Pielgrzymi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Algernon Charles Swinburne
Tytuł Pielgrzymi
Pochodzenie Przekłady
z poetów obcych
Wydawca „Gazeta Polska”
Data wydania 1899
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PIELGRZYMI.

— Gdzie jest pani serc waszych, wy którzy idziecie
Z pieśnią? Czy z żalu po tem, co było na świecie,
Smutni tak — czy z tęsknoty za jutrznią, co będzie —
Śpiewacie tak żałośnie naraz i weselnie?
— Pani serc naszych ludzkie nie zobaczą oczy:
Nie ma ona rąk, źrenic, warg ani warkoczy
Złocistych, ani kształtu; lecz ten, co posiędzie
Jej miłość — wie, że piękno jej trwa nieśmiertelnie.

— Czyż to królowa, darów rozdająca skrzynie?
— Tak, owo: ten, co ujrzał ją — dla niej jedynie
Żyć będzie — i w cierpieniu — we łzach, krwi i pocie
Dla niej — męki nie syty — pójdzie po otchłaniach.
A gdy mu umrzeć każe — tedy — umrze pewnie
I wszystko drogie rzuci i da tej królewnie
I nago pójdzie w słońca żarach, w śniegów słocie
I życie swe przepędzi w wieczystych czuwaniach.

— Nie maż ona siedziby śród ziemskiego koła?
— Wiek wieku pyta, naród narodowi woła:

Gdzie ona? a na krzyk ten nie masz odpowiedzi.
Bo jeśli ona w duchu ludzkim się nie mieści,
Jeśli niema stolicy w wnętrzu twego łona,
Próżno śpiewać jej chwałę: dźwięk to pustej miedzi,
Póki serce nie bije odczuciem jej treści.

— A czy nie żal wam życia słodkiego potoku?
Bo śmiertelna wyrocznia płonie w waszem oku,
Hieroglif smutku, piętno wielkie a ogniste,
Że w życiu waszem niema wczasu ni spocznienia,
Miłości prostej, uczuć żywych i serdecznych,
Przyjaźni, snów rozkoszy ani chwil bezpiecznych?
— Niema, tak! Dla nas tylko oblicze jej czyste —
Jasny wzrok — i ożywcze a płodne jej tchnienia.

— Ale wy wszak umrzecie, nim jej tron ujrzycie.
— Pewnie — i odrodzony w słonecznym rozświcie
Glob bez nas płynąć będzie — gdy my legniem w grobie!
Lecz jeśli ona żyje i ziemię porusza —
Jeśli stary świat zerwie wszystkie stare pęta:
Toć przez nas owa jutrznia odrodzin poczęta.
My nie umrzem. Żyć będziem, pełni szczęścia w sobie —
Bo życie krótkie — śmierć zaś słodko wita dusza.

— A ludzie was zapomną. — Ale my na wieki
Staniem się częścią globu, oceanów rzeki —
Częścią eteru, ognia, który w ziemi płonie
I wszystkich rzeczy dobrych; w każdem uderzeniu
Ludzkich serc — będzie drgała krwi naszej kropelka —
Jak w waszych bije pulsach — niewygasła, wielka
Krew zmarłych, co wszczepili żądzę w naszem łonie
By ich ognistym śladem iść w rozpromienieniu.


— Lecz wypić moglibyście z rozkoszy kielicha!
Szalony teraźniejszość kwiecistą odpycha
I zamyka się w jutra tchnieniu lodowatem,
Gdy oto matka, ojciec, brat wasz, siostra wasza
I ta wybranka wasza, wasze ukochanie
Pójdą w proch — i z nich śladu, jak z was nie zostanie.
— Zostanie ta, co była nam jedynym światem,
Razem siostra, kochanka, razem matka nasza.

— Wartoż ofiar, by nagród doczekać tak małych?
Patrzcie! zamarłe usta wieków osiwiałych
W przeszłości swej zasnute, jak w wiecznej ciemnicy
W pozaświatowych mrokach — w mogiłach zamkniętych
Drwią z was, wiedząc, jak wielu mówiło też słowa
I upadli — upadli — i zmarłych grób chowa!
Wstaniecie-ż wy, gdy tamci nie wstali z martwicy?
— Nie my — lecz ona! Dla niej nie żal być z wyklętych.

— Nie jesteście-ż zmęczeni? duch wasz nie zamiera,
Widząc, jak noc z kolei — noc, dzień — dzień pożera,
Chwila chwilę w bezsennym ogniu jak pochłania?
Bezsenni! kiedyż do snu zamkniecie powieki?
— Znużeni my! Omdlewa serce, mózg, dłoń, nogi —
I pewnie senby dla nas nad wszystko był drogi
Nad wszystko — prócz strasznego tego pożądania,
Które, gdy kto raz odczuł, będzie czuł na wieki.

— Tak lubą wam, że za nią gonicie wyschnięci —
Tak pewną, kiedy próżne wszystkie ludzkie chęci —
Mara ta: by w orkanach uzdrowienia cudu
Szukać — złamanym sercom i grzbietom ugiętym?

— Gdyby żywot nasz ślepy był, a śmierć jałowa,
Dumna nadzieja świata przecież się zachowa.
Człowiek się do człowieka, lud zwróci do ludu
I żywe będzie żywem, słowo święte — świętem.

— Omijajcie nas zatem — i płyńcie swą drogą.
Jakież światła po śmierci zabłysnąć wam mogą?
A gdy świt zajaśnieje, dowiecie-ż się w grobie?
A gdy człowiek zwycięży, gdzie wam posłać gońca?
— Dość jest światła na miarę jednego żywota,
Ludzie mrą, nieśmiertelną — człowiecza istota.
My ludzie śmierć ponosim, siejąc w nocy dobie,
By człowiek w dzień się żywił, żął i żył bez końca.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Algernon Charles Swinburne i tłumacza: Antoni Lange.