Podróż na wschód Azyi/29 lipca do 2 sierpnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Wśród mongolskich stepów, 29 lipca do 2 sierpnia.

Niedziela, 29-go, wyjazd z Czander rano o 5-tej. Pięć stacyj (od godziny 5 do 71/2 — od 8 do 10 — od 103/4 do 121/4 — od 21/2 do 5 — od 53/4 do 71/2); jazda ostatnia szalona = 80 li — kłus, galop, malutkie kawałki stępa. Konie nadzwyczajne; mój ostatni, kazienny, wałach brudno-gniady, prosto z paszy, a wali pode mną 80 li kłusem i galopem w niecałe dwie godziny. Próbuję siodła chińskiego: drewniane, skórą lub futrem obciągnięte — niepraktyczne i niewygodne. Od Kałganu ujechaliśmy 440 li w dni 21/2. Z rana była jeszcze ta sama piękna trawa, potem się kończy a zaczyna grunt piasczysty miejscami, piasek jak pustynny, żwirowaty. Mijamy często małe jeziorka, dalej jedno wielkie; około południa przechodzimy w pagórki, bryły kamienia nawalone między trawą, ogromne, dzikie. Dalej pagórki znowu się zmniejszają (muszą być podobne do pagórków w Saharze), stożek obcięty, bryły kamieni, pomiędzy niemi ciągle jednak najśliczniejsza murawa. Kończymy dzień w kraju falistym. Kierunek jazdy — zachód; ku wieczorowi — północny zachód.
Zwierzyna widziana ciągle; dwa gatunki kaczek, kszyki, duże dubelty, kulony, czaple szare z czarnym kołnierzem, jedna poszarpana pewnie przez orła, przepiórek kilka. Wczoraj 5 czy 6 sztuk zajęcy w trawach spłoszyłem (może to króliki?). W południe znowu dwa orły na 40 i 15 kroków zjechane, kruk (kolos) na 10 kroków, antylopy 5 sztuk widzianych na 500—600 kroków, niesłychanie płoche, jasno-żółtawo-cieliste, jedna parka, reszta pojedyncze sztuki.
Zapadłszy na nocleg w ślicznej, bogatszej widocznie części stepu, bo namioty porządniejsze, konie lepsze, stada owiec liczniejsze, trawy bujniejsze — poznać miałem, w tej pierwszej, już nie czaharskiej ale czysto mongolskiej osadzie, chwalebny obyczaj mongolski dodawania przejezdnemu straży honorowej w postaci — jak ją nazwał mój kozak — karaułskiej djèwoszki. Ubrana w kożuch barani, bo noce już bardzo chłodne, ma za zadanie usługiwać, psy i ludzi od namiotu odpędzać, głównie zaś kożuchem, skleconym tylko z niewyprawionych skór baranich, drobiazg wszelaki od gościa odganiać. Kożuch i nadobna, acz nieco kanciata w ruchach i głosie dziewoja, pachną gwałtownie, przypominając capa w październiku. Zrobiwszy porządek zewnątrz z psami, które tu pełnią rozmaite funkcye policyi miejscowej, weszła napowrót do namiotu, i zawinąwszy się w swój kożuch, legła jak długa na poprzek wejścia, czyniąc przejście wprost niemożliwem. Zagrzane w namiocie zapachy, buchły chmurą ku mnie. Na szczęście byłem okrutnie zmęczony i śpiący, i mimo blizkości kożucha zasnąłem niebawem jak kamień. — Nawiasem notuję, niech żyje wanna moja gutaperkowa i herbata, a po nich papieros! Po takim dniu na koniu spędzonym, w takim skwarze, cóż to za używanie!
