Pretendent z Ameryki/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ IV

Dzień miał się ku końcowi. Po obiedzie przyjaciele zagłębili się w długą i męczącą rozmowę o tem, w jaki sposób najlepiej użyć owe pięć tysięcy dolarów nagrody, które otrzymają, odnalazłszy Jednorękiego Pete’a, schwytawszy go, i po ustaleniu tożsamości osoby, odesławszy do Tahlequah, Terytorjum Indiana. Ale posiadanie gotówki odkrywało tyle olśniewających możliwości, że nie mogli się na nic namyślać i na nic zdecydować. Wreszcie, pani Sellers rozgniewana tem, zawołała:
— Nie widzę sensu w pieczeniu królika, zanim się go złapie!
A więc sprawa upadła, przynajmniej chwilowo, i wszyscy udali się na spoczynek. Nazajutrz, przekonany przez Hawkinsa, pułkownik przygotował rysunki i wyszczególnienie, wyszedł na miasto i zgłosił patent na swoją zabawkę, a Hawkins zabrał oryginał i udał się również na miasto dla przekonania się, jakie korzyści możnaby z niej wyciągnąć. Nie sądzone mu było iść daleko. W nędznej szopie drewnianej, która niegdyś służyła za mieszkanie mało wymagającej rodziny murzyńskiej, odnalazł bystrookiego yankesa, który zajmował się naprawianiem tanich krzeseł i innych podrzędniejszego gatunku mebli. Człowiek ten obojętnie zbadał zabawkę, spróbował wykonać sztuczkę i przekonał się, że nie jest to takie łatwe, jak przypuszczał, zainteresował się tem, zapalił, wreszcie usiłowania jego uwieńczyły się pomyślnym skutkiem, i spytał:
— Czy to opatentowane?
— Patent zgłoszony.
— To się przyda. Ile pan chce za to?
— A po ile można to sprzedawać w detalu?
— Po dwadzieścia pięć centów, przypuszczam.
— Co ofiaruje pan za prawo wyłączności?
— Nie mógłbym dać nawet dwudziestu dolarów, gdybyś pan żądał gotówki, ale zaproponuję panu taką rzecz. Będę to wyrabiał i sprzedawał i płacił panu po pięć centów od sztuki.
Waszyngton westchnął. I ten sen się rozwiał; rzecz nie okazała się „pieniędzmi”. Powiedział więc:
— Dobrze, zatrzymaj pan na tych warunkach. Spiszmy umowę.
Wrócił do domu z umową — i natychmiast cała ta sprawa wywietrzała mu z głowy, — wywietrzała, by ustąpić miejsca nowym rozmyślaniom, w jaki sposób najmądrzej użyć połowy owej nagrody, gdyż w danym wypadku nie obawiał się, że przy po- dziale zysków może dojść do nieporozumienia.
Zaledwie wrócił do domu, gdy wpadł Sellers zmartwiony i wzruszony, a jednocześnie uszczęśliwiony i podniecony, znosząc dzielnie brzemię tych sprzecznych uczuć, to jednocześnie to na zmianę. Ze łkaniem upadł w ramiona Hawkinsa i powiedział:
— O, płacz wraz ze mną, mój przyjacielu, opłakuj stratę, która spadła na nasz dom: śmierć zmiotła mego ostatniego krewnego, teraz ja jestem Earlem Rossmore — powinszuj mi!
Odwrócił się do żony, która właśnie weszła do pokoju, objął ją ramieniem i powiedział:
— Zniesiesz ten cios mężnie, mylady, zrobisz to dla mnie — to musiało się stać, to było już przeznaczone.
Zniosła cios z łatwnością i odezwała się:
— Niewielka strata. Simon Lathers był to sobie ubogi, skromny poczciwiec, a jego brat też niewiele był wart...
Prawowity Earl ciągnął dalej:
— Jestem zbyt zrozpaczony i uradowany tym wypadkiem, by móc spokojnie mówić o interesach; proszę więc naszego poczciwego przyjaciela, by zechciał telegraficznie lub listownie zawiadomić lady Gwendolinę i oznajmić jej...
— Co za lady Gwendolinę?
