Podróż na wschód Azyi/15 czerwca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Między Czimel-po a Czi-fo, 15 czerwca 1889.

Dzień drogi między Fusanem a Czimel-po, wzdłuż wybrzeża Koreańskiego, spędzam na dokończeniu tłumaczenia z angielskiego jednego z licznych podań japońskich. Miły i spokojny dzionek; morze jak staw — bardziej jeszcze: jak żeby kto oliwy na wodę nalał; istotnie, bo też jak oliwa ta woda nieraz wygląda. Kilkakrotnie zauważyłem już ten rodzaj spokoju morza; w bardziej południowych strefach i w innej roku porze byłbym przypuszczał, że burza nas nazajutrz nawiedzi, bo zwykle ten zbytni spokój atmosfery i morza, uprzedza burzę. Owego czasu, kiedym powracał z wyspy Riu-kiu, w dzień przed ową burzą, zupełnie podobne było morze: szare, niebo szare, atmosfera ciężka, przepełniona jakby popielatym prochem. Kontury gór i wybrzeży w tych razach zamazują się, jakby je woalem przykryto.
Tu, na szczęście, moje hipotezy zupełnie mylnemi się okazały; cudny czas — i dobrze, bo wybrzeże Korei należy zapewne do najtrudniejszych, najniebezpieczniejszych w świecie dla żeglugi. Naturalnym tego skutkiem jest, że to wybrzeże jest śliczne. Chwilami, zwłaszcza ostatnie godziny przed wpłynięciem do t. zw. portu w Czimel-po, zupełnie przypomną japońskie Inland-See — różnica w formacyi skał i wysepek. W Japonii jednak okryte drzewami, tu najczęściej ledwie krzewami, trawą lub nagie zupełnie. Dziwna jakaś procedura matki-natury stworzyła układ tych wybrzeży. Setki skał, brył potężnych, grupami całemi sterczących z morza, setki mniejszych i większych wysp i wysepek — to wszystko tak obsiadło wybrzeże Korei, że o lądowaniu w którymkolwiek punkcie mowy być nie może. Niebezpieczeństwo polega głównie na tem, iż wybrzeża te są jeszcze niedostatecznie zbadane, i że zdaje się od czasu do czasu powstają nowe ławy; a wreszcie, że przypływ i odpływ jest niezmierny — dochodzi do 38 i 40 stóp różnicy; skutkiem czego skały niektóre, przy odpływie widoczne, w czasie przypływu nikną pod wodą i czyhają formalnie na nieostrożnego żeglarza.
Smutne to jednak wybrzeże. Niektóre tylko z tych wysepek zamieszkałe; poznać to można po daleko widocznych, obecnie żółtych polach pszenicy; ruchu, życia tu jednak żadnego nie widać. Czółenka rybackie tylko gdzieniegdzie się ukazują; zresztą wszędzie pusto, głucho, smutno. O godzinie 10-tej 14 b. m. zawijamy do portu Czimel-po. Zdala widne góry lądu stałego; mijamy mnóstwo czółen i czółenek; wreszcie dwie wielkie junki koreańskie. Czemuż nie mam aparatu fotograficznego? — rozpacz istna! Dawno czegoś równie malowniczego, ale i równie dzikiego nie widziałem! Ogromne junki, żagle spuszczone, przygotowują się jednak widocznie do dalszej żeglugi. Wszystko prymitywne, wszystko żółtawo-bronzowe w kolorze — jak ciała tych biednych Koreanów. Na pokładzie koło masztów około 40-tu, chłop w chłopa. Jedni całkiem, drudzy napół nadzy. Ciała istotnie jak z bronzu, pyszne, herkulesowe postacie; czupryna lwia, czarniejsza od węgla, związana wpół głowy białą chustką. Tak w pozach arcyartystycznych, bo natchnionych owem bezgranicznem lenistwem tego ludu, siedzą i leżą i patrzą na nas. Mijamy ich nie dalej, jak na 30 kroków. Cudny obraz — czemuż nie mogłem go uwiecznić? Czimel-po nader wspaniały zdala przedstawia widok! Ponieważ przystęp do portu właściwego — tj. do rodzaju basenu nieco głębszego, przed samem miastem położonego — jest niemożliwy, w czasie odpływu, więc rzucamy kotwicę w odległości 2—3 mil ang. od miasta. — Ławy piaskowe w całej okazałości sterczą z morza. Tuż nad ławami nieco wyżej skały wyszczerbione, połamane; wśród nich jedyne dzieło, na jakie nowa era cywilizowana Korei się zdobyła, to potężny pal murowany, tuż nad morzem stojący, biorę go z daleka za jakąś arcyciekawą przedhistoryczną budowlę; jakież moje rozczarowanie, gdy się dowiaduję, że to lot-miernik wysokości stanu wody! Nieco dalej żółcieje korweta wojenna chińska; za nią bieleje kanonierka amerykańska; dalej sterczy, czarny jak djabeł, jedyny okręt wojenny koreański; wreszcie drugi parowiec w usługach rządu koreańskiego, stojący pod niemiecką flagą.
