Podróż na wschód Azyi/3 maja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Nikko, 3 maja.

Dziś warte zanotowania odwiedziny i oględziny świątyń w Nikko. Czas cudowny, choć bardzo chłodno; wiatr lodowaty, w cieniu zimno; jesteśmy na dość znacznej wysokości nad powierzchnią morza: w Nikko, owem Nikko, o którem tyle się słyszy, tyle czyta, które każdy co widział chwali, mówi że Nikko to najpiękniejsza rzecz w Japonii.
Rzeczywiście — natura cudowna. Góry niezbyt wielkie, zwłaszcza niezbyt wielkie robiące wrażenie; różnica temperatury między Nikko a Tokio jest mniej więcej miesiąca i o tyle wegetacya tu spóźniona. Zresztą po gatunku wegetacyi widno, że aura tu zimniejsza bywa. To też tu cały świat dyplomatyczny (sit venia verbo), tu większość zamożniejszych Japończyków przenosi się na lato, które podobno nieznośne jest w Tokio i Jokohama.
Wczoraj śliczną zrobiłem z moim głupim przewodnikiem ekskursyę do jeziora Chin-sen-ij. Wysoko położone, otoczone lasem i górkami, śliczniutkie w lecie być musi; teraz, choć wegetacya prawie bez wyjątku jeszcze obumarła, jednak nader piękne, bo na tle rzeczywiście, jak mówi Hübner, perłowem, najcudowniej kwitnące dzikie brzoskwinie i azalee jasno-różowe. Wody w wodospadach, których pięć widziałem, niestety, nader mało. Po powrocie idealna ciepła kąpiel, obiad i spanie na oba uszy, bo zmęczonym było się potężnie!
Dziś bardzo ciekawe jako mise en scène zwiedzanie świątyń. Przywiozłem był ze sobą list od ministra spraw zagranicznych, hr. Okuma, zawierający pozwolenie na zwiedzanie skarbców tych świątyń. Najprzód muszę się zastrzedz przeciw zbyt literalnemu braniu słowa: skarbiec; nie są to w naszem pojęciu skarbce, daleko im do tego! Zresztą może i mają one więcej rzeczy i drogocenniejsze, ale ich nie pokazują, i to być może, zważywszy, apetyt niezmierny rządu na wszystkie dobra religijne, których większą część już pokonfiskował. Ciekawsze było mise en scène, niż sama rzecz. W dwóch głównych świątyniach, dziełach wielkopańskich porywów Tokugawów (jak właściwie wszystko co piękne w Japonii), oczekiwali mnie bonzowie w pełnych ornatach. Zwłaszcza w świątyni na szintoizm przerobionej, gdzie jest grób założyciela miasta Nikko, dwóch w dziwacznie z czarnego papieru wykrojonych czapkach sług świątyni oczekiwało mego przyjścia (zdaje się dość długo, bo mieli miny arcyznudzone). Wprowadzono mnie wprost, ku przerażeniu mego przewodnika, środkowemi drzwiami do wnętrza świątyni, przed ową historyczną zasłonę, której podniesienie bez uszanowania, kosztowało hrabiego Mori, ministra oświecenia, temu dwa miesiące, życie. Tu pokazano mi zbroje jednego z sajgunów, jako ekswota spoczywające w świątyni.
Nie chcąc urazić tych panów, pod tym względem arcydraźliwych, nietylko że buty, rozumie się, zdjąłem, ale nawet usiadłem, czy przykucnąłem według japońskiego zwyczaju. Mój przewodnik nie omieszkał, jak zwykle, opowiedzieć całej mojej historyi, co zacz, jak i skąd przybywam; przyczem główny ustęp poświęcił bytności Sovehico, i rozumie się, nakłamał do syta. Ciekawości wielkich nie widziałem, bo ich, zdaje się, niema. Sam jednak fakt, że byłem tam, gdzie tylko uprzywilejowanym być wolno, gdzie ogół wiernych nigdy nie bywa, za ciekawość starczy. W pierwszej świątyni Buddy parę rzeczy byłbym chętnie ściągnął jako unikat pod względem wykończenia; np. zwijane modlitwy, czy opowiadania święte, przepysznie na jedwabiu wypisane i zdobne w stosowne malatury. Świątynie same, nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobały tak bardzo. Przeładowanie ornamentów niesłychane, wszystko w drzewie rznięte, złocone, malowane, lakiem obciągnięte, więc wartość sama pracy niesłychana; ale to wszystko, to barok japoński — jak zresztą wszystkie dzieła Tokugawów; cela sent le parvenu — jak gdyby lat temu 250 myśleli i wiedzieli, że potęga ich w sposób tak fatalny minie, i pragnęli nasadzeniem złota, przepchaniem ornamentów, narzuceniem wszędzie herbu swego, uwiecznić krótkotrwałą potęgę i świetność swego rodu. Ciekaweby to było studyum porównywanie stylu Tokugawów ze stylem Mikadów — parweniusza z panem prawdziwym, co nie dba o ornamenta i złoto, bo wie, że imię jego, świetność rodu i władza, to jemu od Opatrzności dane, to nierozerwalnie z istnieniem narodu złączone, więc jak naród wieki przetrwa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.