— Naszą nieszczęsną córkę, która, niestety...
— Sally Sellers? Mulberry Sellers, czy postradałeś zmysły?
— Słuchaj, proszę cię, nie zapominaj, kim jesteś i kim jestem ja; pamiętaj o swojej godności, miej wzgląd i na moją. Byłoby lepiej, gdybyś zaprzestała nazywać mnie dawnym nazwiskiem, Lady Rossmore!
— Dobry Boże! co, ja? przenigdy? Więc jak mam cię nazywać?
— Prywatnie, zwykłe formy pieszczotliwie mogą być dopuszczalne, do pewnego stopnia jednak; ale przy ludziach będzie rzeczą stosowniejszą, jeżeli zechcesz mię, mylady, nazywać „mylordem” lub „waszą lordowską mością”, a o mnie Rossmore, lub Earl, lub jego lordowska mość, albo...
— Głupstwo! tego nigdy nie potrafię, Berry!
— Ale będziesz musiała, kochanie, — będziemy musieli przyzwyczaić się żyć odpowiednio do naszego stanowiska i z wdziękiem poddać się jego wymaganiom.
— Dobrze, doskonale, rób, jak chcesz; nigdy nie sprzeciwiałam się twojej woli, Mul... — mylordzie, i trudno mi dziś zacząć to robić, chociaż według mnie, jest to największe głupstwo pod słońcem!
— Mówisz, jak moja żona! No, pocałuj mię i pogódźmy się!
— Ale — Gwendolina! Nie wiem, czy potrafię kiedykolwiek przyzwyczaić się do tego imienia! O, przecież nikt nie pozna w tem Sally Sellers! To imię jest zbyt wspaniałe dla niej i, jak dla mnie, brzmi trochę obco.
— Zdaje mi się, mylady, że ona nie będzie z tego niezadowolona.
— To prawda. Przejmuje się każdem romantycznem głupstwem, jak gdyby się w tem urodziła. Tego nie oddziedziczyła po mnie. A wysłanie jej do tego głupiego kollegjum nic nie naprawiło — przeciwnie!
— Słuchaj no, co ona mówi, Hawkins! Rowen-Iranhoe kollegjum jest najwytworniejszą i najbardziej arystokratyczną szkołą dla dziewcząt w całym kraju. Przyjmują tam jedynie dziewczęta bardzo bogate i eleganckie, lub mogące się wykazać czterema pokoleniami tego, co się nazywa szlachtą amerykańską. Zamkowe budynki szkolne, baszty i wieżyce — i coś w rodzaju fosy — wszystkie nazwy zaczerpnięte z powieści Walter Scotta i pachnące królewskością i przepychem i stylowością, a każda z tych bogatych dziewcząt trzyma sobie powóz i stangreta w liberji, i konie pod wierzch, i angielskiego grooma (w płaskim kapeluszu, obcisłych spodniach, wysokich butach, z trzonkiem szpicruty w ręku), który jedzie za swoją panią w odległości 63 kroków...
— I nie uczą ich niczego rozsądnego, Waszyngtonie Hawkins! niczego rozsądnego, za wyjątkiem jakichś głupstw na pokaz i nieamerykańskiej pretensjonalności! Ale poślij po lady Gwendolinę, proszę, gdyż uważam, że dla swego własnego dobra powinna wrócić do domu i zacząć żyć skromnie, opłakując tych oberwusów z Arkanzasu!
— Moja droga! Oberwusów! Pamiętaj — „noblesse oblige!”
— Tak, tak, — mów do mnie swoim językiem Ross — inaczej nie potrafisz, a jeżeli starasz się to robić, to zawsze spartolisz. O, nie wytrzeszczaj na mnie oczów; to był błąd, a nie przestępstwo; niepodobna odrazu wyzbyć się swoich przywyczajeń. Rossmore — tak, no, ułagódź się, daj mi święty spokój i czekaj na lady Gwendolinę. Czy będziesz pisał, Waszyngtonie, czy telegrafował?
— On zatelegrafuje, kochanie!