Ledwie rzuciliśmy kotwicę, zbliża się kilkanaście czółen. W pierwszem siedzi pan Cafen, kapitan, Niemiec; obok, urzędnik koreańskiej marynarki wojennej (sic) Niemiec. Przypływa czółno naczelnika urzędu cłowego, Niemca; wreszcie inne czółno, w niem jegomość długi, brzydki, z nosem zadartym, w ogromnym kapeluszu, z fałszywym kołnierzem u koszuli, w czarnej kurtce, żółtych nankinowych pludrach, z jasno-paliową krawatką na uszach — widocznie źle steruje czółnem, z trudnością przybija do statku — i to Niemiec? — Tak jest, wszystko Niemcy; jak mrówki wsuwają się, cisną — dziesięć razy wyrzucani, wracają, i wreszcie tak silnie się wpijają, że nic już ich wyruszyć nie potrafi. Ów jegomość w nankinowych pludrach, to reprezentant firmy Mayer et Comp. z Hamburga, głównej w Korei reprezentantki handlu europejskiego. Od szpilki do kotwicy, od guzika do szyn kolejowych, a nawet i armat w danym razie, wszystkiego u tych panów dostać można; podobnie jak u ich kolegi Niemca, pana X. Y. (zapomniałem nazwiska), który podobny interes założył w Władywostoku, jak pijawka się tam wpił, i teraz trzyma w swych ręku cały niemal handel wschodnio-sybirski.
Reprezentant panów Mayer et Comp., jak jego szef, Hamburczyk, o spadzistych ramionach, badawczo sentymentalnem spojrzeniu, rudy, czerwony, lat 26(!), przedstawia mi się i oświadcza: dass es ihm ein besonderes Plaisir wäre, pokazać mi miasto i port. Naturalnie przyjmuję. Po chwili siadamy do czółna, którem on znów źle steruje — i ruszamy ku portowi. Pierwsze moje pytanie: czy i w jaki sposób mógłbym się dostać do stolicy Korei? — Statek mój odpływa do Tien-tsin nazajutrz o czwartej z rana; odległość do Seul 28 mil angielskich, po złej, górzystej drodze; nimbym konia i przewodnika dostał, minęłoby co najmniej godzin dwie — jadąc na tym samym koniu (wysłać konia naprzód do zmiany niema możliwości), potrzebowałbym około 5-ciu godzin, by stanąć w Seul; więc fizyczna niemożliwość. — Rozpacz, rekryminacye; ale wszystko na nic. Przynajmniej, w razie gdybym się miał zdecydować na wracanie do Europy przez Amerykę, nie omieszkam i tu wrócić, i wtedy zobaczę Seul dokładnie.
