Pretendent z Ameryki/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XXII.

Przed udaniem się na spoczynek, Tracy napisał do ojca. Napisał list, który, jak się spodziewał zostanie lepiej przyjęty, niż kablogram, bowiem zawierał przyjemne wiadomości. Mianowicie: spróbował wolności i pracy na kawałek chleba: walczył, czego nie widzi powodu się wstydzić i przekonał się, że potrafi zarobić na życie. Ale ostatecznie przyszedł do wniosku, że sam jeden nie może zreformować świata, więc chce wrócić do domu, zająć dawne stanowisko, z którego będzie zadowolony i za które będzie wdzięczny na przyszłość. Porzuci dalsze eksperymenty w rodzaju misjonarstwa pomiędzy młodzieżą, potrzebującą oczyszczających dowodów doświadczalnych, które są jedynym logicznym i pewnym środkiem uleczenia chorej wyobraźni.
Potem poruszył kwestję małżeństwa z córką amerykańskiego pretendenta, ze sporą dozą przebiegłości i uporu. Napisał wiele pochwalnych i miłych rzeczy o dziewczynie, ale nie rozpisywał się zbytnio na ten temat, i nie robił z niego kwestji najważniejszej. Za rzecz najważniejszą uważał szczęśliwą sposobność, która pozwoli mu wrócić do Jorku i Lancaster, zaszczepić dwie róże na jednym pniu i zakończyć raz na zawsze krzyczącą niesprawiedliwość, ciążącą zbyt długo na ich rodzinie.
Możnaby przypuszczać, iż wybrał ten sposób uregulowania sprawy, ponieważ uważa go za mądrzejszy niż projektowane przez siebie zrzeczenie się tytułu, co swego czasu skłoniło go do opuszczenia Anglji. Możnaby to przypuszczać, ale on tego nie powiedział. W rzeczywistości, im dłużej czytał swój list, tem głębiej się do tego przekonywał.
Kiedy stary earl otrzymał list, pierwsza jego część sprawiła mu złośliwą i ponurą przyjemność; ale część druga wywołała kilka poważnych parsknięć, które można było tłumaczyć rozmaicie. Nie tracił atramentu na niepotrzebne czułości, ani w kablogramie, ani w liście: poprostu wsiadł na okręt, płynący do Ameryki, postanowiwszy rzecz całą zbadać na miejscu. Przez cały ten długi czas trzymał na wodzy swoje cierpienie, nie dając po sobie poznać, że tęsknota za synem wżera mu się w serce. Spodziewał się, że syn wyleczy się ze swego chorobliwego marzenia i rozumiał, że proces przejść musi przez wszystkie potrzebne stadja, bez udziału czułych telegramów z domu lub innych temu podobnych głupstw. I oto nadeszło oczekiwane zwycięstwo! Zwycięstwo — ale splamione tym idjotycznym projektem małżeństwa. Tak, pojedzie i sam przyłoży rękę do tych spraw!
Przez pierwszych dziesięć dni po wysłaniu listu, myśli Tracy ani na chwilę nie zaznały spokoju. To wzbijały się ku chmurom, to znowu wwiercały się w ziemię tak głęboko, jak na to pozwalały prawa grawitacji. Był nieskończenie szczęśliwy, na zmianę, zależnie od usposobienia panny Sally. Nigdy nie mógł przewidzieć, kiedy się to usposobienie zmieni, a gdy się zmieniało — co wywołało ową zmianę. Czasami była w nim do tego stopnia zakochana, że miłość jej stawała się tropikalnie gorącą, i Sally nie mogła znaleźć odpowiednich słów na określenie swego uczucia. A potem, bez uprzedzenia, bez widocznych powodów pogoda się zmieniała i nieszczęsna ofiara czuł się, jak rzucony między góry lodowe, samotny i opuszczony, jak na biegunie północnym. Czasami zdawało mu się, że lepiej umrzeć, niż poddawać się tym rujnującym zmianom klimatu.