— Przeczuwałam to, — mruknęła mylady, opuszczając pokój. — Chce, a więc w ten sposób zaadresuje. Ośmieszy biedne dziecko. Otrzyma w końcu telegram, gdyż jeżeli nawet są tam inne Sellerówny, to żadna nie przyzna się do tytułu. A ona jedna potrafi wszystkim pokazywać telegram i chwalić się tem. Kto wie, może należy jej to wybaczyć. Jest tak uboga, a one tak bogate! Oczywiście, nieraz zniosła wiele przykrości od tych tam z liberją i uważam, że jest rzeczą ludzką dać jej możność odwetu.
Wujek Daulk został natychmiast wysłany na telegraf. W rogu bawialni wisiał coprawda jakiś wspaniały przedmiot, który okazał się telefonem, ale Waszyngton bezskutecznie usiłował połączyć się z centralną stacją. Pułkownik mruknął coś w rodzaju, że „zawsze zepsuje się wtedy, gdy człowiek ma pilny interes do załatwienia”, ale nie dodał, że był to głuchy aparat, nie mający żadnego połączenia z linją. A jednak, przy gościach pułkownik posługiwał się nim niejednokrotnie i nawet otrzymywał tą drogą polecenia. Posłano po papier żałobny i lak i przyjaciele nasi dokonali reszty.
Nazajutrz, podczas gdy Hawkins, na żądanie pułkownika ozdabiał krepą portret Andrzej Jackson’a, prawowity earl pisał o stracie rodzinnej do uzurpatora w Anglji — list ten czytaliśmy już poprzednio. Nie omieszkał również zażądać od władz wsi Duffy Corners, Arkanzas, by zwłoki ś. p. bliźniąt zostały zbalsamowane przez dobrego specjalistę z St. Louis i natychmiast odesłane uzurpatorowi — z rachunkiem, oczywiście. Następnie na wielkim arkuszu szarej bibuły wymalował herb i motto rodziny Rossmorów, i wraz z Hawkinsem udali się do znanego już Hawkinsowi naprawiacza mebli; po upływie godziny wrócili z parą żałobnych tarcz herbowych, które zostały umieszczone na frontonie domu — liczono, że to będzie atrakcją i to było atrakcją, gdyż dzielnicę tę zamieszkiwali jedynie ubodzy i bezrobotni murzyni, z których każdy miał kupę obszarpanych dzieci i wynędzniałych psów, skłonnych do zainteresowania się taką rzeczą i umiejących interesować się nią miesiącami.
Nowy earl bez zdziwienia znalazł w wieczornem piśmie następujący komunikat z kroniki towarzyskiej; wyciął go i wkleił do księgi.
„Nasz szanowny spółobywatel, pułkownik Mulberry Sellers, dożywotni członek Korpusu Dyplomatycznego, dziedziczy, jako prawowity lord, wielkie hrabiostwo Rossmore, trzecie z rzędu wielkich lordowstw w Wielkiej Brytanji i w najkrótszym czasie postara się przez Izbę Lordów o wyegzekwowanie tytułów i dóbr, używanych dotychczas przez uzurpatora. Na czas żałoby zwykłe czwartkowe przyjęcia w Rossmore Towers zostaną zawieszone”.
Komentarz lady Rossmore — zachowamy dla siebie:
— Przyjęcia! Ludzie, którzy go nie znają, będą uważali, że jest banalny, ale ja twierdzę, że jest to jeden z najbardziej wyjątkowych ludzi. Zdaje mi się, że jego zdolność i szybkość wyobraźni nie ma granic. Przecież nikt inny nie wpadłby na pomysł, żeby tę mysią norę nazwać Rossmore Tower — ale dla niego jest to zupełnie naturalne. Błogosławieni ci, których własna wyobraźnia zawsze uszczęśliwi — bez względu na rzeczywistość. Wuj Dore Hopkins miał zwyczaj mawiać: „gdybym był Mulberrym Sellers — nie dbałbym o nic!”
Komentarz prawowitego earla zachowamy dla siebie:
— Cudowna nazwa, cudowna! Szkoda, że nie przyszło mi to na myśl przed napisaniem do uzurpatora! Ale będę ją miał w pogotowiu, gdy mi odpowie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.