Siła serca/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Siła serca
Podtytuł Błękitne romanetto
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Przemysłowa w Poznaniu
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


JERZY BANDROWSKI
SIŁA SERCA
BŁĘKITNE ROMANETTO
Wydawnictwo Polskie.jpg
LWÓW-POZNAŃ 1922
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO


DRUKARNIA PRZEMYSŁOWA W POZNANIU







I.

Wysoko nad głowami widzów, w lazurowem przestworzu, duży dwupłaszczyznowiec skręcił się nagle w powietrzu, mignął jak biała iskra, stanął na skrzydle i runął w otchłań.
Ktoś krzyknął.
Lecz latawiec, jak gdyby nagle zatrzymał się na jakiejś fali powietrznej, wyprostował się i zatoczywszy lekko a płynnie piękny łuk, zaczął się znów wspinać na wysokości.
— Niesłychane! Wspaniałe! Coś cudownego! Jak on to bajecznie robi! — rozległy się głosy wśród publiczności.
Wszyscy stali z zadartemi do góry głowami, wpatrzeni w ruchomy punkt, wysoko nad niemi świecący w błękitach. Wielki, śmiały ptak leciał śpiewając, tak dźwięcznie, mocno i równo grał jego motor. W miarę im wyżej wznosił się latawiec, ton pieśni podwyższał się i stawał się przenikliwszym. Grały nim drewniane ściany szop na lotnisku, wklęsłości i załamania gruntu i bramy rzadkich tu już, okolonych ogrodami, podmiejskich białych dworków i czerwonych kamienic. Nawet uczący się na przyległem błoniu marsza wojskowego trębacze przerwali swe ćwiczenia i porzuciwszy monotonną melodję, przyglądali się przepięknym ewolucjom na wysokościach.
Zgromadzona na lotnisku publiczność, składająca się prawie wyłącznie z przedstawicieli świata sportowego, w całem znaczeniu tego słowa zasługiwała na miano wytwornej. Ludzie ci, między którymi było wielu członków różnych aeroklubów — widzieli już w życiu swojem niejedno lotnisko i niejednego lotnika. Byli wśród nich zapaleni zwolennicy lotnictwa, pamiętający prawie że pierwsze wzloty słynnych braci Wrightów w Paryżu, ludzi o duszach ptasich. Byli uczeni teoretycy, lub też zwolennicy sterowców, byli miejscowi i zagraniczni lotnicy, ale żaden z nich nie widział jeszcze nic podobnego. Rekordu żadnego w tych ewolucjach nie było, nie było też nic zasadniczo nowego lub nieznanego. Każdy z lotników miał mniejwięcej taką samą technikę latania. Ale tu było coś nieuchwytnego, jakaś jak gdyby poezja lotu, przedziwne, nieokreślone piękno, harmonja ruchów i zwrotów nadzwyczajna, płynność nieopisana lotu, wdzięk połączony z jakąś niezmierną łatwością, czy też radością.
— Zaruta jest artystą! — odezwał się naraz przewodniczący miejscowego aeroklubu, wysoki, dystyngowany pan z rasową twarzą i wstążeczką orderu w klapie.
— Ma świetną technikę! — rzekł po francuzku Yamato, lotnik japoński, mały, żółty, ubrany przez angieskiego krawca, lecz niezgrabny, o powolnych, łamiących się ruchach.
— Więcej. On ma talent! — rzucił przez zęby Dubois, lotnik francuski, człowiek o energicznej twarzy montera, z wysuniętą naprzód dolną szczęką i lśniącemi, błękitnemi oczami, jakby wchłaniającemi blask niebios.
— Ten człowiek kocha powietrze! — mruknął Burns, znakomity konstruktor angielski. — Jak Szkot kocha góry a Anglik morze, tak on kocha powietrze.
— Wszystkie jego ewolucje są ze sobą logicznie związane — stąd ich naturalność i proporcje, ich umiar. Patrzcie na to koło teraz — po „martwej pentli“ było wprost konieczne, znakomicie podkreśla jej patetyczną decyzję a zarazem tym majestatycznym lotem, tą okrągłą krzywizną mówi o opanowaniu aparatu przez lotnika i uspokaja nerwy widza. Zaruta to jedyny człowiek, który umie latać pięknie.
Tak mówił prezes aeroklubu.
— Oho! Już kończy! Za chwilę wyląduje! — zawołał monter, stojący niedaleko.
— Co on mówi? — spytał Japończyk stojącego obok siebie dziennikarza.
— Że Zaruta za chwilę wyląduje.
— A poczem on to poznaje?
— Ten lotnik bardzo kocha swoje miasto. Ile razy lata, zawsze na pożegnanie robi koło nad miastem, na znak czci i hołdu.
— A-ha, a-ha! — dziwił się Japończyk. — To bardzo ładne.
Istotnie, dwupłaszczyznowiec skręcił ku miastu, które widać było w kotlinie białe, łyskające ogniście oknami, rozzłoconemi przez popołudniowe słońce. Zieleń drzew starych i wielkich, o koronach gęstych, poważnych, przetykała ostro kanciaste grupy spiczastych dachów czarnych i czerwonych a dyszących dymem i białawą mgłą wyziewów. Spadzistą ulicą, jak szkarłatna kropla krwi, zciekał na czerwono malowany, maleńki tramwaj. Wyniośle sterczały stare wieżyce kościelne i dymiące kominy fabryk. Nad tą mgłą, nad temi ciemnemi konturami starych gmachów i kościołów wysoko w słońcu i szafirze ciepłym pojawił się jasny dwupłaszczyznowiec, do białego gołębia podobny. Ale nie zatoczył koła, lecz piął się wciąż w górę, póki wreszcie z olbrzymiej wysokości nie runął na dół, koziołkując w powietrzu.
— Szalone! — krzyknął ktoś z publiczności.
Zawtórował mu cichy, pełen przerażenia krzyk kobiecy.
Ale lotnik pewną miał rękę. Przebywszy dwie trzecie wysokości, rzucił swój aparat na wznak, odwrócił go i zatoczywszy już nisko nad miastem piękne koło, podążał ku lotnisku.
— A wiecie państwo, co to znaczy? — spytał prezes aeroklubu. — Zaruta chciał przez to symbolicznie wyrazić uklęknięcie przed miastem na kolano.
— Na wszystkich placach, wszystkich ulicach i na wszystkich balkonach stoją w tej chwili ludzie i powiewają chustkami lub biją brawo! — mówił dziennikarz. — Kobiety, dziewczęta odrywają kwiaty od staników i chciałyby je rzucić ukochanemu lotnikowi — bo wszyscy wiedzą, że to Zaruta lata nad miastem — ale trudno rzucać kwiaty w niebo a Zaruta z góry patrzy na owacje. Mimo całą swą miłość dla miasta dumny jest i rzadko z ludźmi rozmawia, prawie nigdzie nie bywa. Zato czasami coś mu strzeli do głowy i kręci się koło wież. Jak mucha naprzykrzona lata dokoła czarnej wieży katedry lub też dokoła tej białej, gotyckiej wieżycy tam, na górze. Lata i brzęczy — i ludzie poczciwi mówią, że on rozmawia z wieżami. Taki jest.
— A bywa też, że pisze na niebie i wówczas rozmawia z miastem.
— Jakże to pisze na niebie? — spytał Anglik.
— Lotem litery wypisuje. Całe miasto wówczas staje i czyta z otwartemi ustami.
— Very interesting! A cóż on pisze?
— Krótkie słowa. Więc pamiętam, kiedy raz był jasny, promienny, błękitny dzień wiosenny, Zaruta wypisał na niebie słowo „Cud“ i całe miasto roześmiało się uśmiechem szczęścia. A kiedy znów wzburzyli się robotnicy i chcieli porzucić pracę — wyleciał i nakreślił w niebiosach słowo „Zgoda“! i robotnicy doszli z pracodawcami do porozumienia. A zdarza się czasem, jeśli umrze ktoś bardzo zacny...
— To jest kto? Radca? Nadradca?
— Nie. Miasto wie, kto jest zacny a kto nie. Więc wtedy czasem pojawia się dwupłaszczyznowiec Zaruty nad orszakiem pogrzebowym i leci nisko, nisko, napełniając ulice niskim, gromowym brzękiem. I ludzie wiedzą, że to Zaruta kłania się umarłemu.
— An extraordinary clever man! (Nadzwyczaj dzielny człowiek!) dziwił się milczący dotychczas Happy, niski, krępy lotnik amerykański z prostokątną, czerwoną twarzą i szerokiemi szczękami, gryzącemi wciąż gumę do żucia. — Ma zmysł propagandy i reklamy.
— Nie, on ma serce! — odpowiedział dziennikarz.
— Pan ma słuszność! — skinął ku niemu głową Francuz.
Dwupłaszczyznowiec leciał prosto ku lotnisku.
— Niech pani się nie niepokoi! — mówił monter do młodej damy, stojącej w pierwszym szeregu widzów — Pan Zaruta ląduje miękko, jak nikt. Myślałby kto, że ma czucie w kole.
— Mnie się zdaje, że on dziś jest jakiś nieswój, źle usposobiony...
— To on bardzo często tak, przed lataniem — odpowiedział monter. — Czasem to przyjdzie wesoły i żartuje, a czasem to zasumowany, zamyślony, aż czarny i mówić nie chce. Jak mu pod humor trafi. Ale kiedy jest zły — lubi się wylatać. Goni, goni po niebie, a potem — jakby ręką odjął, ino zmęczony trochę i kładzie się w swoim pokoju i chce, żeby mu dać spokój... Niech się panienka nie boi... Pan Zaruta jest w powietrzu jak kaczka na wodzie.
Młoda dama westchnęła.
— Łatwo to mówić. A przecie tam — śmierć czyha każdej sekundy. Czy nie myśli pan o tem?
Powiedziała to poprostu, lecz głos jej zaśpiewał przytem skrzypcową jakąś nutą, śpiewną, tkliwą, bolesną.
Na dźwięk jej głosu Dubois odwrócił głowę i spojrzał na nią ciekawie. Była drobna, ciemno, lecz wykwintnie ubrana, o bardzo smagłej twarzy, w której teraz, mimo wielkiego panowania nad sobą, malował się wyraz nie tyle niepokoju ile bezradności. Jej podłużne, zielone oczy, okolone długiemi, jedwabistemi rzęsami patrzyły z pod silnie zarysowanych, prawie prostych czarnych brwi, jakby z dąsem i urazą czy też zniecierpliwieniem. Przy całej łagodności, a nawet pewnem rozmarzeniu, w rysach jej twarzy było coś dziwnie energicznego, jakiś nieledwie żelazny upór. Wyglądała bardzo młodo.
— Kto jest ta młoda dama? — zwrócił się Dubois do jednego z lotników miejscowych.
— Ta panienka? To siostra pana Zaruty.
— Oh, elle m’a l’air très interessante! (Oh, ona mi się wydaje bardzo interesującą..) Wie pan? Kiedy tak na nią patrzę, przypomina mi się ta kura, która wychowała kaczęta...
— Jak pan to rozumie?
— Mnie się zdaje, że właściwie ona jest — jakby to powiedzieć — duchowym motorem Zaruty. On lata przez nią...
— Nie rozumiem pana! — z uśmiechem potrząsnął głową lotnik, który istotnie na duchowych motorach się nie znał.
— Cóż ja wiem? — mruknął Francuz, w dalszym ciągu ciekawie przyglądając się panience.
Zaś ona oczu nie odrywała od nadlatującego aeroplanu.
Jeszcze poza obrębem lotniska dwupłaszczyznowiec, zatoczywszy parę kół, zniżył swój lot a potem zesunął się skośną linją tak, że miękko i bez najmniejszego wstrząśnienia dotknął ziemi i potoczywszy się kilkanaście metrów, stanął bez ruchu.
Natychmiast podskoczyli ku aparatowi monterzy odpinać lotnika, rzemieniami przymocowanego do siodła, zaś wraz z nimi z gratulacjami pobiegli widzowie. Prezes aeroklubu wytwornym, pańskim giestem ofiarował siostrze lotnika przepyszną wiązankę kwiatów.
Lotnik powoli wysiadł z aparatu.
Był to człowiek młody, smukły, zgrabny, o pociągłej, ciemnej twarzy, w której dwoje jasnych oczu paliło się pogodnym, modrym blaskiem. Kiedy, odsunąwszy przyłbicę z okularami, zdjął z głowy hełm, zaświeciła czupryna płowa, prawie biała. Ruchy miał zgrabne, ale ni to leniwe ni to zmęczone, bo powolne i jakby obolałe. Z godnością i z jasnym uśmiechem na twarzy kłaniał się otaczającym go znajomym, którzy zasypywali go słowami uznania i pochwały, temu i owemu uścisnął rękę i rzucił jakieś miłe słówko, wzrokiem jednak zdawał się szukać kogoś w tłumie. Szukał siostry, bo skoro ją zobaczył, oczy mu zapłonęły, a ruch, który zrobił w jej kierunku, był tak od serca, żywiołowy i niewstrzymany, że mimowoli usunięto mu się z drogi. Lotnik prześliznął się przez okalające go zwarte koło, podszedł ku siostrze, podał jej rekę, a potem wsunąwszy jej swoje ramię pod ramię i szepcząc jej coś w ucho, nachylony ku niej, skierował się wraz z nią ku jednemu z drewnianych budynków, gdzie miał swój pokój, przeznaczony na odpoczynek po lotach a także na załatwianie różnych spraw zawodowych.
— Więc mówisz, że było dobrze, Kasieńko?
— Wszyscy cię podziwiali, — odpowiedziała mu siostra z dumą.
— Ach, nie w tem rzecz... Tyś widziała — to był lot!
— Powiedziano o tobie, że jesteś artystą — lotnikiem. — Uśmiechasz się? Widać — zrobiło ci to przyjemność! Wiedziałam o tem, spodziewałam się tego. Co ci to, kochanie? Czy słabo?
Zaciężył jej bardzo na ręku.
— Och, istotnie, trochę mi słabo, Kasiu... Puść mnie, prędzej dojdę... Położyć się i... krople...
— Taki ty zawsze jesteś... Kiedy słabniesz, chcesz być sam, abyś nie zaciężył... Więc nie opieraj się na mnie, ale chodź prędzej... Ja też nie chcę...
Spojrzała, jak daleko jeszcze mają do celu, a potem obejrzała się, czy ich kto nie obserwuje. Oczywiście, obserwowali ich wszyscy.
Przyspieszyli kroku. Zauważyła, że brat jej bardzo zbladł. Na czoło wystąpił mu obfity pot, wargi zbielały.
— Co się z tobą dzieje, Marjanie?
Nie odpowiadał. Już stał u drzwi. Stanął, ujął ręką za klamkę i przechyliwszy się trochę wstecz, stał tak chwilę nieruchomo. Spojrzawszy nań, zrozumiała, że gdyby klamkę puścił, padłby na wznak. Chciała mu pospieszyć z pomocą — kiwnął przecząco głową. Opanował się ostatnim wysiłkiem, otworzył drzwi i ruchem pełnym naturalnego wdzięku puścił ją naprzód. A potem wszedł, klucz w drzwiach przekręcił za sobą, chwytając się ściany nieledwie że wbiegł do swego pokoiku i padł na otomanę.



II.

Bezradna wbiegła za nim.
— Co ci się stało?
— Zasuń firanki — szepnął. — Prędzej! A teraz... na biurku stoi kryształowy flakonik... Po prawej ręce... Jest łyżeczka mała... Nalej... pełną łyżeczkę... i daj mi. Nie, sama, bo mnie się ręce trzęsą... Prędzej...
Kiedy podchodziła do niego z lekarstwem, był już napół omdlały; tyle miał przytomności, że otwarł usta. Jakie to krople zażywał, nie wiedziała, ale po ich zażyciu zamknął oczy i leżał przez jakiś czas bez ruchu, bez słowa.
Uklękła przy nim, pełna niepokoju wzięła go za rękę, wpatrzyła mu się w twarz.
— Bój się Boga, Marjanie!
Ścisnął jej dłoń, dając do zrozumienia, aby milczała.
Przyglądała mu się zaniepokojona, strwożona, pełna zdumienia. Mężczyzna wielki, rosły, mocny, leżał tu oto bezsilny i wyczerpany zupełnie a twarz jego, twarz męska, pełna woli i charakteru, miała teraz wyraz nieledwie dziecięcy. Takim widziała go, kiedy chorował jako młody chłopiec. I przyszło jej naraz na myśl, że, choć on dziś był już mężczyzną duszę miał po dawnemu dziecięcą.
— Jakąż on wobec tego musi mieć żelazną siłę woli! — pomyślała. — I co mu daje tę siłę?
Powoli przychodził do siebie.
Potarł ręką czoło, westchnął, a ujrzawszy ją klęczącą przy sobie, uśmiechnął się z zakłopotaniem.
— Przelękłaś się?
— Na miłość boską, co ci jest?
— Nic dziecko, to właściwie nerwowe...
— Nie skarżyłeś mi się nigdy na nerwy.
Oburzył się. Lotnik musi mieć zdrowe nerwy.
— Na nerwy ja jestem zdrów.
— Więc może serce?
— Serce mam także zdrowe. To omdlenie z powodu wyczerpania. Ja bardzo dużo wkładam w to. Mnie to kosztuje...
— Więc to są omdlenia? Musiało ci się nie pierwszy raz zdarzyć... Najlepszy dowód ten flakonik.
— Myśląc, że to chorobliwe, radziłem się naszego klubowego doktora. Powiedział mi, że jestem zdrów... a to tylko skutki wzruszenia... Przepisał te krople... na wypadek...
— Nic mi o tem nie wspominałeś. A gdyby ci się to wydarzyło w powietrzu? — mówiła, blednąc na samą myśl.
— W powietrzu? To wykluczone.
— A pamiętasz Capellego?
— Ach, Capelli! Capelli nie był lotnikiem, tylko akrobatą włoskim, ekwilibrystą. Latał dlatego, że się nauczył i latał — dla zarobku — póki nie skręcił karku, co go musiało spotkać prędzej czy później. Myślisz, że on wiedział, co to powietrze, co to latanie?
Oparł się na łokciu i patrząc przed siebie, mówił jakby w zamyśleniu:
— Mnie w powietrzu nic się stać nie może, bo to mój żywioł.
— A jednak — omdlewasz!
— To nic. Są ludzie, którzy na morzu nigdy nie chorują, a po wylądowaniu dostają szumu w uszach, zawrotu, czasem i bólu głowy. Choć to nie tosamo. Powtarzam ci — to omdlenie jest tylko skutkiem wyczerpania, kiedy ląduję... W powietrzu nic mi nie grozi... Ja powietrze znam...
Wpatrzył się w błękitny pas nieba, widniejący w oknie nad żółtą, słońcem prześwietloną zasłoną.
— Widzisz, kiedy teraz, z tej otomany, patrzę na niebo, to patrzę na nie tak, jak marynarz na morze. Ty widzisz tylko kryształowe, błękitne przeźrocze, pustkę niebieską, a dla mnie to jest — mój żywioł. W takie dni, jak dzisiejszy, widzę powietrze jako toń spokojną, a kiedyindziej pokazałbym ci, jak fale jego świetliste kłębią się, przewalają i wichrzą... Ja wiem, co znaczą jego jasne drgnienia, jego błyski, i wiem, dlaczego ptak skręca w prawo lub w lewo. Okiem rzuciwszy, wiem, jaka jest gęstość powietrza,.. Znam jego drogi, gościńce i ścieżki, znam jego uśmiechy i groźby i wiem, że ono żyje — jak las, jak woda, jak ziemia... Wiesz, jako chłopak byłem niepojętny, zły uczeń. Przechodziłem z klasy do klasy tylko dzięki stosunkom ojca, uchodziłem za mało inteligentnego. A mimo to, kiedy pierwszy raz w życiu w kinematografie zobaczyłem aeroplan, wszystkiego się domyślilem, wszystko natychmiast odgadłem i wiedziałem, jak się lata... Ja jestem stworzony dla powietrza...
Wtem na lotnisku zawarczał motor.
Pilot przerwał i nadsłuchiwał przez chwilę.
— To jednopłaszczyznowiec Seytona — rzekł. — Ten Anglik dużo umie, ale zanadto sobie ufa i nie potrafi się skupić. Czucia w rękach nie ma. On kiedyś kości sobie połamie przy lądowaniu.
Warczenie motoru zaczęło się oddalać.
— Wzlatuje... Tak. Więc wracając do naszej rozmowy: Kiedy latam, jestem zupełnie innym człowiekiem. Tam, na wysokościach czuję się — u siebie. Wszystko ziemskie ze mnie spada, mam wrażenie, jak gdyby powietrze przechodziło przezemnie, przenikało mnie... Staję się lotnym, dusza moja spływa się w jedno z powietrzem, wichrem, światłem i błękitem... Rozumie się, nie można wykluczać nieszczęśliwego przypadku, zepsucia się motoru, złamania się śmigi.. To zawsze może być, bo też i na równej drodze można się potknąć... ale ja — nie zlecę... Czuję to, wiem i dlatego — ufam.
— Komuż ty ufasz tam, na wysokościach?
— A widzisz — powiem ci! Jest jakiś uśmiech w tem czystem i jasnem przeźroczu, jest blask dobroci i powaga mądrości, jest — dusza. Wierzaj mi, powietrze jest żywe. Ma ono swoje tajemnice, ale gdyby kiedykolwiek z otchłani błękitnej wypłynęła do mnie istota biała z białemi u ramion piórami — nie zdziwiłbym się. I nie zdziwiłbym się, gdybym pod łukiem różnofarbnej tęczy ujrzał zawieszone w błękitach kwitnące ogrody, lub miasta, ciche i bezpieczne w załomach chmur a wędrujące szczęśliwie przez nieskończoną przestrzeń...
Roześmiał się.
— Ale to już są fantazje zgoła niedorzeczne i na które lotnik pozwalać sobie nie powinien... Sądzę, że to te krople tak na mnie działają... Musi w nich być coś podniecającego. Ach, mój Boże! Zmęczony jestem. To morze powietrzne duszę ze mnie wyciąga. Ale co to za roszkosz! Każdy ruch, każdy rzut oka — wszystko tam żyje, jest potrzebne, uzupełnia się, a tu, na ziemi, tyle widzę rzeczy zbytecznych, umarłych, a które mimo to wciąż rodzą się i powtarzają — do znudzenia. A tam, wszystko jest takie, jak tego właściwie chciałem. Tam jestem szczęśliwy, zupełnie szczęśliwy.
— Wierzę ci bardzo — odpowiedziała półgłosem.
I jeszcze chwilę coś mówiła, coraz ciszej i ciszej, uśmiechając się dobrym, macierzyńskim uśmiechem, bo wiedziała, że brata usypia.
Istotnie zasnął. Świadczył o tem jego miarowy oddech.
Wówczas umilkła, i odwróciwszy głowę, aby brata spojrzeniem nie budzić — znała jego nadmierną wrażliwość, — usiadła na stojącem niedaleko krześle trzcinowem i tak siedziała, milcząc, w małej, cichej, nieco dusznej izdebce, skleconej z desek, ledwo zheblowanych, złotawo-białych.
Nie pierwszy raz była w tym pokoiku i znała dobrze jego ściany, na których, jak czarne plamy w białem obramowaniu, wisiały fotografje różnych aparatów i ich części składowych — bo Zaruta był niemniej zdolnym i pilnym konstruktorem jak lotnikiem. Z nad biurka uśmiechała się poczciwie z powiększonej fotografji matka, ładna, pełna kobieta w staromodnej sukni, na biurku stała jej własna podobizna. Na jednej ścianie wisiała złamana śmiga, która omal że nie przyprawiła lotnika o utratę życia. A zresztą, oprócz kilku krzesełek, skórzanych kurtek i hełmów, rozwieszonych w kącie, nie było w tym pokoju nic.
Kasia często jeździła z bratem na lotnisko, zwłaszcza przy wszystkich świątecznych okazjach, kiedy można było zobaczyć najsławniejszych nieraz lotników. Bywało wtenczas szumnie i wesoło, wszędzie trzepotają różnobarwne flagi, wszystko przybrane było zielenią, po szerokiem błoniu przechadzali się panowie z pięknie ubranemi damami, piloci, „ludzie napowietrzni“, ze śmiechem pozdrawiali się swem „tip-top“, a nieraz i muzyka przygrywała na złotych, powyginanych trąbach. Na lotnisku odbywał się festyn, lotnicy latali jakby na żart, a monterzy i robotnicy wyglądali, jak ludzie, którzy przyszli pomagać z własnej ochoty i dla własnej przyjemności.
To było wesołe.
Ale nieraz nudziła się serdecznie, kiedy brat, przywiózłszy ją do hangaru „na chwilkę“, odbywał długie konferencje z zasmolonymi monterami, prowadząc — zdawałoby się — beznadziejne spory i narady co do najrozmaitszych szczegółów. Odbywało się to tak: Pilot przyjeżdżał na lotnisko, szedł do hangaru, oglądał swoje aparaty — miał trzy różnych typów — krzywił się, kręcił nosem i udawał się do swej izdebki. Tam zapalał krótką, angielską fajeczkę, otwierał okno i wychylał się z niego, patrząc sobie na lotnisko. Wiedziała, że lubił ten widok i to otoczenie i że czuł się w niem najlepiej. Tak wyglądał z okna, póki nie zobaczył kogoś, kto mu był potrzebny. Wówczas wołał: — Tip-top, jak się macie! — i po chwili w oknie zjawił się ktoś w niebieskiej bluzie, z zasmarowaną twarzą i z czarnemi rękami. Wówczas pilot rozpoczynał rozmowę. Nigdy na nic nie narzekał a zawsze miał coś nowego na myśli, jakiś szczegół drobny, jakąś śrubkę, jakieś czegoś sprawdzanie czy skontrolowanie. Pokazywało się oczywiście, że ten ktoś usmolony w danej sprawie nie był kompetentny. Mówiono narazie o czem innem, póki dziwnym zbiegiem okoliczności nie zjawił się niespodziewanie — a zjawiał się zawsze — ktoś drugi, również usmolony ale kompetentny; niekompetentny nie odchodził, choć niby dana rzecz nie należała do niego. Wówczas pilot wyłuszczał swe żądanie czy też swą wątpliwość i Kasi zdawało się, że każde takie pytanie, którem zaczepiał monterów, było nieprzyzwoitością. I w rzeczy samej monterzy odpowiadali zwykle w pierwszej chwili niechętnym wyrazem zdziwienia i jakby zniecierpliwienia. Kompetentny potrząsał przecząco głową, niekompetentny, starając się niby przekonać go i obronić zamysł pilota, dawał takie dowody, iż jak na dłoni wynikało z nich, że lotnik nie wie, o czem mówi. Tuż zjawiał się trzeci usmolony człowiek w niebieskiej bluzie i z wysoko zakasanemi rękawami. Jemu to kompetentny przedstawiał sprawę; lotnik milczał i czasami tylko objaśniał. Trzej usmoleni specjaliści przesłaniali okno tak, że się robiło duszno. Patrząc na nich Kasia czasem aż się rumieniła za brata. Marszczące się czoła i nieledwie wzgardliwe spojrzenia monterów zdawały się mówić: — Czego ten wydziwia? Wszystko jest już oddawna wypróbowane, znane i wiadomo, że się tu już nic zrobić nie da. Jednogłośnie trzej mędrcy nowy wymysł potępiali.
— Chyba żeby może zrobić tak — zaczynał trzeci i rozwijał jakąś szaloną teorję.
Drugi, kompetentny, słuchał i przyglądał się mu lekceważąco. Jednem ironicznem pytaniem w puch rozbijał hypotezę i wzruszał ramionami. Wtedy pierwszy, nie kompetentny, zabierał głos i ględził. Poprostu — bredził. Wówczas zabierał znów głos pilot, i w miarę, jak rozwijał i uzasadniał swą myśl, czoła marszczyły się, w oczach widać było skupienie i naraz monterzy zaczynali się zgadzać z lotnikiem. Sypały się propozycje: — Takby można zrobić, i tak i jeszcze inaczej, ale tu już zabierał głos ten kompetentny, który tak gruntownie umiał uzasadnić niedorzeczność i niewykonalność pomysłu.
— Jakby już koniecznie chciał zrobić, toby mógł zrobić tylko tak:
I tu następował jasny i prosty wykład, z którego wynikało, że usmolony specjalista kompetentny nie tylko wierzył w wykonalność pomysłu, ale już sam nad nim pracował.
W ten sposób „chwilka“ mogła trwać nieraz i pięć godzin i pilot opuszczał lotnisko już w nocy. Zawsze siostrę przepraszał, ale ona, choć nieraz bardzo się nudziła, jako że się na tem wszystkiem nic nie rozumiała, nigdy mu nie przeszkadzała i nigdy nie okazywała zniecierpliwienia. Przyszło jej raz na mysi, aby na tych „pięć minut“, na tę „chwilkę“, brać ze sobą książkę do czytania, po namyśle jednak porzuciła tę myśl. Prawda, na technicznych sprawach nie znała się zupełnie, w tych rozmowach nie mogła brać żadnego udziału, jednakże mimo to sądziła, że obowiązkiem jej jest cierpliwie i pilnie słuchać i starać się odgadnąć. Nie ulegało dla niej żadnej wątpliwości, że ten najdroższy jej brat w sposób bardzo systematyczny i gruntowny przygotowywał jakieś — oderwanie się od ziemi. W tem była cała jego dusza, wszystkie myśli — zaś ona czuła, że tu właśnie jest największe niebezpieczeństwo i że dlatego należy jej czuwać. Marjan, zdawało się, myślał tylko o jakichś poprawkach i ulepszeniach i sprawy nawet nie zdawał sobie z tego, do jakiego stopnia otchłań błękitna wciąga go w siebie. Siostra, kochając go i rozumiejąc, spostrzegła, że on, nieświadomie nawet, gotuje się gorączkowo do ostatecznej wyprawy w Nieodgadnione.
Cicha, wierna, kochająca i gotowa do czynu — czuwała.
I dlatego nietylko, że łagodnem, pieszczotliwem słowem uśpiła teraz brata, ale rada była, że siedzi tak w tym jego pokoju, wżywając się w atmosferę, która niewątpliwie pełna była jego zamiarów, marzeń i myśli. Sądziła, że te myśli podsłucha, że one się jej, być może, objawią. Wodziła oczami po ścianach, myśląc o najmniejszym przedmiocie, na którym wzrok jej spoczął — a potem ukradkiem przyglądała się bratu, jak gdyby porównając swoje wrażenia z jego wyrazem twarzy. I na czystem czole panny zarysowała się pionowa zmarszczka poważnego zamyślenia.
Wtem pilot ruszył się. Machnął raz i drugi ręką, skrzywił się i mruknął:
— Źle! Mówiłem, że on nie ma czucia w rękach!
— Kto taki, kochanie!
— Seyton! Nie słyszysz? Źle wyląduje!
Dopiero teraz zauważyła, że huk motoru zbliża się.
— Leci lewem skrzydłem! Równowagi nie ma! Ach, cóż to za zarozumialec!
Wstała.
— Trzeba coś zrobić! — wykrzyknęła nerwowo. — Zabije się!
— Nie, nie zabije się! A przedewszystkiem ty nie wychodź!
Usiadła i jakby zastygła w oczekiwaniu.
Słychać było metaliczny chrzęst nadlatującego aeroplanu, brutalne warczenie motoru, rosnące z każdą minutą, a potem nagle trzask głośny i krzyki.
— Nic mu się nie stało! — rzekł pilot.
Wrzawa nie ustawała. Marjan dźwignął się, usiadł, wstał i powoli podszedł ku oknu.
— No więc? — zawołał do kogoś, odsunąwszy firanki.
— Złamał lewe skrzydło! — odpowiedział czyjś głos. — Za gwałtownie lądował. Ale nic mu się nie stało.
Kiedy opuszczali lotnisko, była już noc a księżyc wielki, okrągły, świecił na niebie. Lotnisko i hangary były srebrne — a w środku lotniska leżał przechylony, smutny, jakby chory, nadłamany jednopłaszczyznowiec — wielki ptak ze złamanem skrzydłem. W kotlinie widać było miasto, iskrzące światłami, przed aerodromem huczał motor oczekującego samochodu, niebo ciemnoszafirowe lśniło tysiącami wielkich gwiazd.

— Z nietoperzem i jaskółką
Nad jeziorem latam w kółko —

zacytowała Kasia Szekspira.
— Z nietoperzem, powiadasz? — odezwał się brat. — On ma dobry lot, szaloną łatwość zwrotów. Fiu, fiu, to jest aeroplan. Nietoperz? „Cwaniak“, moje dziecko, ten ci lata... Dobry wieczór, Michale, wynudziliście się.
Z czapką w ręce szofer otwierał im drzwi samochodu.