Wśród tej pogawędki zbliżyliśmy się nieco do portu. Czimel-po leży amfiteatralnie na wyniosłym brzegu; u szczytu pagórka, zdala widoczny, jak zamek wyglądający dom mieszkalny pp. Mayer et Comp. Przed nami, tuż nad portem, t. zw. Settlement japoński, wielkie zabudowania agencyi Towarzystwa żeglugi Nippon Yusen Kaisha; dom cłowy, mieszkanie konsula japońskiego. Tu policya japońska, w japońskich mundurach. Dalej kilkadziesiąt domów japońskich; wreszcie dwa domy europejskie: pierwszy bez piętra, ale rozsiadły — to office pp. Mayer et Comp. z ogromnym flagowym masztem; drugi piętrowy, to Hotel de Korée, a w nim pan restaurator, z żoną i nadobną siostrzenicą, Austryak, jakiś biedak pędziwiatr! Na południe tych settlementów właściwe miasteczko koreańskie, nieco większe niż Fusan, równie brudne, równie biedne; chałupki niziutkie, słomą kryte, lepione z gliny. Tu także rezyduje w nieco lepszej chałupie pan gubernator. Po śniadaniu, które mi w niezmiernie grzeczny sposób ofiarowują reprezentanci panów Mayer et Comp., jadę z jednym z nich, z którym się poznałem na statku, konno na chińskich, wcale niezłych konikach, zwiedzać okolice.
Niezmiernie dziwny krajobraz. Co chwila inny: lasu, drzew niezmiernie mało; pola pod zbożem żółte, gdzieniegdzie już żniwo; pola pod ryż ledwie zaczęto uprawiać. Ziemia, zdaje mi się, niezła, glinkowata, żółtawa. Jedziemy dość długo ścieżkami między polami; krajobraz przypomina mi nieco okolice Lwowa, nieco północne Węgry; chwilami widoki widziane, zda mi się, w Riu-kiu; chwilami jednak krajobraz istnie azyatycki, dziki — choć pola uprawne przed nami. Pagórki nagie, trawą pokryte; w dali zamyka horyzont łańcuch gór dość znacznych; tam u stóp tych gór leży Seul.
Wjeżdżamy do znaczniejszej wsi czy miasteczka, dawnej rezydencyi gubernatora. Tu w jego domu, dziś ledwie się kupy trzymającym, strukturą zdala nieco chińskie i japońskie budowle przypominającym, podpisano pierwszy traktat między Stanami Zjednoczonemi a Koreą. Wśród wsi, między drzewami, na rusztowaniu z kilku pali, stoi rodzaj pawilonu, siedziba władzy, na wszystkie strony otwarty, cały z drzewa, jak altana; dach z dachówek ciemno-stalowych; całość malowana na pomarańczowo, czerwono i niebiesko; wzór rysunku nieco znów chiński, nieco japoński styl przypomina. Tu w cieniu wygodnie, w kuczki jak Turki, siedzi kilku, zapewne największych zasobami i rozumem. Naturalnie palą fajki, z wcale nie pachnącym tytoniem własnej uprawy. Mijamy kilka, nieco porządniej i zasobniej wyglądających domostw — ale tylko zewnątrz; wewnątrz zawsze ta sama nędza, pustka, brak wszystkiego.
Jedziemy dalej; — dwóch obdartych, brudnych, ale nie obrzydliwych ludzi, w kapeluszach zawsze dziwnych formą — niesie w niby lektyce, zupełnie podobnej do tych noszy, w których u nas kwiatki w wazonikach przenoszą — starą babulę jakąś, jeszcze od nich brudniejszą i obrzydliwą; lecą biedaki jak mogą, równo prawie z naszemi końmi. Nareszcie dostajemy się na drogę krajową, do Seul prowadzącą. Niezła być musi, póki sucho: czysta glina. Po kilkunastu minutach stajemy przed rezydencyą pana X., znowu Niemca, któremu koreański rząd powierzył założenie chowu jedwabników. Na przestrzeni może 4—6 morgów po 100 drzewek w 300-tu rzędach; wszystko małe i niezbyt tęgo wyglądające — to morwy. Wśród tego, koło drogi, rudera; napół rozwalony i walący się dom z gliny, słomą kryty, to rezydencyą hodowcy naczelnego; w sieni dwa brudne stołki, coś w rodzaju drzwi prowadzi do mieszkania; teraz drzwi te zamknięte, bo pana naczelnego jedwabnika nie zastaliśmy. Brudny, świecący się jak lustro pachołek, Chińczyk, honory nam robi; a ponieważ nie mamy trybuszona, więc siekierą odtłukuję główki flaszek od piwa. Pijemy spragnieni to ciepłe piwo; nagle zjawia się dwóch Koreańczyków u wejścia: to bonzowie żebrzący (mnisi buddyjscy). Mój towarzysz energicznem ka! (idź precz), załatwia ich pokorną prośbę. Ogromne, niezmierne kapelusze słomiane, do pół twarzy spadające, w formie piramidy, są ich odznaką. Powiadają mi, że wszyscy bonzowie, wszyscy dworzanie króla, są eunuchami.
