Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką
Wydawca Nakład J. Sikorskiego
Data wydania 1873
Druk Druk J. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Indeks stron


Doktór Fergusson miał służącego imieniem Joe (Józiek). Doskonały ten chłopak zawsze wesół, z niezachwianem zaufaniem i poświęceniem bez granic, przywiązany był do swego pana. Niepodobna wymyśleć lepszego sługi. Fergusson powierzył mu całe gospodarstwo kawalerskie i dobrze na tem wychodził. Rzadki i poczciwy Joe! sam zarządzał obiad trafiając do smaku swego pana, pakował rzeczy do podróży nie zapominając o skarpetkach i koszulach, posiadał wszystkie klucze i tajemnice swego pana, i nienadużywał zaufania!
Ale też w oczach poczciwego Joe doktór był człowiekiem nadzwyczajnym; z jakiem uszanowaniem i ufnością słuchał jego postanowień! Gdy przemówił Fergusson, szaleniec chyba miałby mu co do zarzucenia. Cokolwiek pomyślał, było trafne, cokolwiek powiedział, rozumne, cokolwiek rozkazał, wykonalne, cokolwiek przedsięwziął, możliwe, cokolwiek dokonał, godne podziwienia. Joe dałby się porąbać na sztuki, a nie zmieniłby opinji o swoim panu.
Kiedy więc doktór powziął myśl podróży powietrznej po Afryce, Joe uważał projekt za rzecz już postanowioną i dokonaną; nie było przeszkód. Doktór Fergusson już niby odjechał ze swym wiernym sługą, bo poczciwy chłopak wiedział dobrze, iż należeć będzie do podróży.
Zresztą mógł być bardzo użyteczny, miał bowiem wiele sprytu i był niesłychanie zwinny. Gdyby potrzebny był professor gimnastyki dla małp w Zoological Garden, które przecież nie należą do ociężałych zwierząt, Joe niezawodnie otrzymałby tę posadę. Zabawką dlań było skakać, piąć się w górę, rzucać na złamanie karku i wykonywać mnóstwo sztuk niemożliwych.
Fergusson był głową, Kennedy ramieniem, a Joe ręką. Towarzyszył swemu panu w kilku podróżach i miał już pewien sobie właściwy pokost naukowy.
Ale szczególniej odznaczał się spokojną filozofją i przedziwnym optymizmem; wszystko zdawało mu się łatwe, logiczne, naturalne, a następnie nigdy nie widział potrzeby skarżyć się i narzekać.
Prócz innych przymiotów, miał zdumiewającą siłę i doniosłość wzroku; jak Moestlin i profesor Kepler, mógł bez lunety rozróżnić księżyce Jowisza i policzyć w grupie plejad czternaście gwiazd, z których ostatnie są dziewiątej wielkości. Nie wbijało go to w pychę; owszem, każdemu kłaniał się z daleka, a przy sposobności doskonale posługiwał się swemi oczyma.
Znając nieograniczone zaufanie Joego do doktora, nie trzeba się dziwić, że zacny sługa ciągle się spierał z Kennedym, zresztą z należnem dlań uszanowaniem.
Jeden wątpił, drugi wierzył; jeden był przezorną roztropnością, drugi ślepem zaufaniem. Doktór stał w środku między powątpiewaniem i wiarą, i prawdę mówiąc, nie troszczył się o obu.
— Cóż, panie Kennedy? — mówił Joe.
— A co, mój chłopcze?
— Czas się zbliża! podobno wybieramy się na księżyc
— Zapewne mówisz o ziemi Księżycowej, która nie leży tak daleko; ale bądź spokojny, podróżto nie mniej niebezpieczna.
— Niebezpieczna! z takim człowiekiem jak doktor Fergusson!
— Nie chcę cię pozbawiać złudzeń, mój poczciwy Joe; ale to jego przedsiewzięcie jest po prostu niedorzeczne — i nie pojedzie.
— Nie pojedzie! Chybaś pan nie widział jego balonu w warsztatach pp. Mittchel na Borough[1].
— Ani myślę iść oglądać.
— Szkoda panie! jest co widzieć. Śliczny pojazd! Jaka zgrabna łódka! jak nam w niej będzie wygodnie!
— Myślisz więc towarzyszyć swemu panu?
— Ja panie? — odparł Joe z przekonaniem — ależ na krok go nie odstąpię! Tegoby jeszcze brakowało! zostawić go samego, gdyśmy razem cały świat obiegli! A któż go wesprze gdy będzie zmęczony? kto mu poda dłoń silną, gdy zechce przeskoczyć przepaść? kto nad nim będzie czuwał gdy zachoruje? Nie panie Dick, Joe będzie zawsze na swem stanowisku przy doktorze Fergusson.