A sprawa była jasna. Sally chciała wierzyć, że miłość Tracy jest bezinteresowna. A więc nieustannie wystawiała ją na drobne próby, łudząc się, że wreszcie znajdzie coś, co utrwali jej wiarę. Biedny Tracy nie wiedział, że jest powodem tych doświadczeń, a więc wpadał we wszystkie zasadzki, jakie dziewczyna na niego zastawiała. Zasadzki polegały na wyraźnie kazuistycznych rozważaniach na temat społecznych różnic, tytułów arystokratycznych, przywilejów i t. p. Czasami Tracy odpowiadał na pytania nieostrożnie, nie bacząc na to, co mówi, byle podtrzymać rozmowę i przedłużyć seans. Nie podejrzewał, że dziewczyna patrzy mu w twarz i słucha jego słów, jak człowiek patrzy w oblicze sędziego i słucha słów, które powrócą mu dom, przyjaciół i wolność, lub pozbawią nazawsze słońca i towarzystwa ludzi. Nie podejrzewał, że jego niedbałe słowa są ściśle ważone i często wydawał wyroki śmierci, chociaż było zręczniej — a dla niego łatwiej — ogłosić uniewinnienie. W dzień ranił serce dziewczęcia, w nocy oddawał ją na pastwę snów. Nie rozumiał tego.
Inny zostawiłby to i owo i zauważył, że pogoda zmienia się tylko, gdy rozmowa schodzi na jeden ściśle określony temat — i że wtedy zmiana jest nieuchronna. Zauważyłby również, że temat ten porusza zawsze jedna i ta sama strona, a nigdy druga. Z tego wyciągnąłby wniosek, że dzieje się to rozmyślnie. Gdyby nie domyślił się, w jaki się to dzieje celu, zapytałby poprostu.
Ale Tracy był niedość głęboki lub niedość podejrzliwy, żeby pytać o takie rzeczy. Zauważył tylko jedno: słońce zawsze przyświeca początkowi odwiedzin. Bez względu na późniejsze chmury, na początku niebo zawsze było pogodne. Nie umiał sobie wytłumaczyć tego faktu — a może go nawet nie zauważył. A rzecz polegała na tem, że jeśli Sally nie widziała go przez całe sześć godzin, czuła taki głód jego widoku, że wszystkie jej podejrzenia i wahania spalały się w ogniu tęsknoty i dziewczyna zjawiała się przed nim promieniująca szczęściem i radością.
W podobnych okolicznościach malowaniu portretu grożą poważne katastrofy. Portrety Sellersów, robione przez Tracy, walczyły dzień po dniu ze zmiennością pogody, dzień po dniu wchłaniając w siebie nieuchronne cechy tego życia z przeszkodami. Miejscami był to najszczęśliwiej malowany portret, jaki kiedykolwiek widziano; ale w innych miejscach wyzierała z niego dusza potępieńca. Dusza, która przeszła przez wszystkie cierpienia, od bólu brzucha aż do wścieklizny. Ale Sellers to lubił. Mówił, że jest jak żywy, ze wszystkich porów tego portretu bije humor, a ciągle zmienny! Mówił, że kryje w sobie tyle rozmaitych wzruszeń, co pełny dzban.
Być może, był to twór uciążliwej pracy, ale na oko nieco wymuszony. Wielki jak życie, przedstawiał amerykańskiego earla w purpurowej todze para, lamowanej gronostajami (trzy razy — oznaka godności earlowskiej). Siwą głowę earla zdobiła korona szlachecka, wdzięcznie i zawadjacko zsunięta na bakier. Kiedy Sally była w słonecznem usposobieniu, portret ten doprowadzał Tracy do wybuchów śmiechu; ale kiedy była pochmurna, portret wprowadzał zamęt do jego mózgu i ścinał mu krew w żyłach.
Pewnego dnia, późno już wieczorem, jakby dla zepsucia zakochanym dziwnie pogodnego spędzenia czasu, djabełek Sally zaczął uprawiać swoją specjalność i rozmowa potoczyła się szybko w kierunku zwykłej sprzeczki. Nagle, w środku długiej tyrady, Tracy poczuł drżenie; wiedział, że to nie jest jego drżenie, że odbywa się nazewnątrz niego, aczkolwiek pierś przy piersi. Drżenie ustąpiło łkaniu. Sally płakała.