Teraz dopiero zauważyłem, że jechałem prędzej, niż Mongoły myślały że pojadę, bom tu, w tej osadzie mongolskiego plemienia Czahrynów, dognał kuryera, który przedemną jako kwatermistrz leciał. Wszędzie dotąd na moje spotkanie i przywitanie występowali starsi wiekiem i urzędem. Tu zastałem ich w negliżu, tj. do pasa obnażonych, leżących na trawie i popijających kumys. Na mój widok zrobiło się zamieszanie nie do opisania. Ponieważ jechałem ledwie 100 kroków przed moją telegą, więc gdy dwóch jeźdźców ciągnących telegę, tyluż do zmiany, dwa konie rezerwowe dla mnie, cztery dla moich ludzi — gdy cały ten tabun wpadł między stada pasących się baranów, one pierzchnęły ku namiotom, wprost na leżących sub jove honoracyorów — i teraz rozpoczęło się wzajemne przeskakiwanie i przewracanie, tumult, krzyk i bek fantastyczny! Przed zaśnięciem, wtedy właśnie, kiedy moja dama honorowa psy odpędzała, wyszedłem przed namiot. Było już późno, wszystko spało. Cóż to za noc! Noc gwiaździsta, spokojna, przejrzysta na takim stepie!
Poniedziałek, dzień ciężki, gorąco. Wczoraj przesadziłem, przemęczyłem się. Dziś tylko trzy stacye robię; dostaję mleka świeżego! Wieczorem znowu kąpiel, ale zmęczenie szalone. Pejzaż kamienisty, trawy pod nogami mniej. Razem zrobiliśmy około 300 li, już między Charczynami. Wieczorem inspekcya zapasu wody sodowej — jeszcze 46 butelek. Czy wystarczy? zobaczymy. Stacya nazywa się Szarahada — żółta góra.
Wtorek, do południa trzy stacye = 150 li. Upał, jeść niepodobna; Bogu dzięki jest dobre mleko krowie. Strzelam do antylop, stado 40—60 sztuk; na 120—150 kroków dwa strzały, niestety, zgórowałem. Kozły antylop z rogami, kozy i cielęta bez rogów. Jadę w teledze dla bólu w boku, który od wczoraj mnie męczyć poczyna — nie na wiele to się przydaje. Pejzaż zupełnie się zmienił: płasko, równo jak na stole; rano spotkaliśmy ogromny, aż hen po sam widnokrąg od nas biegnący wał, mniej więcej 10 metrów u podstawy szerokości mający. Zdziwiony nadzwyczaj, zatrzymuję całą karawanę, pytam coby to takiego było. Długa chwila minęła nim zrozumiałem. Jest to jeden z trzech wielkich szlaków mongolskich, który stąd się poczyna a ciągnie aż do serca Azyi, w centrum chińskiego Turkestanu. Usypany rękami ludzkiemi, zapewne jeńców wojennych. Stanica, gdzie się zatrzymujemy, zowie się Bułtaj — znaczniejsza od innych, ale co najbardziej tu dziwi, to że stoją tu prawdziwe, murowane i bielone domy, i to aż trzy czy cztery. Musiały kiedyś, a może i teraz służyć hanom za mieszkanie.