III.

Zaruta zajmował wraz z siostrą piękną, białą willę za miastem, zbudowaną tuż koło wielkiego parku. Ponieważ willa stała na wzgórku, zaś park leżał w kotlinie, przeto z okien i werandy widać było poprzez zielony żywopłot strzyżone trawniki, sino-czerwone na nich piwonje, ciemnozielone, smukłe tuje, podobne do płomieni świec, łabędzie pływające po czarnym stawie, a po drugiej stronie, prawie na wysokości willi lecz cokolwiek niżej, długą, strzyżoną aleję, noszącą fantastyczną nazwę jakiegoś orjentalnego władcy. Park był tak blisko, iż mogło się zdawać, że należy do willi.
Willa, otoczona sztachetkami i żywopłotem, obrośnięta gęsto dzikiem winem i z wielkiemi, szklanemi kulami, skrzącemi różnobarwnie wśród grządek kwiatowych, stała sobie samotna, wykwintna i jakby na uboczu. Kasia, która zajmowała się gospodarstwem, miała staranie o wygląd domu. Uważała, aby wszystkie metalowe ozdoby, klamki i zamki, pilnie czyszczone, lśniły jak złote, aby szyby w oknach świeciły, jak z miki, aby wszystko było w porę odnowione, odświeżone, zamiecione i pomalowane. Ten porządek oraz cisza i spokój, panujące w willi, sprawiały, iż — choć w wyglądzie jej nie było nic nadzwyczajnego — na pierwszy rzut oka odgadywało się, że jej mieszkańcy chcą być sami i żyją swem własnem życiem — nie przez egoizm, jeno ponieważ zaprząta ich coś, co wymaga osamotnienia.
Było to istotnie osamotnienie, ale nie samotność. Albowiem tuż obok znajdował się właśnie park, żyjący swem własnem, bujnem życiem. O żadnej porze roku nie był on bezludny i obumarły. Wiecznie kręcili się po nim ogrodnicy, nawet w zimie czuwający nad drzewami i roślinami, wiecznie uganiała po nim młodzież, zaś w dni świąteczne a także w pogodne, ciepłe wieczory letnie całe miasto cicho szemrzącemi, ciemnemi szeregami obsiadało długie ławki, podczas gdy młodzież, pstra w swej jasnej odzieży, ruchliwa i pełna życia, zgiełkliwym tłumem zapełniała ścieżki i aleje. Z zapadnięciem nocy park powoli pustoszał, ale do późna bawili w nim ci, których młoda energja unikała snu. I słychać było wówczas śpiewy chóralne, mandoliny i gitary, czasem rozmarzony, niepewny głos dziewczęcy, ciemnościom ze swych tęsknot zwierzający się pieśnią, a czasem śmiechy, krzyki piskliwe, trwożne niby a przecie rozbawione i uradowane i tupot stóp i odgłosy gonitwy. A kiedy już wszyscy odeszli i słowiki zaczynały pogwizdywać w klombach rozkwitłego, rosą świeżą obficie płaczącego bzu, w dalekiej i prostej alei, wśród której żywopłotów czarnych jak czarnem korytem płynęły strugi światła księżycowego, pojawiały się samotne pary, z długiemi, niecierpliwemi cieniami, wyrywającemi się im z pod nóg. Pary siadały i wrastały w ławki, w czerń strzyżonego żywopłotu, w blask księżycowy, w rozmarzenie nocne. A na park spadało wówczas jakieś omdlenie czy zamyślenie melancholijne nad wiecznie tymsamym szeptem zwierzeń, nad wiecznie tymsamym różańcem westchnień strzelistych, pragnień i cierpień...
A jakże miło było patrzeć, gdy w słoneczne przedpołudnia młode mamy zwoziły do parku na małych wózeczkach swe dzieci i pochylone nad niemi, oczami pijące ich uśmiech, zapominały o własnej, pięknie rozkwitłej młodości i o młodej wiośnie, uśmiechającej się z każdej grządki i każdej krzewiny! A cóż dopiero, kiedy się zebrały dziewczątka — czerwona, błękitna, biała, żółta, zielona, szafirowa — kolorowe punkciki w rozsłonecznionem powietrzu, migające czuprynkami, koroneczkami i wstążeczkami — i wziąwszy się za ręce, głosikami tak krótkiemi jak ich warkoczyki śpiewając — nieśmiało i jakby z zawstydzeniem kręciły się w koło, przyglądając się sobie z podejrzliwą, bo obawiającą się zawodu a oddaną życzliwością!
Najpiękniej jednakże było w zimie, kiedy młodzież, korzystając z nierówności gruntu w parku, robiła sobie z nich tory saneczkowe. Dzień w dzień, jeśli tylko było dość śniegu, na wzgórzach pojawiały się hałaśliwe tłumy w białych sweaterach i czapkach i cieszyły się błyskawiczną jazdą po wyszlifowanych, gładkich jak szkło, torach saneczkowych. Pod wieczór, kiedy słońce zachodziło klomby drzew czerniały, śnieg różowiał a zaś wyślizgane, gładkie tory stawały się ogniście czerwone — na nich sanki, jak ruchome grzędy kwiatów, śpiewających radosną pieśń wysokiemi, entuzjastycznemi okrzykami — ponad tem czasem, nisko nad drzewami, jedna lub dwie wielkie, jasne drżące gwiazdy... A potem niebo ciemniało w szafir, śnieg nabierał jasnego lśnienia, tory świeciły jak brylantowe strumienie, a zaś saneczki na nich czerniały... A tylko młode głosy brzmiały w jasnem spokojnem powietrzu jak chór radośnie rozkołysanych dzwonków i dzwoneczków.
Tak przez czyste okna swej willi lub też z werandy Kasia przyglądała się pięknemu parkowi i życiu, które w nim wrzało, czując się dzięki temu bliższa ludziom i nie samotna w chwilach, kiedy Marjana przy niej nie było.
Albowiem brat był treścią jej życia, jedyną jej dumą i jedyną troską.
Kochała go niezmiernie. W dzieciństwie istotnie nie odznaczał się zdolnościami, ani inteligencją, chodził po świecie jakby zaspany, ale zawsze był niewypowiedzianie dobry i uczciwy, nigdy nie kłamał. Młodsza od niego o cztery lata, już jako młode dziewczątko prześcignęło go w rozwoju umysłowym i widząc go nieraz w ciężkich z powodu jego naiwności tarapatach, zajęła wobec niego stanowisko do pewnego stopnia opiekuńcze. W trudnych chwilach broniła go przed ojcem, wyrabiała mu różne amnestje, czuwała nad nim — i tak do tego przywykła, że choć z czasem stał się z niego chłop jak dąb, patrzyła na niego jak na dziecko. Widziała to dobrze matka i umierając, przykazała jej opiekować się bratem. To przykazanie Kasia święcie spełniała.
Subtelna i bystra, przyglądając się bacznie bratu, zauważyła, że pomimo całą ociężałość umysłu i to, co ojciec nazywał tęsknotą duchową, w sposobie jego postępowania, w jego życiu, wreszcie w jego spojrzeniu, twarzy i ruchach, było coś nadzwyczaj szlachetnego i jasnego, coś co z niego nieledwie promieniowało. W pokoju jaśniej się robiło, kiedy on wchodził. Mówił często niedorzecznie, ale zawsze z duszy. Jeśli go krzywda spotkała — był zdziwiony, prawie ogłuszony, nie rozumiał, jak to się mogło stać. Niejednokrotnie zdarzało się, że postępował dziecinnie, naiwnie, nieledwie niedorzecznie, ale to nie była głupota a tylko jakaś, niczem nie dająca się z duszy wytrzebić dziecięca wiara. I Kasia zrozumiała, że to stanowi olbrzymią siłę.
Drugie, bardzo zajmujące doświadczenie, zrobiła na terenie muzyki. Rodzice muzykę bardzo lubili, więc kazali ich oboje uczyć gry na fortepianie. Marjan uczył się dłużej od niej, lecz gdy ona błyskotliwą i pełną wdzięku grą nieledwie imponowała — zresztą bardzo i prawdziwie muzykalna — on brnął wciąż w trudnościach i czasem tylko udawało mu się wydrzeć klawiaturze jakiś frazes. Ten frazes jednak zadziwiał swą dojrzałością, pełnią, dźwiękiem i siłą. Były to jakby błyskawice, strzelające z ciemności i po tych oderwanych okrzykach, po tych mozolnie ale jędrnie kształtujących się tonach Kasia poznała, iż gdzieś głęboko, w duszy jej brata, kształtuje się i wzbiera powoli życie zupełnie mądre i budowane na pewnych fundamentach.
Zrozumiawszy to, otoczyła brata jak najczulszą opieką. Nie było jej już tajnem, że on powoli montuje się, że, szczęśliwie nie ulegając żadnym nieczystym wpływom, buduje się sam z najlepszych, najczystszych pierwiastków własnej duszy. Nie znała świata i nie wiedziała, czy istotnie w życiu to właśnie stanowi największą wartość, ale kochając brata szczerze, życzyła mu, aby mógł na swojem postawić! Od tej chwili on stał się jej najwyższą ambicją, a pragnienie, aby te szukające sobie tak mozolnie drogi wartości jego czystej duszy zwyciężyły, powoli stały się treścią jej życia.
I otóż umarł ojciec, oni zostali sami, we dwoje. Marjan był wówczas młodym, zaledwie dziewiętnastoletnim chłopcem. Byli zamożni, mogli się bawić, używać życia — jak dzieci. A właśnie wówczas on, po paru miesiącach różnych zabiegów i starań, zaczął się kształcić na pilota.
Zpoczątku uważała to za niebezpieczny i lekkomyślny wybryk młodzieńczy, niebezpieczny o tyle, że przy lada sposobności brat mógł się zabić, młodzieńczy, ponieważ była przekonana, iż ludzie, poważnie zajmujący się lataniem, bez trudu spostrzegą, z jakiem dzieckiem mają do czynienia. Dlatego, nie sarkając, cierpliwie znosiła entuzjastyczne tyrady brata a i to, że skutkiem jego nowych zajęć, porządek dnia cierpiał. W jadalni, w której często jadał obiad odgrzewany, rozlegały się słowa i terminy techniczne dotychczas tu nieznane. Krawcy przychodzili z jakiemiś dziwnemi ubraniami, a sam Marjan zwoził do swego pokoju mnóstwo niewidzianych sprzętów.
Nareszcie jednego dnia kazał się obudzić o czwartej rano, twierdząc, że po wielu różnych próbach i nauce, jutro dokona pierwszego swego większego wzlotu. Wierzyła mu i nie wierzyła. Nie wątpiła, że wzlecieć zechce, była jednakże pewna, iż mu na to nie pozwolą. — Jakże to on, Marjan, może ni stąd ni zowąd latać? To jest niemożliwe, na to trzeba Santos Dumonta albo któregoś z tych znanych, ale żeby on, Marjan, latał... Więc bez większego zainteresowania i bez żadnego wzruszenia poleciła szafarce, aby wcześnie „dla panicza“ przygotowano śniadanie, żeby szofer był gotów i żeby wszystko było w porządku.
A właśnie przyszła wiosna, błękitna, promieniejąca, uśmiechnięta. Była to młoda wiosna, rozkochana w pąkowiu kwietnem i w lazurze błękitnym, w jasności promieni słonecznych i w kruszeniu tradycyj zimowych, wiosna wojownicza, śmiała, wygrywająca. Ziemia, niezupełnie jeszcze obeschnięta, miała dziwną elastyczność, słońce, nie przysłonione gęstą zielenią, pyszniło się siłą swego żaru, a tylko niebo, czyste, błękitne, pogodne, patrzyło na ziemię z tą jasną pewnością siebie, którą daje wiara w dobrą przyszłość. Kasia, żegnając brata, widziała to wszystko i uśmiechnęła się do tego rozkwitającego życia, a potem, senna jeszcze, wróciła do łóżka i zasnęła spokojnie.
Zaturkotał motor samochodu i chłopak pojechał — w świat!
Ach, jak żałowała, że nie była przy tym jego pierwszym wzlocie, ile razy wyrzucała to sobie. On jechał pewnie z miną uroczystą, w głębi duszy wzruszony i przejęty ważnością chwili — słusznie, to pokazało się, że właśnie wówczas jego godzina wybiła! Zrozumiała to dopiero później, kiedy, ujrzawszy, czem się ta pierwsza próba skończyła i jakie dała następstwa, pomyślała, z jakiemi przeczuciami on na lotnisko jechał i jak ważną, jak doniosłą musiała to być dla niego chwila!
Ona sama, wróciwszy do swego pokoju, położyła się do łóżka ciepłego jeszcze. Godzina była bardzo wczesna — szara, zaspana. Ledwo przyłożyła głowę do poduszki, zasnęła i spała jakiś czas mocnym, nadrannym snem. Wtem obudziła ją pieśń — a właściwie dźwięk złotej struny, drgającej w powietrzu. Dzwoniło jej coś w uszach, uparcie jak mucha, ale to brzęczenie śpiewne nie tylko nie było dokuczliwe, lecz śpiewało niewypowiedzianą radością, zachwytem niebowziętym i uszczęśliwionym.
Zerwała się, czując, że ta pieśń dziwna coś jej zwiastuje. W szlafroczku wypadła na werandę, oparłszy się o balustradę, wychyliła się, rozejrzała się po niebie — i naraz stanęła zachwycona.
Niebo było złoto-szkarłatne, ogniste zorzą wczesnego poranku wiosennego, płomienne. A na tem tle, wysoko nad ziemią, od złota i purpury — odcinał się mały, brzęczący, czarny równoległobok — aparat, na którym leciał w przestrzenie jej brat.
Odgadła, że to on — i z przerażeniem spojrzała w niebo, w tonie niezmierne, wrogie, rozświetlone jasnością, której żadne nieszczęście ludzkie zgasić nie zdoła, a gdzie on był sam. Pomyślała, że z wysokości swego lotu na świat patrząc, dostrzec jej w tej chwili nie może i że — ona nie wie, jak posłać mu pod chmury to słowo, które potrafiłoby nakształt białego gołębia usiąść na jego aparacie i przewieźć go przez zdradliwe otchłanie. Pod nim była śmierć, zaś on, nurzając się w morzu tęczowem piersią obłoczki srebrne przebijając, wielkim głosem uroczyście śpiewał jej pochwałę. Każdą sekundą swego tam istnienia składając jej pokorną ofiarę za triumf jednego oddechu, jednego uderzenia serca. I tak płynął we wschód różowy, aż wreszcie i pieśń jego wsiąknęła w bezmiar i kształt aeroplanu zmalał, zmięszał się z blaskiem niebieskim i zniknął.



IV.

Od tego dnia Marjan zmienił się, rozwinął, zmężniał. Stało się to z dnia na dzień — jak gdyby motyl wyleciał z poczwarki. Ledwo skrzydła poczuł u ramion, cały żył lotem. Codzień wczesnym rankiem jeździł na lotnisko i codzień Kasia słyszała jego słoneczną pieśń. Niski, dźwięczny, basowy ton budził ją; zrywała się i podbiegała do okna, z którego widać było park słoneczny, porankiem rozpromieniony, rośny i wonny, lecz pusty — nad nim czarny lub srebrem migający, kanciasty kształt płynącego na falach powietrznych aeroplanu. Pilot czasami zniżał swój lot z wielkim, metalicznym chrzęstem, niby zbroi, szybował nad parkiem, z każdym dniem pewniejszy siebie i śmielszy. A potem wracał do domu, kąpał się, ubierał i zasiadał do śniadania, szczęśliwy i zadowolony z siebie.
W dni deszczowe uczył się, kształcił się teoretycznie. Prenumerował kilkanaście czasopism specjalnych, mozolnie sklecał jakieś modele poszczególnych części składowych różnych aparatów. A gdy się zmęczył — siadał do fortepianu i grał lub też gimnastykował się na starych przyrządach gimnastycznych, które za domem jeszcze ojciec dla niego pobudować kazał. Ale i w tem miał swój styl i swe oryginalne upodobanie. Ulubionym jego przyrządem był giętki, stalowy, wysoko nad ziemią umieszczony rek amerykański. Kiedy stojąc pod nim i nacierając ręce pudrem, wysoki, smukły i cienki w pasie, z głową zadartą do góry mierzył wysokość skoku do lśniącego pręta, Kasia wiedziała, że po chwili zacznie bujać w powietrzu. I istotnie, ciało jego jak gdyby nie miało żadnej wagi, po kilku giętkich, wahadłowych ruchach nagle wylatywało w powietrze, kręcąc się dokoła drążka jak chorągiewka. W locie Marjan, skupiony i poważny, zmieniał chwyt, naraz stopami opierał się o drążek lub też, chwyciwszy się go jedną nogą i jedną ręką, puszczał się w lot, robiąc ulubioną sobie figurę, zwaną „orłem“. Gimnastykiem był świetnym, miał rzadką harmonję ruchów, pewność, spokój i dokładność.
Z jego graniem działo się też coś dziwnego. Miał utwory, których nigdy nie mógł wygrać, ale o tych teraz śmiało mówił, że nie trafiają mu do przekonania. I umiał też powiedzieć, dlaczego. Zaś inne zabarwiały się i zarysowywały pod jego palcami coraz jaśniej, wyraziściej i mądrzej. Odgadywał ich dusze i jego pozornie twarde, nieugięte palce wyciągały ją z kompozycji, bladoróżową, srebrzyście świecącą, jedwabną i drżącą w jego rękach. Nie męczył się, nie odgadywał, nie zdobywał. Życie, to jego życie, wszystko co z nim było w kontakcie, samo oddawało się mu, radośnie i bez zastrzeżeń.
A żył cicho i czysto, jak panienka. Rozumie się, że jego pokój był pod osobistym nadzorem Kasi, która sama ścierała w nim kurze, sama podlewała kwiatki i uważała, aby zawsze miał bukiet świeżych kwiatów na stole. On sam był pedantycznie porządny i lubiał czystość i schludny ład. Wszystko miał zawsze systematycznie poustawiane, urównane i pochowane i widać było, że ten porządek nie tylko sprawia mu przyjemność, ale jest dla niego niezbędnym warunkiem życia.
Zwolna wybijał się. Stał się znanym w mieście, potem w kraju. Pracował nieustannie i z dobremi wynikami: Zaczęto zapraszać go na konkursy, loty rekordowe „raidy“. Nie pragnął sławy, przeciwnie, prawie że jej unikał. Był pracownikiem, szczęśliwym, jeśli praca jego dawała jakie owoce, nie był karjerowiczem. Jednakże chciał się uczyć, chciał widzieć, jak drudzy pracują, co umieją. Więc był wraz siostrą w Paryżu, latał na hydroplanie w Ostendzie, w Sztokholmie podziwiał twardy upór lotników niemieckich, w Wenecji zachwycał się śmiałymi pilotami włoskimi: Latał nad starą Królową Adrjatyku, podziwiany przez d’Annunzia, który z właściwym sobie poetyckim entuzjazmem — uściskał go. Przeleciał Alpy i przeleciał Morze Śródziemne i wszędzie siostra widziała go okrążonym wielbicielami, zasypywanym gratulacjami i kwiatami. Zdobywał wciąż nowe odznaczenia i rekordy, ale gdy pewnego razu w Genui operator filmowy, który zdejmował jego lot i wylądowanie, namówił go do pozowania, Marjan, stanąwszy przed aparatem, nagle wybuchnął śmiechem i odwrócił się.
— I czemuż się roześmiałeś? — pytała go siostra, gdy wracali do hotelu.
— Za głupio mi było — odpowiedział, uśmiechając się na samo wspomnienie.
Ale po paru latach tych jazd triumfalnych Zaruta, choć jeszcze był bardzo młodym człowiekiem, zaczął odmawiać.
— Pocóż mi to wszystko? — bronił się, kiedy mu siostra łagodnie wymawiała pewną ociężałość. — Odznaczenia? Żetony? Znałem pewnego leśniczego, który miał ogromną, czerwoną, aksamitną poduszkę, zupełnie pokrytą powpinanemi do niej żetonami, medalami i odznaczeniami za celność strzałów. Jest to także sztuka, zaś przedewszystkiem — była to jego sztuka. A temu mądremu człowiekowi tak się to przejadło, że tę poduszkę trzymał — w najciemniejszym kącie pod łóżkiem.
— Przesadzasz, kochanie!
— Nie przesadzam. Zrozumiej, że całkiem co innego jest, jeśli ja latam dla siebie, a zupełnie co innego — popis. Owóż ja nie jestem akrobatą. Pracować muszę — nie popisywać się. Umiem coś niecoś, widziałem dużo — trzeba coś zrobić.
Zaś kiedy wrócili do rodzinnego miasta, Kasia z radosnem zdumieniem spostrzegła, iż brat jej jest poprostu kochany. Znano nietylko jego samego, znano wszystko, co do niego należało. W sklepie, choćby był największy tłum, usuwano się jej i robiono jej delikatnie miejsce, tak delikatnie, że aż się czasem dziwiła, skąd w ludziach bierze się tyle poczciwej i zacnej subtelności. Nikt jej nigdy nie powiedział: — Pani, jako siostrze naszego ukochanego lotnika, należy sie pierwszeństwo! — przeciwnie, ludzie szorstko ale z uśmiechem mówili: — Niechno pani bierze, już ja zaczekam! — a ona wiedziała, że to jest podziękowanie za piękny lot, za odwagę, iż ten blask sławy, jaki z dalekiego świata jej dzielny brat przywiózł w darze rodzinnemu miastu. Znano jego samochód i odwracano się za nim na ulicy. Nikt nigdy nie był natrętny, ale przecież poczta, przychodząca do białej willi przy parku, stawała się codzień obfitsza. Przychodziły kartki i listy, pełne gorących życzeń, słów uznania, czasem wierszyków, przychodziły też epistoły uroczyste, odwołujące się do decyzji lotnika w zawiłych lub przykrych sytuacjach — a były to jawne dowody miłości i zaufania.
Młody pilot promieniał szczęściem. Widział, że jest kochany i odwdzięczał się za to z głębi duszy. Żadnej prośbie nie odmawiał, wszędzie i zawsze pomagał, najbiedniejszym człowiekiem się zajął. Jemu też niczego nie umiano odmówić i nie odmawiano, nie tylko dla sławy, która nakazywała szacunek, ale z powodu jego przedziwnej, wiecznie dziecięcej dobroci i naiwnej szczerości. Przytem wiedziano, że nigdy nie prosi o nic dla siebie.
To były jedyne punkty, w których stykał się z ludźmi. Zresztą — nie unikał ich, ale trzymał się na osobności. Nie bywał na żadnych przyjęciach ani na balach, a cały czas wolny od pracy i zajęć niezmiennie spędzał w domu. Szczęśliwym dla tych jego upodobań zbiegiem okoliczności Kasia, która w młodym wieku wiele widziała świata i pięknych uroczystości i obyła się z niemi, nad zgiełkliwe salony przenosiła też swój cichy, jasny pokój panieński; jej jednakże zdawało się, że tego rodzaju odosobniony tryb życia nie licuje ani z wielkiem imieniem ani z wielkiem wzięciem lotnika.
Pewnego razu siedzieli wieczorem na werandzie. Było to z początkiem lata. Dzień już zgasł, ale przygasający długiemi, powolnemi akordami szafirowy zmierzch nie wpuszczał na świat czarnej nocy, przesycony ostatniemi odblaskami łun słonecznych, wycofujących się w nieznane dale. Bladem światłem w coraz to ciemniejącym błękicie świeciła zwisająca ze stropu werandy lampa, przysłoniona kloszem różowym w ognistoczerwonawe żyłki; dokoła lampy latały ćmy, które, siadając czasem na kloszu, rysowały się na nim ozdobnemi, czarnemi sylwetkami. Z niedalekiego stawu w parku dolatywało ciche kunkanie żab a gdzieś tam młodzież śpiewała na cztery głosy pieśń o powolnym, poważnym rytmie i surowej, głębokiej harmonji, przypominającej hymn kościelny.
Zasłuchany w tę niewinną muzykę wieczoru i zapatrzony w ćmy, latające dokoła lampy — bo pilot oczu nie odrywał od wszystkiego, co umiało latać, — Marjan kołysał się lekko na bujaku, pykając z krótkiej, angielskiej fajeczki. Kasia, oparta o balustradę werandy i jakby upojona łagodną słodyczą wieczoru, patrzyła przed siebie w cichy park. Bujak skrzypiał zcicha niby nowe trzewiki, wielkie szklanne kule na grządkach kwiatowych, podchwytając stłumione światło lampy, żarzyły się blado, jak łyse, widmowe lecz dobroduszne głowy, wychylające się z dobrym uśmiechem z ciemności, pasma silnych aromatów wznosiły się z kwiatów prawie widoczne, niby dymki z kadzielnic. W ten święty, zbożny a tak skromny cud wieczorny wejrzał naraz ciekawie żółty księżyc i, wysunąwszy się z za czarnych szpalerów, stanął nakszałt latarni u końca aleji, pyzaty i trywialny swą pełnią; w tej chwili jednak, zauważywszy to jego narzucające się i niedyskretne wystąpienie, chmurka jakaś blada przybiegła i rzuciwszy muślinową zasłonę na jego szeroką tarczę, zasnuła go tajemnicą i roztęsknionem marzeniem.
— Jaki cudny wieczór! — odezwała się Kasia.
— Przecudny — mruknął brat półgłosem.
— Nie chciałbyś pójść do parku?
— Pójść? — zabrzmiał z odcieniem niemiłego zdziwienia głos Marjana.
Uśmiechnęła się do siebie. Marjan nie lubiał chodzić. Wszystko raczej — tylko nie chodzić:
— Jaki też z ciebie niewypowiedziany próżniak!
— O!
— Paru kroków zrobić ci się niechce!
Dało się słyszeć gwałtowne pykanie fajeczki.
— To nie lenistwo — burknął obrażony pilot, — to wstręt do chodzenia.
— Doprawdy — pojąć tego nie mogę!
— Fu! Co za prymitywna historja! Naprzód jedna noga się rusza — pomyśl, w ciele ludzkiem odbywa się z tego powodu cała komedja! Z powodu tego nieznacznego ruchu jednej nogi! Przypatrz się tylko dzieciom, uczącym się chodzić! Potem druga noga — o mój Boże, ile jest w tym ruchu do rozwiązania formuł matematycznych, co się na to wszystko składa, a rezultat? Krok na piędziesiąt centymetrów: Pomyśl: ten kolosalny wysiłek i ten śmieszny rezultat! Aż wstyd człowiekowi! W dzisiejszych czasach — takie barbarzyństwo!
— Mów, co chcesz, a przecie ja mam słuszność. Jeśli nie można nazwać cię próżniakiem w całem znaczeniu tego słowa — bo sprawiedliwość każdy ci odda, pracujesz — to w każdym razie jesteś niezmiernie wygodny!
— I wonder! — zdumiał się biedny pilot. — Wstaję przeważnie o czwartej rano, pracuję jak pilot, jak monter i jak żak często prawie do północy, oprócz tego nigdy nie zaniedbuję gimnastyki — a ty zarzucasz mi, że jestem wygodny! Nie rozumiem!
— Robisz to, co lubisz, co może nie jest łatwe, wymaga nawet dużego wysiłku, ale — odpowiada twoim skłonnościom i upodobaniom. Przyznasz, że to każdy potrafi. Któż nie wytęży wszystkich sił, aby być szczęśliwym?
— Jest to prawo człowieka! Dumny jestem z tego, że robię, co mi się podoba.
— Zapewne. Jednakże nie zdaje mi się, aby na tem kończyły się twoje obowiązki wobec samego siebie.
— Czyżbym ja nie spełniał swoich obowiązków?
W głosie jego czuć było zaniepokojenie.
Kasia usiadła naprzeciw niego i łagodnie a mądrze spojrzała mu w oczy swemi złotemi, spokojnemi oczami. Nie odrywał od niej wzroku.
— Mów śmiało, dziecinko, może ty masz słuszność! Znam twój rozum, znam twoje dobre serce, twój zacny sposób myślenia... Tyle ci zawdzięczam... Nie wahaj się, mów poprostu, jak myślisz...
Właśnie teraz zawahała się. Przez chwilę zastanawiała się nad tem, co ma powiedzieć.
— Tak sobie myślę, widzisz, że my, szczęśliwi — o, bo ja jestem zupełnie szczęśliwa! — zbyt daleko trzymamy się od ludzi, zbyt na uboczu, być może żyjemy...
— Jakże to — na uboczu? Trudno, żebyś my mieszkali na rynku!
— Zaraz — na rynku!
— No, nie, zrozumiej, mnie spokój potrzebny jest nie tylko do pracy, ale to już taka właściwość mego usposobienia.. Lubię ciszę... Nie lubię zbyt dużo ludzi koło siebie... Bo mi przeszkadzają! — tłomaczył się z odcieniem skargi w głosie — Mam ciebie — i ledwo dla ciebie czasu mi starczy, a przecież wiesz, jak ja cię kocham... Wyrzucam sobie to nieraz!... Być może, że zamało tobą się zajmuje...
— Ach, kiedy tu wcale o mnie nie idzie! — broniła się. — Wierz mi, mnie jest zupełnie dobrze, ja nie mam żadnych życzeń, czuję się zupełnie szczęśliwa...
— Ja też! — gorąco potwierdził brat. — Cóż tu możemy zmienić? A dalej — czemuż nie wolno nam być szczęśliwymi? Co mam robić? Nie rozumiem cię!
Żałowała, że się wdała w tę rozmowę.
Cóż to strzeliło jej do głowy?
Myślała przez chwilę.
— Tak jest, masz słuszność! — rzekła wreszcie, podnosząc głowę. — Jesteśmy szczęśliwi i mamy prawo do szczęścia, jak wszyscy. Zdobyliśmy je. Więc cóż — mamy je chować dla siebie, jak skąpcy? Czemuż się niem nie podzielić z drugimi? Czy sądzisz, że szczęścia jest zadużo na świecie? Że wszyscy je znają, że wszyscy widzieli jego złoty kwiat?
Pilot zmarszczył brwi, wstał i przeszedł się kilka razy po werandzie. A potem stanął przed siostrą i spytał:
— Kasieńko? A cóż ja mam robić?
Wzruszyła ramionami.
— Pozwól! — mówił dalej. — Przyznaję ci w duchu słuszność, ale — szczerze ci mówię — nie rozumiem cię! Gdzieś w głębi duszy czuję, że nie wszystko jest tak, jakby powinno być, ale konkretnie nie wiem, co mam zrobić! Powiedz-że mi!
Zmięszała się. Pytanie było postawione tak szczerze i poprostu, jak się tego nie spodziewała.
I w gruncie rzeczy nie wiedziała, co odpowiedzieć. Bo to, co jej przyszło na myśl, było właściwie niewytłomaczone a raczej — nie do powiedzenia. Oto, stojąc oparta o balustradę werandy i pełna podziwu dla uroczego wieczoru, pomyślała, jak jest szczęśliwą i jak nieszczęśliwą być — by mogła, gdyby się to skończyło. Z przerażeniem przypomniała sobie, że przecie ten jej ukochany brat jest mężczyzną, młodym, pięknym i sławnym, który prędzej czy później będzie musiał oderwać się od niej, aby pójść w życie i świat ze swoją żoną... Na myśl o tem uczuła niezmierną pustkę dokoła siebie i wówczas zrozumiała dolę — może nie swoją — ale tej osamotnionej, która gdzieś w świecie, nikomu nieznana a tak pełna stęsknionej miłości czeka i, może być, napróżno czekać będzie całe życie... Lata mijać będą przed jej oczyma, listowiem szeleszczącym dni minionych zasypując ją, jak jesień zasypuje swem złotem białe posągi rozkosznych nimf... I napróżno serce oddane dzwonić będzie w piersi miłością i napróżno oczy wyczekiwać będą... Czyż to być może? Śmierć bez życia?
A nagle pojęła, że przecież nie jej ta śmierć okrutna grozi, bo ona zna tego swojego najdroższego brata, który jej nigdy, nigdy nie opuści! Niechby żyła tylko jego szczęściem, tylko odblaskiem jego szczęścia — ma czem żyć. Ale stanął jej w tej chwili na oczach ktoś nieznany, ktoby tego brata nie miał, a ktoby mógł być opuszczony i umierający z tęsknoty tak, jakby umierała ona, gdyby, ze swem kochającem sercem, nie miała nikogo na świecie. W dalekiej, księżycem rozświetlonej dali, widziała postać jakąś, w bólu tęsknoty ramiona wyciągającą ku gwiazdom, samotną i błagającą wyzwolenia z tego lochu czarnego, jakim musi być świat dla dusz, nie słyszących nigdy oddźwięku swych najgorętszych modlitw.
— Więc co mam zrobić, Kasieńko? Naucz — że mnie! — prosił brat, stojąc przed nią.
Ocknęła się z zadumy.
— Niedawno temu, kiedy zasiedziałeś się na lotnisku — mówiła, — wyszłam wieczorem do parku. Było prawie jak dziś, wieczór ciepły, błękitny... Tu, na werandzie, Marta zastawiała właśnie do stołu... Kiedy, schodząc po schodkach, zwróciłam się do niej z jakiemś poleceniem, widziałam, jak mile na białym obrusie błyszczy srebro, to nasze stare szkło i serwis po matce. Lampa świeciła w powietrzu, jak dojrzewający pączek różany... Ponieważ pytałam się o ciebie przez telefon i powiedziano mi, że przyjdziesz dopiero za godzinę, wyszłam i obeszłam cały park... Z aleji widziałam nasz dom... Kochany, biały, widny był prawie jak na dłoni. We wgłębieniu werandy czerwono świeciła ta lampa. Usiadłam na ławeczce, z dumą patrząc na dworek, który może nie jest tak piękny, jak inne, ale który ja kocham, ponieważ to jest mój dom. Kiedym się jednak w to światło czerwone wpatrzyła, miałam wrażenie, że ono świeci cudnie, jak klejnot, jak rubin przejrzysty...
— A czegóż ty chcesz?
— Ażeby ono było, jak serce żywe, wiszące u stropu. Aby wiedziano, że tu nie bogacze mieszkają, lecz ludzie...
Żachnął się Marjan.
— Jakże to? Jak ty to rozumiesz.
Na swe zasługi nie powoływał się, bo o nich zapomniała, wogóle nie ważył ich sobie, ona zaś nie o wszystkiem wiedziała.
— Mój drogi! — tłomaczyła się. — Niedawno temu zauważyłam, jak któryś z sąsiadów naszych rozbijał się za końmi. Nikt mu ich nie chciał pożyczyć — a do miasta daleko. Wreszcie, kiedy stojąc przed furtką, czekałam na ciebie, spostrzegłam tego biedaka. Szczęśliwy był. — Po dwuch godzinach biegania udało mu się wreszcie dostać konie! — oznajmił mi przechodząc koło naszego domu. — A cóż się stało? zapytałam. — Żona moja dostała krwotoku. — Czemuż pan do nas nie przyszedł! — mówię mu. — Samochód wolny, byłabym panu w tej chwili dała! — Ej, gdzieżbym ja państwo niepokoił! Pan Zaruta wielki człowiek, nie śmiałem!
— I ty mi to mówisz?
Te jej słowa wzburzyły go.
— To niedorzeczność! Ludzie wiedzą, znają mnie... Wiem, że mnie znają... Mają do mnie zaufanie...
— Nie gniewaj się, ale tu niema się czemu dziwić. Jesteś osobistością znaną, otacza cię powszechny szacunek, a przytem... nie żyjemy, jak drudzy żyją... Tamci mają swe żony, dzieci, swoje szczęście i swoje troski... A my żyjemy we dwoje w cichym, wygodnym domu, szczęśliwi... Im może się nawet zdaje, że zamknięci jesteśmy w tem swojem szczęściu, że ono troski ich przez próg nasz nie przepuści... Więc omijają ten nasz dom aż nadto szczęśliwy, szczęśliwy czasami nie po ludzku...
Brat stanął przed nią, dłonią potarł swą jasną, krótką strzyżoną czuprynę i rzekł:
— No, skoro oni nie chcą do nas przyjść, to my ich poszukać musimy! Nic łatwiejszego, to się zrobi! Dziękuję ci, żeś mi na to zwróciła uwagę. Istotnie — masz słuszność.



