Rob-Roy/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XV.
Kto jesteś? zkąd przychodzisz?
Milton.

Całą noc oka nie zmrużywszy, wstałem z postanowieniem wrócenia jak najspieszniéj do Londynu, i usprawiedliwienia się z krzywdzącego zarzutu; lecz pamięć na rozkaz ojca; bojaźń ściągnienia jeszcze większego gniewu, gdybym miejsce wygnania przeciw jego woli opuścił, zachwiały moje przedsięwięcie. Atoli jego doświadczenie, i związki z pierwszymi członkami stronnictwa Whigów, mogły mi przynieść najdzielniejszą pomoc, ułatwić obronę, i wykryć moją niewinność; — osądziłem więc, iż najlepiéj zrobię, gdy całą rzecz ojcu memu ze wszelkiemi szczegółami opiszę, a że sposobność przesłania listów rzadko się zdarzała, postanowiłem więc pojechać do najbliższego miasta, i złożyć osobiście list na poczcie.
Niezmiernie mię to dziwiło, że lubo upłynęło od wyjazdu mego kilka miesięcy, nie odebrałem przecież żadnego pisma ani od ojca, ani od Owena; gdy przeciwnie Rashleigh uwiadomił już barona Hildebranda o szczęśliwem swojém przybyciu do Londynu, i uprzejmém przyjęciu, jakiego doznał od stryja. — Przypuściwszy nawet, że zasłużyłem na naganę, nie mogłem pojąć tak zupełnego zaniedbania; i miałem nadzieję, że za przyjazdem na pocztę, znajdę jakąkolwiek wiadomość, na którąbym może napróżno w Osbaldyston-Hallu oczekiwał. Przy końcu listu do ojca o sprawie Morrisa, wyraziłem najmocniejszą prośbę o kilka słów odpowiedzi: — o radę jak mam postąpić w okoliczności zbyt ważnéj, abym własnemu mógł zawierzyć rozumowi. Nie czując dość mocy proszenia o rozkaz, bym wrócił na zawsze do Londynu, — pokryłem istotne powody, dla których nie chciałem opuścić Osbaldyston-Hallu, pozorném poddaniem się woli ojca; — a żądałem tylko, aby mi pozwolił odwiedzić stolicę na dni kilka; przeto jedynie, bym zbił fałszywe i krzywdzące moje imię zarzuty. — Tak zakończywszy pismo, którego ułożenie tém więcéj mię kosztowało, że byłem w ciągłéj walce między postanowieniem bronienia mego honoru; a niechęcią rzucenia na chwilę nawet miejsca mego pobytu, odwiozłem list mój do najbliższego miasta, oddałem na pocztę, i jakby w nagrodę trudu, znalazłem następną wiadomość od mego przyjaciela Owena:

Kochany panie Franku!

List pański odebrałem z rąk pana B. Osbaldyston, i spełnię chętnie polecenia, które zawiera. Będę chciał być użytecznym panu R. O., stosownie do możności. Byłem już z nim w banku i na giełdzie, — zdaje się, że jest pilnym i przykładnym młodzieńcem, — zna arytmetykę i rachunek podwójny. Pragnąłbym, aby kto inny przewodniczył mu w handlowym zawodzie, ale niech się dzieje wola Boża! — Ponieważ gotowizna w tamtych stronach jest rzadka, ośmielam się załączyć weksel na sto funtów szterling. na pp. Hooper i Girder z Newcastle, płatny w sześć dni po wręczeniu; co jak mniemam niezawodnie nastąpi, — zostaję mój kochany panie Frank jak zawsze życzliwym i najniższym sługą.

Józef Owen.
P. S.  Zechciéj pan z łaski swojéj zawiadomić mię o dojściu niniejszego listu. Ojciec pański mówi, wprawdzie, że jest zdrów odmienił się jednak widocznie.

