Pax

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Pax
Pochodzenie Kuszenie Szatana
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, E. Wende i Spółka
Druk Zakł. graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PAX
1896


I.

— A jaki koniec tego wszystkiego?
— Niema końca!
— Zgoda i na to. Dążąc, musimy jednakże wiedzieć, do czego dążymy, dokąd, jak?.. Kierunek, cel, o to mi chodzi.
— Niema celu!
— Jakżeż to więc?
— Postęp dla postępu! życie dla życia, dla ruchu, wiru...
— Śmieszne. Już lepiej było odpowiedzieć banalnem zdaniem o szczęściu ludzkości.
— Szczęście? Wiesz, boję się igrać z tem słowem. Wydaje mi się ono tajemniczem i wielkiem a tak często nadużywanem. Wolę raczej użyć wyrazu: zadowolenie.
— Szczęście czy zadowolenie... mniejsza o nazwę! Gdzie go jednak szukać. Czy w tym postępie bez końca i celu?
— Zapewne. A zresztą...
— Cóż?
— Ja go szukam w sztuce: na płótnie, które pod moimi palcami ożywia się i zapełnia snami ujętymi w ciało, w kształt, barwę... To moje życie.
— I znalazłeś je, to szczęście czy zadowolenie?
— Jeszcze nie, ale z czasem...
Urwał i po chwili zaczął znowu:
— Inni go szukają po innych drogach, inaczej. Ale zawsze w życiu, bo to podstawa. Mówią: wolność, mówią: poznanie, wiedza, doskonałość...
Do rozmowy wmieszał się trzeci głos, starszy od obydwu poprzednich:
— A spokój? How do you think? Czy on nie jest szczęściem?
Słowa te, rzucone niespodziewanie tonem zapytania, nie znalazły na razie odpowiedzi. Głębokie milczenie zapanowało w gronie trzech przyjaciół.
Siedzieli oni dokoła małego stolika na werandzie restauracji, postawionej tuż nad brzegiem jednego ze szwajcarskich jezior. Widok stąd roztaczał się cudowny i szeroki: na wodę, na góry i na wielkie lazurowe niebo. Tuż u podnóża werandy biegło jezioro szklącą i olbrzymią płaszczyzną, u brzegów powiewem wiatru zmarszczone nieco i po żwirze i głazach szemrzące melodję jakąś monotonną; dalej, na środku, spokojne i błękitne odbiciem nieba i zachodzącem słońcem złote.
Setki łódek małych i większych, o białych żaglach, roiły się w otchłani wody i światła, obrąbionej stokami wzgórz zielonych, rozkosznych, pełnych winnic i ogrodów z białemi willami pośrodku.
Był maj.
Wonie kwitnących róż, bzu i jaśminów snuły się w powietrzu, mocne, leniwe, ciche i upajające nadmiarę...
W dali widniały śnieżne Alpy, które zachodzące słońce zamieniało teraz w jakąś powiewną koronkę, utkaną z nici białych i złotych, z purpury i fijoletu.
A nad tem wszystkiem, nad symfonją barw lodowców, rozgorzałych w promieniu konającego słońca i nad symfonją niewyraźnych a słodkich szmerów jeziora, rozpościerało się niebo czyste i jasne, tchnące tym powiewem rozkosznym, co jednych usposabia do marzeń i snów o tem, co piękne i nieuchwytne, a innym szepce: carpe diem...
Trzej przyjaciele jednakże nie zachwycali się w tej chwili cudnym majowym wieczorem. Władysław, młody artysta, i Zygmunt, o cel postępu i szczęście ludzkości pytający, siedzieli cicho ze spuszczonemi głowami i w myślach zatopieni.
Trzeci z nich, Kamil, patrzył wprawdzie przed siebie, gdzieś na szczyty Alp — czy wyżej, w błękit — wątpić jednak należy, czy co widział. Na bladej, ściągłej twarzy, okolonej jasnym zarostem na angielski sposób utrzymywanym, siadła zaduma i tęsknota, ponad ściągniętemi brwiami zarysowała się głęboka zmarszczka a około ust błądził dziwny i smutny uśmiech.
Po chwili ocknął się pierwszy. Przetarł czoło białą, troskliwie pielęgnowaną dłonią i powiódł okiem po towarzyszach, starając się odzyskać swobodny wyraz twarzy.
Towarzysze jego milczeli...
Sięgnął ręką po stojący przed nim kieliszek, spojrzał nań pod światło, przyłożył do ust i szybko napowrót na stole postawił.
— Nie smakuje mi dzisiaj burgund — szepnął.
Obejrzał się i zadzwonił.
