Pięć minut do północy/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XV.

Wkrótce po wizycie u kapitana, do hotelu Alfreda zgłosił się Joe.
Małachowski był w domu i natychmiast przyjął go, trochę zdziwiony niezwykłą, jak na wizyty godziną i odwiedzinami dumnego Anglika.
Joe Leyston, uzbrojony w monokl, po przywitaniu rzekł:
— Drogi panie! Muszę się przyznać, że słowa pana, wypowiedziane podczas pobytu w hotelu des Bergues, zaniepokoiły mnie...
Alfred milczał.
— Bo jeżeli rozumowania pana są słuszne, a, musze przyznać, że mówił pan nadzwyczaj przekonywająco, to nad Europą wkrótce nagromadzą się nowe chmury — powiedział Joe.
— Niestety, obawiam się tego, panie Leyston! — stwierdził Małachowski.
— Hm... — mruknął Anglik. — Jakież środki ratunku mogą być wynalezione?
Alfred zamyślił się. Na twarzy jego odmalowało się zakłopotanie. Joe, widocznie, zrozumiał to, bo żywiej poruszył się na swem miejscu i, wyrzucając monokl, cichym głosem powiedział:
— Niech się pan nie krępuje! Będę rad posłyszeć nawet najbardziej niepochlebne dla mego kraju zdanie.
Uśmiechnął się, krzywiąc usta i odsłaniając duże zęby.
— Może pana zadziwić, — dodał, — że przychodzę z tak natarczywym interview’em! Objaśnię, dlaczego to robię. Zastanowiły mnie słowa kapitana von Essen, że my młodzi musimy się porozumieć z całą szczerością. W tem była prawda!
— Niezawodnie! — odparł Alfred. — Chodzi tylko, aby owa szczerość była obopólna i żeby szczere przekonania jednych nie zostały wykorzystane przez innych. To się już bowiem zdarzało w dziejach ludzkości...
Yes! — potwierdził Joe. — Powodem mojej wizyty jest chęć usłyszenia o nowych drogach współżycia narodów...
— Właśnie, wytłumaczyć panu o co mi chodziło, będzie trudniej niż komu innemu — zauważył zakłopotany Małachowski.
Well? Dlaczego? — spytał Anglik, podnosząc blade oczy.
— Dlatego, że wy — Anglicy żyjecie odrębnem życiem i stworzyliście dla siebie dwie cywilizacje, zupełnie odmienne i wrogie sobie.
O! — zawołał Leyston.
— Wasza wewnętrzna wyspiarska cywilizacja może w zachwyt wprowadzić mieszkańca kontynentu — mówił Małachowski. — Interesują was i porywają zagadnienia moralne, duchowe i socjalne, a praca wasza w tym kierunku jest nader szlachetna. Tworzycie u siebie najkulturalniejsze społeczeństwo, pełne najlepszych tradycyj, religijności, które odrywają człowieka od zgiełku codziennego i od poziomych myśli, pełne zachwytu nad nauką i sztuką, powiem nawet, skromności nietylko obyczajowej, lecz nawet zewnętrznej. U siebie w kraju nie panoszycie się tem, co jest „made in England“ i uważnie, z poszanowaniem dla myśli i przekonań innego człowieka przysłuchujecie się nowym lub inaczej ujętym ideom.
— Dziękuję! — mruknął Joe Leyston. — Bardzo pochlebne zdanie o społeczeństwie wielko-brytyjskiem!
— Przepraszam, mówię o społeczeństwie angielskiem! — poprawił go z uśmiechem Alfred. — Gdy zaś to społeczeństwo poczuje i uświadomi sobie, że stanowi jądro Wielkiej Brytanji, zaczyna myśleć i działać wręcz odmiennie!
O! — szepnął Joe.
— Ktoś powiedział w czasy biblijne, że „polityka jest ladacznicą Babilonu“ i to prawda! Drapujecie się wtedy w obłudny płaszcz posłannictwa najwyższego, a w zwojach tego płaszcza nic oprócz worka ze złotem i ukrytej broni znaleźć nie można. Wszystko inne pozostawiacie w swoich home’ach. Nic was nie obchodzi ludzkość, szczytne idee, cywilizacja całego świata, bo Wielka Brytanja w tej chwili wymaga czego innego. Dlatego trudno mi jest mówić o rzeczach ogólnoludzkich z dyplomatą Wielkiej Brytanji.
— Czyżby uważał to pan za zupełnie niemożliwe? — cicho spytał Joe, krzywiąc usta.
— Obawiam się, że tak... do chwili, aż Wielka Brytanja zacznie myśleć o ludzkości, jak o niej myśli szlachetna i mądra Anglja, — odparł Alfred.
O! — wyrwało się Anglikowi.
— Bardzo byłoby mi przykro, gdyby pan czuł się dotknięty niemi słowami — dodał Małachowski. — Chcę objaśnić... Anglja posiada twarde zasady moralności osobistej i społecznej, które się wyrażają w życiu rodzinnem i w ciągłości systemu wewnętrznego życia kraju. W sprawach zaś polityki Wielka Brytanja nie znosi żadnego skrępowania długotrwałemi traktatami, billami, parlamentem. Robi to dlatego, aby mieć wolne ręce i swobodę w wykonaniu wymagań Imperjum, z niczem się nie licząc. To chciałem powiedzieć, i przyznaję, że pragnąłbym, aby zmartwychwstająca Polska poszła za przykładem Wielkiej Brytanji...
— To wspaniale! — zawołał Joe, klaszcząc w dłonie. — Znakomity finał refleksji!
