Podróż na wschód Azyi/22 kwietnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Tokio, 22 kwietnia.

Miałem właśnie długą i wyczerpującą rozmowę z młodym, bo ledwie 26 lat liczącym Japończykiem, panem Katsutaro Innabata, dyrektorem towarzystwa akcyjnego, które obecnie zakłada fabrykę wyrobów jedwabnych tu w Kioto. Człowiek ten spędziwszy lat ośm we Francyi, gdzie był chłopcem, uczył się najprzód nie wiem w którym instytucie OO. Jezuitów, potem w Lyonie. Przez długie lata nie chciał jednak przejść na katolicyzm, dopiero po powrocie do ojczyzny, przerażony upadkiem, nędzą moralną własnej dotychczasowej religii (buddyzmu), a czując konieczną potrzebę wiary, został katolikiem. Otóż ten młody człowiek opowiedział mi rzeczy, które mię mocno przejęły. Japonia — twierdzi on — znajduje się obecnie nietylko w stadyum przejściowem politycznie i socyalnie, ale przedewszystkiem pod względem moralnym i religijnym! Religia Buddy upada, niknie, topnieje z dniem każdym. Bonzowie dają sami impuls do tego upadku. Żyją hulaszczo, trwonią pomału zasoby swych świątyń, a gdy zasób się wyczerpuje, palą świątynie. Dowodów na to w ręku nikt nie ma, ale to jest vox populi, którego źródło w coraz się powtarzających pożarach świątyń buddystowskich. Ryba od głowy cuchnie: zmniejszona, osłabiona, zwiędła wiara kleru pociąga za sobą też same objawy u ludu. Miliony więc mieszkańców Japonii pozostaną niebawem bez wiary, bez religii! Ponieważ jednak Japończyk z natury jest nader ciekawy, pragnie dojść wszędzie do dna, zbadać wszystko, niczego niejasnem nie pozostawiając, przeto tracąc potrochu dotyczasową swą wiarę, bada, czem się to dzieje, i dochodzi do wniosku, że dlatego, iż ta wiara nic nie warta.
Bez wiary jednak człowiek egzystować nie może, przeto i Japończyk szuka innej wiary. Tu jądro sprawy. Szukającemu trzeba poddać, wskazać, gdzie ma szukać. Protestanci, wspierani ogromnych rozmiarów składkami północnej Ameryki, skorzystali i korzystają z tego usposobienia wykształconych i kształcących się klas ludu japońskiego. Protestanci przyszli do tego kraju z pieniądzem jako środkiem, to też wspaniałymi mogą się poszczycić rezultatami. Powiedziałem: »przyszli z pieniądzem jako środkiem«, nie wyraża to jednak całej prawdy! Protestanci umieli i umieją wyzyskiwać głód nauki, pragnienie kształcenia się Japonii. Nie widziawszy na własne oczy, trudno uwierzyć, do jakich rozmiarów ten »głód« w Japonii dochodzi. Dziś każdy Japończyk, ubogi i bogaty, zwłaszcza jednak ubogi, chce, musi się kształcić, pragnie pożreć naukę; bo po pierwsze: tej nauki jako takiej łaknie, bo po drugie: ta nauka mu chlebem, karyerą, wszystkiem. Cóż więc robią misyonarze protestanccy? dają młodzieży tutejszej sposobność kształcenia się. Zakładają szkoły (jak np. tu w Kioto), uniwersytet nawet odpowiadający najkompletniej wszelkim wymaganiom, stawianym przez społeczeństwo i państwo. W ich szkołach jednakże, otwartych dla wszystkich, zaprowadzono ten sprytny system, że nawracający się na protestantyzm za darmo żyje i uczy się, nie nawracający się przeciwnie musi grubo płacić.
