Podróż na wschód Azyi/12 czerwca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Fusan (w Korei), 12 czerwca.

Zawinęliśmy do portu Nangasaki 9-go czerwca. Miejscowość cudowna, pełna wspomnień zwłaszcza dla Europejczyków: boć to ów port, gdzie wszyscy, w te dalekie strony zapuszczający się, czy misyonarze, czy podróżnicy, najprzód lądowali; to port, który pierwszy zwykle oglądano, opisywano. Tu srożyło się prześladowanie katolików z największą wściekłością i zażartością; wzgórza tutejsze, to istotne Golgoty Japonii. Tu też przez kilkaset lat zamknięci na malutkiej wysepce przesiadywali Holendrzy, jedyni przez cały peryod zamknięcia Japonii Europejczycy, których pozostawiono niby na terytoryum japońskiem, naturalnie bez pozwolenia lądowania! Nangasaki, to pierwszy port, który białym otworzono. W Nangasaki wreszcie odgrywa się cała owa idyotycznie głupia historyjka, którą z blagą prawdziwie francuską, udekorowawszy ślicznemi ilustracyami, ów wielki blagier, znany w literaturze kolejowo-dworcowej pod imieniem Piotra Loti, wydał pod nęcącym i wiele obiecującym tytułem: Madame Chrysanthène. Nangasaki opisywano już przynajmniej pół miliona razy; niechże mi więc wolno będzie odwołać się na owych, mniej lub więcej zręcznych poprzedników, i zaniechać opisu. Raniutko poleciałem na ląd, spodziewając się, że zastanę jak dotąd wszędzie miłych i gościom radych misyonarzy, którzy mi pomogą w zwiedzaniu miasta i okolicy, a zwłaszcza — tego byłem najciekawszy — owych gmin katolickich, które od prześladowań i zamknięcia Japonii w XVII. stuleciu, względnie w końcu XVI., do połowy naszego wieku przetrwały w wierze bez księży, bez żadnej z zewnątrz pomocy — istny cud! Niestety, rachuba moja omyliła mnie; zastałem tylko proboszcza, widocznie niesłychanie zajętego, który w czasie mej wizyty ledwie na stołku mógł wysiedzieć. Biskupa Msgr. Causin wcale nie widziałem — i ten rzekomo nadzwyczajnie zajęty.
Wskazano mi przynajmniej miejscowość Jama-zato, o godzinkę odległości od Nangasaki, gdzie miałem zobaczyć jedną z tych dawnych gmin chrześcijańskich. Chwytam pierwszą nadarzającą się riksę, walę co siły do Jama-zato. Przyjeżdżam, zastaję misyonarza w złym widocznie humorze. Nie mam szczęścia! Jedynie ciekawy kościół ich w Jama-zato, przerobiony z dawnego domu, w którym wszystkie badania i męki się odbywały, w którego podłodze do dziś dnia znajduje się znak krzyża, który kazano ludowi deptać nogami. Takich miejsc w Japonii było więcej; np. w Riuku umieszczono krzyż w kamieniu stanowiącym stopień schodów, prowadzących przez most. Tamtędy, podobnie jak w Nangasaki, przeprowadzono nietylko lud miejscowy, ale i Holendrów protestantów, którzy dla zysku, dlatego, by ich nie wypędzono z Japonii, dobrowolnie deptali znak krzyża. Po takim czynie już nic dziwnego, że ci sami Holendrzy wspólnie z japońskimi sołdatami gnietli i prześladowali nieszczęsnych katolików w Nangasaki aż do rozpaczy i powstania! Nic więc ciekawszego, jak ów kościółek w Jama-zato. Zwykły to większy dom japoński, w którym powyjmowano ściany i utworzono w ten sposób dość znaczną salę. Zamierzają misyonarze tu budować nowy kościół; niestety ten stary zabytek nie wystarcza na potrzebę miejscowej ludności katolickiej, wynoszącej około trzech do czterech tysięcy dusz. Poczciwi misyonarze palną sobie znowu jakąś straszną szatrę pod nazwą kościoła — licho naśladującą europejskie style — a tę starą, niezmiernie charakterystyczną