Podróż na wschód Azyi/3 do 6 sierpnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Wśród mongolskich stepów, od 3 do 6 sierpnia 1889.

Piątek, 3 sierpnia. Wczoraj wśród stepu, w Toile i Chute, widziałem dwie znaczne »komirnie« — tak mój Mongoł nazywa klasztory tutejszych bonzów, czyli lamów. Pierwsza stawiana jest przez któregoś z cesarzy chińskich lat temu 200; styl zwykły chińskich zabudowań publicznych, ale z cegły i kamienia, wśród puszczy. Zważywszy oddalenie, z jakiego materyały te musiano tu sprowadzać, bez dróg, można śmiało powiedzieć, że budowa ta, wcale okazała, może się mierzyć z piramidami, jako suma niesłychanej ilości mrówczej pracy ludzkiej. Koło niej kilkanaście namiotów; druga podobna. Między obiema, na przestrzeni kilkunastu kilometrów, obeliski niesymetrycznie po stepie rozrzucone. Podobne obeliski stoją wkoło świątyń w Syamie; chowają w swem łonie zwykle relikwie Buddy. Nic dziwnego, wszak i tu i tam buddyzm z Tybetu przybył.
Drzew owych — limowina — dziś około 20 sztuk wśród puszczy widziałem. Stadko antylop, innych jak pierwsze, ciemno-żółtawe o czarnym pręgu przez plecy, pustynników dwa stadka; kraj równy jak stół. W dali, hen na zachodzie, z wieczora wielkie góry widoczne — jakie? pojęcia dziś nie mam. Przy zachodzie słońca znowu widok cudowny. W dali jedzie Mongoł na wielbłądzie w czerwonym, purpurowym, szerokim, pysznie się fałdującym płaszczu (czerwono wielu się ubiera), wśród żółtawo-zielonej puszczy; za nim, w głębi, skały różowo-ceglaste — nad nim strop niebios lazurowy; co za obraz, co za gra kolorów! Lamowie, czyli mnisi buddyjscy, w namiocie obok brzęczą jak ul, odprawiając pacierze wieczorne, i ślicznie mi akompaniują do dumki, którą ów Mongoł kiwając się na wielbłądzie nucił w oddali. — Pięknie i poważnie się tu ubierają: głowy i twarze jak zawsze golone, śliczne opończe ciemno-bronzowe, a po wierzchu togi wiśniowo-czerwone, pięknie wkoło bioder i ramion zarzucone; a że cera, od słońca spalona, najpiękniejszą bronzową patyną pokryta, więc doprawdy nieraz jak posągi bronzowe z piedestału zeszłe wyglądają.
Ujechaliśmy wczoraj 120, 80, 90 i 60 li, razem 350 li, czyli 120 do 130 wiorst; konie nadzwyczajne. Widziałem po raz pierwszy t. zw. Fliegenfuchsen, tj. kasztana w ciemniejsze punkta. — Dziś otucha we mnie wstępować poczyna, bo za dni 2 lub 3 w najgorszym razie mam być w Urdze. W południe znowu antylopy widzieliśmy, całe ogromne stado, około 50—60 sztuk; ale co ciekawsze, po niedalekich wzgórzach, na szalone co prawda dystansy, jakieś wielkie, zdala zupełnie biało wyglądające zwierzę, niesłychanie czujne. Próbowałem podjechać — ani weź. Postanawiam się zatrzymać choćby z dzień lub dwa, by przecie spróbować zapolować porządnie na tę dziwną zwierzynę, a to tem bardziej, że według opisu, który za pomocą mego kozaka i Chińczyka dają mi Mongoły, przychodzę do przekonania, że to chyba musi być rodzaj koziorożca. Ale rachowałem bez gospodarza. Mój kozak- Mongoł nie miał ochoty się zatrzymywać, mimo że dostał fluksyi i chodził z gębą jak harbuz. Wytłumaczył mi, że pod samą Urgą, w górach które zapewne jutro wieczorem się nam pokażą, będzie tych samych koziorożców daleko więcej i łatwiejsze do podejścia. Zważywszy, że byłem spragniony zbliżyć się o ile możności do Urgi, a przytem obawiałem się, aby mi nie zabrakło rubli srebrnych i ceglastej herbaty, zgodziłem się dalej jechać. Ale teraz już nie pozwalam głęboko zapakowywać sztućca, i jadę od południa konno, by módz do woli się zatrzymywać. Zaraz prawie za popasem południowym, konie zacukały nam się chwilę, gdyż ni stąd ni zowąd tuż pod nogi końskie wpadł rodzaj kangura azyatyckiego — jak się de facto ten rodzaj nazywa, nie pamiętam, wiem tylko, że do tej samej co kangur rodziny należy i tak samo na zadnich łapkach skacze, tylko jest 10 razy mniejszy. Tuż za tem biednem stworzonkiem pędził jak błyskawica orzeł ogromny, widocznie chcąc je schwytać. Na szczęście biedactwa, myśmy się na jego drodze znaleźli; wpadło między konie, wskutek czego orzeł musiał okrążyć, a tymczasem kangurek jak mysz schował się w ziemię. Trzeba było widzieć, z jaką bezczelnością orzeł najspokojniej jeszcze raz nas okrążył i usiadł o parę kroków. Wielką miałem ochotę wpakować mu bodaj z rewolweru kulkę — ale nie śmiałem, boć to tu święty ptak.
