Podróż na wschód Azyi/9 maja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Na pokładzie »Satsume-Maru«, 9 maja.

Z Nikko ruszyłem z powrotem do Utsunomija; w drodze spotkanie z p. Poessnecker, honorowym konsulem austr. w Hong-Kong. Bardzo dla nas tamże byli grzeczni, to też żałuję niezmiernie, że nie zatrzymałem się, by ich powitać.
Wieczorem do Utsunomija przyjeżdża p. Emil Hirsch, wicekonsul austr. przydzielony czasowo do naszej legacyi w Tokio, nader miły, przyzwoity, młody człowiek. Zna nieco Galicyę, właściwie Lwów, gdzie jego ojciec był pułkownikiem przez pewien czas. Nazajutrz jedziemy koleją do Motomija; tu wpadamy tylko na chwilkę do hoteliku japońskiego, przebieramy się i jazda w trzy rikse do Inavashino, skąd ruszyliśmy na Bandaj - Sann.
Droga z początku monotonna, w miarę zbliżania się do grupy Bandaj-Sann, o coraz wyraźniejszym charakterze wulkanicznym, jak zresztą prawie cała Japonia. O 8-mej z wieczora stajemy w Inamata; lekka kolacyjka; dowiadujemy się, że most na rzece wypływającej z jeziora Inamata zerwany w czasie ostatniej burzy, trzeba więc nałożyć nieco drogi. Wśród rozmowy z milutkim synem właściciela hotelu, w którym zjadamy kolacyę, dopytującym się z wielką uwagą o naszą ojczyznę, mija szybko czas. Nareszcie oznajmiają, że »kurumaje« są gotowi do dalszej drogi — ruszamy. Księżyc śliczny; u stóp naszych jezioro, nad głowami wiszące skały, w dali świeci pożar lasu czy raczej łąk — obraz feeryczny, trwający przez dość długą część naszej drogi. Gdy tak używając tych piękności natury, dumam i marzę, raptem szturknięcie silne, riksa się chyli, i brzęk — leżymy wraz z moim dziuriksą. Przepraszanie, uniewinnianie się; wjechał na kamień sterczący z ziemi; a ponieważ ani mnie ani wózkowi nic się nie stało, więc ruszamy dalej. Mówię ani mnie ani wózkowi, bo czy człowiekowi ciągnącemu wózek się co nie przytrafiło, o to nikt nie pyta.
Po przydługiem krążeniu wśród pól ryżowych, wiosek, przylasków i t. d. stajemy nareszcie w Inavashino około pół do 12-tej w nocy; nazajutrz o 6-tej mamy ruszyć ku Bandaj-Sannowi. Z 6-tej zrobiła się 7-ma, bo ludzie zmęczeni zaspali. O 8-mej z rana rozpoczęliśmy właściwie wstępowanie na Bandaj, 5320 stóp, jeżeli się nie mylę; na szczyt jednak główny nie pójdziemy, niema co widzieć. Celem naszym dawny szczyt tak zw. małego Bandaju; dziś, wskutek tego strasznego wybuchu z lipca przeszłego roku, szczytu tego tylko połowa stoi, druga oderwana i rozrzucona na mile całe wokoło. Po dwugodzinnem wznoszeniu się zwolna, dochodzimy do śniegu jeszcze nie stopionego, i pierwszych siarkonośnych źródeł. Smród straszny przypomina, że za półtorej godziny spotkamy się z tym groźnym smokiem. Znowu godzina drogi po śniegu wśród lichego bukowego lasu, trzcin, źródlisk, od czasu do czasu smrodu siarki. Nareszcie sterczy przed nami górą szczerbata ściana, drzewa powywracane, połamane, pokręcone, resztki popiołu między trawami. Z poza tego wszystkiego widok niezmierny, prześliczny, bo spustoszeń jeszcze nie widzimy, a tylko w dali bieleją śnieżne szczyty; u stóp ich błękitne zwierciadła jezior i jeziorek; kilka kroków jeszcze, i doprawdy zdaje się, że u wejścia piekieł stoisz. Choć tam hen w dali te same piękne szczyty i jeziora widnieją, nie patrzysz na nie, bo tu przed sobą, nad sobą, po bokach widzisz dzieło straszne. Jak tłumaczą uczeni, co tu byli badać przyczynę przeszłorocznej katastrofy, nie był to wybuch wulkaniczny w właściwem słowa tego znaczeniu. Stary krater głównego Bandaju, wygasły przed lat dziesiątkami, i tym razem zupełnie spokojny pozostał; lawy ani śladu, siarki niezbyt wiele, kamieni nie nadto; za to mułu, błota z kamieniami zmieszanego istne morze. Pary wodne uwięzione wysadziły w powietrze, przerywając w pół, ogromną górę: wierzchnia część góry rwie się ku niebu, spada w dół, toczy się, wyrywa, łamie; za nią pluje ziemia mułem i kamieniami, miejscami siarką z żelazem stopioną. Z mułu tego powstaje strumień, rzeka, morze; wali w dół, wyrywając już nietylko drzewa, ale skały ogromne; toczy się, porywa całe góry ze sobą, przeskakuje formalnie przez pagórki, wali w doliny, odbija się od brzegów, znacząc wszędzie swe przejście absolutnem zniszczeniem; wali dalej, wioska stoi... uratowany cudem jakimś starowina opowiada, że około stu ludzi, widząc walącą ku wiosce tę rzekę ognistego błota, ucieka, szukając schronienia na przeciwległej spadzistości góry zamykającej dolinę; nie mają więcej do ubiegnięcia nad 200 do 300 kroków, a biegną szybko; jeszcze 50 kroków, a są uratowani! szum, huk, ryk się zbliża z szybkością lawiny; porwani toną w tej dymiącej i syczącej lawinie szlamu.