świątnicę, zburzą. Jest to, trzeba przyznać, najsłabsza strona misyj katolickich, ta strona dobrego smaku. Zdają się mieć awersyę do piękna! A kochane siostry zakonnice wszelkiego gatunku, pierwsze pod tym względem zajmują miejsce! Nie wiem jakby się do tego trzeba wziąć, aby zwrócić uwagę sfer kompetentnych w Kościele na ten smutny fakt: ci ludzie, którzy są powołani do rozkrzewiania wiary, światła, miłości, — słowem najszczytniejszej na niebie i ziemi instytucyi, tj. wiary Chrystusowej; ci ludzie, którzy zresztą do wysokości tego szczytnego powołania w najliczniejszych wypadkach dorośli moralnie — ci sami ludzie, te kobiety, są równocześnie rozkrzewicielami tego, co w potocznej mowie nazywamy złym gustem. Jest to na pozór, ale tylko na pozór, małostka. Weźmy za przykład Japonię. Poczciwe siostry św. Pawła z Chartres, św. Dziecięctwa i t. p. mają szkoły, szkółki, ochronki, pensyonaty; w tychże uczą szyć, haftować — notabene na całym Wschodzie, zwłaszcza w Chinach i Japonii wyłącznie mężczyźni haftują i szyją, nigdy kobiety, tak, że siostry muszą swoje dziewczęta, nieraz 15 i 18 lat, uczyć tych robótek. — Czemuż nieszczęsne te stworzenia, wzrosłe wśród najwyrafinowańszego społeczeństwa, wśród społeczeństwa stojącego pod względem prostoty smaku, szlachetności gustu, może dziś najwyżej — czemuż, pytam, właśnie od sióstr katolickich mają się uczyć brzydoty form, gustu i stylu barocco w najgorszem tego słowa znaczeniu — tego, cobym nazwał stylem firaneczek, wstążeczek, kokardek??? Przecież pielęgnowanie sztuki jest w tradycyach katolickiego Kościoła, tej matki cywilizacyi naszej! Czyż nie mogliby jego zwierzchnicy przeszkadzać tym herezyom przeciw sztuce, i tej propagandzie zepsutego gustu?
Koło domku, w którym mieszka tymczasowo misyonarz (mówię tymczasowo, bo rząd japoński ciągłe robi trudności co do pobytu misyonarzy w głębi kraju); domku, gdzie przed 200 laty odbywały się śledztwa przeciw katolikom — pokazują mi starą śliwę, wiekiem pochyloną, skręconą, koszlawą, do której, według tradycyi, przywiązywano chrześcijan i bito bambusami, celem wydobycia zeznań. Zresztą nie widziałem tu żadnych pamiątek ni relikwij.
Popołudnie pierwszego dnia w Nangasaki spędziłem na spacerze i w teatrze japońskim. Nazajutrz o drugiej z południa odpływamy — tym razem wprost do Fusanu, pierwszego portu w Korei, do którego mamy zawinąć po siedmnastu godzinach żeglugi. Siedmnaście godzin powolnej żeglugi morskiej, toć odległość żadna; ze szczytu gór koreańskich widać dokładnie wyspę Tsuszima, a w dnie pogodne zapewne widać i ląd głównej wyspy Nippon; odległość więc fizyczna minimalna. Jakaż jednak otchłań dzieli te dwa kraje, te dwie rasy? Dzień i noc, Japonia i Korea! Już sama konfiguracya lądu: Japonia pagórkowata, zielona, wesoła, mnóstwo drzew, mnóstwo ładniutkich ogrodów, świątyń, gaików; Korea górzysta, wejrzenie surowe, ponure, góry nagie, lub nizkim krzewem pokryte, gajów i gaików niema; mieszkania ludzkie nizkie, brzydkie, brudne; budowle publiczne opuszczone, zaniedbane, prymitywne. Ludność tam mała, ale zwinna, ruchliwa, wesoła, śmiejąca się; tu wprawdzie chłopy jak dęby, ale wszystko, nie ponure może, lecz i nie wesołe, zapatrzone takie jakieś, jakby całe życie o niebieskich migdałach myślało; a w istocie nie myśli o niczem. Lud, o rysach zupełnie od japońskich odmiennych, na pierwszy rzut oka przypomina dziwnie Riukianów. Korea, to państwo lenistwa bezgranicznego!
