Poezye Tomasza Kajetana Węgierskiego/Pigmalion, scena liryczna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jean-Jacques Rousseau
Tytuł Poezye Tomasza Kajetana Węgierskiego
Data wydania 1837
Wydawnictwo Jan Nep. Bobrowicz
Drukarz Breitkopf et Haertel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Tomasz Kajetan Węgierski
Źródło skany na Commons
Indeks stron
PIGMALION.

SCENA LIRYCZNA

JANA JAKUBA ROUSSEAU,

WIERSZEM PRZEŁOŻONA

PRZEZ

T. K. WĘGIERSKIEGO.





DO KRÓLA.



Do Tronu Królewskiego niegodziłoby się przystępować, tylko z takiemi darami, któreby warte były Monarsze być ofiarowane. Nieśmiałem Najjaśniejszy Panie nic do tego czasu W. K. Mci dedykować, bo choć miłość własna niektóre z pism moich dobremi przedemną wystawiała, lękałem się jednak mieścić mnie pomiędzy tym tłumem pisarków, którzy stopnie Tronu W. K. Mci od lat kilkunastu nudnemi zarzucają szpargałami. Ale kiedy powszechny oklask to tłómaczenie Pigmaliona zaręczyć mi raczył, niosę go do stóp W. K. Mci tym chętniej, im żywiej pragnę zaszczycić mię przed nim pracą jaką, któraby mię godniejszym względów jego uczynić potrafiła. Geniusz Najjaśniejszy Panie między Trembeckim i Krasickim łaski swoje podzieliwszy, niezostawił drugiego rzędu Pisarzom, tylko niewolniczą naśladowania drogę, którą iść mierne przymioty koniecznie nakazują. Ale po rzadkiej tworzenia dzielności, najtrudniejsza jest tłómaczyć wierszami: sztuka ta dawnym wcale była nieznajoma. Naśladowali oni, ale nie tłómaczyli. Osobisty języka naszego obrót, mechanizm Poezyi naszej zdawał się nam tęż samę przepisywać drogę. I jakoż do tego czasu mimo najczęstszego usiłowania, słabe tylko imitacye, a rzadko gdzie tłómaczenie dobre widzieć można. Nie jest to łatwa rzecz jak powszechnie rozumieją; co jest w narodzie jednym pięknością, wadą się o kilkaset mil staje. Malarz Chińczyk, któryby Mithologji Greckiej cokolwiek zasłyszawszy, Wenerę odmalować przedsięwziął, wziąłby sobie zapewne za model piękność Chińską z małemi oczkami, i brwiami wcale nic albo mało co rzęsistemi, każdyby mu ziomek robocie jego przychwalił, i matkę wdzięków podobną tej postaci osądził: niechże toż samo Polski malarz naśladuje, i dzieło swoje i siebie na śmiech wystawi koniecznie. Strzegłem się Najjaśniejszy Panie w tłómaczeniu mojem tej szydności jak najbardziej. Zywość myśli, moc wyrazów, chciałem oddać jak najwierniej, alem się nigdy dla słowa nie więził: starałem się być równym Russowi; jego duszę, jego ogień przejąć w siebie usiłowałem: mimo tego jednak

Jeźli się zazdrość krzywi,
Żem tu słabym śpiewał tonem,
Bądź dla mnie Pigmalionem!
Wdzięczność mię pewnie ożywi.


W. K. Mci


Wierny Poddany


T. K. Węgierski.

PIGMALION

SCENA LIRYCZNA.



Pigmalion siedzi wsparty i zamyślony w postawie niespokojnego i smutnego człeka; potem razem się porywając, bierze narzędzia ze stołu, i kilka sztychów niemi daje; odstępuje od roboty i okiem nieukontentowania pełnym na nią pogląda.
(Między każdym przedziałem Symfonia przegrywa.)

Niemasz tu w tej robocie ni czucia, ni duszy,
Lecz same oziębłe głazy.
Cokolwiek tylko teraz moja ręka ruszy,
Już to są słabe wyrazy.

Zniknąłeś talencie dawny
I ty Geniuszu sławny!
Twoje mnie ognie rzucają;
I moje prace trwożliwe

Nie tak jak przedtym szczęśliwe,
Marmurom życia niedają!
Straciłem me imie dawne...
Ma ręka Bogów niestwarza...

Idźcie narzędzia niesprawne,
Niech się więcej ma sława wami nieumarza.


Rzuca ze wzgardą młotek i dłuto, przechodząc się szybko z założonemi rękami.