— Najdroższa! Powiedz! co zrobiłem! W czem zawiniłem? Znowu to samo! Co ja zrobiłem!
Sally uwolniła się z jego uścisku, rzuciwszy mu spojrzenie pełne wyrzutu.
— Co zrobiłeś? Powiem ci, co zrobiłeś! Mimowoli przyznałeś się — o! po raz dwudziesty! ale nie chciałam wierzyć, nie mogłam wierzyć! że kochasz nie mnie, ale ten blichtr, fałszywe earlostwo mego ojca! Złamałeś mi serce!
— Co ty mówisz, dziecinko! Nigdy nie śniło mi się nic podobnego!
— O, Howard, Howard! Zdradziły cię twoje własne słowa, gdyś zapomniał trzymać na wodzy swój język...
— Zdradziłęm się słowami kiedym zapomniał trzymać na wodzy język?... To ciężki zarzut. A kiedyż to trzymałem język na wodzy? Nigdy ani przez chwilę! Język mój ma tylko jeden obowiązek — mówić prawdę. A do tego nie potrzebuje cugli!
— Howard! Ja pamiętam twoje słowa i ważę je... Nie zastanowiłeś się nad ich znaczeniem. A one powiedziały mi więcej niżeś ty chciał...
— Chcesz przez to powiedzieć, żeś z mego zaufania i prawdomówności zrobiła zasadzkę, z której swobodnie zastawiałaś sidła na mój naiwny język, żeś mnie podchwytywała, gdym ja o tem nie wiedział! Tego nie mogłaś zrobić! O, na to nie zdobyłby się nawet wróg!
Był to wierny obraz postępowania dziewczęcia, z którego Sally nie zdawała sobie sprawy. Czy popełniła zdradę? Czy nadużyła jego zaufania? Myśl ta zabarwiła jej policzki rumieńcem wstydu i skruchy.
— Przebacz mi! — zawołała. Nie wiedziałam, co czynię! Tak się męczyłam... Ty mi przebaczysz, musisz mi przebaczyć! Ja tak cierpiałam, taka jestem biedna, tak mi wstyd teraz — przebaczysz mi, prawda? Nie odwracaj się! Nie odpychaj mnie! To miłość moja zawiniła... a ty wiesz, że cię kocham — całym sercem! Nie mogłam tego znieść — och, najdroższy, taka jestem nieszczęśliwa, nie chciałam cię skrzywdzić! nie zdawałam sobie sprawy, dokąd prowadzi mnie mój obłęd, do jakiego stopnia zdradzam i krzywdzę najdroższe na całym świecie serce — i — och, weź mnie znowu w ramiona! W nich jest mój dom, obrona i nadzieja!
Znowu więc nastąpiło pojednanie szybkie, zupełne, wszystko obejmujące, a wraz z nim niewypowiedziane szczęście. Chwila ta pozwalała zapomnieć o wszystkiem. Ale nie — teraz, kiedy nareszcie dowiedział się, co napędza chmury i kiedy jasnem było, że niezgodę wywoływał strach dziewczęcia, że Tracy zakochał się w jej tytule, nie w niej, młodzieniec postanowił nazawsze przezwyciężyć upiora, dając jej nieomylny dowód, iż to nie mogło kierować jego postępowaniem. A więc powiedział:
— Pozwól, że ci szepnę do uszka tajemnicę — tajemnicę, którą przez cały ten czas ukrywałem na dnie serca... Twój tytuł nie mógłby być dla mnie żadną przynętą — jestem synem i jedynym spadkobiercą angielskiego earla!
Dziewczyna wpatrywała się w niego sekundę, dwie, trzy, może dwanaście; potem wargi jej się rozchyliły.
— Ty?! — zawołała, i odsunęła się od niego, nie spuszczając z jego postaci zdumionych oczu.
— No, ja, ja, oczywiście! Dlaczego tak to przyjęłaś? Co ja znowu zrobiłem złego?
— Co zrobiłeś? W każdym razie — bardzo dziwne wyznanie... Chyba sam to widzisz!
— Tak — z nieśmiałym, cichym uśmiechem. — To wygląda na dziwne wyznanie... Ale jeżeli to prawda?
— Jeżeli to prawda? Już się wahasz?!