Położenie Fusanu dość piękne. Jest to jeden z portów otwartych, w myśl ostatnich traktatów. W skutku pertraktacyj z roku 1876 między Japonią i Koreą, w Fusanie oddano część wybrzeża na użytek i własność Japończyków. Miasteczko japońskie, to istotnie jedyna osada; ani Chińczycy ani Europejczycy tu się nie osiedlili dotąd. Dwóch Anglików i dwóch Niemców, jeden Włoch, oto cała kolonia Europejska. Handel prawie żaden; chwilowo teraz nieco więcej ruchu, bo nasz statek zabiera setki worów z kartoflami i ryżem do Czi-fu w północnych Chinach, gdzie straszna w tym roku nędza i klęska głodowa srożyć ma się. Sam Fusan nie przedstawia wielkiego interesu; nawet stare miasto, odległe o pięć do sześciu mil angielskich w głąb zatoki ku wschodo-północy, choć otoczone jeszcze dawnym murem, choć ma kilka zabytków starych, niezbyt mnie zainteresowało, bo nadto tu znać wpływy japońskie. Już od sławnej zwycięskiej wyprawy cesarzowej Zingo-Kogu, tj. od III. wieku naszej ery, ekspedycye Japończyków do Korei ponawiają się ciągle w biegu ich historyi — nic więc dziwnego, że tutaj, w punkcie najbardziej do Japonii zbliżonym, najwidoczniejszy jest wpływ japoński. Co do pytania, czy to wpływ japoński w Korei widoczny, czy przeciwnie, w Japonii wpływ koreański — trudno mi naturalnie na nie odpowiedzieć. Zdaje się jednak nie ulegać wątpliwości, że Korea wielką w historyi cywilizacyi japońskiej odgrywała rolę, zwłaszcza jako pośredniczka, za pomocą której cywilizacya chińska przechodziła do Japonii. Dotychczas mogę skonstatować tylko fakt następujący: mury, okalające dawny Fusan, niczem Japonii nie przypominają, muszą być czysto chińskim wymysłem, czysto w chińskim stylu. W Japonii miast nie otaczano murem, otaczano tylko zamki, i to murami zupełnie innej konstrukcyi. Mury japońskie, to raczej wały ziemne ogromnych rozmiarów wszerz i na wysokość, pokryte z zewnątrz wielkiemi bryłami kamiennemi. Mur koreański, to mur w zwykłem słowa tego znaczeniu, górą blankowany i opatrzony strzelnicami; tylko w bezpośredniem pobliżu bram miasta widoczne są wały, nieco Japonię przypominające.
