy naszego przyjaciela — odpowiedział starzec z uśmiechem nieco wymuszonym — a kiedy odwiedza nas przyjaciel, to zawsze jest święto, moje dzieci.
— Ale, ale, a woreczek? — rzekł Dutertre do swej żony.
— Zobacz go — odpowiedziała wesoło Zofja, pokazując na stoliku małe papierowe pudełko, otoczone różowemi wstążeczkami, czy myślisz, że ja zapomniałabym o naszym kochanym panu Paskal, o naszym zacnym dobroczyńcy.
Dziadek, zwracając się wtedy do małej Magdalenki, rzekł do miej, całując ją w czoło:
— Oczekujemy pana Paskala, wiesz o tem, pana Paskala.
Magdalena podniosła znowu swoje duże oczy, rysy jej przybrały wyraz pewnej trwogi i, wstrząsnąwszy smutnie główką, powiedziała:
— On taki, zły...
— Pan Paskal! — zawołała Zofja.
— O! tak — odpowiedziało dziecię.
— Ale — dodała młoda matka — dlaczegóż ty myślisz, moja Madziu kochana, że pan Paskal jest zły?
— Co znowu Zofjo — rzekł Karol Dutertre z uśmiechem — ty gotowa jesteś zwracać uwagę na takie dzieciństwa względem naszego zacnego przyjaciela?
Rzecz szczególna, twarz starca przybrała w tej chwili wyraz niespokojny, i czy to, że wierzył w pewność instynktu lub przenikliwość dzieci, czy też, że był powodowany inną jaką myślą, nie chcąc wcale żartować ze słów Magdaleny, zapytał także pochylając się do niej:
— Powiedzże nam, moje dziecię, dlaczegóż to pan Paskal jest zły?
Blondynka kiwnęła głową i odpowiedziała naiwnie:
— Nie wiem... ale on jest zły.
Zofja, która podzielała po części myśl dziadka co do szczególnej przenikliwości dzieci, zadrżała mimowolnie. Są skryte i tajemnicze stosunki łączące matkę z istotami jej krwi; jakieś niepojęte przeczucie, przeciw któremu walczyła wszystkiemu siłami, gdyż uważała je za nieusprawiedliwione, szalone, mówiło jej, że instynkt jej córki nie mylił jej może względem pana Paskala, chociaż dotąd młoda matka, nie mając najmniejszego podejrzenia co do tego człowieka, uważała go, owszem, według jego czynów, za człowieka z charakterem szlachetnym i wspaniałomyślnym.
Karol Dutertre, nie domyślając się wcale wrażeń swej żony i ojca, rzekł z wesołym uśmiechem:
— Więc ja teraz zkolei dam lekcję temu dziadkowi i tej matce, którzy mają się za tak biegłych w rozumieniu szczebiotania i uczuć dzieci. Nasz poczciwy przyjaciel ma grube ręce, gęste brwi, czarną brodę, ogorzałą twarz i opryskliwą mowę. Otóż, nie potrzeba już więcej, ażeby sobie zarobił na tytuł człowieka złego, na mocy wyroku tej malutkiej blondynki.
W tej chwili młoda służąca weszła do pokoju i powiedziała do swej pani:
— Panna Hubert przyszła, ze swoją służącą.
— Antonina? jakież to szczęście! — zawołała Zofja.
podnosząc się skwapliwie, ażeby wyjść na spotkanie panienki.
— Pani — dodała tajemniczo służąca — Agata pyta się, czy pan Paskal lubi groch z cukrem czy też ze słoniną?
— Karolu! — rzekła Zofja z uśmiechem do męża — to ważna rzecz, jakże myślisz?
— Trzeba przygotować jeden półmisek z cukrem, a drugi ze słoniną — odpowiedział Karol z namysłem.
— Otóż tylko matematycy umieją dobrze rozwiązywać takie zadania — rzekła Zofja wesoło; poczem wziąwszy swoje dzieci za ręce, dodała — pokażę Antoninie jak one wyrosły i wyładniały.