— O, nie, ani przez chwilę! nie mów tak... Nie zasłużyłem na to... Mówiłem prawdę... dlaczego w to wątpisz?
Odpowiedź nastąpiła szybko:
— Bo nie mówiłeś o tem nigdy.
— O! — nie było to wyraźne westchnienie, ale dźwięk dość wymowny, iż Tracy rozumie zarzut i przyznaje mu słuszność.
— Zdawało mi się, że nie ukrywasz przedemną niczego, że powinnam wszystko wiedzieć o tobie. Nie miałeś prawa ukrywać przedemną takiej rzeczy nawet przez chwilę, po tem — po tem, jakeś postanowił starać się o moją rękę!
— To prawda, to prawda! Wiem o tem! Ale pewne okoliczności... pewne okoliczności, które...
Nie uznała tych okoliczności.
— Widzisz — mówił pokornie — wydawałaś mi się tak dumną, że kroczysz po wzniosłej ścieżce uczciwej pracy i szlachetnego ubóstwa — bałem się — przeląkłem się — przecież pamiętasz, co mówiłaś.
— Tak, pamiętam, co mówiłam... I pamiętam również, że zanim skończyłam mówić, zapytałeś, co myślę o arystokracji i że moja odpowiedź była obliczona na to, żeby usunąć twoje objawy...
Przez chwilę milczał. Poczem powiedział lekko rozczarowany:
— Nie widzę wyjścia. To był błąd. Naprawdę, był to zwykły błąd... Nie chciałem nic złego, nic — zapewniam cię! Nie zdaję sobie poprostu sprawy z tego, jak to czasami wyglądało. Taki już jestem. Mam trochę krótki wzrok...
Dziewczyna przez chwilę czuła się bezbronna. Potem znowu się ożywiła.
— Syn earla! Czy synowie earla pracują na chleb z masłem?
— Bóg mi świadkiem, że nie! a chciałbym, żeby było przeciwnie.
— Czy synowie earla wyrzekają się swego tytułu (w takim kraju jak nasz); pokornie i skromnie przychodzą prosić o rękę nędzarki, kiedy mogliby pić, hulać, robić niehonorowe długi, przebierać swobodnie pomiędzy córkami miljonerów?! Jesteś synem earla?! daj mi dowody!
— Jeżeli żądasz takich dowodów, to dzięki Bogu nie mogę ci ich dostarczyć... Ale pomimo tego jestem synem i spadkobiercą earla. Więcej nie mam nic do powiedzenia. Chciałbym, żebyś mi uwierzyła, ale widzę, że nie chcesz mi wierzyć. Nie widzę sposobu przekonania ciebie!
Już, już gotowa była się rozczulić, ale usłyszawszy tę suchą uwagę, tupnęła nogą rozdrażniona i zawołała:
— Ach, wyprowadzasz mnie z cierpliwości! Czy myślisz, że ci ktoś uwierzy, że jesteś tem, czem mówisz, jeżeli nie będziesz miał dowodów w ręku? Nie sięgaj ręką do kieszeni, bo nic tam nie znajdziesz... Wysnuwasz jakieś pretensje, a potem chciałbyś, żeby w nie uwierzono, chociaż nie przedstawisz dowodów... To jest poprostu niewiarygodne. Czy nie widzisz tego?
Zastanowił się chwilę nad sposobem obrony, zawahał, a potem powiedział z trudem i niechęcią: „Powiem ci całą prawdę — chociaż wyda się szaleństwem tobie, i każdemu, przypuszczam — to jednak jest to prawda. Miałem pewien ideał — nazwij to marzeniem — szaleństwem, jeżeli chcesz — ale pragnąłem wyrzec się przywilejów, wyrzec praw, z których korzysta szlachta, które siłą i podstępem zdobyła na ludzie, chciałem oczyścić się z hańby zbrodni popełnionych przeciw prawu i rozsądkowi — chciałem żyć odtąd z biednymi i skrzywdzonymi, na równych prawach, własnymi rękoma zarabiać na chleb, który jem, i wznieść się własną zasługą — jeżeli sądzono mi się wznieść...”