Skutki tego systemu oczywiste. Dziś, po mniej więcej 10-ciu latach, mają protestanci w swem liceum przeszło 600 uczniów. A cóż katolicki Kościół? wszystkiego razem liczy gmina katolicka w Kioto jednego Ojca misyonarza i 400 wiernych. Protestanci mają między swoimi adeptami śmietankę japońskiej młodzieży, która się ściąga z całego niemal kraju, by się w ich liceum kształcić; katolicy, to z malutkimi wyjątkami wyłącznie niemal lud, klasy robocze, najniższe, najmniej wykształcone, najmniej mające, najmniej mogące. I nie będzie inaczej, póki Kościół katolicki nie skupi tu większych i bardziej dobranych sił, większych środków materyalnych, póki nie założy szkół wyższych, uniwersytetu...
Z głową nabitą i sturbowaną temi myślami, poszedłem prosto do kochanego mego O. Compagnon, posłyszeć co też on o tem sądzi. Stary misyonarz oblał mię trochę zimną wodą; ale zarazem rozgadał się i wynurzył z tem, co miał na sercu. Skarży on się, choć w sposób niesłychanie oględny i cichy, na pewną obojętność Europy jako takiej, może nawet Rzymu, dla misyj japońskich. Środki materyalne, jakimi ci ludzie rozporządzają, są istotnie prawie równe zeru. Miesięcznie pobiera przeciętnie misyonarz 30 — 45 yenów alias dolarów japońskich, co na nasz pieniądz stanowi 60 do 90 złr. w. a. Za to, jeżeli misyonarz w samem miejscu nie posiada własnego budynku, musi opłacić najem mieszkania, ubrać się, oprać, wyżywić, opłacić swoich tak zw. katechistów, zapłacić najem domów, w których wierni lub niewierni mogą się zbierać celem słuchania nauk, sprawić sobie potrzebne paramenta kościelne, utrzymać kościołek, kapliczkę, przystroić takową i t. p. Słowem, istotnie ci ludzie żyją, muszą żyć jak ptaki niebieskie, nieraz tylko rosą i światłem słonecznem. Asystowałem raz obiadowi mego zacnego misyonarza: składał się z gorącej wody, w której pływało nieco kartofli źle zaparzonych, i dwóch czy trzech kartofli w wodzie ugotowanych. Jako wety: ser stary, twardy jak kamień, przysłany kiedyś przed miesiącami z Francyi przez jakieś poczciwe siostry Karmelitanki, dalej ser z pigw, również przez siostry nadesłany — i tyle! Dziś wieczór jadłem z nim u niego kolacyę: zupa zrobiona z puszki Liebiga, którą ja przyniosłem, sałata jakaś, którą to biedactwo sam zaprawił, nalewając np. octu z flaszki jakiejś widocznie aptecznej, i jako wielki luksus, umyślnie dla mnie jajecznica z dwóch czy trzech jaj! Serce topnieje na ten widok, a przytem wszystkiem, mając siedm rozmaitych quasi parafij, które musi obsługiwać, nie mając notabene wyrobionych katechizatorów, dzień w dzień przez te ostatnie dni lata co wieczór w inne miejsca, by mieć do zgromadzonych katechumenów i pogan przemowy, nauki, kazania. Ponieważ tylko wieczorami schodzić się mogą ludzie pracy oddani, przeto kazania te odbywają się o godzinie 8 lub 9 wieczór, a trwają najczęściej do 10-tej lub 11-tej; musząc na drugi dzień być z powrotem tutaj, by odprawić Mszę, tego samego wieczora wraca swoim wózeczkiem, ciągnionym przez jednego człowieka tak zw. kuruma lub dziuriksa, do Kioto, a że odległość znaczna, więc około godz. 12 lub 1 w nocy się kładzie. Rano o godzinie 4 jest na nogach, by modlitwy odprawić, o 7-ej Msza święta, i tak jak rok długi! — a w pokoiku zimno, bo palić nie ma bardzo za co, — a jedzenie opisałem.