Wieczorem zapadamy na nocleg w puszczy; tym razem prawdziwa puszcza, a raczej pustynia, ale jakże piękna, jak cudowna! Nawpół żywy jestem, przejechawszy 120 li konno w skwarze niewidzianym; słońce chciało nas spalić — ale Bogu dzięki nie spaliło. Za to tu tak uroczo! Opuściwszy czwartą stanicę, spotkaliśmy tabun, który dla dworu cesarskiego posyłał któryś z książąt mongolskich; mimo bólu w boku jechałem konno, bo w teledze w tym upale wytrzymać nie można. Pustynia się aż iskrzyła od skwaru — wciąż widzę wkoło na widnokręgu a często i bliżej jeziora — cieszę się, że będzie woda; jadę i jadę, przede mną coś w dali czernieje — pytam — to stado wielbłądów na paszę puszczone — ale gdzież to stado? jadę i jadę galopa, kłusa, widnokrąg końca nie ma, zda się na miejscu stoję, nie ruszam się, mimo że koń biały od potu i piany; niecierpliwię się, rozpacz mnie ogarnia — dwie godziny mijają, ja wciąż pędzę, by to stado dognać... Było rzeczywiście stado, ale o mil Bóg wie wiele — a ja widziałem fata morgana. Tu równina bez końca, niezmierna, pusta; nareszcie pytam, wieleż jeszcze do stanicy następnej — 6 li — ale tych 6 li bez końca. Jako prawdziwy nowicjusz w rzeczach wielkich, prawdziwy Europejczyk, nerwowy i o małym widnokręgu, do rozmiarów lilipucich Europy przywykły, szamotam się, nerwuję, gniewam, rzucam — wobec tego przestworza, które mnie swą nieskończonością przygniata. Do jakiegoś celu dobiedz, coś dogonić, jedyną moją myślą i życzeniem — szukam za jakimś rzeczywistym, nieurojonym przedmiotem poza sobą — jedyną rzeczywistością na tym bezdennym obszarze była moja telega i wiozące ją poczciwe Mongoły. Na nich skrupić całą moją złość karła postanowiłem, i jak gdyby te biedaki winne były temu, że ich kraj taki nieskończony, zaczynam krzyczeć i bić! Dostało się pierwszemu z kraja; gdym palnął raz i drugi nahajem, mój boy, Chińczyk, miał pierwszy raz w życiu myśl dobrą; siedząc w teledze, gdziem go zamiast siebie umieścił, woła do mnie: »Panie, ten człowiek jest bardzo ubogi...« Ochłonąłem — daję rubla poczciwemu Mongołowi na odszkodowanie batogów, biedak czołem w ziemi ryje, by mi swą radość i wdzięczność okazać. Ale nareszcie dojechaliśmy; wieczór, spokój, namiot, mój materac, herbata, chłód. Siadam przed namiotem i patrzę. Ależ bo i patrzeć było na co! Słońce już zaszło, ozłociwszy cudnym żarem różowo-złocistym kącik firmamentu. A z poza krańca stepu wychylił się miesiąc — taki miły, cichy, sierp z brzuszkiem na prawo, więc pierwsza kwadra. Wszystko się do snu układa, wszystko cichnie i zamiera — tylko tam daleko, wielbłądzica przy wodzie, od cielęcia swego odłączona, żałośnie, tak smętnie, przeciągle woła za dziecięciem swojem. Potem cichy, stłumiony słychać głos modlących się Mongołów w którejś z jurt sąsiednich. Poczem wszystko cichnie — sen zmorzył i żałość matczyną i głos nabożnych — księżyc już ku horyzontowi się skłania, zostają tylko te pyszne, błyszczące jak brylanty najcudniejsze gwiazdy, i step, puszcza bezmierna. Panie, Tyś łaskaw, żeś mi pozwolił tych cudów być świadkiem! — Przejechaliśmy dzisiaj 330 li (blizko 200 wiorst rosyjskich).
1-szy sierpnia; więc szczęśliwie dziesiąty miesiąc moich wędrówek skończony, jedynasty się zaczyna. Ochoty dalibóg już na dalsze wędrówki, dalsze po świecie włóczenia się nie mam! Zmęczenie okropne — pędzę, Bóg wie dlaczego tak pędzę — a raczej wiem, bo mnie mój zły duch, ten kozak Mongoł tak pędzi; a dlaczego on tak pędzi, nietrudno zgadnąć, wszak do domu wraca. Nic już jeść nie mogę, żyję mlekiem i to mlekiem z wodą sodową, z kakao, mlekiem z herbatą, i wreszcie wodą z fruit Salt. Dnie nadto bywają męczące, gorące — noce za to cudowne! Zawsze ten żar nad zachodem, co go zaszłe słońce zostawiło, nad niem sierp srebrny, wyżej strop niebios ciemno-lazurowy, zasiany miliardem iskrzących się gwiazd; to nade mną, a wkoło mnie kilka jurt, z których chwilami migoce światło ognisk (niestety gnojem końskim ci ludzie palą), słychać półgłosem prowadzone rozmowy — kilka wielbłądów, konie puszczone na trawę, pochrapują wesoło — poza tem puszcza, step i step, bez miary i końca step. A wietrzyk taki był dziś milutki, tak łagodnie, cichutko muskał i całował po twarzy, tak przepraszał, że przez dzień słońce nas tak srodze spaliło, a jemu chłodzić nas nie dało — tak wszystko to poetycznie, błogo mnie usposobiło, że wpełzam do jurty mojej, skradam się ku butelce sodowej wody, otwieram, chwytam manierkę — pół na pół, half and half — i buch do gardła jedną, potem drugą szklanicę — i o zgrozo! podpiwszy sobie, zacząłem pisać, by te cuda co mię otaczają w pamięci uwiecznić.