Miałem tego popołudnia wybornego konika, choć doprawdy niewiele większego od dużego cielęcia. Puściwszy karawanę naprzód — zostałem sam z jednym Mongołem, jakimś młodym jeszcze i wielce ugrzecznionym kawalerem, także na pysznym koniczku. Słońce już dobrze nizko stało, gdym się spostrzegł, żeśmy się bardzo daleko zostali za telegą, której wcale już widać nie było. Pytam więc na migi towarzysza jak daleko do Hotyłji, gdzie mamy nocować. Pokazuje, że jeszcze dobry kawałeczek. Trzeba więc jechać. Ruszam skrocza szybkiego; ale mój kawaler zamiast się mnie trzymać, widząc że chcę szybciej jechać, puszcza swą szkapinę co ujść może; i tak zaczynamy lecieć jak szaleni z góry i pod górę, bez pamięci. Nareszcie widać stacyę, jeszcze 1000 kroków zaledwie. Nagle spostrzegam się, że mój koń coraz krótszy się robi — uszy jego coraz mnie bliżej — patrzę, a to siodło moje kompletnie szkapce już na karku leży, ale szkapina leci jak opętana. Chwytam za grzywę, żeby zeskoczyć, bo o wstrzymaniu konia mowy niema, aż tu buch — koń się wali na kolana, a ja na coś innego. Miałem niestety w tylnej kieszeni grubą, srebrną tytonierkę i na tej tytonierce z całym impetem usiadłem. Gwałt, lament nie do opisania; wszystko w strachu największym, że mnie się coś stało. Istotnie ból był okrutny, ruszyć się wcale nie mogłem; apetyt został na ziemi; oka przez całą noc ani zmrużyć. Niezbyt to było wesołe.
Sobota, Sajrussu. Gorąco niesłychane — parasolka moja połamana, worek kupiony w Kobe drze się, zegarek mi stanął zupełnie. Oto przyjemności podróży! Step wciąż gładszy, równiejszy. Wczoraj tydzień jak opuściłem Kałgan. Sajrussu, to siedziba t. zw. Ambani, czyli owego wyższego chińskiego wojskowego, który w tym szczerym stepie przemieszkuje w kilku z drzewa skleconych, niezbyt ponętnych domostwach. Konie ma za to prześliczne. Ledwie się mogąc ruszać, nie poszedłem go odwiedzić, ograniczam się do odfotografowania tej niezbyt ponętnej rezydencyi.
Niedziela. Jeszcze dzień, może najwyżej dwa, i będę w Urdze — Bogu chwała! Chwilowo mam dosyć tej jazdy, zwłaszcza od chwili upadku z koniem. Dziś rano oprałem obydwóch, Chińczyka z Mongołem, kijem, i to poczciwą Burdziaczką, laską z Krasiczyna, którą mam ze sobą. Tom cały napisaćby można o sposobie jedzenia i żarłoctwie Mongołów! Kości baranie tłuką jeszcze na kamieniu, żeby wyssać szpik. Jeden ze wspanialszych specymenów eleganckiego sposobu jedzenia, to mój dzisiejszy karaulny, młody chłop, który według etykiety ciągle w kapeluszu siedzi przed wejściem do jurty, choć całe piersi ma odkryte, i potężną łapą trzyma wielką kość baranią już bez mięsa, z samemi żyłami, a jeszcze potężniejszymi zębami odrywa te żyły i pochłania prawie nie gryząc! Biedny to istotnie naród; nędza w miarę zbliżania się do Urgi coraz większa, konie nawet znowu gorsze.