Przeczytawszy ten list noszący na sobie cechę prawdziwie kupieckiéj korrespondencyi, zdziwiłem się mocno, że w nim nie znalazłem żadnéj wzmianki o tym, który do Owena pisałem, uwiadamiając go o charakterze Rashleigha; chociaż miarkując po czasie, powinien go był już dawno odebrać. Posłałem list na pocztę przez domownika mego stryja, i nie wątpiłem, że go oddał; — ale ponieważ szło o rzecz wielkiéj wagi tak dla ojca mego, jak i dla mnie; napisałem natychmiast do Owena, powtarzając osnowę poprzedniéj odezwy, i prosząc, aby mię pierwszą pocztą zawiadomił o dojściu; — załączyłem rewers na odebrany weksel, zapewniając, że go użyję w potrzebie. — Bolało mię to wprawdzie, że ojciec zostawiał komisantowi swemu staranie o moich potrzebach, lecz uspokoiłem się myślą, iż to był skutek zawartego między nimi układu. Zresztą, ponieważ Owen nie miał ani żony, ani dzieci, był dość majętnym, i kochał mię; mogłem mu być dłużnym tak małą sumkę, którą przy pierwszéj zręczności umyśliłem zwrócić, jeśliby mój ojciec jéj nie zapłacił; i napisałem o tém Owenowi. — Kupiec, którego mi wskazał, utrzymujący pocztę, zaliczył natychmiast wyrażoną w przesłanym wekslu summę; wróciłem przeto do Osbaldyston-Hallu znacznie bogatszy. Ten zasiłek nie był mi obojętny; zapas bowiem, który przywiozłem z Londynu, bardzo się zmniejszył. Przybywszy do zamku, Andrzéj uwiadomił mnie, że mój stryj z całém potomstwem udał się patrzeć, że użyję słów jego, — jak się czubią koguty w pobliskiéj wiosce.
— Ta barbarzyńska zabawa, zapewne jest nieznana w Szkocyi?
— Broń Boże! — to jest chyba w wiliją jakiego wielkiego święta. — Zresztą, niech sobie robią co chcą z tym przeklętym ptastwem, — mało mu podwórza! — jak wpadnie ta zaraza do ogrodu, to mi wszystkie grzędy do góry nogami powywraca! — Ale nech mi pan powie, kto to zawsze otwiera te drzwiczki od wieży? — Pan Rashleigh wyjechał, — więc to ktoś inny chodzi.
Drzwiczki w wieży, na które Andrzéj wskazywał, prowadziły krętemi schodami z ogrodu do pokojów Rashleigha; pokoje te, jak namieniłem, odosobnione od części zamieszkanéj zamku, łączyły się skrytém przejściem z biblioteką, a z resztą domu przez długie ciemne kurytarze. Ścieżka ciasna między dwoma płotami, wiodła od drzwiczek wieży, do małéj furtki w murowanym parkanie ogrodu. Temi drogami Rashleigh, który miał różne od wszystkich zatrudnienia, mógł niepostrzeżony opuszczać zamek lub do niego wracać ilekroć mu się podobało; ale od wyjazdu Rashleigha, nikt owemi schodami przez te drzwiczki nie wychodził; — zadziwienie wiec Andrzeja było bardzo naturalném.
— Czy już nie pierwszy raz, — rzekłem, — dostrzegłeś, że ktoś te drzwiczki otwiera?
— A! gdzie tam!... to jest... przynajmniéj dwa razy, — mnie się zdaje, że to musi być ten..... jak go oni tam nazywają.... ojciec Voghan, — bo co do służących, pewno żaden nie śmiałby zejść temi schodami — tchórze, jakich świat nie widział! — lękają się, aby im upiór karku nie nadkręcił, — ale ojciec Voghan, to co innego! — on się uważa za uprzywilejowaną osobę. Pycha i nic więcej! — ręczę, że lada pastor, najnędzniejszéj szkockiéj wioski, dwa razy prędzéj złego ducha wypędzi, jak on przez swoją święconą wodę i inne bałwochwalcze ceregiele. — Czy pan dasz wiarę, — wszak on nawet po łacinie nie umié! kiedy mu nazwę jaką roślinę, to tylko oczy wytrzészcza jak zając.
