Siła serca/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Siła serca
Podtytuł Błękitne romanetto
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Przemysłowa w Poznaniu
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIII.

Piękna to była chwila, kiedy dnia pewnego późnem popołudniem nad miastem pojawiło się dwadzieścia jeden aeroplanów, po skończonej zwycięskiej wojnie powracających do miasta, do lotnika-macierzy.
Przyleciały w szyku wojennym, jakby idąc na wielką wyprawę. I zaiste, wyprawa była wielka, ale radosna — powrót triumfalny do domu. Szła tedy naprzód szpica napowietrzna, za nią w straży przedniej kilka aeroplanów, a potem reszta w szyku głębokim, w trzech linjach nad sobą ustawione, w linjach kołyszących się i zmieniających się nawzajem.
Potem zebrała się napowietrzna falanga w jeden hufiec i zaczęła zataczać koła i kręgi nad miastem, zrazu wysoko, potem coraz niżej, aż wreszcie nad samem miastem leciała, zgiełk czyniąc okrutny, jak gdyby stu archaniołów w zbrojach pancernych i bijących mieczami o tarcze chciało się wedrzeć w ciche ulice miasta. A wszystkie aparaty, cale ubrane kwiatami, podobne były do wielkich latających nad miastem bukietów.
Tu już nie pomógł zakaz żaden. Wbrew wszelkim przepisom i ograniczeniom flotylla napowietrzna wpadła w główną ulicę i rzucając na dół całą powódź wieńców i bukietów, przeleciała pysznie popod łukiem triumfalnym. Stójkowi, rozumie się, oburzeni, wygrażali rozzuchwalonym pilotom zdołu swemi krótkiemi pałeczkami, ale publiczność tylko się z tego śmiała, a wszyscy rzucali się na kwiaty, chcąc bodaj listek przynieść do domu na pamiątkę tak uroczystego dnia.
Tych wszystkich sztuk, jakich na wysokościach lotnicy dokazywali, niktby nie zliczył. Dopiero wówczas widziało się, jak to sokołów swych uczył major Zaruta.
Zaś wieczorem cała drużyna zgromadziła się w białej willi, w parku.
Było dużo hałasu, uścisków i serdecznych powitań. Na werandzie, jak zwykle, płonęła różowoognista lampa, młodzi oficerowie obsiedli wszystkie kąty, a niektórzy pousiadali na schodkach lub na balustradzie. Ten i ów rzucił czasem wzrokiem na park biały w księżycowem świetle i na staw, który pływające po nim łabędzie zaprzędły srebrnemi smugami.
W pośrodku werandy stał major Zaruta, który tak kończył swą długą opowieść:
— Nigdy nie powinniśmy zastrzegać się przeciwko cudom, my, którzy wiemy, że nawet pod chmurami są aniołowie, mający nas w swojej opiece. Skrzydła daje nam motor, a moi bracia drodzy, czyż motor nie jest naśladownictwem serca ludzkiego? A jakiemż niewyczerpanem źródłem cudów jest serce ludzkie! Pamiętajcie dobrze, iż najlepsze motory najdoskonalszych aparatów zawodzą, kiedy zawiedzie serce. Zaś ono to ma do siebie, że iskrami, które wyrzuca z siebie, ożywia serca słabsze i mnoży siłę ich... A tak tworzy się łańcuch motorów niezwyciężonych i potęgą swoją zwalczających wszystko, jak na przykład wy, którzy zwyciężyliście wszystko tylko dlatego, że jesteście dobrzy chłopcy. Niczego więcej na świecie nie potrzeba. Tem się żyje, bije i zwycięża. Szukajcie zawsze dobrych chłopców i róbcie z nich baterje przeciw wszelkiemu złemu. Sercami podminujcie świat, a wysadzicie piekło w powietrze!
Gwiazdy srebrne wesoło przymrugiwały tej mowie...

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.