Przybiegła uśmiechnięta kelnerka w białym fartuszku i przebierając palcami w zawieszonej u pasa torebce z monetą, zapytała, czego sobie życzy?
— Bordeaux!
Kelnerka rzuciwszy stereotypowe: Gleich! wraz z zalotnym, także stereotypowym uśmiechem, znikła, by spełnić życzenie bladego pana, którego znała już z hojności.
Kamil spojrzał uważnie na milczących wciąż towarzyszy i coś, jakby cień litości, przebiegło po jego twarzy.
A pretty girl! Did you see? Ma ładne oczy... — wyrzekł, chcąc widocznie na inne tory zwrócić myśli swych przyjaciół.
Usiłowanie to jednak nie odniosło skutku.
Gdy wreszcie rubinowe bordeaux stanęło na stole, Władysław podniósł głowę i rzekł z przyciskiem, patrząc na Kamila.
— Spokój — to śmierć.
— Nie! — to szczęście! — odparł Kamil z mocą, poważniejąc znowu.
— Nigdy! Szczęście leży gdzieindziej, nie w martwości, oh, nie! Czuję to: szczęśliwym można być tylko, kochając życie i nie pojmę nigdy, jak możno spokój szczęściem nazywać!
— Pojmiesz! Jest on szczęściem naprawdę!
Zygmunt patrzył na Kamila w milczeniu, zdziwiony i jakby niepewny. Wreszcie zapytał:
— Ty to mówisz na serjo?
Kamil skinął głową powoli i poważnie.
— Dziwna! Gdy pierwszy raz wspomniałeś o spokoju, sądziłem, że szydzisz. Spokój! I ty, szalony duch, jak cię wszędzie nazywają, ty wiecznie gnany po świecie gorączkowem pragnieniem nowych wrażeń i przygód, ty sławisz spokój?
— Tak — i pragnę go. Pragnę go tak, jak każdy człowiek szczęścia pragnie... Czy go jednak znajdę?
Teraz Władysław podniósł zdziwiony wzrok na mówiącego. I nagle zdało mu się, że ta twarz ściągła i biała, której nie zdołało opalić słońce równikowe ani smagające wiatry pustyni — te blade niebieskie oczy, uporczywie tak przed siebie patrzące — kryją w sobie jakąś zagadkę wielką i tajemniczą. Zdawało mu się, że patrzy na rzecz, którą widywał codziennie, nie wiedząc, że jest dziwna i pełna ukrytego znaczenia. Teraz dopiero spostrzegł w tej twarzy sieć drobnych żyłek, drżących na lekko pomarszczonych skroniach, — spostrzegł znużenie wielkie i smutek dokoła młodych a zwiędłych już ust — i gorączkę niemocy wyzierającą z bladych oczu.
Kamil tymczasem powtórzył znowu:
— Czy go znajdę...?
— Na tej drodze, którą idziesz, z pewnością nie! — zawołał Zygmunt. — Wdzierając się na szczyty gór, szukając burz morskich lub gwaru stolic świata...
Po ustach Kamila przebiegł lekki uśmiech:
— Czy ty wiesz, czego ja na tych górach szukałem? Czy ty wiesz, przed czem ja uciekałem na bezgraniczne morza i w dziewicze puszcze Indyj? Czy ty wiesz, że czasem — aby być spokojnym — trzeba naprzód uciec przed samym sobą?
Zygmunt wzruszył ramionami:
— Nie rozumiem.
— Wspomnieliście rzecz niedobrą, — dodał Kamil po chwili, — nie lubię o niej mówić ani myśleć.
Władysławowi zdawało się, że zaczyna tego człowieka pojmować. Wyobrażenia niejasne jeszcze i mętne nabierały w jego umyśle powoli kształtu i odbijały od szarego tła. Mimowoli, mechanicznie powtórzył ostatnie słowa Kamila:
— Uciec przed samym sobą...
— Tak, — szepnął Kamil i zamyślił się. Gdy po chwili podniósł głowę, drżała mu nerwowo jedna strona twarzy od kąta ust aż do oka i głos mu się łamał, gdy począł mówić:
— Uciec przed sobą, przed wspomnieniami, przed życiem — o-o! uciec chciałem i chcę, nadarmo, nadarmo! Nie opuszczają mnie!
Tyle było głębokiego bólu, tyle bezgranicznej tęsknoty i skargi w stłumionym jego głosie, iż Władysław uczuł wielką litość dla tego bogatego i młodego człowieka, który całą ziemię objechał w pogoni za nieuchwytną marą — spokojem.
— Raz tylko, raz... — szeptał Kamil i wyciągał rękę, wskazując Alpy, oblane złotem zachodzącego słońca.