Ach! jak się straszna we mnie zrobiła odmiana.
Tyrze! Ojczyzno kochana!
Twe piękności, co mię tak bawiły przyjemnie,
I te kunsztów i nauk pamiętniki trwałe,
I te posągi wspaniałe,
Nie budzą podziwienia we mnie...
Ani mię Filozofów obcowanie wzruszy,
Malarzów i Poetów rozmowy mnie nudzą,
Sława, ani pochwała nie wznoszą mej duszy...
Czucia nawet przyjaźni, już się we mnie studzą.

I wy młodziuchne piękności,
Wy, życia mego roskosze,
Natury doskonałości,
Które naśladowałem potrosze....
Wy mię przyjemne modele
Dowcipu i miłości ogniem zapalały...
Lecz i o was niedbam wiele,
Dla mojej Galathei w podziwieniu cały.

Siada na moment, i na około siebie spogląda.

Dziwem tajnym jakimści tutaj zatrzymany
Niczego kończyć niezdołam...
Z kamienia do kamienia przechodzę zbłąkany,
I darmo na mój talent utracony wołam....
Od świtu do późnej nocy
Próżnować, moja robota cała,
Same tylko nieśmiałe poczynam osnowy....
I te martwe posągi... i te nieme głowy...
Już nie czują dzielnej mocy
Któraby im duszę wlała.


Porywa się ze stołka

Ani skry geniuszu we mnie niezostaje!
Młody... przeżyłem siebie, straciłem me siły....
Lecz co za ogień wkradł się w moje żyły?
Że się cały gorzeć zdaję...
Jakże w oziębłej myśli, w dowcipie stępionym
Czująż się te poruszenia?
Te namiętności nagłe uderzenia?
Podlegaż człek ta szybko odmianom szalonym?
Ta niespokojność okrutna,
Która duszę moją trawi...
I ta nadzieja smutna
Której umysł przyczyny sobie niewystawi....
Bałem się, by w podziwieniu
Własnego mojego dzieła
Rozpacz mię jaka nie wzięła

O innych robot dalszem powodzeniu:
Schowałem je pod zasłonę....
I ręce moje śmiały
Zakryć swój zaszczyt cały,
I tę wdzięczną pamiątkę odłożyć na stronę?
Nic mi to niepomogło przejrzenie subtelne,
Smutniejszy odtąd jestem, lecz nie mniej leniwy...

Lecz jak mi drogie jesteś dzieło nieśmiertelne,
Jakem z tobą jest szczęśliwy!...
Gdy mój dowcip, darmo się będzie już sposobił,
By co mnie godnego zrobił;
W ten czas się pokażę światu,
I rzeknę: nieszczęście mi sławy nieodjęło.
Bo oto jest dawne dzieło
Pigmaliona warsztatu.

Ach! Galatheo! kiedy smutną probą
Nic wcale dla mnie nie będzie na świecie,
Ty mi się zostaniesz przecie...
I będę się cieszył tobą.


Przybliża się do zasłony, i wzdychając patrzy na nią:

Po co ją ukrywając pomnażam mej męki?
Gdym się poświęcił próżnować...
Czemu najpierwszym dziełem mojej ręki
Niemam wzroku kontentować....

Ach! może jeszcze jaką upatrzę w niej wadę,
Może strojowi jaką dać mogę ozdobę.
Wszystkich talentów zawołam na radę,
Żeby zupełnie piękną zrobić tę osobę:
Może też to mój dowcip zgaszony zapali....
Obaczmy ją raz jeszcze,
Rozważmy na gustu szali
Czy się nie darmo nią pieszczę;
Bo dotąd zawsze pełen podziwienia,
Nie miałem nigdy czasu rozważenia.


Chwyta zasłonę, i z przestrachem ją opuszcza.

Lecz jakie straszne czuję poruszenie
Tykając się tej zasłony!
Bojaźń po wszystkich członkach rozsyła mi drżenie.
Czego się lękasz szalony?
Czyli się zbliżasz do Bogów świątyni?
Kamień to, twoje to dzieło...
Cóż z tego; co nam Bóztwem lekkowierność czyni,
Innyżli początek wzięło?


Podnosi zasłonę i uniża się pod nią, widać statuę Galathei na pedestale małym, ale wywyższonym kilku stopniami marmurowemi.

Bierz cześć odemnie Glatheo miła,
Wybacz, dotąd się myliłem;
Chciałem cię stworzyć Nimfą, Boginią zrobiłem,
Wenus ci miejsca swego ustąpiła.

Próżności ludzka! pocieszna słabości!
Moją ubóztwiam robotę,
I własnej pełen miłości,
Siebie w niej czcić mam ochotę....
Nie... nie, nic piękniejszego natura nie dała,
Ani stworzyła Bogów możność cała...
I jakże? z mojejże ręki,
Nieporównane wyszły te wdzięki?
I moje palce tykać ich się śmiały?
I moje usta mogły... Lecz Pigmalionie
Widzisz ten defekt mały:
Oto zbyt ciało pod tą suknią tonie,
Trzeba jej ująć niewiele;
Nadto piękności zakrywa,
Których się oko spodziewa
W tem nieporównanym ciele.