Spałem jak zabity. Dziś, Bogu i Matce Najświętszej dzięki, dzień lepszy; nie jadę konno, bo w boku boli; wiatr silny, świeży wieje, temperatura więc nadzwyczaj miła; łupnąwszy dwie stacye, 120 li, obiaduję. O 1-ej z południa ruszymy dalej. Zdrowie nieco lepsze, od dwóch dni znowu pierwszy raz z apetytem jadłem. Piszę w jurcie; w kącie zwinięty we czworo, w całem tego słowa znaczeniu, siedzi Mongoł. Biedaka przydzielono mi, jak zwykle, jako karaulnego. Ni młody, ni stary, któż zgadnie wiek takiego stworzenia, spalonego, wysuszonego słońcem, wiatrem stepowym? Zmęczona, chuda twarz; oczy jeno błyszczą, a śledzą za każdym ruchem moim, chcąc zgadywać myśl, życzenie. Gdy mi obiad przynieśli — ohydy, które on za najlepsze w świecie przysmaki uważa: ryż z baraniną jeszcze drgającą, bo napół żywą — oczy te biedne jeszcze bardziej błyszczeć poczęły, tak patrzały w mój talerz, jak nieboszczyk Tantal na ową butelkę szampana patrzał, którą złośliwi bogowie nad nosem mu zawiesili. Ale ja chyba lepszy od bogów heleńskich — dzielę moją porcyę, dodaję szklankę herbaty, kawał chleba jak kamień twardego, poczem tytoniu w fajkę mu nakładam. Gdy skończył, patrzę na te oczy, od lat wielu zapewne tak słodko i szczerze się nie uśmiechnęły, jak w chwili, gdy na jedno kolano padłszy, dziękował mi.
Strasznie nędzna tu ludność, biedna okrutnie. Od dziś rana jedziem co prawda przez wyjątkowo ubogie, opuszczone krainy. Step już tu pustynią prawdziwą; trawa rzadka, twarda, kwaśna; bydła niewiele; kamień i piasek ledwie trochę tą trawą przykryte. Kamień brzydki, szaro-czarnawy, widok smutny, rozpaczliwy prawie; ale konie, czem głębiej w pustynię, tem lepsze — ledwie śmiem to twierdzić, a jednak fakt to niezaprzeczony. Wzrost 14.2 do 15.2; wytrzymałość, chody niesłychane. Gdy koń w biegu się znuży, pętają mu nogę, jedną przednią do zadniej, i zostawiają po prostu wśród drogi na pustyni; wczoraj tak dwa zostały. Wczoraj też pierwszą prawdziwą trzodę wielbłądów spotkałem; teraz moje kufry na wielbłądach jadą.