Zabudowania publiczne, więc świątynie, a raczej powiedzmy kaplice, bramy miejskie, mieszkania oficyalnych osobistości, przypominają nieco japońskie. Łatwo można przypuścić że ten sposób budowania, ta ornamentyka, prymitywna jeszcze, uboga i prosta, przyszła stąd do Japonii. To, co w Japonii najczęściej rzeźbiono w drzewie lub kamieniu, to tutaj malowano na drzewie w niezmiernie barwnych kolorach. Mieszkania prywatne także nieco japońskie przypominają, ale tylko o tyle, o ile np. kościół św. Piotra w Krakowie przypomina rzymską bazylikę, i to jeszcze niedostateczne porównanie. Dom japoński, ów szczyt szyku i czystości, szczyt tego, co w niemieckiem niedlich nazywamy, jest po największej części dwa lub trzy razy wyższy, okazalszy, dachówką kryty; dom koreański w zasadzie nieco podobny do japońskiego, przynajmniej zewnętrznie: ten sam system okien, ten sam system siedzenia na słomianych matach, brak komina, brak tajemnicy w domu, bo go z jednej strony na drugą z ulicy przejrzeć można. Ale dom koreański, z wyjątkiem kilku, kryty słomą, niziutki (nie ma więcej nad trzy metry wraz z dachem), zakopany, schowany zupełnie w ziemi; okienka tak nizkie, że właścicieli nogi zdradzają, czy jest pan w domu. Podłogi naturalnie w domach tych ani śladu; rodzaj klepiska ją zastępuje. Młócenie zboża odbywa się na dworze, i to na środku ulicy, tak że przechodząc, trzeba niezmiernie uważać, by cepem po głowie nie dostać. Młocka zupełnie już inna, niż w Japonii: tam zboże trą, szarpią grzebieniami, biją pojedyncze snopy o rodzaj grabi; tu już młocka prawdziwa: cepy bambusowe, u których końca zamiast drzewa, jak u nas, jest rodzaj rózgi z trzciny uwiązany.
Wczoraj wszędzie prawie zastałem żniwo i młockę. W Japonii już po największej części żniwa zbożowe skończone. Lud, jak powiedziałem, chłop w chłopa. Wszystko biało ubrane, co niezmiernie dziwi i uderza po trzymiesięcznym pobycie w Japonii, kraju ciemno-niebieskiej farby. Na głowach noszą bogatsi kapelusze nader dziwne, o okrągłych krysach, z włosienia końskiego, lub bambusu niezmiernie cienko krajanego, tak iż kapelusze te są jak wuale przeźroczyste. Ubożsi po prostu kawałkiem szmaty, w formie turbana, bogatą grzywę przewięzują. Włosy długie, kruczo czarne, związane u żonatych w szypełek u czubka głowy — czem niezmiernie Riukianów przypominają; nieżonaci noszą bujne, szerokie warkocze, daleko od chińskich piękniejsze, bo krótsze a bogatsze. Ponieważ jednak wszyscy, nie wyjmując bab i dziadów, są zupełnie biało ubrani w szerokie bufiaste kaftany (troszkę do żupana podobne) i pludry nader obfite w materyał, przeto niema często sposobu zoryentować się, czy się widzi kobietę, czy chłopa. Panie noszą ogromnie szerokie, odstające (jakby na krynolinie leżały) spódniczki bieluchne. Do tego pas bardzo szeroki z tej samej materyi, i staniczek z rękawami, pierś tylko do pół przykrywający, również z tej samej materyi. Na głowie białe chusty, formą przypominające nieco czepce, za czasów Zygmunta I. noszone. Włosy związane w rodzaj warkocza wokoło głowy, i z boku po lewej stronie twarzy po prostu w guzeł zawiązane.
Twarze obu płci brzydkie. Mężczyźni jeszcze przystojniejsi niż damy. Wrażenie pierwsze, jakiego doznałem, bardzo korzystne; wydaje się to poczciwy, łagodny lud — niesłychanie leniwy. Nic w tem dziwnego: wskutek wpływu Chin, i tu panuje system mandarynów, i tu zatem każdy się stara być, a przynajmniej uchodzić za nędzarza. Wszak wszystko, coby miał nad pewną minimalną miarę, to wszystko rapax bestia mandaryn w tej samej chwili zabrałby; więc pocóż mieć więcej, niż konieczna potrzeba? poco pracować na więcej? System straszny! Mimowoli życzyłoby się tym biedakom, by choć na lat kilkadziesiąt dostali się pod panowanie obce, zwłaszcza angielskie.
Na tem na dziś kończę. Jutro, skoro świt, mamy stanąć w Czimel-pu, czyli Jim-san, port stolicy Korei: Seul. Myśląc o panu Włodzimierzu, kupiłem wczoraj bardzo stary garnek koreański.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.