Jedziemy dalej; — przy zachodzącem słońcu, z wysokości dość znacznej widok śliczny; w głębi, po obu stronach i w naszych tyłach, góry; przed nami morze, roje wysp, skał w morzu; ku północy widne ujście rzeki Han, co od wschodu z pod Seul, potem ku północy płynąc, tu się wlewa w morze. Pytałem, czy w tej części półwyspu koreańskiego są jakiekolwiek oznaki, resztki wulkanicznej czynności ziemi? Powiedziano mi, że ich obecnie niema; przeciwnie zaś w Fusanie, na wschodnio-południowem wybrzeżu, liczne podobno solfatory jeszcze egzystują. Mimo to zdaje mi się, że powierzchnia tego kraju wszystkie oznaki wulkanicznej formacyi w tej części nosi. Czyż góry te i pagórki były kiedykolwiek lasami pokryte, nie wiem; faktem jest, że dopiero daleko za Seul mają się rozpoczynać znaczniejsze lasy; dawniej zapewne pokrywały one wszystkie te dziś nagie wyżyny. Jakkolwiek Korea ma obfitować w kruszec, jakkolwiek klimat dozwala uprawiać ryż dość daleko na północ, jest to jedno z najuboższych państw w świecie. Chiński system mandarynów, owych pijawek ludu, wyniszczył kraj, co gorsza, czyni wszelkie podniesienie się dobrobytu między ludem niemożebnem, bo pocóż chłop ma pracować, kiedy wie, że mu wszystko zabiorą. Stąd owo lenistwo i bezczynność. Głównie podobno kobiety pracują — mężczyźni fajki palą. Kobiety niezbyt ładne; zamożniejsze nie wychylają nigdy nosa poza dom, chyba zakryte; nikt ich nigdy prócz męża nie widuje. Mężczyźni wydali mi się niesłychanie zazdrosnymi; przypominają w tym względzie Mahometan.
Jak niesłychanie lud wiejski jest przeciążony, osądzić łatwo z opowiadania kapitana Megera, którego spotkałem w Czimel-po; naturalnie za autentyczność nie ręczę. Każdy zamożniejszy właściciel gruntu jest w posiadaniu pewnej liczby czynszowników, z których każdy, choć zażywa wolności osobistej, jest obowiązany dziennie pewną zmienną ilość keszów (pieniędzy miedzianych, czy bronzowych) w gotówce zapłacić swemu panu. Podatki ściąga rząd w naturze, a mianowicie ryżem je spłacają. Parowiec ów, quasi królewski, a raczej przez pp. Mayer et Comp. rządowi wynajmowany, jeździ od portu do portu i zabiera podatek w formie worów ryżu. Z ogólnego zbioru każdy rolnik jest obowiązany oddać rządowi 70%. Naturalnie połowa z tego przepada w kieszeniach czy spichlerzach rozmaitych mandarynów.
Więcej szczegółów o Korei dziś mi podać trudno, choć słyszałem ich co niemiara — ale ze źródeł, mojem zdaniem, zupełnie niekompetentnych. Niestety, nie spotkałem misyonarzy. Biskup i misye rezydują w Seul. Owi dwaj misyonarze, którzy mieli ze mną jechać, nie przyjechali. Biskupa niezmiernie wszyscy chwalą. Jutro mamy być w Czi-fo, już w Chinach. Stamtąd na północny zachód do Taku, morskiego portu Tien-tsinu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.