Największych niespodzianek zbliżyła się chwila. Jadąc przez śliczny, jak na Mongolię niesłychany swą głębokością parów, porośnięty cudnej zieloności murawą, spostrzegam dziwo nad dziwy, oczom wiary nie daję: drzewo, potem drugie i trzecie i dziesiąte. Małe, karłowate, biedne, ale drzewa prawdziwe. Naturalnie zatrzymuję całą karawanę, wołam kozaka, podjeżdżam pod owo drzewo, patrzę, oglądam; zowią je, jak twierdzi mój kozak, »limowina«; małom się dowiedział. Kora w gęste, niewielkie prostokąty pomarszczona, liść wykrojony, nieco agrestu liść przypominający. Schodzę z konia, wyciągam z telegi książkę z notatkami, wyłażę znowu na konia, staję w strzemionach, wyciągam jak mogę rękę i chcę urwać choć dwa listki — wtem kozak mój, boy Chińczyk, cała karawana wydaje jeden wielki przeraźliwy okrzyk; kozak jak opętany przyskakuje do mnie i ryczy: bariń nielzia! Nie wiedziałem, że karą śmierci zagrożone jest jakiekolwiek choćby najmniejsze uszkodzenie tych drzew, i to jeszcze ponoś z czasów Kublejhana datuje się ten zakaz, święcie przestrzegany. Widząc kilka innych takich samych drzew opodal, zrozumieć nie mogłem, dlaczego tak szalenie o nie się obawiają; zrozumiałem dopiero dowiedziawszy się, że temi drzewami wyznaczony jest trzeci z rzędu wielki szlak, idący ku południo - zachodowi, więc jest wprost ku Europie. Drzew tych istnieje zaledwie kilkaset sztuk. Szlak bowiem, dla nader nieprzyjaznych dla porostu drzew warunków, znaczony jest grupami po kilka w odległościach ogromnych. Listka więc nie zerwałem i po dziś dzień nie wiem, jakie to były te nietykalne drzewa. Na wspomnienie jednak o owej karze śmierci, mimowolnie żałuję, że podobnych ustaw niema u nas w Galicyi, np. na Podolu; możeby choć w XX. wieku nareszcie udało się tam drogi drzewami obsadzić! — Sądząc po tem, że przedwczoraj jeden, dziś drugi spotkałem początek szlaku, wnosićby wypadało, że byłem tu w punkcie centralnym, skąd się rozbiegały szlaki, a więc i armie Tamerlanów i Dżingishanów — a jednak stolica tych wielkich wojowników była gdzieindziej, na północny zachód od miejsc, przez które przejeżdżam.
Imiona dziś przebytych stacyj: Toile i Chute; w pierwszej nocleg, w drugiej obiad, względnie przeczekanie południowego skwaru. — Dziwne koleje człek w takiej podróży przechodzi; prawdziwie raz pod wozem, raz na wozie; raz słońce piecze, raz deszcz leje, bo niezbadane są wyroki Pańskie. Dlaczego po godzinach, dniach istnej posuchy moralnej, braku kompletnego myśli, uczucia, przychodzi deszcz formalny myśli, uczuć, łez? Do wczoraj byłem tak zmęczony, że prócz wykrzykników: kiedyż dojedziemy!? po jakiego djabła wpakowałem się w tę podróż!? kiedyż znowu cośkolwiek napić się będzie można? — nic w duszy ni w sercu nie postało. Dzisiaj wypocząłem nieco, nie opuszczając prócz wieczorem telegi; dusza nareszcie się obudziła.
Dziś 2-go lipca, św. Alfonsa Liguorego, czytałem o jego powiedzeniu: nie trać w życiu czasu — nulla dies sine linea na drodze cnoty! Mimowolnie stawia się przed oczy pytanie, a czy istotnie się postępuje według tej rady? Zanotować jeszcze muszę, że nocy poprzedniej miałem okropny sen; widziałem ojca kochanego chorym, i od tej chwili wśród puszczy i samotności myśl straszna, okropna mnie dręczy. Teraz dopiero uczułem, jak strasznie sam jestem w tej puszczy, jak okropną jest absolutna niemożność skomunikowania się z tymi, którzy sercu najbliżsi. Czarne myśli trapiły mię bardzo. Dopiero po przyjeździe do domu dowiedzieć się miałem, czy było co prawdy w tych złowrogich przeczuciach (istotnie było).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.