V.

W parę dni po tej rozmowie zapukał do jej pokoju.
— Chodź, przejdziemy się trochę.
Zdziwiła się.
— Na taką słotę?
Było chmurne, posępne popołudnie, senne, nieprzyjemne. Deszcz padał od rana.
— Zmokniemy! — dodała.
— Nie.
— Przecież tam leje!
— Zdaje ci się tylko. Deszcz już nie pada. Jest chmurno trochę, ale przyjemnie. Zresztą — gdyby znowu deszcz zaczął padać, wrócimy do domu.
Ubrała się i wyszła.
Czekał na nią przed furtką w sportowem ubraniu, w kurtce, z kijem w ręce i z fajką w zębach.
— Dokąd chcesz iść?
— A, tak sobie, przed siebie, gościńcem...
— Minęli kilka elegantszych will i w krótkim czasie znaleźli się prawie za miastem. Stały tu już tylko stare, zgrzybiałe dworki podmiejskie, koślawe, z dachami porosłem i gdzieniegdzie szmaragdowym mchem, a tu i owdzie nawet blado zielonemi kępami sztywno rosnącej trawy. Okalały je stare, źle utrzymane sady, ogrodzone parkanami z poczerniałych od starości, zbutwiałych desek, za któremi gniewnie ujadały psy. Na parkanach widniały napół zamazane, nieortograficzne napisy lub dziecinne, prymitywne, kredą robione podobizny czy karykatury, przedstawiające śmieszne głowy z paru włosami, sterczącemi na wierzchołku głowy. Schodki, wiodące do domów, czarne i wygięte, powygryzane były przez wiek, okiennice naderwane, ze ścian obdrapanych miejscami zupełnie odpadał tynk. Nie była to nędza lecz zaniedbanie, pochodzące stąd, iż ludzie, którzy tu mieszkali, wiedzieli dobrze, że wynajęte im domki, właściciele trzymają tylko ze względu na spekulację gruntową, każdej chwili gotowi sprzedać je jako parcelę pod nowe wille a może nawet i kamienice. Gospodarz o dom nie dbał, więc mieszkańcy domu nie dbali o ogrody, które zarastały niekoszoną trawą, głuchą pokrzywą i chwastami.
Z powodu niedawnego deszczu, wilgoci w powietrzu i błota prawie nikogo nie było widać na gościńcu. Ludzie siedzieli przeważnie po domach, a tylko kury za przewodem przedsiębiorczych kogutów, brodziły w mokrej trawie, narzekając jak stare baby. Człowiek, jeśli gdzie się pokazał, albo stał we drzwiach, ziewając, albo też, nie patrząc na nikogo, na sztywno wyprostowanych nogach, jak na szczudłach, starał się przebrnąć przez szerokie kałuże.
Na rozdrożu, gdzie właśnie zbiegło się parę starych i krzywych chałup dokoła jednej, mieszczącej w sobie też i sklepik, reklamowany nieortograficznie i krzywo malowanym szyldem, na małym placyku, jaki się wśród domów utworzył, odgrywała się żywa i tragiczna scena. Oto, szarpnąwszy drzwiami sklepiku, że aż dzwonek żałośnie zajęczał, wypadł na drogę chłopak może trzynastoletni i płacząc głośno, i biegając to tu to tam, zdawał się szukać miejsca, gdzieby się mógł schronić. Za nim, znowu, zapowiedziany żałosnym płaczem czy też tragikomicznym szlochem dzwonka w drzwiach, z rzemieniem od spodni w rękach, wybiegł stary jakiś jegomość, prawdopodobnie ojciec, suchy, zawiędły, o minie poczciwej ale teraz zaciętej i rozsrożonej. Ten znów wymachiwał rzemieniem i wołał:
— Chodź mi tu zaraz, ty łajdaku jeden, ja ci pokażę, ja cię nauczę!
Dzwonek jęknął po raz trzeci i we drzwiach zjawiła się opasła jejmość w niebieskim szlafroku, z twarzą poważną i z nagiemi po łokcie, nerwowemi rękami, skrzyżowanemi na piersiach. Jejmość nie krzyczała, ale rozkazującym głosem wołała na męża:
— Łapaj tego łajdaka! Żadnego zmiłowania! Żebyś mi go tu w tej chwili przyprowadził.
Mimo, iż stała spokojnie, pełną swą figurą zatarasowując drzwi do sklepiku, musiała być mocno podrażniona, bo dzwonek we drzwiach jęczał i płakał wciąż a czasem krzyczał, jak dzwon alarmowy.
Wrzawa ta wywołała kilku sąsiadów na ulicę. Widząc w opałach chłopaka, zacni ci mężowie czemprędzej pośpieszyli z pomocą ojcu. Któryś z nich złapał skazańca za kołnierz, gdy on — aby się wyzwolić, zrzucił bluzę, — za uszy, i dostawił go karzącej dłoni.
Ojciec wygodnie wziął chłopca między nogi, ścisnął go w żebrach kolanami i zaczął mu reputację obrabiać rzemieniem. Chłopak oczywiście kwiczał, ojciec wykrzykiwał jakieś nauki moralne, matka wygłaszała akt oskarżenia a sąsiedzi dolewali oliwy do ognia.
Dramat był na wielką skalę.
Na tę chwilę nadszedł Zaruta z siostrą. Na widok egzekucji roześmiał się, ale potem śmiało podszedł do rozsrożonego ojca i chwycił go za rękę.
— Dość będzie! Cóż pan znowu tak katuje chłopca?
Jegomość podniósł głowę i widać było, że ma zamiar kłócić się, ale ujrzawszy Zarutę, zmitygował się.
— Łajdak, proszę pana, — uczyć się nie chce! Tróję z sześciu przedmiotów przyniósł. Duszę z niego dziś wytłukę!
A któryś z czcigodnych widzów zaznaczył:
— Niech go pan nie broni, panie inżynierze: To drab ostatniego rzędu. Ho ten nam sadła za skórę zalał! Rodzice rzadko go karzą! Tyle dla nas sprawiedliwości, co wtedy, kiedy go za złe świadectwo wytłuką raz na pół roku! Jeszcze mu wsypcie, panie Józefie, jeszcze!
— Pięciu mu jeszcze braknie! — wołała jejmość! — Sama rachowałam! Józefie, syp!
Jegomość gwizdnął rzemieniem, ale Zaruta złapał go za rękę i wyrwał mu chłopca z pomiędzy nóg.
— Dajże pan spokój! Wstydziłby się pan — własnego syna tak katować!
— A co ja z nim pocznę! — krzyczał kramarz rozżalony. — Do szkoły go posyłam, na człowieka chcę wychować — nie uczy się smarkacz! Wszystkie kury ludziom z procy wytłukł, szyby powybijał, rady sobie z nim dać nie mogę!
Zbrodniarz, miły blondynek o łobuzerskiej ale poczciwej, okrągłej twarzy z wielkiemi, niebieskiemi, teraz czerwonemi od płaczu oczami, miażdżył brudnemi rękami łzy, obficie cieknące mu po policzkach. Niezawodnie był winien i niewątpliwie dużo z odebranych cięgów sobie nie robił, ale usta jego wykrzywione były grymasem bólu, świadczącym, iż cała ta scena była tylko rozdziałem jakiejś przykrej a długiej historji.
Zarutę, który nigdy nie zapomniał przykrych nieporozumień, jakie bez swojej winy miewał z ojcem, tknął widok tej brudnej, dziecinnej a przecie takim bólem zmęczonej twarzy. Wziął chłopca za małą, mokrą rękę i spytał go:
— Ty się naprawdę nie chcesz uczyć?
Chłopakowi zadrżały wargi.
— Ja... ja... ja się uczę! — odpowiedział łamanym głosem.
— Więc czemuż dostałeś tróję aż z sześciu przedmiotów?
Malec podniósł trochę ramiona, opuścił je, odwrócił głowę, spojrzał na pola, kurzące się po słocie — i niewstrzymane łzy polały się po twarzy. A Zaruta, pamiętny własnych dziecinnych niepowodzeń, zrozumiał, ile w tych łzach i w tem rozpaczliwem w pola spojrzeniu było tragedji, ile klęsk śmiesznych, ale okropnych, cierpień malusieńkich, lecz przebolesnych, upadków dziecinnych a budzących w duszy myśli samobójcze. Więc objął chłopca wpół, przygarnął go i przycisnął do siebie i rzekł do ojca:
— Mój panie! Ja sobie od pana tego chłopca na jaką godzinkę wypożyczę. Zaruta jestem...
— Ja wiem, panie inżynierze, ktoby nie wiedział...
— Dziękuję panu! — Zaruta podał jegomościowi rękę. — Ale ja pana proszę, niech mi pan przyrzeknie, że go więcej bić nie będzie. On się będzie uczył. Tylko niech go pan nie bije.
Stary rozrzewnił się.
— A czy ja chcę, panie inżynierze? Przecie to jest mój syn, moje dziecko! Niczego mu nie żałuję, na człowieka go chcę wychować — a łajdak uczyć się nie chce! A to pan inżynier wie — co dziś człowiek bez nauki?
— Więc ja sobie go biorę, a jakby się zasiedział, niech pan się nie niepokoi, ja go odprowadzę...
— Już jak go pan inżynier bierze, to jakby Aniołowi-Stróżowi oddać, wiadoma rzecz! Może przecie, jak na wielkiego człowieka popatrzy, do serca sobie weźmie... Dzieciaki wszystkie warjują za panem... My też, tylko że człowiek czasu nie ma, w robocie jest...
— Do widzenia panom! — ukłonił się im Zaruta i wraz z siostrą zawrócił ku domowi, trzymając za rączkę chłopaka. — Jak ci na imię?
— Janek.
— Janek. Bardzo dobrze. Pokażę ci aeroplan.
Chłopak aż się otarł o niego.
— A jeść ci się chce?
— E, jeść to nie!
— A bułkę z marmoladą zjesz?
— Z marmoladą? Z marmoladą to może zjem.
Po gwałtownych przejściach burzliwego popołudnia chłopak uczuł naraz apetyt.
— Z morelową marmoladą, wiesz? — mówił lotnik. — Ja morelową marmoladę bardzo lubię.
— A może wolisz porzeczkową? — odezwała się Kasia.
— Tego ja tak dobrze nie wiem — wymawiał się chłopak. — Można trochę z morelową, a trochę z porzeczkową... O ile by państwo mieli — dodał grzecznie.
— Mnie się zdaje, że się znajdzie — odpowiedziała Kasia.
Pomysł brata ujął ją, rozbawił i bardzo się jej spodobał. Ocalili chłopaka, wyzwolili go z opresji, a teraz rozerwą go trochę, nagrodzą mu te bolesne chwile. Marmolada? Nietylko marmolada jest! I nie dla jednego Janka starczy!
Zjedli dobry podwieczorek, a potem pilot wziął chłopca do swego pokoju. Pokazał mu tam małe modele aeroplanów, tłomaczył mu wszystko, wykładał. Kiedy wieczorem Kasia przyszła poprosić „chłopców“ na kolację, zastała ich w jak najlepszem porozumieniu. Marjan zupełnie poważnie uzasadniał coś chłopcu, który słuchał z oczami iskrzącemi, wlepionemi weń jak w tęczę i z zaczerwienionemi uszami.
Po kolacji pilot odprowadził do domu swego nowego przyjaciela.
— Odwiedzaj mnie, Janku — mówił, kiedy stanęli przed kramem. — Jak mnie niema, to mnie niema, a jak jestem, to przychodź, kiedy chcesz... Teraz deszcz, ale jak będzie pogoda, to cię kiedy wezmę w powietrze...
— O mój złoty panie! — aż jęknął z radości chłopak i objął pilota wpół swemi chudemi rączętami.
Ale Janek znów miał przyjaciela Lolka, przed którym chciał się pochwalić znajomością z lotnikiem. Lolek zaś pucułowaty, trochę krzywonogi, smagły chłopaczek z wielkiemi, szafirowemi oczami, przyprowadził Jurka, swego starszego brata, piętnastoletniego, smukłego chłopaka o ptasiej, oliwkowej twarzy, ostrej i napastliwej — i tak powoli chłopcy zaczęli się zbierać dokoła Zaruty. Zaś on cieszył się z tego i chętnie ich u siebie widział. Gimnastykował się razem z nimi, uczył ich różnych sztuk, chodził z nimi na wycieczki, traktował ich jak braci, a wreszcie zorganizował z nich swój własny, harcerski „Patrol Śmigi Warczącej“.
— Powiadam wam, że w gromadzie człowiekowi łatwiej, niż samemu. Jest was czternaście, to znaczy, że każdy z was jest teraz czternastu razy silniejszy, czternaście razy więcej wie i czternaście razy więcej ma.
Tak im tłomaczył.
Ale mały Lolo nie wierzył.
— Czternastu nas jest w tym ogrodzie — zgadzał się — ale jak się rozejdziemy, to znów każdy będzie sam i co wtedy? Wtedy każdy z nas będzie znów czternaście razy słabszy.
— A ja ci zaraz pokażę, że się mylisz! — dowodził malcowi pilot. — Czy który z was odważyłby się późnym wieczorem przejść sam koło cmentarza?
Niedaleki cmentarz, stary i nieużywany już do chowania zmarłych, choć piękny i cudownie położony, nie cieszył się dobrą sławą. Z powodu oddalenia od miasta nie pilnowany, stał się gniazdem opryszków, którzy napadali niejednokrotnie na zapóźnionych przechodniów i obrabowywali ich, a często poniewierali ich i bili. Domyślano się, że to są ludzie miejscowi, bojąc się jednakże zemsty, nie denuncjowano ich.
— Koło cmentarza? — zastanowił się Lolo. — Jabym nie chciał.
— Ani ja! — rzekł Jurek.
— A ja wam coś poradzę. Wy tu przecie wszystkich znacie. Teraz jeszcze wakacje, macie czas, a i noce jasne. Nie trzeba, żebyście chodzili na cmentarz, ale niech siedmiu z was dyżuruje jednej nocy, siedmiu drugich drugiej nocy. Pochowajcie się po ogrodach, w krzakach, na drzewo który może wleźć i uważajcie, kto najpóźniej wraca do domu i z której strony. Tych wszystkich sobie ponotujcie, wypytajcie się rodziców dobrze, co za jedni, a potem dajcie mi znać.
Z informacjami, uzyskanemi od chłopców, Zaruta udał się, dokąd należało, a wkrótce potem cała szajka rabusiów znalazła się pod kluczem.
— Widzicie, czegoście dokonali! — wykazywał im. — Oczyściliście okolicę od opryszków. Zastanówcie się teraz nad tem, coby zrobić nowego, bo zawsze coś trzeba robić.
Tu znów poddał pomysł Lolo:
— U nas i w kilku domach koło nas, wciąż coś kradnie jaja, a nikt nie wie, kto. Za każdą kurą trzeba dreptać, a jak tylko zniesie jaje, to się musi brać. Mama mówi, że to kuna, Milcia, że tchórz albo liszka, ale nikt nie wie...
— Doskonale! Idźcie, chłopcy, na zasiadkę i wybadajcie, co to takiego, a potem mi powiedzcie.
Za parę dni przyszli.
Wybadali.
To były dwie chytre sroki. Tyle szkód narobiły!
Wciąż wałęsali się po ogrodzie i dokoła domu, czarni od słońca, zaaferowani chłopcy. Wchodzili przez furtkę, przez płot, nawet przez okna. Kiedy Zaruty nie było w domu, czekali na niego, gimnastykując się na reku lub na kółkach. Tak się przyjęło, że Kasia w swojej porze wszystkim dawała podwieczorek, który oni w dobroci swych serc brali jak rzecz należną sobie, nie dziękując. Ponieważ szklanki i filiżanki zbyt często bili, sprawiła czternaście grubych, białych fajansowych garnuszków, w których podawała im mleko lub herbatę i to były „garnuszki chłopców“. „Patrol Śmigi Warczącej“ prawie zupełnie się nią nie zajmował, ale zawsze miał ją na oku. Cokolwiekby się stało, wiedziała, że nie jest sama. Niechby się na werandzie pokazał jakiś podejrzany podróżny — już w pobliżu pojawiał się skaut. Zaruta tak przywykł do tych swoich chłopaków, że jadąc na lotnisko, zawsze któregoś z nich ze sobą brał. A wtedy co jakiś czas odzywał się w domu telefon i młody głos szczegółowo Kasi raportował, co się dzieje, co zrobiono, co jeszcze ma się zrobić i kiedy prawdopodobnie pilot wróci do domu.
To znowu Zaruta siadał w altanie i otoczony swymi młodymi przyjaciółmi, zwierzał im się. Bo to, co im mówił, to w gruncie rzeczy były istotnie zwierzenia, najpiękniejsze i najczystsze marzenia młodej i ognistej jego duszy. Opowiadał im, jak to lotnicy zdobyli i zdobywają powietrze i niebo i na czem to polega. Opisywał, jak każde nowe doświadczenie grozi śmiercią i że koledzy lotnika dobrze o tem wiedzą, że zatem, kiedy pilot swe nowe doświadczenie rozpoczyna, jestto tak, jak gdyby wstępował na stos ofiarny w obecności ludzi, wiedzących, iż ten zuchwały człowiek chce prztyczka dać w nos śmierci. Tłomaczył im, co to jest zwycięstwo i chęć wywalczenia go sobie, i że są na świecie właśnie tacy ludzie, prawdziwi żołnierze, kochający do tego stopnia życie i ludzi, iż każdej chwili gotowi są umrzeć. Opowiadał o łodziach podwodnych i ich bohaterskich załogach, opowiadał o uczonych i lekarzach, eksperymentujących z radjum i tracących wskutek tego ręce, cal po calu, a przecie niezwyciężonych. Wykazywał, jakim potężnym motorem jest miłość ludzkości i dobrego i jak koniecznie należy łączyć się w czynnej chęci walki ze złem.
— Zrozumiejcież, chłopcy, — mówił do nich — że ludzie źli są zawsze energiczniejsi od dobrych, ponieważ chcą zdobywać i używać. Człowiek dobry poprzestaje na swojej pracy i pełnieniu swych obowiązków, a te — wciąż nowe — odkrywa na każdym kroku. Ludzie źli łączą się, ludzie dobrzy chodzą luzem — i to jest nieszczęściem świata. Cnoty i sprawiedliwości bronią tylko błędni rycerze — i to źle! Dlatego kilku łotrów może opanować cały kraj. Bo widzicie, złe jest czynne, zaś cnota jest bierna! A właśnie ona ma obowiązek i święte prawo wojować wszędzie i ze wszystkimi. Straszne, okropne jest lenistwo cnoty, która nie chce być bojową i przez to naraża ludzi na niewypowiedziane cierpienia! A tak łatwo byłoby, wziąwszy się za ręce, raz na zawsze zniszczyć wszystkie ciemne siły!
To znów opowiadał im o ludziach dziwnych i świecie dalekim.
— Są, uważacie chłopcy, kraje niegościnne i złe, prawie dzikie. I otóż do tych krajów, do tej pustki dzikiej, niektórzy ludzie się rwą. Zdobywcy! Wiedzą oni dobrze, że w tych pierwszych bojach, mimo odniesionych zwycięstw, zginąć muszą, ale idą, jak fala. Kości białe, obgryzione przez wilki lub szakale, pozostaną po nich w pustyni. Przez oczodoły czaszek wiatr będzie gwizdał. A zaś oni wierzą w to, że te ich kości rozsypujące się i te ich czaszki pożółkłe, to są drogowskazy i kamienie kilometrowe dla tych, którzy po nich znów tą drogą pójdą. I ci nowi zdobywcy istotnie zjawiają się, liczą te drogowskazy żałobne, i nie mówiąc nie, idą dalej — póki nie padną. A tak powoli człowiek trupem swym coraz silniej chwyta się tej dzikiej ziemi, coraz więcej znajduje w niej placówek, trudności już pokonanych, dróg poznanych — i zwycięża! I kraj, dawniej wrogi, zmienia się w wielki zielony ogród, w którym — jako wspomnienie dawnych walk i ofiar — powstają tylko nazwy, utrwalające bohaterskie zgony lub nazwiska skromnych, ale niezłomnych pionierów. Pustynia ucieka przed człowiekiem, poddaje się mu, zaczyna uznawać jego prawa.
Takiemi opowiadaniami drażnił Zaruta i podniecał młode, zapalczywe dusze, a kiedy widział, że kipieć w nich zaczyna, brał gitarę i przy jej głębokich, niskich akordach, dźwięcznym barytonem intonował swą ulubioną balladę:
Motor grzmi, siadam w siodło. Hej, śmiga warczy,
Przestrzeń wabi — i śmieje się do mnie wesoło.
Kierownicę weź w dłonie, leć ku słonecznej tarczy,
Nad miastami, polami, zatoczym piękne koło.
A tu przychodził refren, długi, niezdarny, ale szczery, refren, który chłopcy uwielbiali i z zapałem śpiewali go na cztery głosy:
A zważ, jaki twój los!
Gdyś pierwsze stawiał kroki,
Rozbiłeś sobie nieraz nos,
Niejeden zniosłeś guz!
W przestrzeni dziś głębokiej
Lecisz nad Wielki Wóz,
Skrzydła masz rozpostarte,
Na słońcu trzymasz wartę,
Wśród orłów jesteś tuż!
Chór milkł, ścichały akordy gitary i młody, zuchwały głos recytował:
Dokąd lot? Cóż wam powiem! W jasne błękity,
Tam, gdzie modre przedemną rozciąga się błonie,
Gdzie mlecznej drogi szlak się znaczy, srebrem bity,
Gdzie słucki, złotolity pas zórz kraśnych płonie.
Zaś chłopcy podchwytywali:

— A zważ, jaki twój los!
Gdyś pierwsze stawiał kroki,
Rozbiłeś nieraz sobie nos —

Śpiewali swój długi refren ciesząc się silniejszemi wyrażeniami i podnieceni głębokiemi akordami gitary, poczem pilot znowu zabierał głos:

Czyha Śmierć — może strąci. Runę, jak kamień,
Na skał zręby lub szkliste, ciemne głębie morza,
Lecz Ty, Boże walczących, szept mój strwożony zamień
W hasło, które odważnym otwiera przestworza.

Na to kwartetem dźwięcznym odpowiadali chłopcy:
— A zważ, jaki twój los!
Rzewnie śpiewał pilot:

Lecę z wichrem — samotny! Któż jest w pustkowiu?
Dymi motor. Lądować w przepastne lecę głębie.
Lecę z włosem płonącym, lecz ciężki jak z ołowiu.
Panie! Lotnik — swe serce ja ci daję gołębie.

Nieśmiało zaczynali chłopcy, jakby w złem przeczuciu:
— A zważ, jaki twój los!
Zaś kiedy refren się kończył, rozpoczynał poważne „envoy“:

O, Panno Marjo! Świętemi oczyma
Spojrzyj na duszę, lecącą z obłoków,
Niech od upadku pilota cud wstrzyma,
Bądź mu, jak matka, podczas pierwszych kroków.

Pięknie płynęło życie czynne, jasne, ruchliwe.
Zaruta cały „patrol“ miał na swe usługi, bawił się i pracował z chłopcami, ubóstwiany przez nich i kochany, jak brat. Biała willa stała się niezmiernie popularną wśród młodzieży, a kiedy wiosną w szafirze wieczoru zapłonęła na werandzie różowa, ogniście żyłkowana lampa, z poza żywopłotu parku nieraz odzywały się mandoliny i młodociany tenor wyciągał z emfazą:

— Motor grzmi, siadam w siodło, hej, śmiga warczy!

A pilot znowu wzlatywał w błękity, jak gołąb, kozły w powietrzu wywracał, krążył jak jastrząb, spadał jak liść, a motor jego grzmiał i śpiewał równo, potężnie...
I zdawało się nieraz, że to już nie człowiek w aparacie leci, lecz że to istota jakaś jest nadobłoczna, zrodzona ze słońca i błękitu, opatrzona skrzydłami i mocnem, wymownem sercem.
Tylko jedna Kasia wiedziała, że to serce czyste, ogniste i niezłomne, jak brylant, ma swą rysę, ma swą skazę słabości. Dla niej jedynej każdy wzlot jej brata był długą, tajoną torturą. Stojąc na werandzie i wzrokiem skupionym ścigając aeroplan brata, czuła, jak serce jej bije równo z jego sercem. Zgoła już nie potrzebowała brata pytać, jak się czuł podczas lotu, albowiem jej własne serce najlepiej ją o tem powiadomiało. Czasem obojętnie przyglądała się tej jeździe wśród chmur, a serduszko jej biło równo, spokojnie, leniwo. Czasem znowu, gdy aeroplan jakby zachwycony i upojony lotem, rozpływał się w złocie i szkarłacie, z chmury na chmurę przelatując lub kryjąc się w perłowych obłoczkach, ginęła z trwogi. Była to trwoga niezmiernie dziwna, ponieważ rodziła się z uczucia zawrotnej rozkoszy, zupełnego unicestwienia się, uniesienia, w którem wszystko ginęło. Podobne wrażenie mogła dać tylko muzyka w swoim najwyższym duchowym stroju — ale naraz, jak ostry ból, szarpnięciem strasznem, niepokój przywracał zmysły. I było wówczas Kasi, jak nieszczęśliwemu człowiekowi, który, usnąwszy twardo, nagle zbudzony, jednem wspomnieniem, jedną myślą znowu ogarnia cały ogrom swego cierpienia i swych klęsk. To wstrząśnienie nagłe, bezlitosne, bezwzględne, osłabiało ją, nieledwie podcinało jej nogi, wyciskało łzy z oczu.
Wiedząc, kto na niego patrzy, Zaruta zwykle starał się latać tak, aby go z werandy jego domu można było widzieć. Często zdarzało się, że Janek, który żył z pilotem w najserdeczniejszych stosunkach, zamiast jechać na aerodrom, ewolucjom jego przyglądał się z werandy willi. Kasia, przyzwyczajona do niego i wiedząc, jak bardzo chłopak jej brata kocha, nie podając mu przyczyny, nie taiła jednak przed nim swych niepokojów, które ukryć zresztą byłoby jej zbyt trudno.
Pewnego dnia stali tak znowu razem, oparci o balustradę werandy i zapatrzeni w niebo, gdzie złotą swą pieśń śpiewał aeroplan Marjana. Było to późnem, pogodnem popołudniem, zdobnem we wszystkie gorące barwy i blaski, jakie może dać zwolna gasnące słońce. Niebo było, jak skrzydło podzwrotnikowego motyla, jak szal kaukaski, jak strój chińskiego aktora — wyiskrzone, mieniące się, barwne i niezgłębione. W ten blask przecudny, w tę otchłań szczęśliwości wśrubowywał się wolno spiralną linją aeroplan Marjana, coraz wyżej i wyżej, coraz cichszy, coraz mniejszy i jaśniejszy, coraz bardziej oderwany od świata i nadziemski. Już już zdawało się, że zechce wrócić, a tymczasem on, jakby zapomniał o ziemi, wspinał się wciąż wyżej, niepowstrzymany.
— A gdyby tak człowiek leciał wciąż w błękit i nie wracał! — odezwała się do Janka młoda panna, z wzrokiem utkwionym w małego srebrnego motyla nad chmurami.
Skaut — jak zwykle, kierując się wobec niej własną, szczególniejszą etykietą — mruknął coś niedźwiedziowato umłującym głosem.
A w tej chwili aeroplan poderwał się znów wyżej.
— I pójść — i nie wrócić — mówiła znów panna. — Pójść naprzód do ostatniego tchu...
Aeroplan znów skoczył. Błyszczał już, jak punkcik malutki.
Skaut złem okiem spojrzał na pannę.
— Powinien wracać! — mruknął.
— A tam są przecież tajemnice — marzyła panienka. — Tajemnice kryształowe, tajemnice czyste, a nieopowiedziane...
Aparat prawie że zniknął w błękitnej otchłani. Czasem tylko srebrzyście zamigotał.
— Co pani robi! — chrypiąc zwrócił się do niej Janek z wyrzutem. — Jak można tak myśleć! Tajemnice! Tam jest śmierć — tajemnica!
Kasia zaniepokojonym wzrokiem spojrzała w niebo.
— Nie widzę go! — wykrzyknęła. — Gdzie on jest! O, Boże, tak wysoko... Gdyby spadł... Nie, nie, nie mogę... Pomyśleć nie mogę...
Szloch nią wstrząsnął. Osunęła się na krzesełko.
A tuż odezwał się jakby pomruk skauta, zapatrzonego w niebo, a potem głuchy jęk:
— Jeeezuus!
Zerwała się.
— Nie może być! Marjan! Marjan! Uważaj!
Jak kamień leciał w dół.
Wolała, jakby ją mógł słyszeć.
Czy usłyszał?
Aeroplan ześlizgnął się po jakiejś fali powietrznej, siadł na niej, a potem, planując, skierował się prosto ku aerodromowi.
— Coś się mu stało! — mówił chłopak zbielałemi wargami. — Teraz już nic, ale tam musiało mu się coś stać. A ja pani mówię, jak on lata, to trzeba uważać. Pani jest siostra, między wami są węzły... Jeśli go przez panią szatan kusi?... Ja się zaraz dowiem...
I już stał przy telefonie.
— Hallo... Lotnisko... Pokój pana Zaruty... Jurek? Hallo! Jurek? To ty? Co słychać? Nic? A, czekaj, ja rozumiem, nie wypada ci mówić. Więc okłam, ja zapytam, jeśli „tak“ powiedz „nie“... Bez wypadku... To dobrze... Nie chory? Nie?
— Pani brat zasłabł! — rzucił jej szeptem. Co mówisz?
— Czy zażył krople? Niech go pan spyta!
— Czy zażył krople jakie, Jurek? Nie? — Zażył, proszę pani. — Czuwaj!
Zaniepokoiła się bardzo, lecz było to tylko znowu zwykłe, choć tak rzadkie omdlenie.
Od tego czasu jednakże. kiedy latał, modliła się.
Nie za niego — ale aby myśli złe i podstępne odpędzić od siebie.

