Podróż na wschód Azyi/18 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Tadży-soe, 18 lipca.

Przedwczoraj nareszcie wyjazd z Pekinu; doczekać się go nie mogłem. Musiałem jako gość stosować się do woli pana domu, Kettelera; a głównie ów nieszczęsny paszport chiński był opóźnienia przyczyną.
Raniutko, o świcie, dla uniknienia skwaru ruszyliśmy konno z Kettelerem z legacyi. Po półgodzinnej jeździe przez owe tak niesłychanie brudne, pełne kurzu lub błota, ludzi, bydląt, zgiełku niezwykłego nawet w Chinach ulice Pekinu, dojeżdżamy nareszcie do stawów położonych w blizkości »miasta«, alias pałacu cesarskiego. Stawy w tej chwili pokryte potężnymi przepysznymi kwiatami lotusu białymi i różowymi; są to po prostu wody deszczowe, zatrzymane w rowach fortecznych, okalających, jak wszędzie na Wschodzie, rezydencye i miasta. Ketteler ledwo mi daje sekund parę na rzucenie okiem na te pyszne kwiaty, na wierzchołki drzew, co z poza niebotycznego muru pałacowego wyzierają, ciekawe widzieć co się na bożym zresztą świecie dzieje — dla mnie tem ciekawsze one, że ich konarów i pni nigdy mi oglądać nie będzie wolno! Ruszamy jednak dalej; Ketteler opowiada dla dodania mi dobrego humoru, że nic równie ciekawego ni pięknego, jak mało stąd odległy ów most marmurowy, którego już nie zobaczę! Po trzech kwadransach opuszczamy nareszcie ostatnią bramę miasta. W tej chwili słyszymy koło jednej z bram, w rodzaju tryumfalnych łuków, na codzień dla publiczności zamkniętych, niezmiernie oryginalny śpiew, z daleka nieco podobny do głośno przez kilkadziesiąt osób razem deklamowanej z patosem modlitwy. Zbliżamy się, i — o dziwo! — około 50 do 60 młodych chłopaków, lat 16 czy 17, klęczy na jednem kolanie; każdy w ręku trzyma łuk napięty; do pasa, ponieważ lato, nadzy, i śpiewają, śpiew monotonny, z kilku nut zaledwie się składający, o dziwnym, nieco patetyczne deklamacye chóru japońskich religijnych tragedyj przypominającym rytmie. Jedna część tego chóru głośniej śpiewając, wpada w śpiew cichy, przytłumiony drugiej. Arigo Boito lub Wagner pysznieby mogli zużyć ten nadzwyczaj oryginalny materyał w jakiejś Walpurgi's Nacht. Pytamy, co to? Zdawało się bowiem, sądząc z rytmu owego chóru, że to modlitwa; bynajmniej; to młodzi wojownicy, których w ten sposób ćwiczą na przyszłych obrońców kraju. Rodzaj musztry ćwiczenie w trzymaniu łuku, wyrabianie siły muskułów, wdrażanie młodzieży w rzemiosło łuczników. Ketteler przyznał mi się, że nic podobnego przez dziesięcioletni swój pobyt nie widział.
Na przeciwległych wzgórzach pomiędzy drzewami po chwili widnieje już letni pałac. Droga nasza ciągle do niego nas zbliża. Płakać się istotnie chce. Raz, że to takie wszystko poniszczone, powtóre, że go widzieć nie można. Pagody, wieże, zdala wśród zieloności ogrodów cesarskich widoczne, pojedyńcze pawilony rozrzucone tu i ówdzie po wzgórzach. Przejeżdżamy koło głównego wejścia: rozległe szopy, potężne kloce drzewa częścią z Ameryki, częścią z południa Chin sprowadzonego, setki robotników, robota gorączkowa: pałac letni restaurują. Przed głównem wejściem owe przepyszne dwa lwy bronzowe, z liczby niewielu pozostałości po tej wspaniałej rezydencyi, zniszczonej najprzód przez Anglików i Francuzów w 1860 r. — doniszczonej przez Globtrotterów, którzy łamali, psuli co było można, by »zabrać pamiątki« — dalej przez pospólstwo chińskie, bezpośrednio po opuszczeniu pałacu przez wojska sprzymierzonych — wreszcie przez rozmaitych wiernych poddanych Jego cesarskiej chińskiej Mości, którzy zabudowań pałacu używali za kamieniołomy. Dziś pałac dla Chińczyków i białych zarówno zamknięty; mowy nawet być nie może o zwiedzeniu go.
Jedziemy dalej; mijamy wejście t. zw. tylne pałacu. Na stromej pochyłości wysokiego pagórka, nastawiane amfiteatralnie pagody, wieże, zabudowania jakby forteca schodzą aż do stóp. Nic równie oryginalnego nie widziałem. Budynek o kilku piętrach, terasach, kolumnach, coś nie coś przypominający z daleka maurytańskie budowle — może Escurial — nic dziwnegoby nie było, boć tu po większej części według jezuickich planów budowano. Wszak w rezydencyi letniej był i Trianon naśladowany — i to Trianon mały i wielki, tem ciekawszy, że między roccoco dekoracye wpleciony cesarski smok chiński z całą swą falangą obłoczków, psów, roślin. A wszystko w białym jak śnieg wykute marmurze; a wszystko wśród zieleni i drzew, jakich w Wersalu niema. Kto istotnie, czy Francuzi, czy Anglicy w 1860 roku rozpoczęli dzieło zniszczenia w tej pięknej rezydencyi, gdzie tak ciekawe pozostawili po sobie pamiątki Jezuici architekci i astronomowie cesarscy, tego nie wiem dokładnie. Każdy naturalnie spycha winę na drugiego; obie strony dowodzą, że okoliczności zmuszały do tego barbarzyńskiego kroku. Fotografie, które kupiłem, dają doskonałe wyobrażenie o tej właśnie części pałacu.