— Ale, spodziewam się — zawołał pan Dutertre — że poprosisz pannę Hubert, ażeby tu do nas przyszła, bo inaczej, ja sam pójdę po nią.
— Zaprowadzę dzieci do bony i powrócę do was z Antoniną.
— Karolu — rzekł starzec podnosząc się, gdy jego synowa wyszła z salonu — proszę cię, podaj mi rękę.
— Jak najchętniej, mój ojcze, ale myślę, że wkrótce nadejdzie pan Paskal.
— I ty żądasz, ażebym ja był obecnym, mój przyjacielu?
— Wszakże wiesz, mój ojcze, z jakim szacunkiem nasz przyjaciel jest zawsze dla ciebie, i jak chętnie okazuje ci zawsze swoją cześć.
Po chwili milczenia, starzec odpowiedział:
— Czy wiesz, że twój dawny kasjer, Marcelange, od czasu jak go wypędziłeś, często odwiedzał pana Paskala?
— Nie, mój ojcze, pierwszy raz słyszę o tem.
— Czy ci się to nie wydaje dziwnem?
— Rzeczywiście...
— Posłuchaj mnie... Karolu... ja...
— Daruj, mój ojcze — odpowiedział Dutertre, przerywając starcowi — zastanawiam się nad tem i zdaje mi się, że nic w tem niema nadzwyczajnego; nie widziałem naszego przyjaciela od czasu odprawienia Marcelange‘a, który wie bardzo dobrze o mojej przyjaźni dla pana Pa’skala; zapewne więc udawał się do niego z prośbą o wstawienie się do mnie.
— Takby to można wytłumaczyć — rzekł starzec z namysłem. — Jednakże...
— Cóż takiego? mój ojcze.
— To wrażenie twojej córeczki zastanowiło mnie nadzwyczajnie.
— Co znowu, mój ojcze — odpowiedział Dutertre z uśmiechem — mówsz to dlatego tylko, ażeby się przy, podobać mej żonie. Na nieszczęście, ona cię nie słyszy, ale opowiem jej twoje zaloty dla niej...
— Mówię to, Karolu — rzekł starzec smutnie — gdyż jakkolwiek wrażenie twej córki zdaje ci się być dzieciństwem, dla mnie ma ono pewną wartość, i kiedy je porównam z niektóremi okolicznościami, które mi w tej chwili przychodzą na myśl, jak równie z tem częstem widywaniem Marcelange‘a z panem Paskalem, przyznaję, że mimowolnie czuję jaką dziwną nieufność do niego.
— Mój ojcze, mój kochany ojcze — odpowiedział Karol Dutertre ze wzruszeniem — mimo chęci twojej, i tylko przez przywiązanie dla mnie, zasmucasz mnie bardzo. Wątpić o panu Paskalu, wątpić o naszym szlachetnym dobroczyńcy. Ah! słuchaj, drogi ojcze, to pierwsze zmartwienie, które mnie oddawna spotyka. Mieć podejrzenie bez żadnych dowodów, ulegać pod wpływem przelotnego wrażenia jednego dziecięcia — dodał Dutertre z zapałem swego szlachetnego charakteru — to niesprawiedliwie, dlatego też...
— Karolu — rzekł starzec urażony żywością swego syna.
— Przebacz, przebacz, mój dobry i najukochańszy ojcze — zawołał Dutertre, chwytając dłonie swego ojca. — — Uniosłem się, daruj mi to, ale przez chwilę przyjaźń stłumiła we mnie moje poszanowanie dla ciebie.
— Biedny Karolu — tkliwie odpowiedział starzec — daj Boże, ażebyś ty miał słuszność, nie ja, i zamiast uskarżać się na żywość twoją, rad z niej będę. Ale słyszę, że ktoś nadchodzi, pójdźmy, odprowadź mnie.
W chwili, kiedy pan Dutertre zamykał drzwi pokoju, do którego odprowadził ociemniałego ojca, panna Antonina Hubert weszła do salonu w towarzystwie pani Dutertre.

Przypisy

  1. Champolljon sławny archeolog francuski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.