VI

Nagle wybuchła wojna.
Przepowiadali ją niektórzy skauci Zarucie, ale pilot, mało zajmujący się sprawami ziemskiemi, proroctwa swych młodych przyjaciół puszczał mimo uszu. W dodatku wypracowywał pewien szczegół konstrukcyjny i tak był pochłonięty pracą i różnemi obliczeniami, że nie wiele rozumiał, co do niego mówiono.
Raz nad wieczorem wracał z lotniska. Jadąc samochodem bocznemi, — mało uczęszczanemi ulicami, aby móc szybciej jechać, natknął się na olbrzymi tłum ludzi. Z lewej strony, ku ulicy, którą jechał Zaruta, spadzistą i stromą uliczką płynął szaro-błękitny strumień żołnierzy. Nad ich głowami grzmiała posępna, twarda pieśń niby chmura hucząca, w której trzepotały się jak motyle i lśniły ciepłemi blaskami zatknięte u lufy karabinów georginje i astry, albowiem pora była jesienna. W słońcu czerwonem krwawe, ceglaste stały się ręce, trzymające karabiny i krwią nabiegłe, rzekłbyś, były twarze, poważne, surowe. Idąc spadzistą ulicą zgóry, żołnierze sadzili przed siebie wielkiemi krokami. Pomyślałbyś — uciekali z miasta, chcieli je czemprędzej porzucić.
Samochód stał, drżąc i hucząc zcicha, wojsko defilowało, publiczność żegnała je okrzykami. Bataljony mijały jeden za drugim. Na czele jednego bataljonu szedł wysoki barczysty oficer, z poważną wyrazistą twarzą. Kiedy był niedaleko samochodu, z tłumu wyrwała się mała dziewczynka i piszcząc, złapała oficera za rękę. Ten jednym ruchem podniósł ją w górę, przycisnął do siebie, pocałował, postawił na ziemi i poszedł dalej.
— Tatusiu, wróć! — wołała dziewczynka.
Ojciec nie słyszał. Szedł wyniosły, niezłomny, z wzrokiem patrzącym gdzieś ponad głowy idących przed nim żołnierzy.
— Na bok! Na bok! — rozległy się głosy w tłumie.
Motor zawarczał, Zaruta gwałtownie cofnął swój samochód, zakręcił i poleciał gdzieś przed siebie.
Kiedy późnym wieczorem wrócił do domu, zastał Kasię na werandzie z kilku chłopcami.
Wieczór był ciepły i pogodny.
W górnej aleji parku pokazały się jakby różnobarwne robaczki świętojańskie, pstre, kolorowe latarnie, kołyszące się równym, rytmicznym ruchem. Za temi iskrami płynęła silna, porywająca muzyka trąb z czystego metalu, dźwięczna akordem i energicznym wyrazem, wesoła, buńczuczna. Czarne tłumy płynęły wraz z orkiestrą, której instrumenty połyskiwały w stłumionym blasku lampionów. Orszak lawiną ciemną stoczył się nadół i szedł dokoła stawu, ognie rozpalając w czarnej wodzie. Zwabione światłami i muzyką łabędzie, wypłynęły ze swego pawiloniku zdziwione i leciały do muzyki, ciągnąc za sobą jasne, błękitne smugi.
— Jakie to wszystko niby wesołe! — rzekł szczerze któryś z chłopców.
Ale nastrój na werandzie był raczej poważny, niż wesoły. W półzmroku chłopcy poruszali się powoli, podobni do smukłych cieniów.
Muzyka oddalała się, zniknęła wśród czarnych, gęstych klombów, przepadła.
— No, więc? — spytał Zaruta, prędko załatwiając się z kolacją. — O cóż właściwie ta wojna? Kto mi powie? Ale poprostu, po naszemu, bez zbytecznych słów. O co się mamy bić i dlaczego? Któż mi powie? Jak ty myślisz, Janku?
Skaut zawahał się.
— Po sprawiedliwości mówiąc — nie wiem! — rzekł po namyśle. — W tem, co nasi mówią, zdawałoby mi się, powinna być słuszność, w tem, co tamci mówią, jest może ich słuszność. I właśnie dlatego, że tak trudno tę prawdę znaleźć, musimy się bić, to znaczy, naród nasz pójdzie z tamtym na boży sąd. Kto wygra, przy tym będzie prawda.
— To znaczy, że jeśli przegramy, to prawda nie będzie po naszej stronie?
— Nie umiem na to odpowiedzieć. Ale przecie słusznem jest, abyśmy żyli, a nie należymy znów do tych narodów, przy których drugie żyć nie mogłyby. Gdyby nieprzyjaciele nasi wojny nie chcieli, nie byłoby jej z pewnością. Dziś — musimy się bronić, inaczej wszystko przepadnie.
— Więc to my będziemy się bronili?
— Oczywiście. A czegóżbyśmy mieli szukać na ich ziemiach?
— Pewnie, że nie mamy tam nic do roboty. Więc — bronić się! A cóżeście tu uradzili? Bo nadarmo tu nie siedzicie...
— Postanowiliśmy zgłosić się do wojska.
— Wszyscy? Wszystkich nie wezmą.
— Kogo nie wezmą, ten zostanie.
— Tak. Ale co to znaczy — iść do wojska?
— To już do nas nie należy. Zgłosimy się, gdzie trzeba, a potem zrobimy, co każą.
— Tak myślisz?
Lotnik wstał i przeszedł się parę razy po werandzie, potem nabił sobie tytoniem fajeczkę, zapalił, usiadł na bujaku i kołysząc się zlekka, myślał, zapatrzony w lampę.
— Wasz zamiar jest dobry — zaczął mówić. — Jak wojna to wojna, bić się musi, kto może. Jednakowoż — jest mi to nie na rękę. Jesteście młodzi, zżyłem się z wami, otwarcie mogę powiedzieć — wychowałem was. A teraz mielibyście rozproszyć się mi i zniknąć w masie. Szkoda-by było.
— W takiej chwili nie można się oszczędzać, ani zważać na sentymenty! — odezwał się Lolo, z lekceważącym nieledwie grymasem zdziwienia unosząc brwi.
— Ech, rozumie się, ty jesteś znacznie większy bohater odemnie! — uśmiechnął się pilot.
— A co pan zrobi? Co pan zamierza? — zaczepił go Lolo trochę złośliwie.
— O mnie niema co gadać! Zaraz jutro zgłoszę się do dyspozycji władz wojskowych...
— No więc?
— Co do was jednak pragnąłbym, żebyście się ze swą decyzją na parę dni wstrzymali. Może mi się uda coś wymyślić!
— Co tu dużo wymyślać! — pokiwał głową Jurek. — Kto może karabin w rękach utrzymać, musi się iść bić.
— Zaczekaj-no! To wcale nie jest znów takie proste, jakby ci się zdawało.
— Bo poco nas wykręcać, ratować!
— Kto cię chce ratować? Ja? A mało razy latałeś ze mną, choć nikt ci nie kazał?
— Bo mnie pan brał!
— I sądzisz, że śmierć ci nie groziła?
— E, z panem! Z panem nic nie grozi!
— Dzieciak jesteś. Wiedz-że sobie, że zawsze grozi. Lecz choć wiedziałem, że cię biorę na swoje sumienie, sam cię namawiałem, żebyś ze mną leciał, bo chciałem ci pokazać to, co kocham i co kochać trzeba... Ale wiedz o tem, że gdybym ja był zleciał, tybyś to też życiem przepłacił. O, wy, naiwni chłopcy! Ja to przecie uczyłem was śmiercią pogardzać, nie widzieć jej wcale, a wy dziś mówicie, że was chcę oszczędzać! A czyż ja was oszczędzałem? Wychować sobie chciałem z was swoich następców — i to wszystko. A przecież wy wiecie, że, jeśli latać nie przestanę, prędzej czy później to jest śmierć! Kocham was bardzo, niewątpliwie, sami o tem wiecie, ale nie dlatego tylko, że ty, Janku, masz takie dobre serce, że Jurek nie kłamie, że Lolo jest tak czuły w sprawach honoru i nie dlatego, że wszyscy jesteście dobrymi chłopcami, ale ponieważ w każdym z was udało mi się rozbudzić to, czego pragnąłem i ponieważ w każdym z was jest dziś — orle serce! Za to was kocham, moi drodzy malcy, za to, że, przysięgam! — wy będziecie latali! A kiedy który wyląduje potem po raz ostatni, w postaci krwawego sznycla, skwierczącego na ogniu własnego motoru — to będziecie mogli powiedzieć, czy was oszczędzałem!
Chłopcy spojrzeli po sobie.
— Cóżeś widział jeden z drugim — śmiał się pilot — latając ze mną po niebie? Może widoki jakie cudne, kraje nieznane? A pewnie, jest kraj, jest — nieznany i nie każdemu dostępny — kraj wiary w siebie i pewność swego serca, kraj, w którym śmierć sekundy na swej kosie wydzwania. Otwórzcie oczy, chłopaki, to ja wam pokazałem, nic więcej. I dziś, żebym wam nie wiedzieć jak tłomaczył, że tam istotnie jest królowanie śmierci, żaden z was nie uwierzy, bo odemnie nauczyliście się wiary w aparat i wiary w siebie.
— To prawda! — wykrzyknął z radością Janek. — Ale to przecie jest proste! Kto pływać umie, ten się wody nie boi!
— Przeważnie jednak toną ci, którzy pływać umieją. Mniejsze z tem zresztą. Dość na tem, moje ptaszki, że ja was z rąk wypuścić nie mogę. Poczekacie ze swą ochotą bojową — a ja z was zrobię na prawdę Patrol Śmigi Warczącej!
— To co innego! Na to zgoda! — wołali chłopcy.
Otulona szalem, w zmroku, zapomniana i samotna, siedziała Kasia, ze zdumieniem i zgrozą przysłuchując się tej dziwnej rozmowie. Kiedy umilkły okrzyki chłopców, chciała się odezwać, ale coś jej odebrało głos. Dopiero przełknąwszy łzy, mogła przemówić.
— Żebyście wy wiedzieli, jacy jesteście dziwni — mówiła ze swego kąta. — Znam was wszystkich od dzieciństwa i znam was jako zacnych, prawych, bardzo dobrych chłopców. A dziś — czy wy rozumiecie? — jesteście dzicy, dzicy, jak ludożercy. Ty, Marjanie, ty się przechwalasz tem, że jako dzieciaki, brałeś ich ze sobą na aeroplanie i narażałeś na śmierć! I to mówisz ty, człowiek tak dobry! Co gorsze, w słowach twoich istotnie jest połowa prawdy! Nie cała prawda, bo przecież trochę przesadzasz, ale połowa prawdy jest! I że cię tego nie wstyd! Nie rozumiem, nie rozumiem! Co teraz? Teraz, dziś, z tych młodszych swoich braci chcesz porobić sokoły, które, jak zawodowy „falconiere“ chciałbyś puszczać z ręki na upatrzonego przeciwnika! Okropność! Ja wiem, wiem dobrze, że myśliwi kochali często sokoły swoje ponad wszystko... I że dla tych sokołów miłość pana była ostrogą, podniecającą ich zapał, ich ambicję bojową.. Pomyślcie jednakże, czy to nie jest dzikie? W sokolnika zmienia się mój dobry brat, w sokolnika, który z żywych ludzi sokoły robi! I co wy mówicie o kulturze, wy, ludzie o dzikich instynktach wiecznych myśliwych!
— Dzikie! — roześmiał się Zaruta. — Słuchajże: Widziałem dziś wymarsz jakiegoś pułku.Tysiące ludzi szły — bronić Ojczyzny. I widziałem, jak mała dziewczynka wołała na swego ojca: — Wróć, tatusiu! — a on wrócić nie mógł, oficer, prowadził bataljon!
— Jakież to straszne!
— A któż to takie cierpienia nam zadaje? Czy sądzisz, że ten tatuś chciał iść w obce kraje, że on nie wolałby zostać w domu? Idzie — bronić tej swojej córeczki. Do tego doszło. Więc — jeśli się mamy bić, jeśli mamy bronić — obronić, musimy trochę zdziczeć. I dzięki Bogu, że te „dzikie“ instynkty jeszcze w nas są!
— Rozumie się! — burknął Janek.
— Być może. Ale jakże przykro, jakże niezmiernie smutno patrzeć na taką przemianę! Wierzyłam w was, w waszą dobroć...
— To przecież nie jest „złość“, że pójdziemy bronić swego kraju! — zaprotestował Lolo.
— Nie rozumiecie mnie!
— Przywykła pani patrzeć na nas jak na dzieci, a tymczasem...
— Cóż „tymczasem“, mój Jurku?
— My chyba już dziećmi nie jesteśmy — dokończył, mniej już pewny siebie.
Rozpłakała się.
Skautom zrobiło się niewyraźnie.
— Kasiu, coś ci powiem! — odezwał się Zaruta. — Ty masz słuszność w gruncie rzeczy, zwłaszcza już, jak płaczesz... Bo ostatecznie takie strasznie znów wesołe to wszystko nie jest. Ale zrozumiej, że te draby pchają się do nas, chcą nas zniszczyć, więc przecie musimy się bronić! Ty nie polecisz, ty bomb rzucać nie będziesz...
— Zato strasznie będą się bali Lola lub Jurka! — śmiała się przez łzy.
— Oni się wyrobią, nie obawiaj się. Tylko, jeżeli już my musimy wojować, to ty nas nie osłabiaj, ale pomagaj. Tu, u nas, będzie lotnisko, to jest właściwie — klub. Tu już wojna wtargnąć nie śmie, tu będzie twoje spokojne panowanie, tu będzie nasza najświętsza forteca. Pamiętaj, że każdy z nas może się zmęczyć, może zesłabnąć — a wtenczas ty musisz być nam ucieczką...
Westchnęła.

— Spróbuję! — rzekła, opanowując się.




VII.

Wojna, straszliwa, bezlitośna, szerzyła się coraz bardziej.
Zrazu było to tylko gryzienie się podjazdów, ale za kawalerją płynęły rzeki piechoty, która ogromną ławą coraz potężniej napierała na ościenne kraje państwa. Z obu stron ku frontom dzień i noc leciały pociągi, pełne ludzi, koni, dział i różnych machin potwornych. Fronty, jak dwie równoległe nici krwawe przedłużały się od południa ku północy, wgryzły się w siebie niezliczonemi ostrzami bagnetów i szabel i tak wpiwszy się w siebie wzajemnie temi krew ssącemi smoczkami, miotały się konwulsyjnie w zacieklej walce.
Dwa wielkie narody, zmieniwszy się w dwa pęczniejące wściekłością potwory o tysiącach drapieżnych głów, wzięły się za bary, a każda konwulsja, każdy wstrząs szarpał trzewiami, sercem, duszą, całem ich jestestwem. Rozlegający się na polach bitew grom setek baterji, tysięcy karabinów maszynowych i granatów ręcznych, krzyk pułków idących do szturmu i jęk żołnierzy zakrwawionych, poraz ostatni hełmy żelazne zdejmujących z mokrej głowy, zamiary wodzów, wrzawa bitwy i żałoba pobojowisk — to wszystko streszczało się w krótkim ostrożnie ułożonym komunikacie, najeżonym nazwami mało znanych miejscowości. A jednak wszyscy go rozumieli i nigdzie przed nim nie można się było schronić. W miljonach dusz budził on i rozwijał ponure obrazy bitwy, krwawych zapasów i śmierci.
Ludzie gorączkowali się. Jedni z wpładłemi głęboko oczami, podnieceni i zdenerwowani, szeptali ponure wieści o klęskach i krwawych, okropnych stratach, drudzy, rozpromienieni fałszywym zapałem, wielbili zwycięstwa głośno, jakby zagłuszyć chcieli w sobie trwogę. Po przygnębieniu następował entuzjazm, po radości smutek złych przeczuć. Gwałtowne przejścia wytrącały ludzi z równowagi i ze zwykłego trybu życia.
Kasia, która skutkiem swego pewnego odosobnienia, nie była narażona na działanie wpływów z zewnątrz i nie ulegając im, mogła zachować dużo spokoju, z przerażeniem zauważyła, że miasto poprostu cierpi na gorączkę. Nie można tego było inaczej określić. Gorączka ta do tego stopnia wżerała się w ludzi, że zmieniała nawet rytm i charakter ich ruchów, odbierała im panowanie nad sobą. Spostrzegłszy to i uważając ten objaw za pierwszy skutek wojny — szkodliwy i niepożądany, bo pozbawiający ludzi równowagi — starała się nie poddawać się powszechnemu nastrojowi i zachować jak najwięcej zimnej krwi. Czuła, że jeśli temu ogólnemu podnieceniu się nie obroni, jeśli zawiasy jej duszy nie wytrzymają, jak gaz z dziurawego balonu zacznie uciekać z niej wiara, siła, pogoda, a z tem i energja, tem niezbędniejsze, im trudniejszem stawało się życie. A wobec tego, iż miała być jedyną i ostatnią ucieczką „sokołów“ swego brata, pragnęła mieć sił jak najwięcej, aby w ciężkiej chwili nie zawieźć.
Nie było to łatwe.
Skauci niewdzięczni opuścili ją. Jednych zabrał brat, drudzy pełnili dyżury na dworcach kolejowych lub w różnych instytucjach. Wpadali czasem na chwilę, pytali o Marjana i uciekali, zajęci bardzo lub zmęczeni. Czasem któryś był podczas jej nieobecności. Czekał, jak długo mógł, zjadł co tylko znalazł i zniknął. Raz zastała Lola, śpiącego na otomanie. Myślała, że się od niego czego dowie, ale chłopak zbudzony, aż krzyknął, kiedy spojrzał na zegarek i uciekł bez pożegnania.
Była sama. Och, nie zależało jej na towarzystwie, bo umiała być samą, ale teraz bała się samotności. W zwykłych, cichych czasach duszy jej nie brakowało życia wewnętrznego, które bez trudu pozwalało jej znosić i utrzymywać ciężar rzeczywistości zewnętrznej. Teraz jednakże ta rzeczywistość stawała się nazbyt potężna, dmąca wichrem wrażeń, niosąca kłody niezrozumiałych, twardych faktów, gwałtowna jak powódź, niszcząca. Cóż temu huraganowi mogła przeciwstawić cicha i wiotka choć krystalicznie czysta dusza dziewczęca. Czem, jakiem słowem miała się oprzeć w czasach, gdy jeno siła brutalna miała znaczenie!
Instynkt jakiś, głębokie przeczucie szeptem serca mówiły jej, że tylko w sobie samej obronę przeciw wszystkim tym strasznym rzeczom znajdzie, bo jedno prawdziwie wiarą gorejące słowo szczerej modlitwy potężniejsze jest od szatańskich chórów całego piekła, ale jej zdawało się karygodną zarozumiałością wierzyć, że w jej małej duszy mogłoby być źródło takiej potęgi. Nie ufała sobie, widząc, że nikt w ten sposób, co ona, nie rozumuje. Więc uciekała się tylko do cichych westchnień i do tego wysiłku dusz szlachetnych, wchodzących na pierwsze stopnie rozwoju, uciekała się do sztuki, zwanej „dyscypliną cierpliwości“.
Pogoda wciąż była cudna, mimo, że niewiele już liści zielonych trzymało się na drzewach, a jesień szumiała szelestem uschłego listowia. Wciąż widziało się przeciągające ulicami wojska. Był w mieście plac duży, szeroki, z odwachem, przed którym stały dwie jaskrawo pomalowane budki, i z dwoma wielkiemi, czarnemi, staremi działami oblężniczemi, po których lśniących lufach wspinali się chłopcy. Wiele było na placu dużych ław, na których ciasno zciśnięta, zabawiała się w zwykłym czasie młodzież, podczas gdy starsze, czarno ubrane panie lub zgarbieni, siwi emeryci zasiadali na ławkach otaczających grube pnie starych drzew. Rojno bywało na tym placu wieczorem a gwarno i wesoło w niedzielne przedpołudnia, gdy po nabożeństwie muzyka wojskowa, rozstawiwszy się kołem, przygrywała krążącym po placu gęstym tłumom. Teraz, na ten plac szły wszystkie oddziały, wyruszające na front. Prowadziła je muzyka, wesoła i dźwięczna, jak zwykle. Za muzyką jechał sztab na pięknych koniach, o jedwabistej sierści, śpiżowo lśniącej do słońca. Oficerowie w nowych mundurach, obwieszeni bronią, mieli miny uroczyste, zaś za nimi szli ukwieceni żołnierze. Jeśli piechota — to to był łan różnobarwnego kwiecia. Jeśli jazda, to szwadrony wyglądały jak orszak weselny a nad bukietami u czapek turkotały barwne chorągiewki lanc. A jeśli to była artyleria, to działa w kwiatach i jaszczyki w zieleni były niby ołtarze polne lub wozy triumfalne — piękne, kwieciste. Na placu stawały pułki poraz ostatni, żegnając się z miastem przed wyruszeniem w pole — na chwilę krótką, na to, by spojrzeć jeszcze raz na mury, na ludzi wzruszonych, sypiących białą ćmą papierosów, by westchnąć — i pójść przed siebie — może już na zawsze. Grzmiał w ulicach miarowy, równy krok piechoty, drobno szczękały kopyta końskie po bruku i brzęczały długie szabliska w pochwach, głucho, potężnie dudniały działa, z bukietów zieleni drwiąco wysuwające swe złośliwe ryje, a potem — tylko zapóźniony jakiś ordynans pojawiał się na placu, pytając „dokąd poszli“? — i gromada dzielnych, rycerskich serc twardych, stalowych, szła gdzieś w łunę sławy, całującej czerwonym pocałunkiem śmierci.
Patrzyła Kasia nieraz na to widowisko i serce się jej krajało z bólu. Plac tak miły dotąd, kochany, zmienił się w jej oczach w arenę, na której ludowi prezentowali się w rycerskiej glorji ci, którzy mieli umrzeć. A gdy tak myślała o tem, czem dziś, po miesiącach już wojny są mury domów, plac okalających, kiedy jej przyszło na myśl, ile w ścianach szarych utonęło spojrzeń z ostatniem pożegnaniem, zdawało się jej czasem, iż plac ten jest misą czarnej kurzącej się krwi, codziennie ofiarowanej złemu, rozwścieczonemu bóstwu. Wiedziała dobrze, że inaczej być nie może. Rozumiała, że, aby mieć wszystko, trzeba umieć wszystko poświęcić. Obroniła się przygnębieniu, cowięcej, obroniła się zbyt różowym przeczuciom. Ocaliła i zachowała swój spokój, swą pewną pogodę, ale przypłaciła to smutkiem, który osiadł na jej duszy na widok rzeczy dziejących się.
Marjan i jego przyjaciele z „Patrolu Śmigi Warczącej“ to chodzili chmurni, to znów rozpromienieni radością. Do tego mieli prawo, ponieważ poniekąd byli w akcji. Mądra Kasia tego prawa sobie nie uzurpowała, oszczędzając się wiernie na nieprzewidziane w przyszłości wypadki. Miała tę siłę, że nie pozwalała sobie żyć, aż póki okoliczności tego jej nie nakażą. Niektórzy znajomi zarzucali jej obojętność, brak temperamentu, brak wrażliwości duchowej. Nie wiedzieli, że śpiące o dwa kilometry za frontem oddziały rezerwowe tylko tym sposobem zachowywały świeżość i spokój, niezbędny do bliskiej bitwy. Nie wolno wojować, dopóki niema rozkazu.
Naturalnym porządkiem rzeczy po bojach zwycięskich przyszły mniej szczęśliwe. Z ewakuowanych szpitalów a potem z pól bitew zwożono rannych. Okropne to były rzeczy! Ludzie zmiażdżeni, pokłuci, porąbani! Kasia, która — jak większość kobiet w tem mieście — była egzaminowaną sanitarjuszką — niezwłocznie stawiła się do służby. Zręczna, spokojna a pracująca szybko, dyżurowała na dworcu kolejowym, robiąc tymczasowe opatrunki rannym, których przewożono dalej. Trzeba się było bardzo śpieszyć i bardzo napracować! Pracowała bez szemrania i nigdy bratu nie opowiadała, ile strasznych, męczących wysiłków kosztowało ją to pielęgnowanie ludzi pokaleczonych, widok ich ran i woń mdła, zabójcza, zbrodnicza, słodka woń krwi.
Po pierwszych tygodniach „training’u“, różnych ćwiczeń i prac przygotowawczych, po pewnem uporządkowaniu stosunków, rozbitych i roztrzęsionych przez wojnę, życie zaczęło zwolna wchodzić w pewne normy, nowe, wojenne, lecz przecie stale. W salonie willi coraz częściej zgromadzał się w całości „Patrol Śmigi Warczącej“, butny już, pewny siebie, hałaśliwy, wesoły. Stało się, jak zwykle się dzieje w takich wypadkach. Chłopcy tkwili w mundurach, robili swoje, mieli swe drobne awanse, swe wielkie ambicje i zajęci codziennym trudem, prawie że nie chcieli wiedzieć, co zresztą na świecie się dzieje. Przypuszczali, że przyjdzie rozkaz taki lub owaki, rozkaz ten pragnęli jak najlepiej wykonać, a zresztą nic ich nie obchodziło. Pewnego dnia — a było to właśnie w czasie niepowodzeń na froncie — przyprowadzili wieczorem swego kolegę, młodego oficera piechoty. Młody chłopaczek, o dziecinnych, naiwnych oczach, bawił się świetnie i jadł jedną gruszkę za drugą. Kasia, zaniepokojona trochę bardzo przykremi wiadomościami z frontu, spytała go, co myśli o sytuacji.
— Co myślę o sytuacji? — odrzekł młody chłopak. — Nic nie myślę. Ja, proszę pani, jestem podporucznikiem, komendantem kompanji, liczącej dwustu dosyć kiepskich żołnierzy. Są to dobrzy chłopcy, ale żołnierze młodzi i nieraz, jak się ich pędzi naprzód, człowiek kolbę „Mausera“ na ich plecach połamie... To jest moja sytuacja. A pozatem to mnie nic nie obchodzi. Iść naprzód? Rozkaz. Cofać się? Rozkaz. Ministrem wojny ani naczelnym wodzem nie jestem. Pracuję uczciwie — a ponad to nic więcej zrobić nie mogę.
— Wygramy tę wojnę czy nie wygramy?
— Rozumie się, że wygramy, ale jeślibyśmy jej nie wygrali, to tylko dlatego, żebyśmy ją w któremś miejscu chyba przegrali.
— A czy to jest możliwe?
— Wszystko jest możliwe, proszę pani. Ot, cofamy się teraz, chociaż z początku biliśmy przecie.
— I cóż wtenczas poczniemy!
— To już nie moja wtem głowa, proszę pani. Co ja mogę na to poradzić? Dano mi kompanję — więc jestem komendantem kompanji. Jeśli wyznaczą mi gdzie pozycję i każą trzymać do ostatniego żołnierza, trzymać będę. Ponad to jednak, proszę pani, cóż ja mogę?
Tak oni wszyscy rozumowali, broniąc się — pomyślałby kto — wszelkiemi siłami przeciw zrozumieniu i ogarnięciu całości, aby tylko pozostać w swem specjalnem ograniczeniu. Nie wiedziała Kasia, że takie jest prawo natury i że tylko dzięki niemu nawet na spróchniałym pniu jeszcze jakiś czas zielenią się liście i młode pędy, żyjąc do ostatniego tchu, do ostatniej kropli soków.
Toteż niepowodzenia wojenne nie wpływały ani na humor Marjana, ani na zapał, z jakim pełnił swe obowiązki. Mianowano go instruktorem, kazano mu kształcić lotników. Lotników było stosunkowo dużo, ale specjalistów takich, jak on, bardzo mało: dlatego oszczędzano go i nie wysłano na front. Pilot zaś, dobrze pojąwszy swe zadanie, pracował z wytężoną energją. Wybrawszy siedmiu swych wychowanków z „Patrolu Smigi Warczącej“, starał się wtajemniczyć ich we wszystkie arkana swej sztuki. Związał się z nimi jak najściślejszą przyjaźnią, nieledwie przyciągał ich do siebie, oddawał im cały swój zapał, miłość nieba i lotów zawrotnych, szał szybkości i pewność spojrzenia. Od jego duszy ognistej zapalało się siedem młodych, rozżarzonych serc, chciwych walki i zwycięstwa. Nie dawny patrol to już był, ale prawdziwa napowietrzna eskadra, zespół dusz, połączonych tajemniczym związkiem wewnętrznym, jednem i temsamem krążeniem myśli, jednym i tymsamym ich rytmem.
Często wzlatywali razem — na czele Zaruta, za nim oni, lecąc kluczem trójkątnym. O, wtedy to już kto żył, wybiegał na ulicę, bo widok to był niezrównany, jedyny. Świecąc i lśniąc srebrzyście w blasku słonecznym, lecieli, jak stado gołębi, zwartym, harmonijnym szykiem. Czy zataczali koła nad miastem, czy skręcali w lewo, lub w prawo, czy pięli się na wysokości lub padali w dół, aparaty były wciąż o tejsamej od siebie odległości, na tejsamej wysokości, zgodne i jakby porozumiewające się ze sobą. Osiem aparatów wielkim i głośnym akordem dzwoniło nad miastem, osiem dusz młodych i bohaterskich, sprzągniętych w jeden latający wieniec białych kwiatów, urągało śmierci. Bywało, że naraz przewodnik stawał na skrzydle i leciał w przestrzeń. Za nim obrywał się z błękitu słonecznego drugi aparat, trzeci, czwarty... Jak wielkie, srebrne liście wszystkie aeroplany leciały wdół, aby się naraz zatrzymać, zgodnie szeroką rozciągniętą linją zatoczyć krąg dokoła smukłej, czarnej wieży katedralnej i znowu piąć się na wysokości. A kiedy lotu dość było, nagle, z najwyższej wysokości, prosto ku lotnisku, skośno, jak po nitce spadały aparaty, cudownie lecąc ponad miastem, pewne siebie i niezawodne.
Była w mieście ulica długa, szeroka, piękna, spięta w środku, jak klamra, prawie okrągłym placem, z którego, jak promienie gwiazdy, na wszystkie strony wybiegały ulice. W pośrodku tego placu na pamiątkę słynnych zwycięstw, wzniesiono cudny, potężny łuk triumfalny, szlachetną swą krzywizną wieńczący długą i twardą perspektywę kamiennych gmachów.
Ten to łuk triumfalny obrał Zaruta za cel swych ćwiczeń zuchwałych, przy jego pomocy chciał sprawdzić pewność i celność lotu swych wychowanków, swych sokołów. Szło mu o to. Jednem z zadań lotników było wyśledzenie maszerujących gdzieś kolumn nieprzyjacielskich i rozproszenie ich za pomocą ostrzeliwania z karabinów maszynowych i rzucania bomb. W tym celu trzeba było bardzo zniżyć lot i trzymać się ściśle wytkniętej linji. Niespodziewanie, z wielkiej wysokości, należało spaść, przelecieć nad maszerującą kolumną, a potem znów wznieść się na taką wysokość, aby pociski dział nie mogły aparatów dosięgnąć. Niezbędna była do tego wielka zręczność i pewność oka i ręki.
Dla wypróbowania tych zalet Zaruta obmyślił następującą sztuczkę:
Pewnego, wczesnego, pogodnego poranku zapowiedział młodym pilotom, iż spróbują — pod jego przewodem — przelecieć popod łukiem tryumfalnym i dalej ulicą, poczem dopiero wzlecą wyżej niedaleko parku, do którego owa ulica uchodziła. Zadanie nie było niemożliwe, wymagało jednak wielkiej zręczności, ponieważ rozpięcie łuku, choć wystarczające, niewiele dawało miejsca, a najmniejsze zawadzenie lub potrącenie skrzydłem narażało na śmierć nieuchronną. Nie koniec na tem. Lot szeroką ulicą, niby szerokim korytarzem, wśród wysokich, pięknych gmachów, musiał na względzie mieć długi szereg masztów żelaznych, podpierających całą sieć drutów, zaś na końcu, jako ostatnia, nie najmniejsza zapora, czekał park z gąszczem swych drzew, przed którem na szerokim placu stał wysoki, śpiczasty obelisk granitowy.
Wszystkie te niebezpieczeństwa miano na oku i brano pod rozwagę, jednakże nie inaczej, jak tylko, jako przeszkody, które „wziąć“ należy tak właśnie, jak to na torze wyścigowym robi jeździec. Że przytem, kark można będzie skręcić, o tem się, oczywiście, nie myślało zupełnie.
I tak osiem aeroplanów wyleciało z lotniska na ten lot z przeszkodami. Jakiś czas stado zgodnie krążyło w powietrzu, tym razem jednak trzymając się w dość znacznem oddaleniu za swym przewodnikiem, którego obserwowało. Rozumie się, Zaruta lot prowadził i pierwszy miał wlecieć pod sklepienie łuku.
Godzina była wczesna, ale ludzie już chodzili po ulicach. Lot stada śmiałego nad miastem zachwycał ich, więc ten i ów — a raczej ta i owa, idąca na rynek z koszykiem, przystawała i uśmiechała się, wpatrzona w niebo. Wtem aeroplany, różowe od światła słonecznego, zaczęły zesypywać się na miasto. Czarny w sylwetce zahuczał w ulicy jednopłaszczyznowiec Zaruty. Leciał, jak oszalały, na pewną śmierć, pomiędzy domami, na wysokości jednego piętra. W tej plątaninie ulic musiał się rozbić! Ludzie przerażeni, poprzystawali, zdrętwieli, oglądali się dokoła, nie rozumiejąc. Szyby rozdzwoniły się w oknach, warkot gromki, metaliczny, wstrząsał domami. Ulica usłyszała potworny chichot śmierci. A wówczas jednopłaszczyznowiec jeszcze bardziej zniżył lot i runął popod łuk triumfalny.
Przeleciał — nie zawadziwszy — podskoczył trochę w powietrzu i pomknął szeroką ulicą, waląc, jak kamieniami, w lustrzane szyby pałacowych okien tęgim, mocnym łoskotem swego motoru.
W parę sekund po nim popod łukiem przeleciał drugi aparat, tuż trzeci i czwarty...
Hukiem strasznym a niespodziewanym zbudzeni, mieszkańcy pięknych pałaców zerwali się przerażeni, nie wiedząc, coby to wszystko miało znaczyć.
Pewna piękna dama, przestraszona zgiełkiem nieledwie pancernym, wyskoczyła z łoża w negliżu nocnym i słysząc huk nieustający, pobiegła do okna, które jednem pchnięciem ręki otwarła. Czerwone jej włosy były w nieładzie, a oczy ciemne, zielonkawe jak oliwki, a podłużne jak migdały, ze strachem patrzyły w ulicę, po której zwykle uganiały tylko piękne lakierowane powozy lub pokrzykujące karety samochodowe. Kiedy tak, wychylona z okna, wzrokiem przelęknionym szukała, gdzie niebezpieczeństwo, naraz runęło na nią coś, jakby chmura gromów — chrzęst nieznany podobny do śmiechu orła o żelaznych skrzydłach. I tuż przed jej oknami przeleciał aeroplan — a w nim na siodle chłopak młody, dzierżący mocno ster, lecz śmiejący się jak dziecko — sam do siebie! A wkrótce po tym aeroplanie zjawił się drugi — z pilotem o minie tak obojętnej i zimnej, jak gdyby prowadził nie aeroplan lecz tramwaj elektryczny — a tuż leciał trzeci, na którym dwaj młodzi chłopcy o coś się namiętnie wadzili.
Zarucie eksperyment się udał, ale miasto było wzburzone. Tego już trochę zawiele! Nie tylko, że lotnik może się rozbić o łuk triumfalny, ale jeszcze samą budowlę uszkodzi. Tak znów nie można!
Zgryzł się tem „Patrol Śmigi Warczącej!” Cóż to znowu znaczy! Przecie oni dla osobistej przyjemności tego nie robią. Powietrze — do djabła — należy do wszystkich! Nigdzie już nic nie wolno? Gdzież się uczyć? Wogóle — to jakieś dziwne stosunki! Cóż to komu może szkodzić?
Jedyny Zaruta poniekąd tę historję rozumiał.
— Bo wy nie rozumiecie, co znaczy taki stary lamus, jak ten łuk! — tłomaczył swoim „sokołom”. — Nikt, ani ja ani oni, nie wie, na jaką pamiątkę ten interes tu stoi, i ja myślałem, że istotnie tylko na takie nasze próby się nadaje... Ale tam, wiecie, są jakieś napisy, i różni ludzie tu przyjeżdżają, żeby je oglądać... Miasto ma z tego zysk i boi się, żebyśmy nazwiska jakiego sławnego człowieka skrzydłem nie zatarli... To trudno, musimy sobie coś innego znaleźć...
I znaleźli.
Na rzece był stary, wspaniały most kamienny, z figurami świętemi, czuwającemi nad każdem przęsłem. Rozpięcie przęseł było wystarczające — jak gdyby ten stary, od pięciuset lat spoczywający w grobie budowniczy właśnie tak ten most budował, żeby lotnicy mogli z niego korzystać. To wszystko wziąwszy pod uwagę, eskadra „Śmigi Warczącej” pewnego poranku wzleciała ponad rzekę a potem — jeden po drugim aeroplan, jak czajka spadał na złotą wodę i przemykał się przez wiązania mostu, ptakiem wzlatując w niebiosa.
Cudowny był to widok — te ptaki zuchwałe nad rzeką płynnego złota, nad rzeką ognia, płynącego powoli w Nieznane...
Ale i to nie spodobało się ludziom rozważnym. Zaczęto pisać w dziennikach, że tak nie wolno, bo nużby znowu komendant jazdy, chcąc wykazać sprawność konnicy, rozkazał szwadronom szarżę po głównych ulicach, a nużby znowu komendant artylerii, dla przekonania się o wyćwiczeniu swych ludzi, zarządził strzelanie z ciężkich dział do rzeki! I to i owo!
Zaruta wzruszał ramionami.