Po półtoragodzinnej jeździe stajemy przed świątynią »wielkiego dzwonu«. Tu rezyduje na lato pan Klejmonow, sekretarz legacyi rosyjskiej. Gości nas herbatą i jajami. Daje mi jeszcze rozmaite rekomendacye i polecenia na drogę. Po półgodzince ruszamy dalej. Około 11-tej stajemy w świątyńce, dotąd przez legacyę belgijską wynajmowanej. Pyszny basen murowany z wodą kryształową, ma zaszczyt chłodzić równie tłuste jak rozpalone od wielkiego słońca członki barona Kettelera. O wpół do 1-szej jesteśmy na miejscu w Tadży-soe. Świątynia wynajmowana od długiego szeregu lat przez legacyę niemiecką. Położenie doskonałe, góry od południa i zachodu, od wschodu i północy ogromna, bezdenna równina, Pekinu, owa zielona równina, która przed 5-ma czy 6-ma wiekami tak podobała się nadciągającym z północy Mongołom, iż zeszli do niej i zajęli ją na zawsze.
Instalujemy się w t. zw. świątyni. Mnie ofiarują mieszkanie w jednem z pobocznych zabudowań, Ketteler siedzi w najwyżej położonem, najchłodniejszem zabudowaniu, cierpiąc okropnie od gorąca. Nazajutrz, tj. wczoraj, ekspedycya na górę Miaofeng-szan, 3000 metrów. Ciekawa, bo dająca mniej więcej wyobrażenie o formacyi gór okalających dolinę Pekinu. Ze szczytu widok istotnie wspaniały. Niestety, niebo niezbyt sprzyjało; wracając dopiero, gdy dwie burze nad moim biednym kapeluszem przeleciały, rozerwały się chmury i literalnie u stóp moich jak kiedyś na Wezuwiuszu rozścieliła się płaszczyzna niezmierna, bez końca; dalej na wschód Pekin, dalej Tung-czau, na północ groby Mingów z dala widne, na zachód i południe góry, skały, przepaście, rozpadliny, widok rzeczywiście prześliczny. U stóp najwyższego szczytu naszej góry świątyńka niewielka, jakiejś bogini dotąd mi nie znanej, leczącej i strzegącej od wszelkiego rodzaju niemocy i chorób. To też mimo sceptycyzmu chińskiego, około 5—6000 pielgrzymów gromadzi się w pewnych dniach roku przed ołtarzem tej zacnej pani. Góry aż po ów najwyższy w okolicy szczyt, na którym siedzę, od stóp do głów jednakową roślinnością okryte, bardzo wysokiemi trawami, wśród których najcudniejsze kwiaty, lilie, róże dzikie i t. d.; czem wyżej, tem trawa lepsza, wonniejsza; tam też pędzą muły i krowy na paszę. Podnóża tych samych gór, tak żyznych, jedynie rodzajowi lewandy róść pozwalają; spodem bowiem szczery piaskowy kamień. Drzew naturalnie ani śladu, tem mniej lasu; gdzieniegdzie w niższych, jeszcze niby to uprawnych i zamieszkałych strefach pełno drzew owocowych, tu bowiem rosną sady, z których miliony brzoskwiń i moreli codziennie do Pekinu wędruje. Brzoskwinie prześliczne, ogromne, doskonałe, mimo że na dziczkach rosną. Drzewa te i krzewy nadają ten dziwny charakter okolicy, semi-cywilizacyi, odejmują dzikości tym skałom, co bryłami niezmiernemi tu i ówdzie rozrzucone leżą; stąd nawet pejzaż trudno nazwać dzikim. Patrząc z tej góry na ten cudny widok, na tę urodzajną równinę, zieloną i złotą w tej chwili od słońca, które wyczyściwszy promienie w chmurach, tem czystszem złociło światłem ziemię — patrząc pewnie już po raz ostatni na Pekin — mimowoli żal mi się zrobiło za nim, za wszystkiem co się z nim kończyło; jednej tylko części Pekinu najmniej żałowałem, to rezydencyi dyplomatów europejskich. Chciałem poświęcić krótką notatkę t. zw. ciału dyplomatycznemu w Pekinie — koniec końców nie warto; wszystko to, z dwoma może wyjątkami, tak podrzędne umysłowo figury... I nie może być inaczej. Wielki błąd popełniają niektóre rządy, zostawiając swoich reprezentantów długiemi latami lub przez całe życie w Chinach. Zgubne to pociąga za sobą skutki; skwaśnienie, stetryczenie, znudzenie bezgraniczne — bo też ciasno tu i nudno okropnie po dłuższym pobycie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.