Przygoda Jasia (1912)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Przygoda Jasia
Data wydania 1912
Wydawnictwo Wanda Nusbaumówna
Drukarz Tow. Akc.
S. Orgelbranda S.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Kiedy Mikołaj opowiadał, Jaś słuchał go z taką ciekawością, że aż parę razy krupnikiem usta sparzył i ciągle przy tem przypatrując się dziadowi, spostrzegł, iż starzec mówiąc o koniach, ożywił się i popiękniał jakoś. Pod krzaczystemi, białymi brwiami oczy mu zabłyszczały i przynajmniej połowa zmarszczek z twarzy znikła. Mikołaj zauważył, że Jaś nie lęka się go już wcale, objął więc go i posadził na kolanach.
Wyławiał z krupniku najpiękniejsze skwarki i sporą ich ilość położył na talerzu Jasia. Garncarzowa ze swej strony kładła na talerz ten największe i najlepiej rozsypujące się kartofle. Jaś jeść już nie chciał, lecz kiedy położył na stole łyżkę, wszyscy zaczęli bardzo uprzejmie zapraszać go, aby jadł więcej, garncarzowa zaś zawołała:
— Ot są jeszcze w domu pastylki, co mi je doktór od kaszlu przepisał... słodkie takie, może paniczowi smakować będą.
Pobiegła do alkierza i wróciła zaraz z garstką pastylek, które Jasiowi w rękę wsypała. Jaś grzecznie podziękował i wziął jednę pastylkę do ust, ale zaraz skrzywił się bardzo. Pastylki, od kaszlu przepisane, napuszczane były oliwą, czy czemś może innem, ale bardzo niesmacznem. Wincuk za to patrzał ciągle na pastylki, co widząc Jaś, przez stół mu je podał, a potem ze zdziwieniem patrzył, jak on te obrzydliwe dla niego rzeczy z największym smakiem gryzł i zajadał. Pomyślał też sobie, że jutro, kiedy już wróci do domu, poprosi mamę, aby Wincukowi i Marylce dała takich ciastek i cukierków, jakie on sam tak często dostaje i zjada.
— Biedny Wincuk, biedna Marylka — myślał Jaś — dla nich i te obrzydliwe pastylki smaczne!
Tymczasem, wieczerza była już skończona. Stara babka, zdejmując ze stołu naczynia i resztki jadła, rozgderała się znowu. Krzyczała na córkę, na zięcia, na Wincuka, nie wiedzieć za co, ot, tak! przyczepiała się do każdego to o to, to o owo, byle gniewać się i krzyczeć. Tylko na starego tracza i na dziada Mikołaja nie krzyczała wcale, a ponieważ córka zięć i wnuk odpowiadali jej łagodnie, albo wcale nie odpowiadali, uspokoiła się prędko i z cicha już tylko mrucząc, zaczęła myć i wycierać garnki, misę i łyżki.
Przez cały ten czas Mikołaj trzymał Jasia na kolanach, opowiadał mu historyjkę o jakimś starym koniu, którego od urodzenia hodował i pieścił. Koń ten żył sobie długo w pańskiej stajni, w łaskach i wygodach wszelkich, Mikołaj potem spotkał go wożącego wozy ze zbożem do młyna, chudego takiego, że tylko kości z niego, a on go poznał widać, bo zobaczywszy, podniósł łeb i zarżał.
Opowiedziawszy historyjkę tę, Mikołaj zaczął Jasia na kolanach podrzucać, nucąc przytem:

Jedzie sobie pan
Hopapa! hopapa!
A za panem chłop, chłop,
Hop! hop! — hop! hop!
A za panem cygan, cygan,
Klap! klap! — klap! klap!


Jaś aż kładł się od śmiechu, a Mikołaj popatrzywszy mu w twarz, pocałował go w same usta.
Jaś krzyknął:
— Fi! fi! i odwrócił się. Z ust dziada wionął na niego bardzo przykry zapach wódki.
— Coście tam, Mikołaju, paniczowi zrobili? — zapytała z alkierza garncarzowa.
Dziad śmiał się.
— Hej, hej! — wołał — jak paniczyk skrzywił się strasznie od całusa mego! A ja wiem, co to znaczy! Wódka paniczowi z gęby mojej zaleciała. Prawda, co?
Jaś, zawstydzony trochę, nie skłamał jednak, ale twierdząco głową skinął. Dziad śmiał się jeszcze chwilę, ale potem sposępniał, brwi mu się najeżyły i mnóstwo znowu zmarszczek na twarz wystąpiło.
— A, wypiłem ja dziś kieliszek wódki i nie jeden — zaczął ponuro — ale niech się znowu panicz tak nie krzywi, że biedny człowiek wódką mu czasem zapachnie. A czy panicz wie, jakim sposobem Mikołaj nauczył się pić gorzałkę, tak, że jej czasem i zanadto wypije? Czy panicz widział kiedy stangretów, co w mróz siarczysty, albo w słotę taką, że deszcz i mgła do szpiku człowiecze kości przejmuje, siedzą na kozłach godzinami, hej! dniami nieraz i nocami całemi na panów swoich czekając... Siedzę i ja tak, bywało, rękami o piersi biję z mocy całej, a tu nogi kostnieją i po plecach dreszcze chodzą i głód dokucza, bo choć w domu jest co zjeść, ale koni i powozu nie porzucisz dla jedzenia, ani odjechać ci nie wolno... Wtedy, paniczu, kieliszek gorzałki dobry, oj! bardzo dobry! rozgrzeje i nasyci a potem za nim, ot tak nieznacznie, pójdzie drugi i trzeci, i picie w zwyczaj zamienia się; a to jeszcze wielkie szczęście, jeżeli przez zwyczaj ten człowiek nie zamieni się w bydlę... Nie ze szczęśliwości pochodzi to paniczu, nie ze szczęśliwości...
Jaś łzy miał w oczach i chciał bardzo przeprosić dziada za to, że tak niegrzecznie odwrócił się był od niego, ale nie wiedział sam, jak to zrobić i co powiedzieć.
Dziad sam znowu mówić zaczął:
— Wielka to bieda, paniczu, kiedy człowiek, który przez cały wiek ciężko pracował, na starość o miłosierdzie ludzkie prosić musi. Czterdzieści lat służyłem u panów różnych, później, kiedym już moc w ręku i piękną postawę stracił i stangretem już być nie mogłem rąbałem drzewo i nosiłem wodę; aż nakoniec i do tej roboty sił zabrakło; przyszedłem do miasta i dziadem zostałem... jaki grosik uzbieram tu go przynoszę, a dobrzy ludziska karmią mię i pod dachem swoim nocować pozwalają... Ot jak... ot jak... na starość!
Trząsł głową i wzdychał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.