— Niema dziś na świecie miejsca dla porządnego człowieka! — skarżył się.





VIII.

Poleciały sokoły w pole.
Eskadra „Śmigi Warczącej“ wyruszyła na front.
Płakała Kasia, rozstając się ze swemi orlętami, z dumą i pychą żegnał ich Zaruta. Cały personal sam debrał i wyćwiczył, wszystkie śrubki, motory i karabiny maszynowe obejrzał i wypróbował. Eskadrilla była bez zarzutu, wzorowa, lotnicy młodziutcy, lotnicy, którzy nie ciężyli jeszcze ku ziemi, rwali się do walki jak koguty bojowe, na platformach prężyły swe kanciaste skrzydła najlepsze aeroplany. Zaruta uczył swoich chłopców długo, dał im skrzydła i szpony i wierzył niezłomnie, że zwyciężą.
Chlastał deszcz, zmięszany ze śniegiem, a rzadkie błoto — na rampie kolejowej, gdzie ładowano eskadrę — sięgało wyżej kostek. Brodził sobie w niem śmiało pilot w sztylpach skórzanych, zaś za nim dreptała Kasia i płacząc, myślała o tem, jak dziwnie się to wszystko ułożyło. Tak niedawno jeszcze — zdawało się — chłopaki siedziały na stopniach werandy, z grubych, białych garnuszków jedząc poziomki z dobrze osłodzonem mlekiem, a tu naraz — już z nich żołnierze, już piloci, jadący na front. Natchniona wiedzą kobiecą, miała dla odjeżdżających całe toboły z jedzeniem, bielizną, papierosami, ciepłemi derkami. Brali wszystko wdzięcznie i chętnie, ale już nie tak, jak dawniej, z pewnem zawstydzeniem. Traktowali ją niby młodszą siostrę z szacunkiem, serdecznie, lecz poniekąd zgóry.
Pociąg ruszył. Piloci, stojąc na stopniach wagonu, ukłonem wojskowym żegnali swego mistrza. Przesuwały się aeroplany, znaczone wielkiemi kołami w barwach narodowych — a na kołach tych widać było „totem“ patrola — śmigę.
Eskadra odjechała — siedmiu zacnych, kochanych chłopców odeszło.
W białej willi było po dawnemu rojno i gwarno, ponieważ patrol na wszelki wypadek od dłuższego już czasu uzupełniano nowymi skautami, wybranymi i przedstawionymi osobiście przez odjeżdżających. Byli to wszystko chłopcy tejsamej „rasy zdobywców“, żołnierze z temperamentu i upodobań. Zaruta czynny, energiczny, lecz wesół i pogodny, zajął się nimi z zapałem, trenował ich, uczył w ogrodzie „orła“ i woził ich ze sobą na lotnisko. Chłopaki były dzielne, zadzierżyste, o mocnych, bystrych oczach i mocnych sercach.
Po jakimś czasie zaczęły nadchodzić listy z eskadry „Śmigi Warczącej” — naprzód opisy życia na froncie, wesołe, żartobliwe, później — opisy walk, więc rozpraszanie kolumn w marszu, rzucanie bomb na ważniejsze punkty i „rejdy“ nad terenem nieprzyjacielskim, akcja wywiadowcza, wreszcie — boje pierś w pierś, strącanie nadół wywiadowców nieprzyjacielskich, czyli oślepianie wrogiej artylerji.
Z komunikatów sztabowych wynikało, że wojna napowietrzna potęgowała się, wzrastała z dniem każdym. Przez powietrze płynęły falangi lotników w coraz to innym szyku wojennym. Wywiadowcy szli naprzód, za nimi lub nad nimi eskadra, złożona z aeroplanów bojowych, częściowo opancerzonych, potem — napowietrzna artylerja z bombami. Na wszelkich wysokościach rozgrywały się niewidziane dotychczas boje, a w nich wciąż odznaczali się wychowankowie Zaruty.
Pilota napawało to dumą, ale zarazem drażniło niewymownie. Kiedy siedząc przy śniadaniu i zajadając chrupiącą, dobrze wysmażoną, gorącą wędzonkę, czytał komunikat, zdarzało się, że wstawał od śniadania i już nie kończył. Widział swoich chłopaków wśród chmur, gonionych i napadanych przez wrogie aparaty, słyszał trzask karabinów maszynowych i nie mógł śpieszyć z pomocą. Nieraz prosił się, aby go puszczono na front lub aby przynajmniej szkołę jego lotniczą przeniesiono gdzieś bliżej frontu, ale ani jedno ani drugie mu się nie udało. Zato, widząc to jego podrażnienie i gorącą chęć wzięcia w akcji żywego, bezpośredniego udziału, komenda powierzyła mu niebezpieczne i trudne zadanie przewożenia daleko poza front nieprzyjacielski wywiadowców, których należało wysadzać nocą na odległych, samotnych pustkowiach. Po pewnym czasie trzeba było tą samą drogą wywiadowcę przewieźć z powrotem do kraju i wszystko to, połączone z wielu trudnościami i niebezpieczeństwami, a wymagające ogromnej zręczności i przytomności, do pewnego stopnia zadowalało żądzę czynu pilota, jednakże z konieczności rzeczy trzymane w ścisłej tajemnicy, nie dawało radości jasnego, otwartego postępku.
Wtem przyszedł z frontu od Janka list, donoszący, iż Lolo zginął. Lotnik nieprzyjacielski, mijając go z odległości kilku zaledwie metrów, strzelił do niego z pistoletu automatycznego. Trafiony w serce Lolo martwy już spadł na ziemię z aparatem, który się roztrzaskał.
— Szkoda go, bo jako lotnik bojowy mało miał sobie równych — pisał Janek. — Osiem aparatów nieprzyjacielskich już strącił, nieprześcigniony był w ataku. Szedł naprzód jak szalony, wprost na wroga, rozjeżdżał w powietrzu. Miał awansować na podporucznika. Na Jurku śmierć brata zrobiła wielkie wrażenie. Mści się.
Mścił się zawzięcie. Komunikat sztabowy prawie codzień wymieniał jego nazwisko. Dwudziestu dwuch lotników nieprzyjacielskich dało życie za śmierć Lola, gdy naraz i na Jurka przyszła kreska. Wracając z zepsutym motorem ku własnym pozycjom, napadnięty przez dwa opancerzone bojowe aparaty nieprzyjacielskie, nie mógł się im obronić i spadł między pozycje. Wyzwoliwszy się z rzemieni, wyskoczył z aparatu, ale ciężko ranny niemógł dotrzeć do swoich pozycji. Musiał zostać w „kraju nie należącym do nikogo”. Aparat jego, rozstrzelany granatem, spłonął, on zaś sam cztery długie dni i noce spędził w jamie powstałej po wybuchu pocisku z ciężkiego działa — bez opatrunku, bez wody nawet. Bito się o niego wściekle, aż wreszcie podczas jednego wypadu udało się żołnierzom wyprzeć nieprzyjaciół i dotrzeć do kryjówki pilota, kiedy jednak nieśli go do swych okopów, zastrzelono im go na rękach.
Pisał o tem jeden z młodych pilotów, ale nie Janek, który nie chciał, aby listy jego zawsze miały zwiastować nieszczęście — a prócz tego bił się teraz zapamiętale. Liczył sobie trzydziestupięciu strąconych przez siebie pilotów nieprzyjacielskich, trzydziestupięciu, których śmierć urzędowo stwierdzono — nie mówiąc, którzy padli po stronie nieprzyjacielskiej i których śmierci stwierdzić nie można było. Ale po jakimś czasie i Janek zleciał z nieba.
— Uszkodzony przez nieprzyjaciela motor zapalił mu się — pisał Franek, czwarty lotnik eskadrylli „Śmigi Warczącej” — Janek, nie tracąc przytomności, zaczął natychmiast planować ku naszym pozycjom, co mu się też w końcu udało. Wskutek wiatru jednakże ogień ogarnął cały aparat, tak, że Janek wylądował w płomieniach. Lewa noga mu się paliła. Czując, że jest bliski utraty przytomności a nie mogąc już porozpinać rzemieni własnoręcznie, złamał kość płonącej nogi i wyskoczył z aeroplanu. Uratowało go to, bo tymczasem nadbiegli ludzie; nogę oczywiście stracił. Amputowano mu ją powyżej kolana.
— Co za bohaterskie dzieci! — zachwycał się męstwem pilotów Zaruta. Trzeba teraz skompletować eskadrę! Muszę im tam trzech chłopców posłać.
— Marjanie! — zlękła się siostra. — Jakże możesz posyłać chłopaków na pewną śmierć!
— Ja ich nie na śmierć posyłam, ale na bój. Nie mogę tamtych zostawić bez pomocy.
Trzech co najdzielniejszych i najlepiej wyćwiczonych pilotów tegoż dnia odjechało na front.
Zaczęło się dziać źle. Front gdzieś trzasnął, przez lukę wlały się masy nieprzyjacielskiego wojska, kawalerja, przedarłszy się, ruszyła wzdłuż frontu, jak nożem odcinając go od tyłów. Wołano o ratunek, o załatanie dziury, słano na front wojska młode, źle wyćwiczone, ochotników. Toczyły się walki bardzo gwałtowne, ale nieprzyjaciel wciąż rozszerzał wyłom, wyrąbany we froncie i parł naprzód, szerząc przy pomocy swej kawalerji panikę i popłoch tak wśród wojsk jak i wśród ludności.
Wstawały dni coraz trwożniejsze i bledsze.
Ulicami miasta jechały wyładowane wysoko dorożki, wiozące na dworzec lękliwszych. Zaczynano szeptać o ewakuacji miasta, o możliwości oblężenia, o konieczności chwilowego opuszczenia go lub oddania. Wciąż wyjeżdżały na front nowe oddziały, ale coraz już mniejsze i coraz młodsze. W nocy słychać było nieustanny ryk syren lokomotyw i dźwięczny zgiełk buforów zestawianych lub szybowanych pociągów. Głucho warczały gdzieś działa.
W tym czasie Zaruta ze swoją eskadrą rezerwową wciąż krążył nad miastem. Dwa razy dziennie, rano i popołudniu osiem ustawionych w klucz aeroplanów manewrowało w powietrzu, to dzieląc się na grupy, to rozciągając się w łańcuch czy półkole, rozrywające się naraz w dwa sierpy, otaczające niewidzialnego nieprzyjaciela. Zaś raz, kiedy huk dział szczególnie stawał się wyraźny, cała eskadra zatoczyła w powietrzu półkole i popłynęła na wschód, na wywiad.
Wreszcie przyszło to, czego się tak obawiano. Nieprzyjaciel odciął miasto. Już w nocy nie było słychać syren lokomotyw ani dźwięku jasnego buforów. Prawda, załoga miasta biła się tak mężnie i wytrwale, że artyleria nieprzyjacielska pociskami swemi ledwo czasem przedmieść sięgała. Trzeba się jednak było liczyć z oblężeniem.
Miasto ucichło, zestarzało się, poszarzało, zgasło. Po bezludnych ulicach chodzili pilnujący porządku uzbrojeni mieszczanie. Zaczął się niedostatek — brakowało nabiału, jarzyn, masła. W nocy rozlegały się wystrzały krążących po mieście patroli.
Równocześnie jednak jak gdyby się zrobiło spokojniej. Znikło zdenerwowanie, znikła trwoga. Mury i twarze ludzkie były może smutne, ale nie przygnębione. Zmalało życie i ucichło, jednakże szło swym trybem. I codziennie, rano i popołudniu pojawiała się nad miastem wierna eskadra.
Nie były to już jednak manewry, lecz wojna. Aeroplany Zaruty patrolowały niebo. Jeśli nie wszystkie naraz, to przynajmniej jeden krążył w chmurach, obserwując, co się dzieje. Ani jeden aparat nieprzyjacielski nie poważył się bodaj zerknąć na miasto. Często trzy lub cztery samoloty ruszały w jakimś kierunku na bój, zdarzało się, że wylatywały wszystkie. Kiedy wracały, mieszkańcy miasta liczyli je z trwogą w sercu, bo kochali swoich lotników i bali się o nich.
Zaruta utrzymywał łączność ze światem. Co drugi dzień nad wieczorem zabierał pocztę, wzniósłszy się na wielką wysokość, leciał na zachód. Niewątpliwie słychać było jego motor w ciemnościach, nieraz szukano go projektorami i ostrzeliwano dla zasady, wiedząc zresztą, że się to na nic nie zda. Aby go lotnicy chcieli na tej wysokości w nocy szukać i atakować, nie było nawet mowy.
Nad ranem wyruszały naprzeciw niego dwa lub trzy aparaty z jego eskadry. Czasami, zwłaszcza z początku, lotnicy nieprzyjacielscy rzucali się na nie, ale ciężko za to pokutowali, bo nie mówiąc o tem, że zaczepione aeroplany same musiały dobrze kąsać, niespodziewanie, jak jastrząb, spadał zgóry Zaruta, który zawsze umiał przeważyć szalę zwycięstwa. Tak pilot przywoził do miasta rozkazy, pocztę, dzienniki i wiadomości.
Kiedyindziej znów wylatywał sam. Nie kryjąc się, ślepy i głuchy na szrapnele, których białe dymki ukazywały się bliżej czy dalej koło jego jednopłaszczyznowca, latał po niebie jakby dla własnej, osobistej przyjemności, jak gdyby znudziło mu się siedzieć w zamkniętem mieście. Latał pięknie, nieledwie popisując się swą zręcznością i robiąc różne, ozdobne ewolucje. Zdawał się być tak przejęty tym swoim „sportem“, że chyba nie istniały dla niego pozycje nieprzyjacielskie. Krążąc tak i wywracając nieraz kozły w powietrzu, nagle błyskawicznie skośno spadał z chmur, pojawiał się czy to nad zamaskowaną baterją, czy nad składem amunicji, czy nad maszerującą kolumną piechoty, pewną, że jej nikt nie zauważył, zniżał się do paru metrów nad swym celem, a potem, zwolna posuwając się w górę, jedną po drugiej bombę puszczał z niezawodną celnością i zanim się spodziano, już znowu płynął wśród chmur.
W tych podstępnych a nagłych atakach był niezwyciężony. Piloci nieprzyjacielscy próbowali go atakować, kiedy jednak strącił ich pięciu, jednego po drugim, unikali go, bali się go. Dowództwo ich widziało przewagę lotnika i jego przedziwne opanowanie aparatu; było jasnem, że nawet dobry pilot nie może skutecznie stawić czoła temu artyście. Z drugiej zaś strony niemożliwą było rzeczą pozwolić mu gospodarować w powietrzu, jak u siebie w domu, bo wówczas, rozumie się, miary nie znał. Raz, sterroryzowawszy wojsko, spokojnie wylądował na łące — i wziąwszy pod karabin maszynowy przeciągające treny, kazał im wszystko, co wiozły, wrzucić do niedalekiego stawu. Więc dowództwo wojsk nieprzyjacielskich zażądało od swych lotników stanowczo, aby tym wybrykom położyli koniec.
Czy Zaruta przeczuwał to?
Nie wiadomo. Ale naraz pojawił się w towarzystwie drugiego aeroplanu, który jednak nie zniżył się wraz z nim, lecz nakształt skowronka krążył sobie wysoko, ukryty w chmurach. Zaruta sam, starym i przyjętym już zwyczajem, rozpoczął swe popisy w powietrzu. Przemknął się nad pozycjami nieprzyjacielskiemi, złośliwie rzucił bombę na bardzo potrzebny mostek, z karabinu maszynowego ostrzelał zmasowaną konnicę, zabił kilkanaście koni, a potem bujał sobie, jak mu serce dyktowało.
Wtem zerwało się czternaście nieprzyjacieleskich aeroplanów.
Leciały ku niemu ze wszystkich stron — grupy w bojowym szyku, posuwające się naprzód według ułożonego naprzód planu, czyhające tylko na chwilę, kiedy lotnika wezmą w krzyżowy ogień karabinów maszynowych i łączniki, pojedynczy śmiałkowie, liczący na swą zręczność i szczęśliwą sposobność. Rojem na różnych wysokościach rozsypanym, wszystko to okrążyło Zarutę, który, jakby przerażony i onieśmielony, latał w kółko, podobny do spłoszonego nietoperza.
Żelazny, grzmiący motorami krąg zacieśniał się dokoła niego. Czternaście karabinów maszynowych już celowało weń, zaś on, niby kogut rozjuszony, małemi skokami podrywał się w górę, gotując się do ostatecznej rozprawy.
Widziało się wyraźnie, że już nie wie, w którą ma się zwrócić stronę. A niespodziewanie, nagłym, kunsztownie obliczonym manewrem z boku zajechał grupę, złożoną z pięciu aeroplanów. Zadymił, zasyczał jego karabin maszynowy — i trzy aeroplany spadły. Dwa pozostałe chciały go osaczyć pół obrotu na lewo i krótka salwa z karabinu maszynowego spuściła na ziemię czwarty aeroplan. Potem małe półkole jeszcze bardziej na lewo i straszny lotnik znalazł się piersią w pierś naprzeciw piątego „Fokkera“, który z rozpaczliwą determinacją leciał wprost na niego. A wówczas zdarzyła się rzecz, którą wspominano długo, jako bezprzykładną. „Fokker“ już już piersią swą miał uderzyć na jednopłaszczyznowiec, gdy wtem padł jeden jedyny strzał — i piąty aeroplan zleciał.
Na wiele mil dokoła przyglądano się tej walce i dziesiątki tysięcy serc żołnierskich zachwyconych podziwiało strasznego lotnika, który w przeciągu minuty „spuścił na dół” pięć aeroplanów, sam zaś, korzystając z luki, jaka się dzięki temu w otaczającym go pierścieniu utworzyła, wpadł w nią i — rzekłbyś — całą pogoń szarpnął za sobą, ku południowi. Dziewięć zostało jeszcze aeroplanów i wszystkie, wyciągnąwszy się podłużnym szykiem, poleciały za nim.
Stojący na ziemi i przyglądający się walce żołnierze na ten widok wydali głośny krzyk. Albowiem otaczające lotnika-aeroplany nie zauważyły rakiety, którą wystrzelił jednopłaszczyznowiec eskortujący na wysokościach zuchwałego Zarutę. Japońska rakieta nie huknęła nawet, ale na niebie błękitnem rozlała się w kształt wężowato rozkwitającej białej chryzantemy — i oto wkrótce potem pojawiło się pięć aeroplanów, które z ukosa rozwiniętym szykiem szły wprost na pogoń, napróżno dążącą za Zarutą. Zapóźno spostrzegli się lotnicy i porzuciwszy ściganego, zwrócili się frontem ku napastnikom, bo wówczas znów Zaruta skręcił i zanim się spostrzeżono, zmiótł z nieba dwa aeroplany. Teraz już lotnicy nieprzyjacielscy porzucili myśl o zwycięstwie i pościgu i postanowili się ratować. Jeden po drugim martwą pentlą leciał ku ziemi, chcąc w ten sposób zmylić pogoń za sobą. Aparaty padały na wznak jak czaple przed ścigającym je orłem — ale orły leciały za nimi i karabiny maszynowe syczały wciąż. Po krótkiej walce jeszcze trzy aeroplany zleciały na ziemię, dwa w ogniu, z czarnemi warkoczami dymu. Z czternastu czterem tylko udało się uciec.
A wówczas eskadra Zaruty zaczęła zbytkować. To nic, że specjalne działa pionowe, podobne do wielkich samowarów z wysuniętemi w górę rurami, grzmiały i darły swemi pociskami chmury! Aeroplany Zaruty, latając z chrzęstem złowieszczym tuż nad ziemią i ciągnąc cienie czarne za sobą po śniegu, lokowały swe bomby w najdrażliwszych i najboleśniejszych miejscach pozycji.
Widząc to któryś z lotników nieprzyjacielskich, snać ognistszej duszy i zuchwalszej myśli, zerwał się niespodziewanie i wzleciawszy w górę, chciał się wmieszać nieznacznie w zwycięski hufiec napowietrzny. Gdyby go nie zauważono w porę, mógł był istotnie wiele szkód narobić. Nie dopuścili do tego lotnicy eskadry „Śmigi Warczącej“! Dwa aeroplany wzięły go między siebie, trzeci zawisł nad nim. Mógł pilot może drogo sprzedać swe życie, snać jednak zląkł się rozwartej pod nim otchłani, bo bez oporu poleciał wraz z eskortującemi go aeroplanami ku miastu.
Tak pierwszy raz zdarzyło się Zarucie wziąć jeńca w obłokach.
Korzystając z tego wielkiego zwycięstwa napowietrznego i z osłabienia nieprzyjaciela w następnych dniach nawiązano bardzo żywy kontakt ze stolicą. Zaruty prawie przez tydzień nie było w domu. Wrócił wreszcie, ale nie sam. Leciało za nim siedem aeroplanów pierwszej jego frontowej eskadry, leciało za nim siedem jego niezwyciężonych sokołów. Szumnie i pięknie starym swym zwyczajem koło powitalne zatoczyli nad miastem, a potem skierowali się ku lotnisku.
Miało się już ku wiośnie. Coraz dłużej zorze czerwono-złote płonęły nad parkiem. Stajał lód na stawie, stajały miejscami śniegi, z pod których pokazywała się zrudziała trawa. Łabędzie jeszcze nie puszczały się na wodę, ale drepcąc na brzegu dziobami przetrząsały ziemię rozmokłą. Jaśniej robiło się, żywiej, zdrowiej, nie tak beznadziejnie, jak w szary czas zimowy.
Kasia stała w oknie i patrzyła w łunę słoneczną. Smutno i ciężko było jej w ostatnich czasach. Młodzi piloci wciąż latali na front a nawet, kiedy zmęczeni zbierali się wieczorem w białej willi, żyli frontem. Niepokoiły Kasię wycieczki Marjana, a kiedy mówił z chłopcami o walkach i niebezpieczeństwach, miała wrażenie, że postępuje nietaktownie. Czyż chłopak, który z drugimi bił się na ulicy, powinien się temi bitkami przechwalać?
A w dodatku ciężko było i nieledwie, że głodno. Marjan przywoził czasem coś ze swych wycieczek, mleko skondensowane, wędliny, konserwy, cukier, tak że Kasi niedostatek nie bardzo dawał się we znaki, nie mogła jednak nie widzieć, jak drudzy męczą się i biedują, mleko i cukier ulatniał się, wędrując ze śpiżarni Kasi do rąk stroskanych matek, nie mających czem karmić dzieci. W oblężonem mieście niczego nie można było dostać. Cierpienia stawały się coraz dokuczliwsze i dolegliwsze a końca temu wszystkiemu widać nie było I jeszcze ta samotność, nie tyle fizyczna, ile duchowa! To, czem otoczenie Kasi żyło, było jej samej obce, przykre. Ludzie stawali się silni, śmiali, ostrzy, przedsiębiorczy, równocześnie jednak wywietrzała z dusz ich dawna dobroć, miękkość, melodyjność. Nabierali kanciastej twardości, ale twarze ich ciemniały i nie umiały się już śmiać; śmiały się tylko oczami a zamyślone patrzyły smutno. Zmęczenie widziała w nich Kasia, zmęczenie duchowe tak wielkie, że graniczyło prawie ze starością.
A to bolało Kasię jeszcze więcej.
Dlatego, choć dni stawały się dłuższe a jasność słoneczna z dniem każdym potężniała, Kasia nie radowała się tem, przeciwnie, z ulgą patrząc, jak ogród zwolna wypełniał się zmrokiem, czerniał, rzekłbyś, do snu się układał.
Odezwał się dzwonek telefonu.
— Kasia? — pytał głos z daleka.
— To ty, Marjanie? Wróciłeś?
— Tak. I przywiozłem ci gości.
— Chłopcy będą na herbacie?
— Tak. Dużo nas będzie, znacznie więcej niż zwykle.
— Mój Boże! Cukru już nie mam.
— Przywiozłem.
— Ale cóż ja im dam? Nic nie ma... Nawet kury się nie niosą...
— Przywieziemy sami. Do widzenia, siostrzyczko!
Pewna była, że zaprosił kolegów z lotniska.
W chwilę później cztery samochody nabite chłopakami, zajechały przed dom. Szybko wyskakiwali z nich młodzi mężczyźni w wojskowych mundurach, wesoło wyjmowali z samochodów paczki, skrzynie, kosze... Ktoś wbiegł do przedpokoju. Rozległ się tupot licznych kroków i nagłe wpadła do salonu gromada czerwonych z radości, rozradowanych chłopaków.
— Panno Kasiu! Panno Kasiu! — wołały młode, wzruszone głosy.
Zbladła z radości i najchętniej byłaby się w ciemnym jakim kącie skryła, aby im nie pokazać wzruszenia. Odezwać się nie mogła, tak ją płacz za gardło trzymał — zaś oni, nie rozbierając się nawet z płaszczów ani z lśniących kubraków skórzanych, otoczyli ją kołem, w wielkie, potężne dłonie biorąc jej rączki malutkie.
— Więc przyjechaliście wreszcie! — wyjąkała — Moi złoci, moje biedaki! Moje skauty!
— Przyjechaliśmy i teraz my przywieźliśmy pani różne dobre rzeczy! Pamięta pani, jak nas pani na front wyprawiała?
— Nieszczęsny front! Lolo i Jurek zginęli...
Rozpłakała się.
— Cześć poległym! — rzekł któryś a chłopcy wyprostowali się poważnie.
W przedpokoju dał się słyszeć stuk.
Marjan mówił:
— Powoli, pozwól, pomogę ci...
— Żeby się nie przelękła — odpowiedział czyjś głos.
— Dajże spokój! Przecie to moja siostra.
Prowadzony przez Marjana w otwartych drzwiach stanął Janek na kuli. Był trochę blady, ale stał wyprostowany hardo i uśmiechał się pogodnie, ośmielająco. Na frenczu jego lśniły epolety oficerskie i kilka małych wstążeczek orderów.
— Och, Janku, Janku! — wykrzyknęła Kasia i podbiegłszy ku niemu, uściskała go jak brata.
Delikatnie, z miłym, serdecznym uśmiechem ujął ją za rękę i pocałował.
W salonie aż ciemno się zrobiło od wysokich, smukłych figur młodych pilotów.
Ale Marjan nie zapalał światła.
Usadowił Janka na fotelu, przy oknie.
Stanęła przy kalece Kasia.
Piloci, milczącem półkolem, stanęli dokoła nich. Przypadkiem eskadry trzymały się razem. W środku eskadra frontowa — oficerowie bojowi z orderami na piersiach. Po lewej stronie niedaleko Zaruty jego młoda eskadryla, triumfem swych młodych zwycięstw i bojów rozpromieniona, po prawej najmłodsi, pełni szacunku i podziwu dla bohaterów.
Janek spojrzał w okno, przez które widać było czarne już kontury parku z wąskim pasem blado-żółtego lśnienia słonecznego nad drzewami.
I panowała przez chwilę cisza zupełna, bo zrozumiano, iż cudem uratowany od śmierci młody inwalida wita się z tem, co najwięcej ukochał.
Ale uroczysty ten nastrój trwał zaledwie mgnienie oka. Pierwszy Janek poprosił, by zapalono światło, bo chciał zobaczyć, czy się co w domu nie zmieniło, chciał się dobrze przyjrzeć Kasi, Marjanowi, kolegom. Trysnęło z lamp szklanych białe światło, poweselał salon, rozgadali się piloci.
A najweselszem był Janek. Nie myśląc wcale o swem kalectwie, żartował i bawił się znakomicie, jego smagłą, dawniej trochę posępną twarz, przedziwnie rozjaśniał wewnętrzny uśmiech, oczy zielonawe świeciły.
— Imponuje mi twój dobry humor, Janku — rzekła rozrzewniona Kasia. — Nie widziałam cię nigdy tak wesołym.
— Niedarmo byłem tak długo skautem, droga pani! — odpowiedział młody porucznik. — A prócz tego dopiero teraz rozumiem całą mądrość pewnej filozofii...
— Cóż to za potężna filozoija?
— Leciałem raz na wywiad z kolegą, młodym oficerem. Pogoda była straszna, a wywiad musieliśmy zrobić. — Cóż za okropna pogoda! — Kląłem, kiedyśmy mieli siadać. — Lepsza taka, niż żadna! — odpowiedział mi oficer. — Miał chłop zupełną rację!
— Ja zaś przekonałem się, że i tak mogłoby być dobrze i owak i jeszcze inaczej, ale zawsze lepiej jest tak, jak jest! — śmiał się drugi lotnik.
— Ale skąd się tu wziąłeś? — dziwiła się Kasia.
— Komendant mnie przywiózł!
— Ach, Marjan?
— Całą pierwszą eskadrę „Warczącej Śmigi“ zabrał ze sobą.
— Bo nie wiesz, Kasiu, że mamy tu wspaniałą robotę. Wszystkie trzy eskadry pójdą teraz w polę...
— Znowu!
— Musimy tej hołocie poderwać nogi! Musimy ich stąd wyrzucić... Wiosna nadchodzi i to będzie nasza wiosna... Musimy tych łotrów stąd wyrzucić... Ponieważ przez jakiś czas będziesz musiała być samą, przywiozłem ci Janka, który oprócz tego zostaje komendantem lotniska...
Wesoło zasiadły chopaki do wieczerzy, tym razem obfitej, na szczęście, bo apetyty mieli wilcze. Zaś Zaruta, który siedział koło Janka, pochylił się do niego, mówiąc:
— Pamiętasz, jak-em cię wyratował z opresji, wtedy, kiedyto ojciec garbował ci skórę, ku radości sąsiadów?...
Janek z uśmiechem skinął głową.
— A co z tego wyrosło? — ucieszył się. — Ilu nas dzisiaj jest? Rozbijamy dywizje, niszczymy baterje!... Wszyscy się boją naszych bomb...
Zaruta zamyślił się.