Bierze narzędzia i zwolna na stopnie wstępuje, podniosłszy nakoniec dłuto wstrzymuje się.

Przez zbytnie pomięszanie zniknęła ta wada,
Ledwie mię wstrzymują nogi
Niechcę... dłuto mi z ręku wypada
Popsułbym ten posąg drogi.


Ośmiela się, a potem podnosząc dłuto uderza raz, lecz przejęty strachem upuszcza go z krzykiem.

Co widzę! ciało żywe! czy mię też kto draźni?
Jakaś mię moc odpycha....

Schodzi pomięszany i drżący.

O! niepotrzebna bojaźni.
O! nieukrócona pycha!...
Nietknę jej... Bogowieby mię za to skarali.
Do swej ją spółeczności już pewnie wezwali.


Znowu na nią spogląda.

Jakich jej dodasz wdzięków, co chcesz w niej odmienić?
Zbyteczna doskonałość jedynie jej szkodzi;
Żebym cię mógł mniej Galatheo cenić,
Już ci na niczem nie schodzi.


Czule.

Ale ci na duszy zbywa,
Postać jej twoja wymaga koniecznie.


Z większą jeszcze czułością.

Ach! jak piękna ta dusza, i jak jest szczęśliwa,
Która twe ciało ożywi skutecznie.


Zatrzymuje się chwilę, potem siadłszy mówi głosem przerywanym i mienionym.

Lecz gdzie mnie tak okrutne szaleństwo unosi...
O co Pigmalion prosi...
O Nieba.... już spadła zasłona błędu;
Niewartem żadnego względu.

Przewiniło serce moje....
Gniewam się na siebie, i wniść się w nie boję.


Ponurzony w głębokiem zamyśleniu.

Taż to śliczna twą duszę miłość rozpaliła;
Tymże się martwym poruszasz obrazem.
Kamień, marmur, niezgrabna bryła,
Którą tym kształcę żelazem...
Szaleńcze!... pomiarkuj się.. co robisz? niestety!
Ale nie...


Gwałtownie.

Nic tu od rzeczy nie robię...
Nie marmur mię pociąga, lecz postać kobiety
Co tej podobna osobie...
Ach! gdziekolwiek jest ta postać miła,
Jakie ją kolwiek ma na sobie ciało,
Jaka ją kolwiek ręka zrobiła,
Zawsze jej serce me będzie sprzyjało...
Całe moje szaleństwo piękność rozeznawać,
Całym moim występkiem być dla niej dotkliwym...
Niemożna tu imienia winy temu dawać,
Bo to mnie czyni szczęśliwym.


Mniej żywo, zawsze jednak z passyą.

Lecz jaka dzielność promieni żywa
Z tych oczu na mnie wypada...

Wszystkie me zmysły ten ogień obsiada,
I duszę moją z sobą porywa.....
Posągu przecie to nieocuca.
Choć me serce wdziękami jego rozżarzone
Gwałtem moje ciało rzuca
I chce przejść na tamtę stronę...
W mem szaleństwie mi się zdało,
Żebym sam wyskoczył z siebie,
Sam bym ożywił twe ciało,
Duszę mą przelał w ciebie...
Ach! niech mię wszystka opuści siła
Byle Galathea żyła.....
Ale gdzie mię chęć unosi płocha?
Gdybym umarł dla tego żeby ona żyła...
Gdybym nią był... nie byłbym już tym co ją kocha...
Nie mógłbym widzieć jak jest Galathea miła.
Ach! niech będę czym jestem, bym nią być, mógł żądać,
Bym ją mógł kochać, być od niej kochanym,
Bym ją mógł zawsze oglądać,
I być wzajemnie od niej widzianym.


W zapale.

Męki srogie! pomieszania!
Chęci! niemoc! szaleństwo! gniew! próżne żądania!
Miłości straszna! miłości burzliwa!
Piekielnym ogniem, me serce się pali....
Bogowie możni! których ręka litościwa....
Bogowie! coście ludzkich słabości doznali,
Nieraz darmoście cuda czynili na ziemi....
Spojrzyjcie na moje serce, na cel mej miłości,

I dziełem pełnem sprawiedliwości
Bądźcie ołtarzów wartemi.


Z większem uczuciem i jak najdotkliwiej.