Nie wspomniałem jeszcze dotąd o ojcu Voghan, który dzielił duchowne swoje prace między zamkiem, i kilką innemi domami katolickiego wyznania. Widziałem go tylko parę razy! — Był to człowiek mający około lat sześćdziesiąt, surowéj postaci, znakomitego rodu, i bardzo poważany u katolików northumberlandzkich, dla cnoty swéj i przymiotów. — Ale ojciec Voghan nie był wolny od oryginalności, stan jego odznaczającéj; — w całym jego układzie widać było jakieś tajemnicze dążenie; które my protestanci nazywamy bigoteryją. Mieszkańcy Osbaldyston-Hallu, okazywali ku niemu więcéj uszanowania jak miłości. — Zapewne surowo naganiał nieprzyzwoite ich biesady, bo mniéj było hałasu i zbytków, ilekroć w zamku przebywał; — sam nawet baron Hildebrand powściągał się natenczas w mowie i postępkach; dla tego téż przytomność ojca Voghan nie była zbyt przyjemną stryjaszkowi.
Ksiądz ten żył bardzo ściśle z Rashleighem, i to był powód, że nie miałem chęci zbliżać się do niego, a że i on zdawał się mnie unikać, cała więc nasza znajomość ograniczała się wyrazami zwykłéj i obojętnéj grzeczności. — Że ojciec Voghan mógł zajmować mieszkanie Rashleigha, że mógł miéć przystęp do biblijoteki, było rzeczą bardzo naturalną; światło zatem, które widziałem przeszłego wieczora, mogło być przez niego wniesione. Domysł ten zwrócił mimowolnie uwagę moją na związki, jakie między nim i Djaną Vernon zachodziły; — zdawało mi się, że były téj saméj tajemniczéj natury jak i te, którem dostrzegł między nią i Rashleighem. — Nigdy nie wspominała ojca Voghan, unikała nawet wszelkiéj o nim rozmowy; — raz tylko, przy pierwszém naszém poznaniu nadmieniła, jak sobie przypomnisz, że wyjąwszy starego księdza i ją samą, nie ma do kogo i słowa przemówić w Osbaldyston-Hallu. Jednak, mimo téj pozornéj obojętności, za każdem przybyciem ojca Voghan, uważałem w niéj widoczną niespokojność i bojaźń, które trwały, póki nie spojrzał na nią zapewniającém wejrzeniem.
Jakakolwiek mogła być tajemnica, która zdawała się rządzić losem téj pięknéj i zajmującéj dziewicy, ojciec Voghan niewątpliwie musiał o niéj wiedzieć. Może on, pomyślałem, ma jéj ułatwić wejście do zakonu, w razie odmówienia ręki narzeczonemu, i to właśnie tłomaczy wrażenie, które na niéj sprawia przytomność tego kapłana. — Rzadko do siebie mówili, — rzadko ich razem można było widziéć. Związek między sobą, jeżeli był taki, utrzymywali raczéj przez pewne umówione znaki, aniżeli przez słowa; i jeśli mi się zdarzyło być świadkiem ich krótkiéj i cichéj rozmowy, przypuszczałem, że przedmiotem jéj być musiały narady o religijnych obrządkach, na których nie zbywa katolickiemu wyznaniu; — lecz późniéj przestałem wątpić, że rozmowy te odnosiły się do nierównie ważniejszéj tajemnicy, któréj przeniknąć nie mogłem. — Czy oni się schodzą w biblijotece? — to pytanie całą myśl moją zajmowało, — jeżeli tak, to w jakim celu? dla czego Djana pokładała zaufanie w przyjacielu przewrotnego Rashleigha?
Te i tym podobne wątpliwości dręczyły mój umysł témbardziéj, że nie widziałem sposobu jak je rozwiązać. Dawno już dostrzegłem, że przyjaźń moja dla Miss Vernon, nie była zupełnie wolną od osobistych widoków; odkrycie rodzinnego układu napełniło serce moje zawiścią do Thornkliffa; a nieprzyjazne jego zemną postępowanie, przykrości, które mi wyrządzał, mimo usiłowań rozsądku coraz żywiéj mię dotykały.
Zacząłem odtąd śledzić każde, najmniejsze nawet poruszenie Djany, usprawiedliwiając same przed sobą zwyczajną ciekawością. — Tymczasem wszystko to było dowodem miłości, ale rozum mój wcale się do tego przedemną nie przyznawał, jak to zwykle robi każdy zły przewodnik, co choć drogi znaleźć nie może, utrzymuje jednak, że dobrze prowadzi.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.