— Muszę wytłumaczyć panu, aby być ściśle zrozumianym! — przerwał mu Małachowski. — Na naszej drodze państwowej będą się piętrzyły groźne przeszkody i trudności. Najgorsza z nich będzie ta, że mocarstwa chciałyby widzieć Polskę, jako trzeciorzędne, drobne państwo. Życzenie — oparte na przeróżnych kombinacjach... Tymczasem my znamy naszą historję, siłę i odporność naszej kultury narodowej, oceniamy swoją sytuację w Europie i rozumiemy polityczne zadanie Polski. My nie chcemy i nie staniemy się nietylko trzeciorzędnem, lecz nawet drugorzędnem państwem!
— A więc imperjalizm polski? Wszystkie żagle do góry? — spytał Anglik.
— Tu właśnie zachodzi kardynalna różnica w politycznych zamiarach wielkich mocarstw i przyszłej, wielkiej Polski! — odpowiedział z siłą Alfred Małachowski. — My nie zamierzamy dążyć do nieskończoności. Nasza historja, stokrotnie przez nas samych skontrolowana i skrytykowana, zakreśla granice polskich dążeń. Mamy przed sobą jasny cel, zupełnie realny, na zasadach dziejowej prawdy oparty. Za tę metę nie przekroczymy! Do tego zaś czasu, powtarzam, chciałbym, aby rządy polskie szły śladami Wielkiej Brytanji.
— Rozumiem... — rzekł Joe Leyston. — Chciałbym poznać Polskę i przyjrzeć się, jak będzie dążyła do swej mety.
— Bardzo pożądane to i dla nas! — odparł Alfred. — Nie lekceważylibyście panowie naszego narodu, a jednocześnie przekonalibyście się, że mamy z Anglikami pewne wspólne cechy.
Well? — spytał Leyston, z ciekawością patrząc na Alfreda.
— Nad Anglikami, jak wiadomo, nie ma władzy klimat — rzekł Małachowski.
O, yes! — zawołał z dumą Joe.
— Nad nami też! — zaśmiał się Alfred. — Polacy całe życie spędzali pod kołem polarnem na Syberji, prażyli się i prażą na skwarnem słońcu San Dominga, Brazylji, Afryki równikowej i powracają zewsząd Polakami, zdolnymi do nowych wysiłków mózgu i mięśni.
— Brawo! — wołał ucieszony Anglik. — Ten sam dowód wyższości organizacji angielskiej nieraz przytaczał Cecil Rhodes i Balfour.
— Widzi pan, że miałem rację, a więc serdecznie zapraszamy Anglików do Polski! — rzekł Alfred.
Well! Dziękuję! — kiwnął głową Joe i zauważył: — Jednak rozmowy naszej nie zakończyliśmy, nie powiedział mi pan...
— Sądzę, — przerwał mu Małachowski, — że będzie lepiej, gdy dokończymy jej przekonawszy się, czy myśl Europy po wojnie wejdzie na inne tory, czy też będzie dążyła dawnym szlakiem szaleństwa i zbrodni? To wszak prędko się wyjaśni!
— Ma pan rację... — potwierdził Joe. — Chociaż wydaje mi się, że skoro dowódca niemieckiej łodzi podwodnej mówi o szczerości pomiędzy narodami, to jest nadzieja na coś nowego w stosunkach europejskich...
— Daj to Boże! — ponurym głosem zakończył rozmowę Alfred.
Zaczęli mówić o Manon i Henryku, który wywarł na zimnym Leystonie silne wrażenie.
— Powiedziałbym, że jest to dziecko nadzwyczajne, — zauważył. — Łagodne, mądre, posiadające jakąś nadprzyrodzoną wrażliwość, nieraz wprost przerażającą.
— Nieszczęśliwa panna Manon przeżywa wielką tragedję, mając tak niezwykłe dziecko, dotknięte najstraszliwszem kalectwem! — dodał Alfred.
— Okropne! — wzdrygnął się Joe.
— A jednak panna de Chevalier zachowuje spokój i pogodę ducha — zauważył Małachowski. — Widzę w tem dowód nadzwyczajnej siły wewnętrznej.
— O, na froncie słynęła z odwagi i ofiarności! Nazywano ją „świętą!“ — zawołał Leyston.
— Nie wiedziałem o tem — cichym głosem odezwał się Alfred. — Jest to prawdziwa francuska dusza, pełna entuzjazmu, nie gasnącego nigdy, bo pozostaje ciągle w orbicie czynu i rozumie cel, który ją porywa do prawdziwego bohaterstwa. Wielka rasa! Nawet jej szaleństwa mają zawsze cechy genjalności lub objawienia...
Joe nic nie odpowiedział i spuścił głowę.
— Niebabym przychylił tej nieszczęśliwej kobiecie! — wybuchnął Alfred z rozpaczą w głosie. — Serce się rozrywa na widok tego bohaterskiego spokoju!
Yes! Yes! Indeed! — wtórował mu Anglik. — Ktoby mógł przewidzieć, że tak ciężki spotka ją los?!
Westchnął i podniósł się.
Pożegnał Małachowskiego i opuścił pokój, wyprostowany, powolny w ruchach. Jednak Alfred spostrzegł, że Anglik miał głowę pochyloną naprzód, a w całej postaci nie było zwykłej wyniosłości.
Istotnie, Joe kroczył, pochłonięty nawałem myśli i wrażeń.
Wybiegały one po za obręb odwiecznego systemu Wielkiej Brytanji i, chociaż na obcym terenie było to stanowczo niewłaściwe, — Joe lord Leyston czuł się w tej chwili tylko Anglikiem.
— Czy miał ten Polak rację?... — zadawał sobie pytanie.
Podniósł ramiona i głowę, wcisnął w oko monokl, ujrzał siebie w Genewie, na obczyźnie, więc usta skrzywił w pogardliwym uśmiechu i syknął!
O, no, indeed! Never...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.