I ty najwyższa Istności,
Której subtelność przed zmysły się kryje,
Którą jedynie świat żyje...
Początku wszelkiej bytności,
Ty, która dajesz żywiołom zgodę,
A ciałom czucie potrzebne:
Od ciebie mają ludzie urodę;
Życie, istoty podniebne...
Ogniu niebieski! Dzielności wszechmocna!
Którym się wszystko żywi, wszystko utrzymywa,
Twa moc dziś jest bezowocna,
Twa waga niesprawiedliwa.
W czuciu którego doznaję,
Krzywda się czyni naturze,
W mem sercu wszystek ogień zostaje
A śmierć zimna na marmurze...


Żywiej.

Ten mię zbytek życia dusi,
Na którym mu dotąd zbywa....
Ale się Pigmalion cudu niespodziewa...
Już cud jest... i przestać musi...
To porządku przewrócenie
Zbyt znieważa przyrodzenie...

Niech twoja dzielność łaskawa
Powróci mu dawne prawa;
Do zupełności na świecie
Na dwóch mu istotach schodzi...
Między dwa serca podziel ogień przecie
Co nieżywi jednego, a drugiemu szkodzi...
Tyś kierowała ruszeniem mej ręki,
Kiedym te formował wdzięki.
Dzisiaj im zbywa na duszy,
Ja im życia mojego połowy nieskąpię,
Bierz ją, a jeźli to ich jeszcze nieporuszy,
I całego im ustąpię.

Ty! która śmiertelników hołd wdzięcznie odbierasz,
Kto nie czuje, oddać ci winnej czci niezdoła;
Rozciągaj sławę, gdy twe dzieła rozpościerasz,
Przyrodzenie na cię woła:
Z jegoby to Bogini było ukrzywdzeniem,
By posąg tak doskonały
Był tego wyobrażeniem
Czego niema okrąg cały.


Siada chcąc odetchnąć, i przychodzi do siebie powoli, z poruszeniem upewnienia i radości.

Powracam do mych zmysłów, ach! spokojność miła,
I radość niespodziana boleść moją słodzi....
Śmiertelna już gorączka, krew moją paliła,
Słodki balsam ufności po niej się rozchodzi.
Zdaje mi się, że młodnieję.

Czasem pociechą czucie podległości bywa,
Rodzą się w człeku nadzieje,
Gdy na pomoc Bogów wzywa.
Lecz i ta ufność omyli....
Któż kiedy miał szaleńsze życzenia odemnie...
Ach! wszystkich wzywam w tej chwili.
Ale ich wzywam daremnie...
Dzika nadzieja, która powiększa mą winę,
Śmieszniejsza jest od żądania.


Wstaje.

Wstydząc się tego zbłąkania
Już się nieważę spojrzeć na jego przyczynę,
Kiedykolwiek śmiem tylko rzucić na nię oczy,
Pomieszanie czuję nowe;
Serce drży, oko się mroczy,
I bojaźń zawraca głowę.


Z przykrą ironią.

Bądź-że mężnym nieszczęśliwy!
I waż się spojrzeć na kamień nieżywy.


Ujrzawszy ożywioną Statuę odwraca się z przestrachem i podziwieniem.

Bogowie! cóżem widział? lub co mi się zdało?
Żywość w oczach, ruszenie, zrumienione ciało....
Niedosyć że się cudów spodziewałem.
Na spełnienie mej nędzy... Oto je widziałem.

Jak najmocniej.

Jużem zginął... Nieszczęśliwy!
Szaleństwo rozum wygania....
Lecz się nie skarżę na ten los nielitościwy
Strata jego od hańby przecię mię zasłania...
Jest to łaska przyrodzenia.


Widząc ruszającą się i zstępującą Galatheę, klęka, wznosi ręce i oczy ku Niebu.

Wenero!... Galatheo!.. O! wielcy Bogowie!
Okrutnej miłości dziwie!


Galathea.

Ja


Pigmalion rozżarzony.

Ja


Galathea.

Ja


Pigmalion.

Ty, co łudzisz me uszy szczęśliwie,
Śliczna obłudo! zostań na wieki w mej głowie.


Galathea dotykając się marmuru.

Już to nie ja.


Pigmalion w pomieszaniach, w zapałach, które wstrzymać mu ciężko, pilny na każde jej poruszenie, słucha i przypatruje się z jak największą uwagą, która mu ledwie odetchnąć pozwala.
Galathea zbliża się ku niemu. Pigmalion podnosi się, wyciąga ręce ku niej, poglądając na nią z zachwyceniem. Galathea dotyka się go, on pełen radości, bierze jej rękę, przyciska ją do serca i żywo ją całuje.

Galathea z westchnieniem.

Ja jeszcze.


Pigmalion.

Tyś jest moje życie,
Ty mych rąk, mego serca, Bogów pierwsze dzieło.
Tobiem me poświęcił bycie,
Bo dla ciebie istność wzięło.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jean-Jacques Rousseau i tłumacza: Tomasz Kajetan Węgierski.