Poniedziałek, 6 sierpnia. Ostatnia noc przed Urgą. Pejzaż nagle się zmienia. Opuściwszy Tałabułyk, wjeżdżam w ogromną, jak stół równą dolinę, zamkniętą jednak z trzech stron górami, które w południe na horyzoncie ledwie widziałem. Szczęśliwy temperament mają te Mongoły: wesołość dziecinna, pasya do mocowania się. Na kilku przestankach uważałem, że zwykle ci co mieli mnie wieść, dawali folgę bardzo niewinnie objawiającemu się dobremu humorowi, popisując się siłą potężnych swych muszkułów; przyczem nietylko otoczenie, ale i sami walczący ciągle się uśmiechali. Nigdy u walczących, czasem bardzo długo, nie spostrzegłem cienia zawziętości lub gniewu. Jednym z charakterystycznych rysów tych ludzi jest wielka łagodność, w przeciwieństwie do Chińczyków, zawsze raczej w złym humorze będących, zawziętych, gniewliwych i mściwych. Typ ogólnie bardzo brzydki: twarze okrągłe, nosy szerokie, ale nie przesadnie, nieco spłaszczone, policzki nieco wystające, ale nie tak znacznie jak np. u Buryatów, cera przeważnie oliwkowo-brunatna a zwłaszcza brudna. Twarzy świeżej, młodej, prócz u dzieci, jak zresztą u wielu innych ras, dużo na powietrzu i słońcu przebywających, nie widać. I to czyni tych ludzi brzydkimi, te niezliczone zmarszczki grube, mięsiste a głębokie. Za to torsy przepyszne. Między innymi uderzył mnie jeden, który dziś prowadził ranną kawalkadę, o istotnie herkulesowym torsie, po pas obnażonym, przez lewe ramię miał przerzuconą ciemno-purpurową togę bramowaną złotem, łeb ogolony a kark bawołu!
Częściej tu widzę kobiety. Wczoraj czy przedwczoraj wiozły moją telegę dwie panie konno, siedząc po męsku, w męskich kapeluszach. Odfotografowałem je. — Dziwnie się czeszą: włosy namazane tłuszczem, powiedzmy od razu łojem, tak że stanowią jedną zbitą masę, zupełnie twardą, środkiem głowy rozdział, poczem te stwardniałe włosy jak dwa skrzydła po obu stronach głowy stoją; za uszami ich końce, mniej nałojone, połączone w rodzaj warkocza podpiętego ku górze. Na owych skrzydłach i warkoczu nawleczone, bardzo piękne często, srebrne klamry rzeźbione a jour, zdobne koralami i kawałkami bursztynu. Podobne do tych klamer ozdoby w uszach, na szyi, na piersiach, u pasa, zakrywają formalnie samą właścicielkę — co im się, mówiąc między nami, bardzo chwali, bo właścicielki niepiękne. Na głowie wielki, czarny, filcowy, wołochaty, owalny kapelusz, troszkę przypominający czapki naszych Lisowczyków.
Pod wieczór dobiegamy coraz bliżej do gór — ślicznych, zielonych, pachnących, od miryadów najśliczniejszego kwiecia; powietrze chłodniejsze, świeższe — cała konfiguracya tych gór jak i flora przypominają mi zupełnie pierwszy dzień mojej jazdy za Kałganem. I tu ten sam cudny, zielony, coraz bardziej falisty, na końcu poważnie już górzysty step.
Czem bliżej gór, uderza mnie coraz to częściej pojawiające się o 100, 50 i mniej kroków dziwne jakieś stworzenie, które jakby wyrastało z pod ziemi, a za zbliżeniem się, pod nią się zapadało. Wielkości małego lisa, z długim puszystym włosem i ogonem, szare, buro pręgowane. Podjeżdżam jednego, drugiego, dziesiątego — niesposób dokładnie się przypatrzyć lub przyjść do strzału, nareszcie jednak jechać już trudno, tyle dziur i jam pod nogami. Mój kozak nazywa te zwierzęta »tarbagan«. Po opisie szczególnego sposobu bronienia się przez atakowanie zmysłu powonienia chcącego je schwytać, domyślam się, że to muszą być tchórze, które widocznie tu mają główną swą kwaterę. Na szczęście nikt z nas nie zmusił ich do obrony, bo bylibyśmy trupem popadali, gdyby się te setki tchórzów chciały zwykłym sobie systemem bronić. — Tu, po wielu dniach, pierwszych znowu zobaczyłem ludzi idących piechotą; dotąd w całej Mongolii widziałem tylko albo siedzących lub leżących na ziemi albo na koniu — nóg używają tylko do trzymania się na koniu. — Nocleg cudowny, kraj śliczny, ale na tej znacznej wysokości chłód w nocy przejmujący; dzięki Bogu, że mam ze sobą i na sobie sławucką burkę.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.