— Najlepszą bombą na djabła jest serce ludzkie! — rzekł po chwili napół do siebie.




IX.

Zanim wiosna nastała, wysadzono z pozycji nieprzyjaciela, a jeszcze ziemia ze śniegów i roztopów nie obeschła, kiedy miasto już było wyzwolone i przyłączone napowrót do ojczyzny, podczas gdy wróg w nieładzie cofał się ku granicom państwa. Tam jednak chwycił się gór, zasiadł w nich i trzymał się uparcie. Trzeba go było z górskiego łańcucha wybijać.
Wszystkie trzy eskadry „Śmigi Warczącej“ brały w walkach bardzo żywy udział. Mając swą podstawę w mieście oblężonem na tyłach nieprzyjaciela, niszczyły mu urządzenia tyłowe, napadały na transporty, a nierzadko i na znaczniejsze siły bojowe. Niezrównani jako wywiadowcy skauci-piloci, rozprószywszy się według danego planu wielką siecią po niebie, z łatwością odkrywali poczynania i ruchy nieprzyjaciela i odgadywali jego zamiary, niszcząc go i zadając mu dotkliwe straty. Ożywieni jednym duchem młodzi piloci, uczniowie tego samego mistrza, odgadywali się nawzajem i uzupełniali tak, iż zdawać się mogło, że podsłoneczna błoń błękitna jest ich niepodzielną własnością, gdzie prócz nich nikt nie ma prawa pokazać się.
Prowadził ich teraz Zaruta, sławny już sokół bojowy, pilot, którego nazwisko z podziwem wymawiał cały świat. W krótkim przeciągu czasu przyznano mu najwyższe odznaczenia wojskowe za sześćdziesięciu dwuch strąconych z wysokości lotników nieprzyjacielskich. Wojska poznawały jego jednopłaszczyznowiec i z biciem serca śledziły jego lot w błękitach mleczną drogą białych dymków pękających w powietrzu szrapneli. Kiedy, manewrując w powietrzu, znalazł się w korzystnej dla siebie pozycji — a dzięki swej niezwykłej technice i darowi kombinacji zyskiwał ją zawsze — i zwalniając trochę lotu, szedł prosto już na przeciwnika, widziało się, że to idzie śmierć nieuchronna, nieubłagana. Przysiągłbyś, że ten jednopłaszczyznowiec ma oczy sokole i dziób wymierzony w ofiarę. Padał strzał — częstokroć jedyny — i wróg leciał na ziemię.
Tak wojował Zaruta w powietrzu, podczas gdy domu, jego i lotniska strzegła siostra z młodym inwalidą — oficerem.
Rodzice Janka, bojąc się inwazji, strat wielkich i niedostatku, wyjechali, dlatego pilot zamieszkał w domu swego komendanta. Mimo swego kalectwa wesoły i bardzo czynny, objął wkrótce komendę nie tylko nad lotniskiem ale i nad domem. Znał dobrze zwyczaje i tryb życia Zaruty i jego siostry i nie dopuszczał do żadnych zmian. Punktualnie o tejsamej godzinie, ogolony i uczesany starannie, zjawiał się w jadalni, gdzie szumiał już samowar i czekało śniadanie — przysmażona wędzonka z ziemniakami, jajka na miękko, chleb, masło, marmolada i owoce — jak to lubiał Marjan, a rozumie się, że wszyscy jego wychowankowie lubieli tosamo. Stojąc w oknie lub w otwartych drzwiach na werandę, wyprostowany i dostojny w swym mundurze, młody oficer czekał na panią domu, półsłówkami rozmawiając z ukochanym ordynansem, który go ani na krok nie opuszczał. Kasię chłopak witał ukłonem i wesołem słowem. Nie podchodził ku niej, wiedząc, że ruchy jego sztucznej nogi są przykre i sprawiają bolesne wrażenie. Ona podchodziła ku niemu, pytała go, jak spał, ruchem dłoni zapraszała go do śniadania. Wówczas ordynans brał go pod ramię i prowadził ku krzesłu. Lotnik z widoczną radością zasiadał do śniadania; jadł za dwuch, mówił za trzech.
Dziwna rzecz! Myśląc jasno, trzeźwo i nieraz bardzo konkretnie, ten młody człowiek ogromnie wierzył w sny. Kasia, która po kobiecemu chętnie o snach swych rozmawiała, z nudów raz i drugi zaczęła mu o nich opowiadać. Słuchał uważnie, w wielkiem skupieniu, a potem wybadywał, przypominał, podsuwał jej różne domysły. Sądziła, że robi tak przez grzeczność, aby się jej dać wygadać, on jednak rozmawiał z nią o tych rzeczach tak poważnie, że wprost nie wiedziała, co o tem myśleć.
— Słuchajno, Janku! — odezwała się pewnego dnia, kiedy z całą powagą komentował jakiś jej niedorzeczny sen. — Nie wiedziałam, że z ciebie taki komedjant!
Lotnik zdziwił się.
— Komedjant? Ja? Dlaczego?
— Pocóż udajesz, że wierzysz w sny? Poco mnie naciągasz na te opowiadania?
— Ja — udaję? Naciągam panią? Ani mi w głowie!
— Przecie nie powiesz, że ty w te wszystkie głupstwa wierzysz?
— Otóż teraz mówi pani, jak dziki człowiek. Wybaczy pani, ale w tej chwili ujrzałem w wardze pani wprawioną muszlę, a we włosach pióropusz — bo mówi pani, jak murzynka.
— Tylko sobie zadużo nie pozwalaj! — obraziła się. — To ty jesteś murzyn, jeśli w takie zabobony wierzysz!
— Za-bo-bo-ny! — śmiał się Janek. — Za-bo-bo-ny! Więc telegraf bez drutu jest zabobonem! O, droga panno Kasiu! Bardzo jest z panią źle! Zanadto pozytywnie chce pani myśleć, a wie pani, do czego to prowadzi? Eskimosi —
Dziękuję. Teraz zrobiłeś ze mnie Eskimoskę dla odmiany.
— Nie, niechże pani da spokój. Biedni ludzie znają tylko to, co ich otacza, dzicy, biedni ludzie. Kiedy biblję tłomaczono dla Eskimosów, pokazało się, że w języku ich niema słowa na „Baranka Bożego.“ Cóż? Trzeba się było dostosować i w biblji eskimoskiej nie mówi się „Baranku Boży“ lecz „Biała foko Boża!“ A przecie mimo wszystko — baranki są na świecie.
— To są dowcipy, mój Janku i szczęśliwa jestem, widząc cię tak pełnym doskonałych pomysłów. Cóż wspólnego jednakże może mieć telegraf bez drutu z zabobonem?
— Zaraz zabobon! Czemże jest elektryczność! Siłą — to wiemy. Ale jaka jest istota tej siły? Gdzie jest definicja elektryczności? Nie wie nikt. Sny i te inne „zabobony“ są również rezultatami pewnej nieznanej, ale działającej siły? Dlaczegóż telefon ma być czemś konkretniejszem od głosu Anioła Stróża na przykład?
— Janku! Ty wierzysz w Anioła Stróża?
— Był czas, kiedy wierzyłem tylko w siebie samego. Taki czas był, istotnie, nie będę przeczył. Ale, widzi pani, pani nie latała nigdy, pani tego nie rozumie. Zaś — ja zrozumiałem tę historję i powiem pani, że bez boskiej opieki toby się udać nie mogło. Żeby to jednak zrozumieć, trzeba to przeżyć. Technika? Panno Kasiu, pierwsza lepsza mucha lata lepiej od nas. Niech mi pani wierzy — na nas się świat nie kończy!
Zdumiewał ją ten chłopak. W tak młodym wieku ciężkiem kalectwem dotknięty, nie tylko nie narzekał, nie płakał, ale prawie z radością znosił upokorzenia i cierpienia, które stąd wynikały. Dawniej przeważnie chmurny, teraz pogodny był, rozpromieniony, harmonijny. Oczy jego zdawały się widzieć nawskroś, a prócz jasnego, wesołego lśnienia tlił w nich blask, odzwierciedlający coś więcej niż samą tylko światłość dnia.Te oczy świeciły blaskiem wewnętrznym, który nieledwie grzał.
Dzień spędzał pracowicie, przeważnie na lotnisku, a także na załatwianiu spraw trzech połączonych eskadr, bombardujących go nieustannemi, wiecznie narzekającemi i gniewnemi listami. Rozumie się, w polu ciągle czegoś brakowało, a ponieważ ktoś musiał być temu winien, winowajcą urzędowym okrzyknięto Janka. Niewiele sobie z tego robiąc, pracował z niezmordowaną energją i z niezmąconym spokojem.
Pocieszał też Kasię, która od jakiegoś czasu zaczynała zdradzać rosnące wciąż zdenerwowanie.
— Niech pani panuje więcej nad sobą! — mówił. — Istotnie, niema czem się denerwować. Nieprzyjaciel zmyka, zęby traci, sprawa nasza stoi coraz lepiej... Wiosna bardzo piękna... Najpóźniej na jesień wojska wrócą i z muzyką i rozwiniętemi sztandarami wejdą do miasta przez bramę triumfalną...
Trudno ją było uspokoić, ponieważ pobudki jej zdenerwowania były nieznane; nie zdawała sobie z nich sprawy. Trapiło ją coś w rodzaju nieokreślonego podejrzenia — i wówczas stawała się nieufna, sarkastyczna i obchodziła dokoła dom lub czuwała na werandzie, bojąc się złodziei. To znów zdawało się jej, że coś zgubiła — a wtedy wszystko jej z rąk leciało i zaczynała chodzić po pokojach, gniewna, niecierpliwiąca się każdym ruchem żywszym, każdem głośniejszem stuknięciem.
Janek obserwował ją bacznie.
— Jeszcze raz panią proszę, niech się pani stara zapanować nad sobą — prosił ją. — Zdenerwowanie pani zaczyna się już udzielać i mnie. Niech pani sobie przypomni, czego raz świadkiem byłem na werandzie, przed laty. Między panią a Marianem jest bardzo silny związek duchowy. Niechże pani pamięta! Może to zdenerwowanie pani osłabia go i naraża na wielkie niebezpieczeństwa...
Przelękła się.
— Sądzisz Janku, że to może być w związku z Marianem?
— Nie sądzę, przeciwnie, bałbym się tego. Nie chciałbym, aby pani rozdrażnienie jego pozbawiło spokoju...
Przymknął powieki.
— Patrzę — i nie widzę. Co to takiego może być. Jesteśmy tutaj dwoje — ja i pani — dokoła spokój i cisza... W przestrzeni on, w robocie, przy pracy. Jestem spokojny, zupełnie spokojny... Ten spokój zmąciła trochę pani swem podnieceniem...
Zamyślił się, głowę z zamkniętemi oczami opuścił nisko na piersi i tak siedział, jak gdyby drzemiąc.
— Niech się pani zastanowi — kiedy się to mniej więcej zaczęło i jak?
— Przed paru dniami. Czułam się zupełnie dobrze, byłam zdrowa, spokojna. Przedpołudniem wyszłam na werandę odetchnąć trochę... Spojrzałam w niebo... i naraz zdawało mi się, że stamtąd ktoś krzyknął coś do mnie... Słyszałam głos, słyszałam niemal słowa, ale słów tych nie mogłam odgadnąć — jak to we śnie bywa... To mnie dręczy... Nie będzie pan się śmiał ze mnie, jeśli panu powiem, że te nieodcyfrowane, nieodczytane słowa powtarzam teraz wciąż w duszy... Podszeptuje mi je i wciąż na myśl przywodzi mój niepokój, podszeptuje mi je noc... wola czyjaś...
Janek podniósł głowę i oczy jasne, silnie świecące utkwił w oczach Kasi.
— Znaczyłoby to, że ten niepokój nie pochodzi od nas. Ani od pani ani odemnie... W takim razie — to Marjan...
— Co to może być? Przecież pisze dość często... Może zatelegrafować...
— Do komendanta? Nie. Lepiej zatelegrafuję do eskadry. Komendanta mogłoby to zaniepokoić. Zaraz jadę na lotnisko, spróbuję, może się uda dostać połączenie telefoniczne...
— Dziwna rzecz! Ty pracujesz w pokoju brata?
— Nie, nie chciałem, żeby tam obcy przychodzili. Komendant ma tam może jakie obliczenia lub rysunki... Mam własną kancelarję...
— Proszę cię, zajrzyj do tego pokoju. Śnił mi się w ostatnich dniach kilka razy... Dawno tam już nie byłam, może porządek trzeba zrobić...
— Dobrze.
Przez cały dzień Janek był bardzo zajęty. Depesze wysłał, telefonem rozmówić się nie mógł. Już miał opuścić lotnisko, gdy przypomniawszy sobie obietnicę daną Kasi, wziął od stróża klucz, udał się do dawnego pokoiku Zaruty.
Zmierzchało się już, a w małej sionce było zupełnie ciemno. Janek namacał dziurkę od klucza i otworzył drzwi. Strumień ciepłego powietrza powiał nań z dawno nie wietrzonego pokoju.
Młody oficer wszedł do izdebki, z głową pełną najrozmaitszych, drobiazgowych spraw, wyjałowiony całodziennem targowaniem się z ludźmi, zmęczony, zamyślony. Stanął, bezmyślnie powiódł po ścianach, spojrzał ku oknu...
W niepewnem świetle zapadającego wieczoru, przed wsuniętym w kąt drewnianym stolikiem ktoś siedział i majstrował przy szufladach.
Oczom własnym nie wierząc, Janek prawą ręką szybko sięgnął po rewolwer, zaś lewą zapalił lampkę elektryczną.
Pokój odrazu stanął w świetle.
Zbudziły się i zabrzęczały muszki w oknach.
Nie było nikogo.
Janek pokiwał głową, powiedział sobie, że mu się coś przywidziało, rozejrzał się, ujrzał, że wszystko jest rozprószone lecz nietknięte i w najzupełniejszym porządku i chciał wyjść. Zgasił światło, sięgnął ręką do klamki — ale cofnął się i usiadłszy na szezlongu, czekał.
Za oknami robiło się ciemniej. Zato na lotnisku zapłonęły białe lampy łukowe i ich jasna poświata rozpraszała ciemności w pokoiku.
Nie zawiódł się pilot w swych oczekiwaniach. Na krześle przed stolikiem znowu zamajaczyła jakaś postać. Błysnął skórzany kubrak pilota.
— Komendancie, tip-top! — odezwał się Janek, nie ruszając z miejsca.
Cień wstał i zwrócił się twarzą ku młodemu kalece. Stał i patrzył.
Trwało to długą chwilę — póki wreszcie Janek nie spostrzegł, że siedzi sam, jakby drzemiąc.
Wyszedł z pokoju, zamknął drzwi na klucz i kazał sobie przyprowadzić samochód.
— Czego szuka? — dociekał w myślach, jadąc do domu.
Biała willa była oświetlona „á giorno“.
— Goście? — zdziwił się oficer, wysiadając przy pomocy szofera.
Ordynans już podbiegał ku niemu i prowadził go, ująwszy go pod ramię.
— Przyjechał kto?
— Nie.
— Więc czemuż tyle świateł.
— Pani kazała.
Oficer potrząsnął głową.
— Cóż to?
Pytanie było bardzo ogólnikowe, ale żołnierz zrozumiał.
— Jakiesik znaki — mówiła klucznica, co ją panienka wołała. — Żeby nieszczęścia jakiego nie było.
Janek stanął i zanim wszedł do domu, pełną piersią zaczerpnął kilka razy świeżego powietrza.
Kasia niespokojna chodziła po pokojach.
— Jesteś nareszcie! — wykrzyknęła, zobaczywszy go. — Chodź, popatrz, widziałeś kiedy coś takiego?
Stanęła pod pająkiem roziskrzonym od płonących żarówek i pokazała mu swe ręce.
Na jednej czerwone wystąpiło koło z gwiazdą czy krzyżem pośrodku.
— Co to jest? — pytała przerażona. — Koło z krzyżem w środku? Co to może znaczyć?
— Kierownica — mruknął Janek.
— Kierownica! — ucieszna się Kasia. — Widzisz, mądry jesteś. A ja nie mogłam się domyśleć. A tu?
Pokazywała mu na drugiej ręce czerwone piętno w postaci runicznego znaku.
— Tego ja już nie wiem! — rzekł, obejrzawszy znak ze wszystkich stron. — Nie od guzika albo sprzączki jakiej?
— Nie. Popołudniu byłam bardzo niespokojna, a szarówką, o zmierzchu, zaczęłam się wprost bać... Zdawało mi się, że ktoś chodzi po domu.
— Co...
— W pokoju Marjana, skrzypiąc głośno, otwarły się drzwi od szafy z książkami. Weszłam, zamknęłam drzwi na klucz. Po jakimś czasie otwarły się znowu. Zlękłam się, zapaliłam światło. Mówię ci, szafa była zamknięta na klucz, a kiedym przyszła, nie tylko, że była otwarta, ale nawet rygle wewnętrzne na dole i na górze wysunięte...
— To się pani mogło zdawać.
— Niewątpliwie. Zrobiło mi się jednak bardzo nieprzyjemnie i dlatego zapaliłam lampy w całym domu i usiadłam sobie tu, żeby czytać. Wtem — coś mnie zlekka sparzyło w lewą rękę — jak młoda pokrzywa i wystąpiło to koło. Myślałam, żem odgniotła rękę, że to przypadkowe obrzmienie. Patrzyłam na obie ręce i porównywałam je i nagle na prawej ręce uczułam to, jakby sparzenie i w moich oczach wystąpił mi ten drugi znak.
— Nerwy. To bywa ze zdenerwowania. To stygmaty. Nic dziwnego, widać, że pani jest zdenerwowana.
— Słuchaj, Janku, ja czuję, że jemu coś grozi, że on czegoś szuka, czegoś chce, pomocy wzywa...
— Coby to mogło być?... Czy komendant zostawił pani klucze od swego stolika w kancelarji na lotnisku?
— Nie, ale ja wiem, gdzie one są. Wiszą na gwoździku w rogu pokoju, pod małem lusterkiem.
— Otóż widzi pani — mówmy już jak dzieci, nie krytykujmy, nie tłomaczmy... Mnie się dziś na lotnisku komendant dwa razy przywidział w swej kancelarji... Siedział przed tym stolikiem...
— Janku, jedźmy tam!
— Jutro rano, zaraz po śniadaniu.
— Nie, w tej chwili... Może tam znajdzie się odpowiedź na to wszystko. Jedźmy, czuję, że inaczej nie mogłabym dzisiaj...
Odezwał się dzwonek u telefonu.
— Tak! Dyżurny podoficer? Dobrze, jestem! Lotnisko mówi! — szepnął do Kasi. — Depesza? Proszę otworzyć i powtórzyć mi przez telefon. Zdrów ale zmęczony bardzo. Więcej nic? Dobrze. Hallo! Proszę poczekać, ja zaraz przyjeżdżam na lotnisko. Tak.
Położył słuchawkę.

— Więc jedziemy, proszę pani.




X

— Gdzie go widziałeś, Janku? — pytała, Kasia, wchodząc do małego, dusznego pokoiku.
— O, zaraz „widziałeś!” Zdawało mi się, żem go widział. Siedział przed tym stolikiem i jakby próbował otworzyć szufladę.
— Którą?
— W ciemnościach nie było widać, ale z ruchu możnaby sądzić, że prawą.
— Zapal światło.
Wyjęła kluczyki z ukrycia i otwarła szufladę.
Było w niej trochę rysunków, jakieś papiery, ołówki, pióra, raporty, a w głębi zasunięty i schowany — kryształowy flakonik z przeźroczystem lekarstwem.
— To to! — wykrzyknęła Kasia, zaczerwieniona z radości. Z pewnością to lekarstwo! Czy pamiętasz Janku wtedy, tę martwą pentlę... kiedy to biedny Lolo do domu go odwiózł...
— Czemuż nie napisał?
— Wstydził się tej słabości, może nie chciał... A może nawet nie myślał o tem... Może to nieświadomie... W ostatnich czasach taki był zdrów, ożywiony, pełen zapału, prawdopodobnie lekarstwa wcale nie używał i dlatego zapomniał. Choć z drugiej strony... nie zdaje mi się. Marjan jest taki ostrożny, tak zawsze o wszystkiem pamięta.. Trzeba mu to koniecznie posłać...
— Zapakujemy i poślemy...
— O, nie, przesyłki na front idą tak długo... W dodatku nie wiadomo, gdzie on jest, znamy tylko pocztę polową...
— No, ja wiem...
— Nie, nie, poczta mi się nie podoba... Zarzucą gdzie pakunek, nie doręczą mu albo doręczą za późno... Trzeba to będzie inaczej zrobić...
— Poślę jutro kurjera. I tak mam wysłać różne rzeczy...
— Nie, nie, to nie może być człowiek obojętny... To musi być ktoś taki, komu zależałoby na tem, aby mu przesyłkę doręczyć jak najprędzej.
— Dam mu specjalny rozkaz.
— Posłuszeństwo żołnierza ma swe granice... On może nie módz trafić tam, gdzie ja dotrę z pewnością.
— Pani chce jechać sama?
— Nie dlatego to powiedziałam, ale tyś mi teraz tę myśl podsunął. Naturalnie, ja sama pojadę. Niema najmniejszej przyczyny, dla której nie miałabym jechać. Zaraz jutro, od rana, zacznę się starać o pozwolenie i potrzebne papiery. Pomożesz mi?
Skinął głową.
— Kamień mi z serca spadł! — odetchnęła z ulgą. — Mam wrażenie, że właśnie ja tam jestem potrzebna, że w tem kryje się tajemnica tych wszystkich dziwnych rzeczy...
— Może być... Że pani jest tam potrzebna, że się pani tam może przydać — o tem nie wątpię.Czy istotnie koniecznem jest, aby pani sama tam jechała — nie wiem i konieczności tej nie widzę. Na rozum rzecz biorąc, mogłoby się bez tego obejść. Ale co znaczy rozum! Nieraz głupstwo zrobione według instynktu serca, bywa rzeczą mądrzejszą od najsubtelniejszego mędrkowania.
Na drugi dzień rozpoczęli wędrówkę od biura do biura, od urzędu do urzędu. Jasnem było, że nikt nie rozumiał i nie mógł zrozumieć konieczności wyjazdu Kasi na front do brata, z drugiej strony jednak siostrze Zaruty nikt odmówić nie chciał, nie mógł, zwłaszcza, że panienka ta znajdowała się pod opieką inwalidy, którego imię cały kraj z podziwem i szacunkiem wymawiał.
Zaopatrzona w odpowiednie papiery, ruszyła Kasia na front. Przez pachnący wiosną kraj, świeżą zielenią pokrywający swe blizny i rany, wiózł ją samochodem Janek. Lecieli białym, czaru pełnym gościńcem z błyskawiczną szybkością, wjeżdżali na lekko zfalowane wzgórza niecierpliwie, zjeżdżali z nich na łeb, na szyję, płosząc samotnych jeźdzców lub żandarmów polowych, których konie nierzadko ponosiły.
— Wygrażają nam pięściami! — krzyknęła Kasia w ucho Jankowi, widząc jakiś patrol, którego rozszalałe konie rozniosły po polach.
— Mogą nawet strzelać, nic nam nie zrobią.
— Zaskarżą.
— Niech przeczytają numer! — śmiał się. — Wolniej jechać nie umiem, jestem lotnik, nie żółw.
— Zawadzisz o co i samochód pójdzie w drzazgi.
— Przyzwykły jestem do wielkiej szybkości. Widzę i liczę się z większemi odległościami..
— Co wy za ludzie jesteście! — z podziwem wykrzyknęła Kasia.
— Dobrzy ludzie! — zawołał Janek i roześmiał się szeroko.
Młodą pannę zachwycał ten pęd po białym gościńcu. Samochód leciał z dziwnym krzykiem, wiatr gwizdał w uszach i dmuchał w twarz tak, że trzeba było zamykać oczy.
— Jeńcy! — krzyknął Janek.
Bezładna szaro-zielona trzoda rozstępowała się szybko na obie strony gościńca. Ledwo Kasia tę gromadę w oddali zobaczyła, już samochód ją mijał. Zamajaczyły szmaty i łachmany jeńców, błysnęły bagnety konwoju, mignął widok ułana, który — nie mogąc sobie snać z rozbrykanym koniem dać rady, walił go pięścią w łeb, miotający pianę z pod wędzidła i już nikogo przed samochodem nie było.
Wyminęli wielki, z gromowym hukiem jadący samochód ciężarowy, wysoką platformą, pełną żołnierzy w hełmach stalowych, z pod których śmiały się ogorzałe twarze i jasne oczy. Spotkali po drodze kilka uszkodzonych dział, ciągnionych przez furmanki, zaprzężone w woły. Czasem widać było napół zburzoną chałupę, koło której już kręcili się ludzie z cegłami i wapnem. Tu i owdzie po obu stronach drogi leżały „rogatki“ oplecione drutem kolczastym, widać było dołki strzeleckie, resztki pozycji. Dalej ułani prowadzili długi tabor koni odparzonych, rannych, kulejących, nieraz zakrwawionych, z czerwonemi plamami od ostróg po bokach. Wracali do domów uchodźcy, a ich wysoko naładowane pierzynami i kojcami fury trzeba było wymijać ostrożnie, bo między tem dobrem wszelakiem siedziały też dzieci. Z trudem torowano sobie drogę przez stado wołów pędzonych na front przez przebiegłych i wypasionych poganiaczy z tasakami u boków i karabinami przewieszonemi przez plecy.
Janek, nie mogąc wyminąć porykujące bydło, zwolnił.
— Niech pani popatrzy na tych czabanów! — mówił, z uśmiechem pokazując jej poganiaczy, pokrzykujących na stado — Jakie to syte łajdaki a niewyspane. W nocy rżną bydło, w dzień maszerują...
— Biedaki! — litowała się Kasia.
— O, tak, biedaki! — zaśmiał się Janek. — Żeby pani widziała ich portfele, toby pani tego nie mówiła! Intensywnie handlują flakami, mózgiem, wątrobą.. To wszystko sprzedają chłopom. Za pieniądze oczywiście, ale pierwszeństwo ma ten, kto da flaszkę wódki, poczęstunek, dobry nocleg pod pierzyną... Te łotry śpią, idąc za wołami, a dopiero w nocy, przy ogniskach, czerwoni od krwi, zaczynają zabawę... Rzeźnicy, panno Kasiu, mocni ludzie...
Wyrwawszy się wołom, lecieli jakiś czas, aż znowu werżnęli się w długie, splątane tabory.
Samochód jechał coraz wolniej, pobrzękiwał coraz częściej, wreszcie beznadziejnie musiał zająć miejsce w nieskończonym łańcuchu taborów.
„Taboryci” klęli na czem świat stoi. Latając od wozu do wozu, wymyślając na rekwirowane podwody i brzęcząc krótkiemi karabinami na plecach, wymieniali niezrozumiałe słowa, niby z jakiegoś tajemniczego żargonu i zdawałoby się, przygotowywali się do jakiejś walnej rozprawy. Między wozami, krzycząc, uganiali z brzękiem długich szabel konni, zaś żołnierze taborowi, zaciągając się dymem przedziwnych papierosów i spluwając gęsto przed siebie, z pogardliwemi minami klęli siedzących na podwodach chłopów, którzy tyle sobie z nich robili, co ich malutkie konie lekceważąco i leniwie opędzające się od much nieczystemi, niestrzyżonemi ogonami. Tabory czasem szły przed siebie stępo, czasem kłusem, czasami znów stawały i huczały klątwami, w końcu długi łańcuch zachrzęścił, zabrzęczał i niosąc obłoki kurzu, pognał przed siebie. Po jakimś czasie wyszedł na jaw powód tylu irytacji, klątw i spluwań pogardliwych. Oto na skrzyżowaniu dróg ujrzano drugi tabor, który pierwszemu chciał przeciąć drogę. Konflikt był ostatecznie załagodzony, mimo to podoficerowie poszczególnych eskort, wciąż jeszcze stali pod krzyżem i doskakując do siebie na koniach, zasypywali się wzajem przezwiskami.
— Zaryzykuję! — krzyknął Janek, wskazując Kasi tak zwaną wiejską drogę. — Oddawna deszcz nie padał. Podłużna droga, ale my jedziemy prędzej, wyminiemy ich.
Skręcił na lewo.
Jechali przez ciche, zielone pola, potem przez wsie, w których rozkwaterowano piechotę. Żołnierze napół ubrani myli się, czyścili broń, naprawiali podarte bluzy lub spodnie. Pod płotem w wysokiej trawie mignęła jakaś para. On się śmiał i przecząco kiwał głową, ona — przystojna, młoda dziewczyna — prosiła go o coś, głaszcząc go ręką pod brodę. W innem miejscu żołnierz przemoczony uciekał, a kobieta chlustała na niego wodą z wiadra. Na podwórzu obejścia stała uszykowana kompania, której młody sierżant coś wykładał. Rzeczka roiła się od białych i brunatnych młodych ciał. W środku wsi oficer, pochylony z pięknie wyczyszczonego konia, mówił coś do ucha drugiemu, który słuchał z odwróconą, po szelmowsku uśmiechającą się twarzą.
A potem znowu przyszły błonia i pustka.
Nad wieczorem Janek wysadził Kasię na jakiejś małej stacji.
— Dalej już pani wieźć nie mogę — mówił — jestem komendantem lotniska, nie wolno mi wyjeżdżać... Stąd musi już pani jechać sama... Chciałem dać pani swego ordynansa, wątpię jednak, czyby pani dużo pomógł... Nazwisko pani zrobi w danym razie więcej, niżby potrafił biedny żołnierz... A zresztą — jest pani między swoimi, a w mundurze siostry Czerwonego Krzyża dotrze pani wszędzie... Wierzę, że Bóg panią posyła tam, dokąd pani jedzie. Toteż dojedzie pani z całą pewnością...
Tyle jej pomógł, że, razem już z nią, aby wiedziała, jak się to robi, poszedł do komendanta stacji, dowiedzieć się, kiedy będzie mogła odjechać. Młody oficer, zmęczony i niewyspany, od wielu już dni, plótł napół przytomnie. Był bardzo uprzejmy, ale jego informacje wyglądały wprost niedorzecznie. Niewątpliwie wiedział, co mówił, tylko, że trudno było to zrozumieć. Janek podziękował mu grzecznie i wyszedł z Kasią na peron. W tej chwili zajechał jakiś pociąg wojskowy, z wagonami ubranemi kosodrzewiną. Wysypali się z dworca żandarmi, którzy wykrzykując dziwne słowa, biegli wzdłuż wagonów. Z wagonów posypały się śmiechy i uszczypliwe żarty w dialekcie góralskim. Kpiono i żartowano z żandarmów, którzy mówili gardłowym djalektem zachodnim. Zdawało się, że smukły góral „sztyletami“ patrzył na żandarma, zaś ten, w ciężkim, żelaznym hełmie i z żółtemi sznurami na szerokiej piersi, ogromny i ciężki, zaciskał tylko swe olbrzymie pięści, czekając zwady. Z małego budynku ze znakiem „Czerwonego Krzyża“ wyszły panie z koszami pełnemi chleba, wędlin, papierosów, zakąsek i różnych innych rzeczy. Żartując, rozdawały je żołnierzom, którzy brali nieśmiało, dziękując niezdarnie. Rozchwytywano gazety.
— Więc co ja zrobię? — pytała zaniepokojona Kasia.
— Zaraz! Zaraz! — odburknął Janek.
Zerknęła na niego zboku.
Wyprostowany na swej sztucznej nodze, smukły i wyniosły, z pstremi wstążeczkami orderów na lewej piersi, stał, zapatrzony radośnie w pociąg, w wagony pełne żołnierzy, w ruch, jaki dokoła nich panował. Nozdrza jego, zlekka rozszerzone, drżały, oczy szafirowe ślizgały się po muskularnych postaciach i pociągłych — twardych, wygolonych twarzach górali o drwiących, zbójeckich oczach i drapieżnie zakrzywionych nosach. Z któregoś wagonu dolatywały wysokie tony „skrzypeczków“ grających zbójeckiego i gwałtowne tupanie.
— Ach, co to za żołnierze! Co za żołnierze! — westchnął. — Mój Ty Boże!
Znowu westchnął i skurcz bólu szarpnął jego twarzą.
Kasia, wielką litością zdjęta, położyła mu dłoń na ramieniu.
Ocknął się.
— Zaraz to zrobimy, droga pani! — odezwał się do niej. — Pojedzie pani tym pociągiem. On panią podwiezie.
— A co dalej pocznę?
— To już oni pani powiedzą. Chodźmy poszukać komendanta pociągu.
Pokuśtykał ku lokomotywie, gdzie istotnie był wóz drugiej klasy z jakimś dziwacznym napisem. Wyprostowanemu dyżurnemu rzekł parę słów i po chwili z wagonu wyszedł młody, smukły, jasnowłosy oficer, o szalonym nosie i maleńkim, owsikowatym wąsie. Kasia, przywykła do nadzwyczaj serdecznych stosunków W „białej willi” i traktująca Janka wciąż, jak dziecko, aż się zdziwiła na widok nabożnego wprost szacunku, z którym obcy oficer rozmawiał z Jankiem. Wysłuchawszy beznogiego pilota, który pod koniec rozmowy silnie uścisnął mu dłoń, oficer, nie przedstawiając się nawet, skłonił się Kasi i ręką wskazał jej na schodki, wiodące do wagonu.
— Pani raczy wejść! Zechce pani siąść, gdzie pani będzie wygodnie —
— Nie chciałabym panom przeszkadzać.
— Wszyscy jesteśmy na pani rozkazy.
Było to powiedziane poważnie, bez podejrzanej intonacji, zupełnie szczerze.
— A panowie daleko jadą?
Zamiast odpowiedzi oficer wzruszył ramionami.
— Czy ja z wami dojadę?
— Może pani być co do tego spokojna. My panią prześlemy.
— Pani jest nadana w tej chwili jako przesyłka do brata! — tłomaczył jej z uśmiechem Janek. — Niech się pani nie obawia, oni panią odstawią... Więc — do widzenia, panno Kasiu! Życzę pani powodzenia! Niech pani wsiada!
Jeszcze raz przez otwarte okno podała mu rękę.
— Do widzenia pani. A niech pani nie pisze, nie potrzeba, ja i tak będę wiedział. Więc — wszystkiego dobrego.
Salutował jej.
A potem czekał chwilę, rozglądając się.
Przechodził koło niego żandarm.
— Proszę was — zaczepił go. — Bądźcie tak dobrzy i odprowadźcie mnie do samochodu. Ja z moją sztuczną nogą robię za dużo sztuk cyrkowych podczas chodzenia...
Komendant pociągu wziął go pod rękę.
— Panie poruczniku! Będę sobie uważał za zaszczyt!