Nic podobnego naturalnie nigdy nie zobaczę, nie widziałem, zobaczyć nie mogę; dziś środek spustoszeń, punkt wyjścia tej piekielnej rewolucyi, widnieje wśród brył skalistych, sączących się źródlisk czerwonych i żółtych, istotnie na piekielne wycieki patrzących, wśród buchającej z tysiąca miejsc pary siarczanej. A jak ryczy i syczy i wyje ta bestya, jak śmierdzi piekielnie! Przychodzimy na jakie dziesięć kroków do jednego z tych wylotów; niesposób iść dalej, para tak gorąca, a tak śmierdzi! pod nogami coraz miękciej się robi; niebezpieczeństwo zapadnięcia się. Rzucamy kamienie temu smokowi w paszczę; wylatują z trzechkrotną siłą napowrót, i para, jakoby obrażona naszą śmiałością, ze zdwojoną siłą i rykiem bucha nam w oczy — uciekajmy, bo tu straszno! Rozumie się, o właściwem opisaniu takiego widowiska niema mowy. Fotografia może jedynie choć częściowo dać wyobrażenie. Hirsch zdjął trzy czy cztery obrazy fotograficznie; poczem zwolna ruszamy ku domowi. Na pożegnanie sypie nam w oczy ten szatan co tu siedzi piaskiem jak szpilki, ryczy i straszy, bo go korci bestyę, że nas nie pożarł, że śmiemy mu tak blizko do paszczy zaglądać.
Po dziesięciogodzinnym marszu, wśród strasznej ulewy, którą nam pewnie także ten szatan z wulkanu na głowy zesłał, wracamy mokrzy do domu. Mieliśmy zamiar natychmiast ruszyć z powrotem do Motomija, by módz nazajutrz koleją dogonić statek jadący do Jesso; ulewa jednak tak silna, że ani mowy o opuszczeniu się w drogę w nocy być nie mogło. Po kąpieli więc w japońskim stylu, w japońskie przebrani szaty, bo swoich suchych nie było, zjadamy z wilczym apetytem, siedząc na ziemi, obiad arcy-prymitywny, przez mego przewodnika zgotowany, a podany przez trzy gracye japońskie, podobno córki gospodarza. Nazajutrz tj. wczoraj raniutko powrót. Rzecz rzeczywiście imponująca, jak ci Japończycy biegają! Sześć bitych mil, czyli 13 risów japońskich, po bardzo złej drodze, przelatujemy w pięć i pół godzinach, z trzema przestankami po 10 do 20 minut! Pociągiem jedziemy do Sendaju; gubernatora uwiadomiłem listownie, że przyjadę, prosząc o steam-lunch, by módz, nie tracąc czasu, złapać steamer, wypływający w nocy do Hakodade. Na kolei w Sendaju oczekują nas: jakiś urzędnik po cywilnemu, który z nami aż do Oginohama ma jechać, i wyższy oficer policyjny. Według planu tych panów, musimy natychmiast jechać dalej do Sziogama. Tu przyjęcie bodenlos. Policya tworzy szpaler, jakiś widocznie wyższy urzędnik wchodzi do wagonu i (naturalnie przez tłumacza) wśród kolosalnych ukłonów, przedstawia się jako delegowany do mego przyjęcia przez gubernatora; od dwunastu godzin czeka tu na mnie. Następuje prezentacya szefa miejscowej policyi; wysiadamy. Przez szpaler utworzony wśród tłumu ciekawych, którzy w milczeniu się kłaniają, ruszamy ku hotelowi. Tu dopiero właściwa prezentacya. Nasz pan urzędnik wali czołem o ziemię; ja się kiwam jak mogę, bacząc przytem, by na nos nie rymnąć, bo cała ta operacya odbywa się siedząc, czy klęcząc na ziemi, bez krzesła, tylko z poduszką mięciutką, ale i malutką, służącą za pośrednika między siedzeniem a ziemią. Rozmowa trudna przez tłumacza i nudna, dowiadujemy się jednak, że za pomocą steam-lunchu, który telegrafem tu sprowadzono, możemy schwytać statek odchodzący dopiero o czwartej w nocy. Obiad, do którego tych urzędników zapraszam — wino moje im smakuje — a ponieważ nic zupełnie nie znoszą, więc wraz z barwami szkarłatnemi, w które się twarze stroją, rozwiązują się i języki. O wpół do dziesiątej w nocy ruszamy i dobijamy szczęśliwie do »Satsume-Maru«, na którego pokładzie, mimo niesłychanego zimna, tych parę wierszy notuję.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.