Zaiste, nie trzeba innych dowodów boskości naszej wiary. Przytem ta pogoda umysłu, cierpliwość, słodycz — wesoły jak dziecko. Wyciągam go na zwiedzanie, spacery, pęka na moje głupstwa od śmiechu, i mnie potem dziękuje, że go odwiedzam, bo to go rozrywa — on est fatigué, powtarza, i to mu, zdaje się, za spoczynek starczy. Potrzebuje ornatu od święta, zwykłego, i ornatu żałobnego; nie mając obecnie za co sprawić, pożycza od misyonarza bawiącego w najbliższej misyi. Ponieważ oprócz tego biedaczyna wielu rzeczy nie ma, zdecydowałem się sprawić mu takowe.
Ale wróćmy do mojego głównego tematu — do misyj w Japonii. Otóż zarzut przeciw nim, nawet przez nowo nawróconych podnoszony, jest, że wobec świetniej w oczy bijącej działalności protestantów, katolicki Kościół niedość występuje okazale, za mało o sobie samą formą zewnętrzną daje znać, za mało, dbałych o formę i wrażliwych Japończyków, formą, akcyą w oczy bijącą kaptuje, za mało ich uwagę na siebie zwraca, a specyalnie niedość dba o szkolnictwo; a jak już w liście moim powyższym, pisanym do Ojca Morawskiego, powiedziałem: szkolnictwo, podanie sposobności oświaty, nauki, to wobec dzisiejszego usposobienia mas Japonii, najgłówniejszy, może najpewniejszy, by nie powiedzieć: jedyny sposób kaptowania, czynienia prozelitów. To byłby rdzeń tego, co, jak powiedziałem, katolicy japońscy mają misyonarzom (missions étrangères) do zarzucenia. Na to odpowiedź jedna: jest w tem wszystkiem wiele prawdy, ale to wszystko dlatego, że niema środków, po prostu pieniądz tu na przeszkodzie staje. Misyonarze byliby najszczęśliwsi, wszystkim tym potrzebom zadośćczynić, ale nie ma de quibus — i to przyczyna, że postępy katolicyzmu w Japonii w oczy nie biją, nie są takie, jakichby może spodziewać się można.
Z drugiej jednak strony, mimo że protestanci tak szumnie i buńczucznie występują, poszanowania większego dodają nasi misyonarze. Mimo, że protestanci na oko tak licznych mają adeptów, — adepci ci jednak nie są prawdziwymi wiernymi. W to co im protestantccy, głównie amerykańscy misyonarze głoszą, w to oni najczęściej nie wierzą — religię, formę przyjmują jako środek wyuczenia się po angielsku (cel, dążności dziś każdego młodego Japończyka), jako środek wykształcenia się za darmo. Formę, powtarzam, przyjmują, treści — nie. Skutek: kompletna niewiara; szkoły protestantów, to pepiniera ateuszów. Kościół katolicki, nie przyjęcia formy od swoich adeptów żądający, ale przyjęcia treści, wiary, woli, obawiając się popaść w extrem, w który popadli protestanci, woli, powtarzam, pomału, pocichu, w cieniu postępować naprzód.
Tu jedyna objekcya: Kościół nasz musi się tu, jak zresztą wszędzie, liczyć ze stosunkami miejscowymi. W Japonii dzisiaj jest niesłychany ruch umysłowy. Młode i stare głowy się palą, okrzyk: nauki, wiedzy! po całym kraju, we wszystkich klasach rozbrzmiewa. Te tysiące, które wpadną w szpony protestantyzmu, to raz na zawsze dla katolicyzmu stracone. Co gorsza, ludzie ci, choć nie przyjmują szczerze i do dna religii protestanckiej, przejmują jedno od swych nauczycieli: nienawiść do katolicyzmu. Przez nich nienawiść ta łatwo i w dalsze, wprost nie wchodzące w grę sfery przejść może. To tak mojem, jak i misyonarzy zdaniem, powód, dla którego Kościół katolicki od swych dotychczasowych, wrodzonych, że tak powiem, skłonności do cichości, tutaj odstąpić powinien! Dwa byłyby środki zaradzenia złemu: albo dać misyonarzom więcej środków materyalnych, więc materyału w ludziach, materyału w zasobach, albo wysłać jedną, dwie lub więcej innych kongregacyj zamożnych, któreby w kilku, kilkunastu punktach odrazu działać zaczęły. — Jakie są przyczyny, dla których Rzym tego ostatniego środka nie użył dotąd, i zdaje się nie chce użyć, to wiadomo. Przyczyny natury nader delikatnej, więc nie chcę ich tu rozkawałkowywać, domyśleć się łatwo; historya poucza w tym względzie.