Gdy to mówił, dziewczyna wpatrywała się w jego twarz zbliska, badawczo. W prostocie z jaką to mówił, było coś, co ją wzruszyło — wzruszyło w sposób niebezpieczny, ale Sally opanowała się, uspokoiła. Było rzeczą nierozsądną poddawać się litości czy innemu uczuciu, skoro musi mu zadać jeszcze parę pytań. Tracy umiał czytać w jej twarzy — a to, co przeczytał, podniosło nieco jego upadające nadzieje: „Gdyby syn earla zrobił coś podobnego! Ależ to byłby prawdziwy mężczyzna! godny miłości! czci!”
— Ależ ja...
— Ale taki nie żył nigdy! Taki się nie urodził jeszcze i nie może się urodzić! Owo samowyrzeczenie (nawet gdyby było zwykłem szaleństwem i nie doprowadziło do niczego, za wyjątkiem dania dobrego przykładu) owo samowystarczenie równałoby się wspaniałomyślności! Tak, to byłby czyn wspaniały w naszym zmiennym wieku nizkich ideałów! Chwileczkę — poczekaj — daj mi skończyć. Chcę się jeszcze o jedno zapytać. Jak się nazywa twój ojciec?
— Rossmore — a ja jestem hrabia Berkeley...
Znowu dolał oliwy do ognia. Dziewczyna była tak oburzona, że z trudem mogła mówić.
— Jak śmiesz tak bezwstydnie kłamać?! Wiesz przecież, że on umarł, że ja wiem o jego śmierci! Ach, obrabować człowieka z nazwiska i tytułu dla własnej, chwilowej korzyści — to już jest zbrodnią, ale obrabować nieboszczyka — to więcej, niż zbrodnia! To przewyższa zbrodnię!
— Ach, wysłuchaj mię! nie opuszczaj mię... poczekaj chwilkę... zaklinam się na mój honor...
— Ach, na twój honor!
— Słowo honoru, jestem tem, czem mówię! Dam ci tego dowód i ty mi uwierzysz — wiem, że mi uwierzysz! Przyniosę ci dowód — Kablogram...
— Kiedy?
— Jutro... za parę dni...
— Podpisany Rossmore?
— Tak — podpisany Rossmore!
— I to ma dowieść czego?
— Jakto czego?
— Jeżeli chcesz, żebym powiedziała... Może masz umówionego wspólnika...
Był to ciężki cios; Tracy się zawahał. Powiedział smutnie.
— Masz słuszność. Nie pomyślałem o tem. O, mój Boże, nie wiem już co mam robić! Wszystko robię źle... Odchodzisz? i nie powiesz mi nawet dobranoc? albo dowidzenia? Jeszcześmy się nigdy tak nie rozstali!
— Och, chciałabym uciec... Idź już... a po tem, po pauzie:
— Ale przynieś kablogram, jak tylko go otrzymasz...
— Pozwalasz?! Niech Bóg cię błogosławi!
Odszedł w samą porę. Wargi jej drżały już oddawna — teraz wybuchnęła płaczem. Od czasu do czasu wyrywały jej się słowa.
— Odszedł! Straciłam go! Nigdy go już nie zobaczę! i nie pocałował mię na pożegnanie — nie okazał nawet chęci pocałować mię wbrew mojej woli! a wiedział, że to poraz ostatni! a ja myślałam, że on to zrobi! nigdy nie spodziewałam się, że mię potraktuje w ten sposób po tem wszystkiem, co między nami zaszło! o! o! o! co ja pocznę?! To poczciwy, biedny, dobry, naiwny kłamczuch, i oszust, ale ja go tak kocham! a mam go stracić — stracić w ten sposób! A może przyjdzie mu na myśl napisać do mnie?! nie, nie, nie domyśli się! nigdy o niczem nie myśli! jest taki uczciwy i prostoduszny! nigdyby na to nie wpadł! Ach, co mu przyszło do głowy, że cośkolwiek wskóra podstępem? nie ma do tego żadnych danych — za wyjątkiem odrobiny obłudy... O, dlaczego mu nie powiedziałam, żeby tu wrócił nawet bez telegramu, a teraz, jeżeli go nie zobaczę — sama sobie będę winna! Nie śmiem spojrzeć ludziom w oczy!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.