Podziękowanie Orzeszkowej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Podziękowanie Orzeszkowej
Podtytuł Wypowiedziane w Grodnie na uroczystości d. 16‑go czerwca 1907 r.
Data wydania 21 czerwca 1907
Wydawnictwo Kurjer Warszawski
Druk Kurjer Warszawski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Echa jubileuszowe.
Podziękowanie Orzeszkowej.

(Wypowiedziane w Grodnie na uroczystości d. 16‑go b. m.[1])

Szanownym panom przedstawicielom miasta Grodna, za wszystkie względy, króremi obdarzyć mię raczyli, z ukłonem głębokim i wdzięcznym — dziękuję.
Nie w murach miasta tego wprawdzie ujrzałam światłość i ciemność tego świata, lecz w jego blizkiem pobliżu i tu zbierałam część wspomnień dzieciństwa swego; tu potem bardzo znaczną część życia spędziłam, tu nadewszystko przez szereg lat długi stał warsztat tej pracy mojej, która mi względy Wasze zjednała.
Szczycić się będę tytułem honorowej obywatelki tego miasta, dziś przez Was mi udzielonym, i słodką będzie mi myśl, że imię moje, wypisane u jednej z dróg, które je przerzynają, przypominać będzie przechodniom, gdy już tu nie będę, że niegdyś byłam.
Chciejcie tedy, panowie przedstawiciele miasta Grodna, przyjąć sami i tym, których tu przedstawiacie, powtórzyć — podziękowania moje serdeczne i gorące.
Szanownym panom izraelitom za wszystko, co dziś okazać mi raczyli, również z uszanowaniem z serca dziękuję.
Dziwnie pięknie pomyślanym został dar, któryście mi przynieśli, i dziwnie miłą będzie mi myśl, że za przyczynieniem się mojem, bo dzięki Waszej dla mnie życzliwości, dwie istoty ludzkie nieszczęściem dotknięte znajdą w przybytku miłosierdzia ludzkiego ratunek i opiekę.
Odgadliście, panowie, serce moje i to przekonanie, że jednem z zadań najwznioślejszych i radości najczystszych jest dla człowieka przynoszenie ulgi ludzkiemu cierpieniu.
Panowie rosjanie i izraelici! W tej uroczystej dla mnie chwili przychodzi mi na pamięć jeden z utworów poezji polskiej, który przedstawia, jak dwaj wielcy poeci dwóch poróżnionych z sobą narodów: Mickiewicz i Puszkin, stali raz pod spadającą z nieba ulewą deszczową, obaj jednym płaszczem przed ostrem smaganiem jej osłonieni.
Dla mnie obraz ten posiada znaczenie symbolu.
Poeci owi to obok siebie żyjące narody, ulewa deszczowa to te gromy i groty bolów, żałób, nieszczęść, nieprzeliczonych cierpień, które od krańca do krańca ziemi smagają jej mieszkańców, a płaszcz...
Jest na ziemi złoto, z którego płaszcz ten utkany być może, kryje się w oczach ludzkich, a imię jego: wzajemna dla siebie życzliwość ludzi i ludów, która w duszach najwyższych, najczystszych, do stopnia miłości się wzbija.
Polką jestem i głośno wyznaję, że kraj i naród swój ze wszystkich sił kocham i tak samo służyć im pragnę. Ale zarazem mniemam — i czuję, że serce człowiecze to harfa szeroka, w struny bogata, i stać je na dwie pieśni; ojczystą i wszechludzką; że zdolne ono, kochając co najbliższe, szacunek i przyjaźń żywić dla tego, co dalsze, i służąc najbliższym — pomnażać dobro wszystkich.
Dlatego, że tak mniemam i czuję, śnił mi się niegdyś piękny sen...
Śniłam, że już, już ziścić się mają na ziemi słowa wielkiego izraelskiego proroka: i oto miecz przekuty na lemiesz — i oto lew troskliwie czuwający nad cichym snem jagnięcia; że powstał płaszcz, ogromny płaszcz miłości, pod którym przed ulewą nieszczęść ziemskich — osłonione, stoją ludy pojednane, różne, lecz równe, w różnicach swych uszanowane, w prawach do życia i szczęścia zrównane.
Tak śniłam.
Lecz twardym palcem dotknęła mię rzeczywistość, sen mój spłoszyła i ukazała, że to, co widziałam, było mirażem, naśladującym pałac ochłody pośród zpieczonej pustyni; było królewną z bajki, w sen twardy zaklętą, z którego kiedy obudzi się — niewiadomo; było ideałem, mogącym powstawać w rojeniach, w pragnieniach dusz ludzkich pewnego obrzędu, lecz który na globie stosunków ludzkich ukazuje się zaledwie w postaci kiełka drobnego, chwianego przez burze.
Gdy to ujrzałam, spłynęła na mnie chmura...
Dzisiejsza obecność tu wasza, panowie rosjanie i izraelici, przerzyna chmurę tę promieniem nadziei, że jednak przyjdzie czas, że w oddalonych datach przyszłości przyjdzie może czas, gdy narody, jak dwaj poeci owi, staną przed nieszczęściami ziemi płaszczem sprawiedliwości i życzliwości wzajemnej osłonieni.
Za rzucenie promienia dobrej nadziei w chmurne serce moje, najgoręcej i najwdzięczniej, panowie rosjanie i izraelici, wam dziękuję.