Janek jeszcze raz salutował Kasi, uśmiechnął się i kuśtykając, powędrował z oficerem.




XI

Nigdy nie jechało się Kasi tak spokojnie, jak z góralami.
Siedziała w wagonie drugiej klasy, który wspólnemi wysiłkami starano się uczynić mieszkalnym. Na ścianach wisiały widokówki, przedstawiające naprzemian góry i piękne, niezawsze skromnie ubrane kobiety. Oficerowie, jadący w tym wagonie, starali się jej wprost nie widzieć. Mały przedział, w którym siedziała, zostawili zupełnie do jej rozporządzenia. Kiedy w pewnej chwili ordynans, stanąwszy w drzwiach jej przedziału z tacą z herbatą i Bóg wie gdzie znalezionemi ciasteczkami, nogą kopnął drzwi, któryś z młodszych oficerów, oburzony, wyrwał mu z rąk tacę i sam Kasi usługiwał.
„Dzicy ludzie”, „zbójniki”, byli nieopisanie delikatni.
Nad ranem obudzili ją i wysadzili na małej stacyjce, gdzie ją oddali w ręce jakiegoś kwatermistrza, czekającego na swój pułk. Był to ułan z wielkiego miasta, elegancki, dobrze wychowany i trochę cyniczny, dowcipkował ze wszystkimi, starając się każdemu zrobić jak najwięcej trudności. Szczególnie nieubłaganie zachowywał się wobec kobiet. Kasi nie widział, ale kiedy o świtaniu nadszedł jakiś pociąg, odszukał ją w tłumie drzemiących lub palących papierosy piechurów w hełmach i wsadził ją do wagonu.
Wagon był towarowy a jechali nim artylerzyści. Z początku dość koso patrzyli na dziewczynę, ale kiedy któryś z nich powiedział „Zarucianka”, natychmiast zrobili jej miejsce i zaczęli ją zasypywać uprzejmościami. Pozwolono jej położyć się na górnej półce przy oknie, podścielono jej dwa płaszcze a młody podoficer, strzepnąwszy swój płaszcz i podkreślając, że dopiero trzy tygodnie jest w polu, okrył ją.
Był to pułk ciężkiej artylerji, jadący na nową pozycję, chłopy duże, twarde, majestatycznie proste i pyszne. Wszystko się na nich układało w prostopadłe linje. Ich ostrogi i długie szabliska dzwoniły za każdym ruchem. Kiedy się śmiali, rżeli jak konie, ogromne kęsy czarnego chleba rzucali w otchłanie swych ust i żuli je powoli, gdy który z nich zawadził gdzie biodrem o jaką deskę, to ją ułamał a czuć ich było prochem i dymem ognisk obozowych.
— Tylko proszę nie zapomnieć wysadzić mnie, jak przyjdzie pora! — napominała Kasia.
— Nie bój się panna! My dalej strzelamy niż jedziemy! — zażartował któryś z artylerzystów.
Odpowiedział mu chóralny, basowy śmiech.
Zmęczona podróżą i wrażeniami Kasia, ległszy na płaszczach artyleryjskich, zasnęła owiewana przez chłód poranny. Zasnęła sama jedna wśród dwudziestu olbrzymów, których nie tylko nie bała się, ale którym ufała, jak braciom. I zasypiając z błogiem uczuciem, dziwiła się, iż nie wiedziała dotychczas, że tylu ma braci na świecie.
W parę godzin później zbudzono ją. Pociąg stał — roznoszono śniadanie. Starszy już podoficer w garnuszku białym podał jej gorącą, konserwową kawę i skibkę chleba, któraby jej na tydzień wystarczyła. Żołnierze dokoła niej syrpali kawę z wielkich blaszanych menażek, zagryzając ogromnemi kawałami chleba.
— My już dalej nie jedziemy! — rzekł jej po śniadaniu podoficer. — My stąd idziemy prosto na pozycję. Jeśli pani chce jechać do N., gdzie jest „baza” R — eskadry, to panią tam zawiezie ciężarowy samochód. On tu stoi na stacji, my dla niego mamy bomby, dla eskadry. — Ja tam już mówiłem z szoferem. — Ale majora Zaruty w N. niema. Gdzieindziej lata...
— Już ja go znajdę — upierała się Kasia przy swojem, rada, że pojedzie wprost do „bazy,“ gdzie przecie byli skauci z patrolu „Śmigi Warczącej.“
— A gdzie ta pani jest, co ma z nami jechać? — spytał jakiś głos i do wagonu zajrzała ogorzała głowa szofera w czarnym, skórzanym kubraku.
— Tu jest! — huknęło kilka głosów.
— Która? — podejrzliwie pytał szofer.
— Ja! Ma pan papiery!
— Papiery? Nie potrzeba. Ale majora Zaruty niema w N.
— Ja wiem, Znajdę go. Mam dla niego bardzo ważne wiadomości.
— A pani jest co? Narzeczona?
— Siostra jestem!
— Siostra! No to pani złaź, bo jedziem. Bo tam na trzecią mom być!
Podała mu małą walizkę, ale w żaden sposób nie mogła się odważyć na to, żeby skoczyć z wagonu.
— Pani nie zwyczajna jeszcze? — wyszczerzył szofer białe zęby. — Chodź-że panna!
Wziął ją wielkiemi rękami wpół i mężnie postawił na ziemi.
— Panienko, panienko! — odezwały się głosy z wagonu — kłaniaj się panienka bratu! Ostatnim razem mało że nam parę śliwek nie spuścił złodziej, nieprzyjacielski aeroplan, na baterię... Ale go ładnie zesadził... A kaszę — by z nas ten złodziej zrobił...
— Majorowi Zarucie cześć!
Z wagonu wysunąła się do niej wielka, czarna łapa. Kasia położyła swą rączkę na tem powtórnem „odnóżu przedniem.“ Lekko jej rękę to „odnóże“ uścisnęło, a jego właściciel mówił:
— Lotniki są fajne chłopy! Powiedz to panna bratu! To mówiem ja — od dalekonośnych! Cześć, panienko, z Bogiem.
Szczęknął pociąg łańcuchami i buforami i ruszył, wioząc na platformach ogromne, zielone potwory.
— Daleko oni mi zajadą! — mówił szofer — Pięć do sześciu kilometrów, a tam zaczną walić. To już jedźmy! Tylko że się pani wytrzęsie, bo droga straszna.
— A jak pan sądzi, nie zastanę ja przypadkiem brata w „bazie“?
— W „bazie“? Nie wiadoma rzecz. Na niego teraz, widzi pani, polują, i on w „bazie“ rzadko bywa.
— Jakto — polują?
— A zalał on im sadła za skórę, proszę pani, major Zaruta, szlag-by go trafił! Nastrącał im tylu lotników, że teraz to już na niego polują, jak na dzikiego zwierza. Czekają, gdzie się pokaże, a już tam wnet sześciu na niego leci. Więc Zaruta, widzi pani, do swojej „bazy“ nie wraca, bo wie — wyleci, to zaraz mrowie na niego pójdzie. On spada na inną „bazę“, a kiedy rój się zerwie i idzie na innych lotników, to on nagle z boku przychodzi, nie wiadomo skąd... Ale może być, że do „bazy“ dziś wróci... W „bazie“ bywa!... Ino że on ją nie jedną ma, tę „bazę“...
Jechali długo podgórskiemi okolicami, z daleka objeżdżając zalesione pasmo czarnych gór, wywałowanych mgłą i kurzących jakby jakimś dymem. Okolica była nudna, z rzadka ożywiona wioskami, żółta, gliniasta droga wyboista, nierówna. Samochód trząsł tak, że nie tylko o spaniu ale nawet o rozmowie nie można było marzyć!
Jechali już parę godzin. Tylko w rzadkich chwilach, gdy „kamion“ czasem bardzo zwalniał a nawet dla nierówności gruntu przystawał, słychać było oddalony grzmot dział; zresztą przygłuszał wszystko turkot samochodu. A naraz grzmot ten dał się słyszeć bardzo wyraźnie, co więcej, Kasia, patrząc w stronę, skąd huk ten dochodził, ujrzała, jak w powietrzu ni stąd ni z owąd zaczęły się rodzić i pstrzyć białe dymki, zrazu jakby gwałtownie przez coś wyrzucone, potem układające się w pasma, powoli falujące.
Nie wiedząc, coby to być mogło, przyglądała się temu zjawisku zdziwiona, aż wtem dostrzegła bitwę. Żołnierze w hełmach stalowych szturmowali okopy, których wróg bronił gęstym ogniem artylerji. Trzaskały w powietrzu szrapnele, ryły ziemię granaty, a mali żołnierze, z błyskawiczną szybkością uwijając się wśród pocisków, szli wciąż naprzód, granatami ręcznemi zasypując nieprzyjacielskie okopy.
Kasia chwyciła szofera za rękę.
— Co się tam dzieje?
Roześmiał się.
— Nic. To je ćwiczenie. To sie uczy sturmowy baon! Te okopy są sztuczne, sami se je zbudowali. To odcinek pozycyj nieprzyjacielskich. Oficer sztabowy zrobił im plan ataku, a oni teraz atak ćwiczą.
— Ale przecie do nich strzelają.
— To nic. Oni zawsze tak, w ogniu działowym i z granatami. On ma tylko nóż i granaty i z tem idzie na nieprzyjaciela. Sami młodzi chłopcy. Granat ciśnie i zaroj za nim leci, nieprzyjaciel myśli, że on z granatu na niego z nożem wyskakuje. Najwięcy dlatego od własnych granatów strat mają. Ale cofania się żaden z nich niezna...
Po chwili okopy zostały daleko w tyle.
Jechali przez szeroką kotlinę, otoczoną dookoła górami. Na wielkiem błoniu, ciągnącem się po obu stronach drogi, leżał łańcuch tyraljerski. Nagle ten łańcuch się zerwał i rzucił się w stronę drogi i Kasia aż zmartwiała, tak straszny uderzył ją widok. Leciał ku niej łańcuch okropnych potworów z czarnemi twarzami, z jakiemiś pyskami okropnemi, z których patrzyły wybałuszone, ohydne białe ślepia.
Krzyknęła głośno.
— Niechże się panienka nie boi! — uspokajał ją szofer — To nasi w maskach gazowych. On do takiej maski musi przywyknąć, bo w tem oddychać trudno, więc go tego uczą... Ale to nasi są... O, szlagby jego trafił, to się może źle skończyć...
Wysoko w chmurach pojawiły się dwa aeroplany, lecące jak gdyby naprzeciw „kamionu.“ Szofer zaniepokojony zaklął przez zęby i zatrzymał samochód.
— Niema co! Niech pani złazi i w nogi! Na trawie nas nie zobaczą.
Zostawiwszy „kamion“ na środku drogi, zmykał co siły w nogach, na łąkę, gdzie wreszcie legł w zaklęsłości gruntu.
— Wóz jest, widzi pani, zakurzony na biało, to go może na dródze nie zobaczy...
— Kto taki?
— On! To nieprzyjaciel jest — te aeroplany. Schować się nimo gdzie, cofać się daleko, wszystko odkryte, a naprzód jechać — ani pomyślenia! O, już trzeci sie pokazał... Teroj sie to zacznie...
Aeroplany zatoczyły w powietrzu koło i nagle huk gwałtowny wstrząsnął powietrzem.
— Bombe zrucił! — objaśniał szofer. — Teroj nasi będom do niego prać... Widzisz panna?
Rozległ się suchy, urywany szczekot dział pionowych i baterji dział polowych. Widać było, jak artylerja bierze aeroplany w ogień krzyżowy. To przed aeroplanem, to za nim eksplodowały szrapnele. Odpowiadał działom grzmot bomb.
— Oni dużo tej iskry nie mają! — mówił szofer. — Trzy czterybomby, więcej nie. Wyrzuci tej bele gdzie i ucieknie, bo między szrapnelem latać to żadna radość. Oho, jeden dostał, patrzaj pani.
Istotnie, jeden aeroplan zerwał się z błękitu i spadł.
— Patrzaj — że pani! Ten złodziej chmurę za sobą robi! — wykrzyknął szofer z podziwem.
Istotnie, jeden z aeroplanów nieprzyjacielskich, silnie ostrzeliwany przez artylerję, wypuścił chmurę czarnego dymu, rozwlókł ją po niebie, skrył się w niej, zupełnie się nią owinął, a potem, wychynąwszy z niej na wielkiej wysokości, zawrócił ku swoim pozycjom.
Drugi lotnik ratował się inaczej. Runął w przepaść, niespodziewanie zawisnął na kilkadziesiąt metrów nad ziemią i tak, lecąc nisko zygzakami, wydostał się z obrębu ognia dział pionowych.
— Szykowni lotnicy! — chwalił szofer nieprzyjaciół. — Gracko uciekli. W chmurze go nie zobaczy, a nad ziemią go nie ustrzeli. Oni to nieraz tak temi chmurami czarnemi ubiorą niebo, a potem się za tą zasłoną szykują i wypady robią... Chytry naród, sposobny! Ale nasi i tak ich biją, a już najwięcej major... Ten bije bez żadnej sztuki. Jedzie na niego prosto, potem „bac“ i już. Jakby do wróbli strzelał.
— A na co oni tak te bomby rzucali? — pytała Kasia.
— Zobaczy pani. Bogiem a prawdą, to żaden cywil nie powinien o tem wiedzieć, ale pani dokument ma... I droga tędy prowadzi... Pojedziemy już...
W kilka minut później wjechali w obszerną wieś, w której stała masa wojska. Wszędzie widziało się broń złożoną w kozły, a ogniska rozpalone, kompanje w zwartym szyku stojące lub w maszerowujące właśnie we wrota, działa przy których stali artylerzyści.. Gościncem ciągnęły treny, ale na wozach siedziały jakieś byle czem okryte tłumoki, zaś zamiast koni stały u dyszlów szkielety drewniane, przykryte szmatami. Paru znudzonych żołnierzy kręciło się po wsi...
W środku wsi szofer przystanął. Zaspany, rozleniwiony żołnierz podszedł ku niemu.
— Przywióześ!
— Zaś bym nie przywiózł! — odpowiedział szofer, podając mu zawiniątko. — Dużo wam szkód narobili?
— Rozbili nam całą kompanję — uśmiechnął się żołnierz.
— Rety! — zaśmiał się szofer.
— Nimo strachu! Do wieczora postawimy ją znowu, ino na innym miejscu.
— Całą kompanję wybili? — przeraziła się Kasia.
— Z drzewa, panienko, z drzewa wszystko, co tu panienka widzi, całe wojsko je z drzewa. Te tam karabiny ustawione w piramidy, to dranki są... Te armaty to pnie... A zato w sadach są nasze pionowe... Oni tu tak co dzień niszczą te wojsko drewniane, a ludzi żywych to tu niema więcej, jak dwudziestu...
— Szesnastu nas tu wszystkiego je... Oprócz artylerystów...
— A jeden spadł.
— Już ta do niego polecieli dragoni... Zapalił się....
— Dobra... Pojutrze tedy bede jechał, to przygotuj co ta wisz...
— Nie bój sie... Bedzie... Tłustą ci wybiorę.. Lubisz...
— Gęś mi przyobiecał! — mówił szofer, kiedy wyjechali poza tę dziwną wieś. — Jo mu ta raz po raz przywiozę papierosy, wódki trochę, co nasi majom, za to on... Bo tu im łatwiej... Sami som na całom wieś...
— A czy tu kto mieszka...
— Nie miszko nikt, ale nocom przychodzom baby... Chałup dużo, śpij se, gdzie chcesz! Są ta różne interesy! — zakończył dość gwałtownie i splunął.
Po godzinie nieznośnej, uciążliwej jazdy stanęli w małem miasteczku, gęsto zaplecionem zewsząd zbiegającemi się drutami telefonicznemi. Cywilnej ludności prawie zupełnie już nie było tu widać, zato uganiali po ulicach motocykliści i konni, wymijający zakurzone samochody.
Szofer wysadził Kasię na rynku, wskazał jej, gdzie jest sztab, do którego musiała się zgłosić, pokazał jej kierunek, w którym znajdowała się „baza“ eskadry lotniczej, a żegnając ją, zapowiedział jej surowo, iż najdalej za godzinę ma się w „bazie“ stawić na obiad, bo i tak jest już późno, a dłużej na nią czekać nie mogą.
Sztab znajdował się w typowo mieszczańskiej kamienicy w rynku zanieczyszczonym i dosłownie zawalonym podwodami. Żołnierze, szorstcy i bezceremonialni, na każdym kroku wypytywali Kasię, czego chce i poco przyszła. Dokumenty jej nie imponowały nikomu, ale nazwisko robiło swoje. „Siostra majora Zaruty“ znaczyło więcej, niż wszystkie pieczęcie i podpisy.
Zaprowadzono ją do adjutanta.
Był to bardzo miły, przystojny i elegancki w ruchach oficer, ale strasznie czuć go było potem, a twarz jego przemęczona nosiła wyraźne ślady niewyspania. Z żelaznym uporem siedział za swym stołem, choć na pierwszy rzut oka każdy byłby odgadł, że powinien iść spać. Obojętnie wziął papiery Kasi, a tylko kiedy przeczytał jej nazwisko, podniósł oczy i spojrzał na nią. Nie ciekawie, nie z zainteresowaniem. Spojrzał tylko, uznając snać, że tę osobę należy zobaczyć.
— Jest pani w „bazie“. Jeśli pani zechce poczekać...
— Gdzie brat jest? Muszę się z nim widzieć, mam bardzo ważną sprawę...
Zastanowiła się, jakby to powiedzieć, ale oficer już trzymał słuchawkę telefonu u ucha.
— Hallo! Hallo! Połączyć z... Dobrze... Zaczekam...
Podparłszy się ręką, w której trzymał słuchawkę — usnął. Kasia po jego twarzy widziała, że śpi. Wszystkie mięśnie się na tej twarzy rozluźniły i spadły, powieki zasłoniły oczy. Wtem jakby iskra jakaś przeleciała przez twarz zmordowaną, powieki dźwignęły się ciężko.
— Tak. Major Zaruta. Meldowany? Aha! Wyleciał?
Ciężko położył słuchawkę.
— Nie wiadomo. Zaruta wojuje na własną rękę.
— Więc gdzie mogę brata znaleść?
— Niech pani zaczeka w „bazie“. Prędzej czy później przyleci...
Błysnęły jej oczy.
— Panie, ja muszę się do niego dostać, muszę go znaleźć. Pan jest żołnierz, pan mnie zrozumie! Nie mogę tego panu powiedzieć, nie mogę zdradzać tajemnic, ale jeśli się do niego nie dostanę — może zginąć. Ja jestem jego siostra!
Oficer ścisnął się rękami za skronie i jęknął.
— Wierzę pani. Więc?
— Co się panu stało?
— Pięć dni i pięć nocy nie śpię. Migrena. Może sobie pani wyobrazić, jaka kolosalna migrena? Od zmysłów odchodzę. Więc?
— Gdzie brata znajdę?
Wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Niech go pani szuka, gdzie pani chce. Wszelkie ułatwienia... Nawet nie możliwe... Dla siostry Zaruty i aby pomódz Zarucie... Przedewszystkiem do „bazy“, może tam co wiedzą... Jeśli nie... To do mnie...
Popatrzył na nią blademi, wypłowiałemi oczami i uśmiechnął się.
— Jestem strasznie zmęczony. Z nóg lecę. A czy pani wie, że ja jestem skrzypkiem z zawodu? Cichy pokój, białe firanki w oknach, pulpit i „Arja“ Bacha... O, mój, Boże...
Za oknami porykiwały niecierpliwie samochody.