Pozostawałby więc tylko jeden sposób: misyom tutejszym dodać więcej ludzi, dodać więcej środków materyalnych. Ludzi łatwo znaleść. Zamiast rzucać ziarno na piasek, zamiast rzucać miliony i setki inteligencyi i pracowników znakomitych, gdzieś w dzikie puszcze Afryki, lub na jałowe wybrzeża Australii, możeby lepiej było użyć tych pieniędzy, tych sił moralnych, intelektualnych, na rozwinięcie odpowiedniej akcyi w kraju cywilizowanym, cywilizującym się zwłaszcza, w kraju niesłychanie ludnym, w kraju dążącym z jednej strony do znacznego intelektualnego, materyalnego rozwoju, z drugiej zaś strony lecącym na złamanie karku w ręce ateizmu, nihilizmu religijnego i społecznego, — w kraju wreszcie, który jako najbardziej posunięty ze wszystkich kontynentu azyatyckiego w kierunku cywilizacyi »europejskiej«, który dał i daje istne dowody żywotności, przedsiębiorczości — w kraju, który tem samem, według wszelkiego prawdopodobieństwa, w partyi światowej, która musi się rozegrać może niebawem między katolicyzmem, protestantyzmem, schyzmą a buddyzmem, między cywilizacyą białych i elementem aryjskim a cywilizacyą chińsko-mongolską i elementem niearyjskim, pod egidą może i przewodnictwem Chin — w partyi tej ważną zapewne rolę odegra. Nie przypisuję sobie prawa sądzenia o tych rzeczach — dla mnie jednak jest to rzeczą jasną, że świat katolicki, nie dbając o kraje jak Japonia, a marnując miliony w ludziach i pieniądzach na bardzo problematyczne apostolstwa między słoniami i hipopotami lub kangurami, wielki popełnia błąd.
Afryka środkowa zresztą nigdy, przenigdy aryjskiej cywilizacyi nie przyjmie; na to potrzeba przedewszystkiem, by tam klimat się zmienił. Biały w tym klimacie, jaki ma dziś Afryka, nie wyżyje. Kto twierdzi przeciwnie, ten się daje unosić chwilowym mrzonkom. Widzimy, że we wszystkich krajach z podobnym klimatem, biały zagnieździć się nie może; może on żyć w jednej generacyi, druga już niezbyt dopisuje, a trzeciej niema w regule. Nie tam więc punkt ciężkości rasa biała kłaść powinna, chcąc się wzmocnić, rozróść, do walki niechybnej przygotować! — Powiadam: do walki przygotować, bo choć my zapewne tego nie dożyjemy to jednak zdaje mi się, nie jest tak pewnem zupełnie, że rasa biała niebawem (może za lat 50 lub 100) stawić będzie musiała czoło nawałnicy chińsko-mongolskiej. Pierwszy krok do przyspieszenia wybuchu tej walki już uczyniony: Ameryka i Australia zamknęły się zupełnie przed napływem Chińczyków. Gdzież, pytam się, te miliony się podzieją? — Zdaje mi się więc, że w onej chwili arcypotężnem byłoby dla białych, mieć, na tyłach nieprzyjaciela, kogoś za sprzymierzeńca. Tym mogłaby być Japonia — ale tylko Japonia katolicka, bo tylko Japończyk-katolik nie nienawidzi białego! Japończyk ateusz, buddysta lub protestant zawsze i w każdej chwili chętnie rękę do zgładzenia go przyłoży.
Straszniem się rozkołysał i podleciałem może za wysoko. Przeczytać i poprawić tego listu nie mam czasu, więc Posyłam go in natura, — wszak nie będzie zbyt ostro sądzony. Późna bardzo zrobiła się pora, i kończyć muszę.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.