— Dzielny chłopiec!
— Zresztą pan będzie z nami, — dodał Joe.
— Niewątpliwie — odparł Kennedy — to jest, pojadę z wami, by do ostatniej chwili nie pozwolić Samuelowi na podobne szaleństwo! Pojadę nawet do Zanzibar, by i tam ręka przyjaciela powstrzymała go od niedorzecznego projektu.
— Z przeproszeniem pańskiem, nic pan nie powstrzymasz. Mój pan nie jest półgłówkiem; długo rozmyśla nim co przedsięweźmie, a gdy poweźmie postanowienie, sam djabeł nic z nim nie poradzi.
— Zobaczymy.
— Niech się pan nie łudzi. A przytem rzeczto wielkiej wagi byś pan z nami jechał. Dla takiego jak pan myśliwca, Afryka jest cudownym krajem. Tak więc pod żadnym względem nie pożałujesz pan podróży.
— Niewątpliwie, nie pożałuję, jeśli zwłaszcza uparty Samuel usłucha głosu rozsądku.
— Ale ale! — rzekł Joe, — czy pan nie wie, że dzisiaj ważenie?
— Jakie ważenie?
— A tak, mój pan wraz z panem i ze mną będziemy się ważyć wszyscy trzej.
— Jak dżokeje!
— Jak dżokeje. Tylko niech pan będzie spokojny, nie ogłodziemy pana byś mniej ciężał. Weźmiemy pana jak jesteś.
— Nie dam się ważyć, — stanowczo rzekł Szkot.
— Ależ panie, podobno to jest potrzebne do jego machiny.
— No, to się jego machina bezemnie obejdzie.
— Doprawdy! a gdybyśmy z powodu niedokładnych rachunków, nie mogli wznieść się w powietrze!
— Na honor! tego mi właśnie trzeba!
— Ależ panie Kennedy, mój pan niebawem po nas przyjdzie!
— Nie pójdę.
— Nie zechce mu pan zrobić tej przykrości.
— Zrobię.
— Ba! — rzekł śmiejąc się Joe — pan tak mówi, bo go tu niema; ale jak przyjdzie i powie panu: „Dicku (z przeproszeniem pańskiem), potrzebuję dokładnie poznać twój ciężar”, pójdziesz pan zaręczam.
— Nie pójdę.
W tej chwili wrócił doktór do swojej pracowni, gdzie się toczyła ta rozmowa; spojrzał na Kennedego, który jakoś był markotny.
— Dicku, — rzekł — pójdź z Joe; potrzebuję wiedzieć ile obadwa ważycie.
— Ale....
— Możesz nie zdejmować kapelusza. Chodź.
I Kennedy poszedł.
Wszyscy trzej udali się do warsztatu pp. Mittchell gdzie była przygotowana waga rzymska. W istocie doktór potrzebował poznać ciężar swych towarzyszów, by ustalić równowagę powietrznego statku. Skinął na Dicka, by stąpił na szalę wagi; ten usłuchał mówiąc półgłosem:
— Dobrze! dobrze! to do niczego nie obowiązuje.
— Sto pięćdziesiąt pięć funtów, — rzekł doktór zapisując liczbę w pugilaresie.
— Czy jestem zaciężki?
— O nie, panie Kennedy; zresztą ja jestem lekki, to pójdzie jedno w drugie.
I to mówiąc, Joe z zapałem zajął miejsce myśliwca, o mało nie obaliwszy wagi; stanął jak Wellington, który przy wejściu do Hyde-Park małpuje Achillesa. Był wspaniały nawet bez tarczy.
— Sto dwadzieścia funtów, zapisał doktór.
— E! e! — uśmiechnął się zadowolony Joe.
Dla czego się uśmiechał, sam nie umiałby powiedzieć.
— Kolej na mnie, — rzekł Fergusson, i zapisał na swój rachunek sto trzydzieści pięć funtów.
— Wszyscy trzej, — rzekł, — ważymy tylko czterysta funtów.
— Ale proszę pana — powiedział Joe — jeśli tego potrzeba do pańskiej wyprawy, to będę się głodził i schudnę jeszcze o dwadzieścia funtów.
— Nie trzeba mój chłopcze — odpowiedział doktór — możesz jeść ile zechcesz; oto masz pół korony, racz się do woli.
Doktór Fergusson oddawna zajmował się szczegółami swej wyprawy. Łatwo pojąć, że balon, ten cudowny rydwan powietrzny, był przedmiotem nieustannej jego troskliwości.
Naprzód, nie chcąc nadawać zbyt wielkich rozmiarów statkowi powietrznemu, postanowił napełnić go gazem wodorodnym, który jest czternaście i pół razy lżejszy od powietrza. Wyrób tego gazu jest łatwy i najlepiej daje się stosować do doświadczeń żeglugi powietrznej.

Przypisy

  1. Przedmieście południowe w Londynie


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.