XII

— Na to, proszę pani, niema najmniejszego sposobu! Można rozkazywać tym, którzy chodzą lub jeżdżą, ale ci, którzy latają, są poza wszelką kontrolą. Tu żaden sztab, ani żaden rozkaz nie pomoże. Lotnicy mają swą własną taktykę, zaś brat pani działa zupełnie na własną rękę...
Siedziała w gronie pilotów „Śmigi Warczącej“, patrzyła w młode, kochane twarze, wierne i oddane.
— Chłopcy! Zrozumiejcie, że ja Marjana muszę znaleść. O tem myślcie, nie o trudnościach i przeszkodach. Przypomnijcie sobie, ja, Kasia, nigdy nie mieszałam się do waszych dyskusyj, ćwiczeń gimnastycznych, ani wzlotów. Ty, Tomek, robiłeś raz „spadek Brummera“ i rozbiłeś sobie fatalnie nos...
Zagabnięty oficer zmięszał się i mimowoli chwycił się za nos, dobrze przypłaszczony.
— Czy ci wtedy dawałam jakie rady? Czym ci mówiła, żeś „spadku Brummera“ nie powinien robić?
— Przepraszam panią, ja go doskonale umiem! — oburzył się oficer.
— Dziś! Ale wówczas przyleciałeś do mnie becząc, z zakrwawionym nosem. Dałam ci miednicę pełną letniej wody, pomagałam ci, nie krytykowałam... Wy trzej, Franek, Józek i Gustaw, robiliście „świecę.“ Warjackie historje. Pamiętacie, Gustek złamał sobie wtedy obojczyk i leżał u nas dwa tygodnie... Chodziłam koło niego jak matka — nie wypominałam mu, że zrobił głupstwo...
— Ale to jest zupełnie co innego, widzi pani!... Pani chce się dostać przez front ku nieprzyjacielowi...
— Dajże spokój! Gdzież ja ku nieprzyjacielowi!... Ale muszę mieć zupełną swobodę ruchów, tak, żeby mnie nikt nie krępował.
— Panno Kasiu! My panią wszyscy znamy i wszyscy panią kochamy. Z początku każdy z nas kochał się w pani osobiście i na własny kredyt, potem zobaczyliśmy — morus — panna! I kochamy panią jak siostrę. Wszyscy. Każdy z nas da się za panią zabić. Ale niech pani z nas nie robi warjatów. Eskadra bieże za panią odpowiedzialność, ręczy za panią — jednakże tak, jak pani mówi, że pani pójdzie wszędzie, choćby za linje nieprzyjacielskie — to jest niemożliwe...
— No więc! A jeśli Komendant za linją nieprzyjacielską spadnie?
— Dlaczego ma zaraz spadać!
— Gustek spaść może!
— On jeszcze nigdy nie spadł!
— I mnie tu jeszcze nigdy nie było! Ale dziś czuję, wiem, że mu jestem potrzebna, że ja go uratuję...
Wstała.
— Co wy o nim wiecie? Jestem jego siostrą i kocham go. Nie rozumiecie tego. Duszą go podtrzymywałam na wysokościach. Jest sam. A kto wie, czy ja nie jestem jego „totem“? Kiedy był młodziutki, broniłam go przed wszystkimi... Młodsza od niego, ja go wychowałam, i dopiero, gdy zaczął latać, wyrwał mi się z rąk... Ale dziś czuję, że jestem mu potrzebna... Ja, siostra waszego komendanta, żądam — zróbcie mi wolne przejście!
— Jeśli pani wpadnie w ręce tym dzikusom, co nam komendant powie?
— Chce się pani dostać do niewoli?
— Nie dostanę się do niewoli i nikomu w ręce nie wpadnę. Zresztą — dość tego „palaweru“. Wy jesteście patrolem mego brata, ja nie proszę, ja żądam. Każdy z was co dzień lata i nie pyta, czem się to skończyć może. Ja też nie pytam. Tak samo, jak wy, nie wiem, czego chcę, prócz tego jednego... Muszę naprzód... Przez pozycję... A ja... ja wiem, dokąd pojdę...
— Dokąd, proszę łaskawej pani?
— Naprzód. W góry.
Zrobił się rozruch i gwar. Cała ta historia nie miała najmniejszego sensu, nacechowana była wyraźnie historyczno — romantycznem piętnem i irytowała pilotów niewypowiedzianie. Z drugiej strony jednak — siostra Zaruty musiała wiedzieć, co robi, z tego ją znali, a odmówić jej nie było sposobu.
Zabrał głos Franek.
— Żaden z nas z panią pojechać nie może i nie pojedzie. Musi pani wiedzieć, że każdy nasz wzlot jest obserwowany, nie mówiąc już o tem, że bez rozkazu się nie jedzie. To wojna, a nie popis na lotnisko. Ale cóż? Jeśli nawet wysadziłbym panią na ustronnem miejscu, to panią potem z powodzeniem, jako szpiega, powieszą. Do tego ręki nie przyłożę. Co zaś możemy zrobić, to zrobimy. Jest tu w sztabie rotmistrz Bejdżis-Chan. Nazwisko tatarskie, ale człowiek dobry i znakomity „zagończyk“. Stale on pracuje na tyłach nieprzyjaciela, a w nocy odjeżdża na front, gdzie ze swym dywizjonem ma zrobić znów jakąś awanturę... Z tym rotmistrzem mogę się porozumieć i on panią z sobą weźmię. Gwarantuję, bo to jest mój przyjaciel... Jeśli jednak panią z jego oddziałem złapią — lepiej byłoby nie rodzić się... Mówię to pani, aby pani wiedziała, że ponad swą wolę i wbrew swej woli robimy dla pani wszystko... Ale karteczkę pani mi da, stwierdzającą, że to się wbrew naszej woli stało... Bo my tu w wojsku zawsze na pamiątkę autografy zbieramy...
— Bejdżis-Chan jest dobry! — odezwały się głosy. — On się zawsze przebije.
— Zawsze albo nie zawsze! A z jego ludzi skórę czasem żywcem zdzierają! Ale — panna Kasia chce! Skocz który po Bejdzis-Chana, widziałem go w sztabie. Żeby nam nie uciekł!
Któryś z młodszych pilotów złapał za czapkę i wybiegł, trzaskając drzwiami.
— To, co pani z nami wyrabia — irytował się Gustek — nazwę poprostu nadużyciem. Myśmy na to pozwolić nie powinni, bo to szaleństwo...
— Tak wam się zdaje i przyznaję, że macie prawo tak myśleć — zgadzała się Kasia. — Jednakże spojrzyjcie, ile to szaleństw dziś dzieje się na świecie, ile wy sami ich porobiliście, a zato zostaliście oficerami i sławnymi ludźmi. Przyzwyczajcie się do myśli, że oddawna już przekroczyliśmy granicę tego, co kiedyś nazywało się normalnem. Nie wynika z tego, abyśmy byli nienormalnymi, ale — nie dziwimy się wielu rzeczom, które jeszcze niedawno uznanoby za niemożliwe a nawet nieprawdopodobne.
Zjawił się Beidżis-Chan, mały, nizki, układny oficerek z uśmiechniętą słodko jasną twarzą, z przedziałem na głowie i wilczemi zębami, połyskującemi z pod krótko przyciętych wąsów. Na nogach jego lśniły wysokie, lakierowane buty, na rękawie miał złotem wyszyty półksiężyc z gwiazdą. Nic w nim nie zdradzało dzikiego, „zagończyka“, zbója polnego, zaciekłego i nieubłaganego partyzanta.
Przedstawiono mu całą historję.
— Ach, to drobiazg! — mówił, kłaniając się z uśmiechem w stronę Kasi. — To można zrobić z łatwością. Pani chce przedostać się jak najdalej na front? Służę pani. Jest jasna rzecz: Każdy człowiek sam za siebie odpowiada. Robi co chce tylko wówczas, kiedy sam za to płaci.
— Czy rotmistrz przewiduje jakie niebezpieczeństwa?
— Trudno mi na to odpowiedzieć. Widzicie, moi panowie: Mam rozkaz z dwudziestu tylko ludźmi przetrząsnąć pewien łańcuch górski; zbadać go. Co tam zastanę, nie wiem, ale wiem, że gdyby tam armja cała siedziała, ja się przez nią prześlizgnę i mnie to niebezpieczeństwem żadnem nie grozi. Jaki cel i jakie zadanie stawia sobie siostra majora Zaruty — nie wiem i ona też dokładnie nie wie, nie mogę zatem wiedzieć, jakie z jej akcją mogą być połączone niebezpieczeństwa.
— Otóż właśnie!
— Ta nieznajomość zadania panny Zarucianki nie uprawnia nas jednak do żadnych wniosków, bo przecież i to, co ja pozytywnie wiem o swojej akcji, jest zupełnie niewystarczające. Z dwudziestu ludźmi mam jechać przekonać się, co tam w tych górach siedzi, dowiedzieć się tego, czego nie wie nikt, a więc — ja też nie. Czyli, że jadę w niewiadome, pozytywnie wiedząc tylko tyle, iż to już nie pierwszy raz, że nieznane i niewiadome wcale nie jest gorszem od znanego i wiadomego i że — co mi mój instynkt mówi — wyjdę z tego cało, jak dotychczas zawsze cało wychodziłem.
— Ale rotmistrz przynajmniej wie, co ma robić i poco jedzie, podczas gdy panna Kasia nawet i tego nie wie!
— Jakże to ja mogę wiedzieć, co mam robić? — zdziwił się rotmistrz, uśmiechając się nieledwie że litościwie — bowiem, tysiące rozważam możliwości, brak mi jednakże wszelkich danych do ustalenia czegokolwiek... Akcję swoją zaczynam od rozwiązywania a raczej szukania całego szeregu „iksów“, całego szeregu niewiadomych. A czy można plan akcji opierać rozumowo na niewiadomych? Jak panowie widzicie, jestem w temsamem położeniu, co siostra majora Zaruty i nie boję się o siebie.
— Z takim matematykiem, jak pan, trudno się spierać. Pan twierdzi, że niema niebezpieczeństwa, jak długo się o niem nie wie...
— Wie pan, podczas bombardowania jednego z naszych miast, widziałem w najwścieklejszym ogniu stojącego na rynku i gapiącego się człowieka. Cywil — dziwaczny, wysoki, chudy, na cienkich nogach... Ludzie zmykali, chowali się do piwnic, a on chodził sobie po mieście, jakby nigdy nic. Człowieku — powiadam mu — zwarjowałeś? A schowajże się gdzie! Przecie widzisz, że ja żołnierz, w piwnicy siedzę i zębami dzwonię ze strachu! — A on mi na to: — Pan co innego, pan żołnierz! Ale cóż oni mnie mogą zrobić? Przecie ja jestem nauczycielem muzyki! I wiecie panowie? Nic mu się nie stało. — A zresztą, jakbyście panowie chcieli wiedzieć, to i dziś w lasach na górach baby zbierają grzyby i borówki a jaki taki, jak go ważna sprawa przyciśnie, to spokojnie przez fronty i przez góry wędruje. Bo to — człowiek zawsze może więcej, niż może.
Późno w nocy Kasia, serdecznie żegnana przez swych chłopców i zaopatrzona w różne smakołyki, bryczką wyjechała z rotmistrzem Beidżis-Chanem do jego dywizjonu. Sam na sam z nią rotmistrz nie był bardzo rozmowny i mrucząc jakąś piosenkę pod nosem, kiwał się na siedzeniu. Wciąż słychać było działa, huczące tu gęściej, tam rzadziej, lecz bezustannie bijące w ciszę nocną. Nierzadko wyraźnie słyszało się karabiny maszynowe.
— Biją się? — pytała Kasia.
— Zwykła wymiana strzałów! — odpowiedział jej sennie rotmistrz. — Na froncie, proszę pani, wciąż ktoś strzela. To wprost chorobliwe. Oni się tak do strzelania przyzwyczaili, że żyć bez tego nie mogą. Co za marnowanie amunicji! Wieczne wiwaty! U mnie też strzelania jest dużo, bo ja stoję w luce. Tamtędy — wal, kto chcesz, jeśli możesz — tylko że bez mojej wizy nie puszczają. A ja daję wizy czerwone. Szkoda, że tak późno jedziemy, nie wyśpi się pani. Ale trudno. Mało wojować, mało chcieć wojować, jeszcze trzeba się prosić... Ja potrzebuję dużo karabinów maszynowych, amunicji — proś się o każdy nabój... Powiadają — masz pan prywatnych karabinów maszynowych dość! Co ciebie moje prywatne karabiny maszynowe obchodzą, człowieku?
Noc była ciemna. Czarne chmury przewalały się po niebie, przesłaniając gwiazdy rzadkie i jakby czemś onieśmielone.
— To nie powinno być! — mówił Beidżis-Chan pokazując ręką niebo. Powinno być pogodnie, jasno... Ja na to liczyłem... Księżyc zbyteczny, ale gwiazdy... Gwiazdy brałem w rachubę... Nie, jutro będzie jasna noc, te chmury się przetrą...
— Daleko jeszcze?
— Pani wie, sztab powinien być o jakie czterdzieście kilometrów za frontem. U nas czasem zdarza się inaczej. Mniejsza z tem. Za pół godziny będziemy na miejscu.
W ciemnościach bryczka zajechała przed czarny, dość duży dom.
Beidżis-Chan wysadził Kasię, odegnał doskakujące ze wszystkich stron psy i wprowadził ją do dużej i przestronnej, napół już góralskiej chaty chłopskiej. Izdebka, w której ją umieścił, była mała, ale schludna i starannie urządzona. Nie brakowało w niej niczego.
— Jakim sposobem zdobył się pan na taki komfort? — pytała zdziwiona.
— Tak długo jestem na wojnie, że mi się psie, biwakowe życie sprzykrzyło. Nabrałem techniki w tem wszystkiem. A teraz muszę panią zostawić! Mam sprawy do załatwienia. Może pani usłyszy w nocy jakie hałasy, ale niech to pani nie niepokoi. Tu gęsto strzelają. Konno pani jeździ?
— Słabo.
— To nic. Wyszukam pani konia. Teraz...
Zmieszał się.
— Tak, jak pani jest, jechać pani nie może. Trzeba jednak... Więc ja się już postarałem w eskadrze. Dali mi dla pani buty wysokie i tę resztę... Ja tu pani zawiniątko prześlę... Dobra noc...
Podał jej rękę i wyszedł, a za chwilę służący przyniósł zawiniątko, kurę na zimno i pół butelki czerwonego wina.
— Gdzie ja jestem? Co-m ja zrobiła? — z trwogą myślała Kasia, leżąc w cichym pokoiku, którego szyby zlekka dzwoniły, wstrząsane odległym hukiem dział.
Niedawno jeszcze pani w swej białej willi, była oto tu na łasce pierwszego lepszego oficera, rzucona w atmosferę nieznaną a nasyconą awanturniczością. Przecież tu strzelano, zabijano, mordowano! A jednak, mimo wszystko, nikt jej nie tylko nie dokuczył, ale każdy starał się na swój sposób dopomódz. Nawet tu, gdzie umierano, ludzie chcieli żyć!
W nocy, a właściwie nad ranem, zerwała się jakaś burza, jakaś strzelanina. Szczekały przez chwilę wściekle karabiny maszynowe. Kasia zbudziła się, zlękła się, tylko że tak strasznie spać się jej chciało, iż nie wstałaby z ciepłego łóżka za żadną cenę. W sionce słychać było zaspany głos Beidżis-Chana, który wydawał jakieś dyspozycje, a potem zakończył:
— Dajcie mi spokój! Dwa plutony muszą wystarczyć i wystarczą. Wyślijcie patrol na prawo! Tam nic niema. Ja idę spać. Nie budźcie mnie dla lada głupstwa! Cóż to znowu, zdrzemnąć się nie można.
Słychać było, jak trzasnął drzwiami za sobą.
Karabiny maszynowe huczały wciąż, potem odezwały się po prawej stronie, zaczęły się oddalać i przy ich wciąż dalszym odgłosie Kasia znowu cudownie zasnęła.
Kiedy się zbudziła, o mało nie krzyknęła z zachwytu. Okno jej izdebki przesłaniała gęsta, jasno-zielona kotara kwitnącej fasoli. Białe lub czerwone kwiaty świeciły w słonecznej zieleni, jak motyle. Nieba w tym wonnym, zielonym gąszczu widać nie było.
— O, jak dobrze na świecie! — pomyślała, prostując na łóżku swe zmęczone członki.
Postawiła na swojem — z czego była dumna, ale co dalej?
Cały następny dzień zeszedł jej właściwie na niczem. Zapytany o terminie odjazdu BeidżisChan, odpowiedział jej: — Mamy czas! — i zaprowadziwszy ją do sadu, odstąpił jej swój hamak, na którym spędziła pół dnia, kołysząc się wśród zieleni i harmonijnego brzęku pszczół. Popołudniu na skutek usilnych nalegań i perswazji Beidżis-Chana położyła się i spała mocno ze dwie godziny. Kiedy się obudziła, była wypoczęta, mocna i świeża, jak nigdy. Opuścił ją niepokój, opuściło ją gorączkowe wzburzenie. Było jej dobrze.
Późnem popołudniem siedziała na przyzbie, patrząc na konie, które przeprowadzano przed rotmistrzem. W tem w powietrzu dał się słyszeć warkot motoru i wysoko pojawił się aeroplan. Przecinając skośną linją pole bitwy, leciał na wschód.
— Brat pani leci! — uśmiechnął się do niej Beidżis-Chan.
Poznała — po płynności lotu, po dziwnym spokoju i jego równości, po dumie, z jaką ten aparat leciał, samotny w niebiosach a przecie świadom swej drogi. Zrobiło się jej niezmiernie miło, że mogła podpatrzeć brata w jego samotności, kiedy się tego nie spodziewał. Zrozumiała także, iż mimowoli może szuka jej i że już działa na niego jej bliskość, ponieważ krążyć poczyna nad nią.
Uśmiechnęła się, pewna zwycięstwa.
Ciemno już było, kiedy po obfitej kolacji Beidżis-Chan wsadził ją na koń i wyjechał ze wsi na czele garstki swych jeźdzców, człapiących daleko za nim. Noc była — jak to rotmistrz przepowiedział — nie księżycowa, ale ciepła, pogodna, gwiaździsta. Z różnych stron dolatywało porykiwanie dział, rechotanie żab i pryskanie pojedyńczych wystrzałów.
Jechali jakąś drogą między wzgórzami. W pewnem miejscu Beidżis-Chan skręcił na prawo, na małą, wąziutką drożynę. Pięła się ona wciąż w górę i po godzinie wolnej jazdy wprowadziła podjazd w ciemny, szumiący z cicha las. Rotmistrz zatrzymał konia na skraju lasu i pokazał Kasi ręką dolinę, w której to tu to tam buchały ogniska wystrzałów.
— Wie pani, co to jest? Pozycje. Wie pani, kiedyśmy je przejechali?
— Nie.
— Ja też. Ale teraz jesteśmy na tyłach nieprzyjaciela.
— Ale dokąd jedziemy?
— Prosto przed siebie.
— Ale dokąd?
— W góry.
Tu Beidżis-Chan poprawił się na siodle i rzekł uprzejmie:
— Wolałbym jednak, żeby pani trzymała się raczej moich ludzi niż mnie. Zwyczajem moim jest być wywiadowcą swego oddziału, a to nie taka łatwa rzecz i nie bardzo bezpieczna...
— Wierzę, że moja obecność obroni pana od niebezpieczeństw, bo ja dojechać musze.
— Dokąd?
— Do celu.
Beidżis-Chan pochylił się na koniu i skręcił w las.
Było zupełnie cicho. Konie szły ostrożnie, nie parskając nawet, przyuczone do podchodów.
— A gdzie pańscy żołnierze? — spytała Kasia, nie czując i nie słysząc za sobą nikogo w ciemnościach.
Zamiast odpowiedzi Beidżis-Chan gwizdnął z cicha. W chwilę później z ciemności wysunął się jeździec i otarłszy się koniem o konia Kasi, zrównał się z komendantem.
— Na tym grzbiecie trzech ludzi na prawo lasem i wrócić. Będę czekał.
Za jakiś kwadrans stanęli znów na brzegu lasu. Rotmistrz zsiadł z konia i wraz z Kasią poszedł w górę.
Byli na grzbiecie góry, przed którą czerniała druga, czarna, na jasnem tle niebios gwiaździstych.
— Mamy czas — mruknął Beidżis-Chan — Poczekamy, aż tamci wrócą. Lubię góry. Jak te świerki cudnie pachną.
Wyciągnęła się na mchu i zapatrzyła się w jasne niebo, zachwycona tą nocną jazdą, prawie szczęśliwa. Beidżis-Chan przewrócił się na bok i zdawało się — zaczął drzemać.
W ciszy nocnej — a tu, w górach, poza dalekiem warczeniem artylerji było istotnie cicho — słyszało się jakby podziemną robaczków małych pracę, szelesty nieuchwytne, stąpania dalekie, szepty głuche, tententy...
— Artylerja jedzie! — mruknął w mech rotmistrz.
— Gdzie?
— Nie wiem gdzie, ale słyszę że jedzie. Pewno tamtą górą pojadą, już ja wiem dokąd... Zaczekamy...
A po jakimś czasie krzewie ruchome zamajaczyło niewyraźnie na grzbiecie góry. Naprzód kupy ciemne dość gwarne.
— Konnica! — objaśnił rotmistrz.
Zaś za konnicą pojawił się długi wąż, sunący zwolna grzbietem górskim.
— Aha! To już jakbym wiedział! — szeptał Beidżis-Chan. — O, ale dużo, dużo tego wali... No, no... Nie bez przyczyny chciano wiedzieć, co się w górach dzieje... Widać, nasz wywiad pracuje dobrze... Widzi pani, piechota poszła prawdopodobnie dołem... Oj, tu się będzie można zabawić...
Gwizdnął zcicha i cieniem pod osłoną drzew poprowadził ludzi na prawo, potem naraz skręcił na lewo pod prostym kątem. Szli wciąż zakrzywionym grzbietem górskim.
Co potem było — Kasia absolutnie nikomu nie umiałaby powiedzieć. Rotmistrz część swoich ludzi gdzieś wysłał. Prali pieszo, nie wiadomo jak orjentując się w ciemnościach. Potem, po jakimś czasie z prawej strony zaczęły padać strzały. Potem reszta, która była z Beidżis-Chanem, strzelała przed siebie w ciemną noc. Odezwały się krzyki, strzelanina wybuchała to tu to tam. Beidżis-Chan ze swymi ludźmi galopem skoczył naprzód, znów kogoś tam ostrzelał, skręcił na prawo, uciekł i znowu, zatoczywszy łuk na lewo, szedł równolegle za artylerją.
Była to gorąca noc. Niezmordowany „zagończyk“, znając doskonale okolicę, uwijał się po górach i lasach, wciąż płosząc przeciwnika, niepokojąc go i zatrzymując w pochodzie. Jak się to działo, Kasia nie rozumiała, bo zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie się znajduje. Ona widziała tylko ciemne zbocza gór, gąszcz leśną i przebłyskujące przez nią gwiazdy, zaś Beidżis-Chan widział wszystko, jak w dzień.
Tak minęła noc niespokojna, męcząca, pełna podchodów, strzałów i krzyków. O świcie stało się nieszczęście. Na przemykający się polaną leśną oddziałek wpadł silniejszy oddział nieprzyjacielski. Wyrwał się z lasu i uderzył z boku. Kasia z przerażeniem ujrzała zwartą grupę kilkunastu jeźdźców, najbardziej naprzód wysuniętych a za nimi półkolisty łańcuch. Szli jak duchy, szarzy w bladem świtaniu, wyjący. Padło kilka strzałów, zgrzytnęły ciężkie szablice, wydobywane z pochew. Z miejsca żołnierze Beidżis-Chana, ostrogami bodąc konie skoczyli na wroga...
Jak się to skończyło, tego już Kasia nie wiedziała. Ją koń poniósł w las, a ponieważ jeździła słabo, więc starłszy się o jakiś mokry, mchem obrosły pień, wypadła z siodła i zleciała na ziemię. Prawie tuż za nią rozległo się kilka strzałów rewolwerowych i okropny krzyk. Przerażona pobiegła w las i biegła tak długo, póki krew, bijąca jej gwałtownie w skroniach, nie przygłuszyła odgłosów bitwy. Wtenczas padła na mech i przez jakiś czas leżała nieruchomo, dysząc ciężko.
Wzeszło słońce, jasne, piękne i rozświetliło, rozgrzało mroczną ciemń lasu. Kasia wstała i poszła dalej a natknąwszy się na jakieś zbocze górskie, szła tem zboczem. Usiadła nad szemrzącem perliście źródełkiem, napiła się zimnej wody i umyła w niej twarz i ręce, potem pięła się dalej, wciąż idąc lasem i przedzierając się przez krzaki i zwalone wichrem, butwiejące wielkie pnie. Nie wiedziała dokąd idzie, chciała tylko uciec jak najdalej od miejsc, gdzie ludzie polują na siebie jak wilki, i dotrzeć tam, skąd widać niebo.
Szła długo, parę godzin, głodna strasznie, coraz bardziej zmęczona i coraz słabsza w swej samotności i w tem pustkowiu leśnem. Ogarnęła ją naraz zgroza. Gdzież to się znajdowała? Jaki los może ją spotkać, błądzącą po lesie? W miarę jak słabła fizycznie, coraz jaśniej zdawała sobie sprawę z szalonej nieopatrzności swego kroku. Cóż teraz bratu pomoże, skryta nakształt mrówki w igliwiu.
Na płacz jej się zbierało, gdy wreszcie stanęła na wązkiej ścieżynie rozchodzącej się w dwie strony. Nie znała tych stron, rozumiała jednak, że wybierając, sama skazuje się może na śmierć. Idąc za sercem, poszła na lewo i po jakimś czasie stanęła u skraju lasu. Dalej ciągnęła się ku górze rozległa hala, na której pasły się spokojnie owce.
Tam spoczęła. Pasterze dali jej mleka owczego i kawał owsianego placka, a gdy jadła, wypytywali ją o wojnę. Opowiadała co widziała, zaś oni słuchali z podziwem i niedowierzająco potrząsali głowami. O tem, żeby wojna i tu, do nich, dotarła, nawet nie myśleli. Tu była hala, na której oni paśli swoje owce, tu nieprzyjaciel nie miał nic do roboty.
Posiliwszy się i pożegnawszy się z pasterzami, obdarowana przez nich na drogę plackiem i serem, powędrowała Kasia dalej szerokim grzbietem górskim. Szła, jakby pędem jakimś wewnętrznym gnana a utwierdzona w swem przedsięwzięciu przez szczęśliwe spotkanie się z pasterzami. Jak dotychczas — mimo wszystko, wiodło się jej jakoś, ludzie, których spotykała, byli dla niej dobrzy, z rąk do rąk podawali ją sobie, wspomagając, jak i czem umieli. Wierzyła, że choć ciężko jej może będzie, nie zginie.
Znów trzeba było wybrać drogę. Jedna prowadziła nadół, w szeroką, jak na dłoni widną dolinę, druga skręcała, biegnąc wciąż grzbietem górskim, który potem opuszczał się zwolna ku dołowi. Nie wiedząc, gdzie się skierować, Kasia usiadła i zamyślona patrzyła w cichą dolinę, obramowaną lasami a tak teraz zalaną światłem słonecznem, iż wyglądała jak amfora, pełna złotoróżowego wina.
Tabory pokazały się w dolinie, długi sznur wozów, eskortowany przez konnych. Jechało to spokojnie, jakby na odpust czy na jarmark. Wtem krzyk się zerwał, z lasu wykwitły dymki a potem z szablami wzniesionemi nad głowy wyskoczyli jeźdźcy. Poznała oddział Beidżis-Chana, widziała, jak rąbano opornych, jak przewracano wozy, jak je podpalano, jak uprowadzano konie i odbierano broń, jak napadnięci rozbiegają się. Bojąc się, aby zbiegowie do niej nie dotarli, zerwała się i uciekła.
Błąkała tak się cały dzień, póki wkońcu natrafiła na piękną, równą polanę, zarośniętą wysoką, suchą trawą i najpiękniejszemi kwiatami górskiemi. Nigdzie tu nie było znać śladu kopyt końskich, tej polany dzicy jeźdźcy nie tratowali. Zimny, czysty strumyczek sączył się wśród trawy, nad którą polatywały „cytrynki“, ogniste „fuksy“, lśniące amarantem „admirały“. Z leśnych ścian, okalających polanę, szła balsamiczna woń żywicy. Nad lasem w jednem miejscu sterczał ciemno-zielony, bezleśny nos górski.
— A ja się tu położę i zaczekam! — z dziwną energją pomyślała sobie Kasia. — Tu jest bezpiecznie i spokojnie, tu nic nie grozi.
Zjadła swój placek ze serem, napiła się wody i zaszyła się w wysoką, wonną, suchą trawę, ciepłą od słońca. Myśląc o dziwnych przygodach ostatnich dni, zmęczona i niewyspana, zasnęła twardo.
Zbudziła się z nieprzyjemnem wrażeniem, że ktoś jest w pobliżu, że coś się w pobliżu dzieje.
Spała długo.
Słońce chyliło się już ku zachodowi. Wierzchołki drzew i górę nad niemi zalewało czerwone światło słoneczne, ale polana już zbladła, przygasała. Las huczał echem huku działowego, który wzrósł. Gdzieś niedaleko zdawała się stać jakaś armata, co parę minut krzycząca donośnie dziwnym, wysokim rykiem.
A w powietrzu brzęczały aeroplany.
Ale gdzie?
Darmo się Kasia oglądała, napróżno szukała po niebie. Nawet po echu nie można było poznać, w której stronie latają, bo drzewa dźwięk pieśni napowietrznej podawały sobie. Wprawnem uchem Kasia rozróżniła różne tony i odgadła, że aeroplanów musi być kilka.
Z za góry wynurzyły się trzy. Niepewnie podlatywały, a potem rozstawiły się w trójkąt — jeden wyżej, dwa drugie niżej i tak szły. A wówczas z przeciwnej strony nadleciał jeden jedyny — lecz po jego locie Kasia poznała, że nim kieruje jej brat. Przelatywał nad polaną i wszystkie drzewa zaśpiewały naraz mocną triumfalną pieśń. Jak gdyby niezliczone skrzypce, wiolonczele i basy zagrały! Wszystkie fibry drzew, wiecznie do słońca tęskniących i wiecznie w nie wpatrzonych, zadygotały i jak struny rozśpiewały się pieśnią słoneczną.
A na wysokościach toczył się bój.
Aeroplan Zaruty skoczył niespodziewanie w górę, wykręcił się, syknął strumieniem białego dymu — i lecący ku niemu od prawej ręki przeciwnik zwalił się w las. Na jego miejsce półłukiem leciał Zaruta, wzbił się znowu w górę, i, zdawało się, uciekał przed przeciwnikami, którzy gonili go, sycząc z karabinów maszynowych. W pewnej chwili Kasia drgnęła, bo aeroplan jej brata naraz spadł o kilkanaście metrów — ale znowu zatrzymał się, a wznosząc się w górę spiralą z tyłu ustrzelił drugiego przeciwnika. Na ostatniego poszedł Zaruta wprost, piersią w pierś, nieomal hypnotyzując go tym bezwzględnym, orlim manewrem. Być też może, że lotnik, który widział i śmierć swych towarzyszów i nagłe nad przeważającym wrogiem zwycięztwo nieustraszonego pilota, stracił ducha — a w tej chwili padł strzał i trzeci przeciwnik, stanąwszy na skrzydle, z błyskawiczną szybkością spadł za górę.
Ale wówczas zachwiał się pilot zwycięzki. Zerwał się z niebios, osiadł w powietrzu, zakołysał się, zatoczył wielkie koło, a potem ukośną linją pomknął wprost ku polanie, na której stała Kasia — i zanim się dziewczyna spostrzegła — lekko wylądowawszy na kwiecistej łące, stanął cichy i nieruchomy.
Ani nawet nie krzyknąwszy, Kasia pobiegła wprost ku aeroplanowi. Nogi jej plątały się w wysokiej trawie, przewracała się, ale znowu zerwawszy się, pędziła co siły w nogach. Oto tam jest jej brat, na którego walkę w niebiosach własnemi oczami patrzyła, brat, którego szukała, za głosem jego idąc wewnętrznym po górach i lasach, brat który nikogo w tych ciężkich chwilach koło siebie nie mając, do niej myślą się zwracał, wierząc pewnie, że ona, choć tak daleka, pomoże...
Zaruta dysząc ciężko, napół leżał na swem siodle, ostatnim widać wysiłkiem starając się drżącemi rękami zsunąć hełm.
Pomogła mu.
Jak gdyby nie wierzył w możliwość cudzej pomocy i nie czuł jej, niezdawał sobie z niej sprawy, bez słowa pozwolił sobie zdjąć hełm.
A wówczas ona wyjęła flakonik i podsunąwszy mu lewe ramię pod opadającą głowę, odezwała się:
— Krople, Marjanie!
Otwarł oczy i spojrzał na nią.
Było to nie spojrzenie, lecz modlitwa.
Bez ruchu pozwolił sobie wlać krople w siniejące wargi, a potem jak małe, spłakane dziecko wciągnął głowę w ramiona i bezsilnie a tkliwie pochylił się ku siostrze i położył jej głowę na ramieniu.
Szczęśliwa aż do bólu, z oczami, z których gorące łzy tryskały rzęsiście, trzymała jego głowę na swem ramieniu, małą rączką gładząc go po twarzy i rozczesując mu włosy zlepione potem.
Łoskot dział rósł, las aż trząsł się i jęczał, ale oni nie widzieli nic, zachwyceni wielkim cudem czystej miłości.
Trwało to długo, bo Marjan usnął.
A w lesie zrywała się burza okropna. Gdzieś tam się drzewa łamały, trzaskały, z grzmotem padały na ziemię, coś się w ich głębi śmiało złowieszczo i wybuchało ogniem czerwonym. Coraz bliżej i bliżej było to nieznane, splątane w szatański chór ryku i chichotów.
Naraz ogromny, czarny duch zerwał się na brzegu polany, wyskoczył wysoko w górę i zniknął. Po nim drugi i trzeci powstał i padł, sypiąc w twarz drzewom ziemią i kamieniami.
Kasia krzyknęła.
Ziemia poprostu tańczyła dokoła niej, wyrzucając w powietrze czarne, wielkie słupy, po których powstawały na łące ogromne wyrwy, niczem spalone rany.
Pilot ocknął się, rzucił okiem dokoła i dostrzegł świecącą łzami, bladą twarz siostry.
— Ach, tak! — westchnął. — Nie bój się, nie po to Bóg ten cud sprawił, abyśmy tu mieli zginąć.
Wyskoczył.
— Siadaj koło mnie, pojedziemy.
Pomógł jej wsiąść — a po chwili, posunąwszy się lekko po ostrzeliwanej polanie, pilot oderwał się od ziemi, wzniósł się zręcznie ponad las i skierował się ku gwiazdom.
I tak wylecieli z ognia i piekła, szczęśliwi i pełni wiary w noc i gwiazdy, potężni działającą siłą swych serc kochających.
— Dokąd lecimy! — spytała go, krzycząc mu do ucha.
— Do domu! Ciemno już, tu nigdzie nie wyląduję... Ranny jestem w lewą rękę...
Po kilku godzinach lotu zajaśniały światła ukochanego miasta, za którem, niby ogród białych gwiazd, widać było łukowe lampy aerodromu.
Pilot, jak zwykle, zatoczył piękne koło nad miastem, a potem lekko wylądował na lotnisku.
Pośpiespyli z pomocą dyżurni żołnierze, i w chwilę później Zaruta znalazł się w swej kancelarji, gdzie siostra opatrzyła mu zranionej ramię.
— A teraz zatelefonuję do domu po samochód...
Ale w sionce dał się słyszeć charakterystyczny stuk kuli i w pokoju stanął uśmiechnięty Janek.
— Ty tu?
— Przyjechałem po was samochodem...
— Skądże wiedziałeś?
— Nie spałem. Usłyszałem w nocy wasz aeroplan, Komendancie, wyszedłem na werandę, zobaczyłem koło nad miastem — i zbudziłem szofera... Lekarstwo pani mu dała?

— Abyś wiedział — w samą porę! — odpowiedział pilot, pełnym wdzięczności wzrokiem spojrzawszy na siostrę.




XIII.

Piękna to była chwila, kiedy dnia pewnego późnem popołudniem nad miastem pojawiło się dwadzieścia jeden aeroplanów, po skończonej zwycięskiej wojnie powracających do miasta, do lotnika-macierzy.
Przyleciały w szyku wojennym, jakby idąc na wielką wyprawę. I zaiste, wyprawa była wielka, ale radosna — powrót triumfalny do domu. Szła tedy naprzód szpica napowietrzna, za nią w straży przedniej kilka aeroplanów, a potem reszta w szyku głębokim, w trzech linjach nad sobą ustawione, w linjach kołyszących się i zmieniających się nawzajem.
Potem zebrała się napowietrzna falanga w jeden hufiec i zaczęła zataczać koła i kręgi nad miastem, zrazu wysoko, potem coraz niżej, aż wreszcie nad samem miastem leciała, zgiełk czyniąc okrutny, jak gdyby stu archaniołów w zbrojach pancernych i bijących mieczami o tarcze chciało się wedrzeć w ciche ulice miasta. A wszystkie aparaty, cale ubrane kwiatami, podobne były do wielkich latających nad miastem bukietów.
Tu już nie pomógł zakaz żaden. Wbrew wszelkim przepisom i ograniczeniom flotylla napowietrzna wpadła w główną ulicę i rzucając na dół całą powódź wieńców i bukietów, przeleciała pysznie popod łukiem triumfalnym. Stójkowi, rozumie się, oburzeni, wygrażali rozzuchwalonym pilotom zdołu swemi krótkiemi pałeczkami, ale publiczność tylko się z tego śmiała, a wszyscy rzucali się na kwiaty, chcąc bodaj listek przynieść do domu na pamiątkę tak uroczystego dnia.
Tych wszystkich sztuk, jakich na wysokościach lotnicy dokazywali, niktby nie zliczył. Dopiero wówczas widziało się, jak to sokołów swych uczył major Zaruta.
Zaś wieczorem cała drużyna zgromadziła się w białej willi, w parku.
Było dużo hałasu, uścisków i serdecznych powitań. Na werandzie, jak zwykle, płonęła różowoognista lampa, młodzi oficerowie obsiedli wszystkie kąty, a niektórzy pousiadali na schodkach lub na balustradzie. Ten i ów rzucił czasem wzrokiem na park biały w księżycowem świetle i na staw, który pływające po nim łabędzie zaprzędły srebrnemi smugami.
W pośrodku werandy stał major Zaruta, który tak kończył swą długą opowieść:
— Nigdy nie powinniśmy zastrzegać się przeciwko cudom, my, którzy wiemy, że nawet pod chmurami są aniołowie, mający nas w swojej opiece. Skrzydła daje nam motor, a moi bracia drodzy, czyż motor nie jest naśladownictwem serca ludzkiego? A jakiemż niewyczerpanem źródłem cudów jest serce ludzkie! Pamiętajcie dobrze, iż najlepsze motory najdoskonalszych aparatów zawodzą, kiedy zawiedzie serce. Zaś ono to ma do siebie, że iskrami, które wyrzuca z siebie, ożywia serca słabsze i mnoży siłę ich... A tak tworzy się łańcuch motorów niezwyciężonych i potęgą swoją zwalczających wszystko, jak na przykład wy, którzy zwyciężyliście wszystko tylko dlatego, że jesteście dobrzy chłopcy. Niczego więcej na świecie nie potrzeba. Tem się żyje, bije i zwycięża. Szukajcie zawsze dobrych chłopców i róbcie z nich baterje przeciw wszelkiemu złemu. Sercami podminujcie świat, a wysadzicie piekło w powietrze!
Gwiazdy srebrne wesoło przymrugiwały tej mowie...

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.