A teraz ku wam zwracam się, szanowni i drodzy rodacy moi, tak ze ścian miasta tego, jak z ziem grodzieńskich tu przybyli.
Pragnęłabym posiadać wymowę złotoustą, aby wypowiedzieć wam napełniające mię uczucia. Przynieśliście mi dziś dar, w drogocenności równego sobie nie mający.
Każdemu z ludzi, dla zdrowia i siły życia, jak słońce i rosa dla kwitnięcia i wzrostu rośliny, potrzebne są ciepło i słodycz, z serc braterskich czerpane.
I oto przynieśliście mi dziś tę iskrę słoneczną i ten brylant rosy...
Więc staję przed wami wzruszona do głębi, rozrzewniona, wdzięczna.
Zadziwioną również czułabym się wielkością waszego daru, gdyby nie myśl, że serca wasze uderzają dla tego, co było pisarskiej pracy mojej samem sercem, że w duszach waszych pali się płomię, które było pracy tej samą duszą.
Wyrazicielką tylko jestem Waszych uczuć, Waszych myśli, Waszych dążeń.
Córką narodu jestem, którego Wy jesteście dziećmi, i od niego, od jego wiekowych prac, od jego światła, od jego mąk i walk, od nieprzejrzanego łańcucha jego genjalnych, bohaterskich i pracowniczych duchów — wzięłam wszystko, co posiadam, i wszystko, czem jestem.
Jestem tworem, płodem, nigdy niewypłacalną dłużniczką Waszej i swojej ojczyzny.
Jej też w osobie służebnicy jej, którą jestem, składacie swoją cześć i miłość, a ja z kolei u jej stóp składam w pokornej ofierze brany z rąk Waszych kwiat radości.
Wyznania wiary swojej czynić przed Wami nie będę. Znacie ją. Wyczytaliście ją nietylko w pismach moich, ale i w życiu, którego jesteście świadkami najbliższymi.
Więc tylko parafrazując wiersz wielkiego poety[2] powiem Wam z głębi rozrzewnionego i kochającego Was serca:

Żyłam z wami, cierpiałam, pracowałam z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
I dzisiaj jeszcze — razem z waszemi duchami
U krosien życia staję tu, gdzie los jest smętny.
Ale każdy, o smętnym losie zadumany
Biednej naszej ojczyzny, przyzna, gdy szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu przez nią był dzierzgany
I jeśli nie bez blasku — to jej blaskiem świetny.
Więc zaklinam: nie utracajcie dla niej miłości, nadziei,
Roznoście po niej światła i cnoty kagańce,
A gdy jedni odchodzą, to drudzy z kolei
Niechaj mężni i wierni wstępują na szańce.
Co do mnie, szczęsnam, że mam taką, jak wy, drużbę,
Szczęsnam, dumna i wdzięczna nad miarę,
Że za swą skromną, acz gorliwą służbę
Biorą w przyjaźń serc bratnich przenajdroższą Wiarę.


El. Orzeszkowa.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł 16 czerwca 1907
  2. Przypis własny Wikiźródeł Parafraza wiersza Juliusza Słowackiego Testament mój.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.