— Jungfrau! — tam byłem spokojny... Wyszedłem na szczyt sam — bez przewodnika. Tam jest spokój: lody tylko a śniegi miękkie, białe, ciche. Cały świat był pode mną, a nade mną tylko — Bóg. Ległem twarzą na śniegu i czułem, że wszystko we mnie ucicha, że mi błogo, dobrze... Nie trwało to jednak długo: orły mnie zbudziły, kracząc nade mną. — Co tam! Teraz i tego nie będzie! Podobno kolej budują i hotel!... Co tam!
Machnął ręką i pociągnął spory haust wina.
— I drugi raz nad Gangesem... W cichą, podrównikową noc, kiedy księżyc świeci i gwiazdy i lotosy pachną... Ale nie! nie! Tam wspomnienie moje było ze mną, o było! było!...
Nalał kieliszek i wychylił go jednym tchem.
Następnie obejrzał się i zawołał krótko na przechodzącą kelnerkę:
— Absynt!
Władysław dotknął jego ramienia:
— Kamilu, nie pij...
Kamil zaśmiał się nerwowym, bezdźwięcznym śmiechem:
— Myślisz może, że się zapijam? Nerwy grają we mnie i drżą, muszę je uspokoić. Przeklęte nerwy! Zresztą jednę szklankę tylko.
— Wiesz, że ci to szkodzi, — odezwał się Zygmunt.
— Wszystko jedno!
Mówiąc to, wyglądał, jak obłąkany lub chory. Nerwowe drżenia przebiegały mu raz wraz po lewym policzku, z oczu wyzierała gorączka straszna, żrąca i ręka mu się trzęsła, gdy nalewał wody do szklanki, w której na dnie zieleniło się parę kropel trucizny, zwanej absyntem.
Podniósł szklankę niepewną dłonią i wpatrzył się w płyn, który zmieszany z wodą, przybrał barwę opalowo-mleczną.
La muse verte — szepnął — la muse verte...
Zwrócił się do Władysława.
— Znasz tegoroczny Salon paryski? — zapytał.
Władysław skinął głową milcząco.
La muse verte!... Co za przepyszny obraz! Porozrzucane papiery i wypróżniona szklanka na podłodze — i on, wpółnieprzytomny, chwiejący się na nogach... Ze szklanki wysuwa się jakiś opar, wyziew — wężowym splotem wije się około stojącego, przybiera kształty kobiece, nachyla się nad nim, dotyka dłonią jego twarzy... La muse verte...
Oparł głowę o poręcz krzesła i przymknął oczy.
Władysław i Zygmunt milczeli obaj, przygnębienie ogromne przysiadło im piersi.
Po chwili Kamil podniósł się; był już nieco spokojniejszy.
— Darujcie mi, — zaczął, — darujcie! Rozdrażniony jestem dzisiaj, jak rzadko. Nie wiem sam, co mówię.
Władysław wyciągnął rękę i krótko, gorąco uścisnął dłoń Kamila. Usta mu się przy tem poruszyły, coś jakby słowo: biedny ty! przebiegło po wargach.
— Widzicie, — ciągnął dalej, — ja przeżyłem wiele i jestem strasznie zmęczony. Staram się panować nad sobą, ale czasem nerwy biorą górę... nie mogę...
„Jestem szalony, a szukam wszędzie spokoju, zapomnienia — wszędzie... nawet tu w szklance, a znaleźć go nie mogę...
„Wy dopiero żyć zaczynacie, wy jeszcze nie wiecie, co to znaczy uciekać przed własnemi wspomnieniami, przed samym sobą, przed wyrzutem... ale...
Urwał i zwrócił się do Władysława:
— Ty artysta; życie przed tobą dzikie, szalone, pełne gorączkowych pragnień i nienasyconych tęsknot. Poznasz to życie, którego tak pragniesz, o! poznasz je, lepiej może, niżbyś chciał. Ale wierz mi, na dnie każdego kieliszka są męty. Wszystko jedno jakie wino... męty zawsze... Upijesz się — i co z tego?... Trzeba się wytrzeźwić... z bólem głowy. Będziesz pił, aż ci nektar obrzydnie. Przyjdzie czas, że zapragniesz pokoju, jak ja go dziś pragnę. Proś Boga, byś znalazł tę przystań.
Władysław wzniósł czoło.
— Tak — zawołał — życie przede mną dzikie i szalone! Lecz ja je kocham, kocham je właśnie za to, że takie szalone i dzikie, że się mieni, jak opal na słońcu, że gna, jak obłok po niebie. A są męty w tym puharze, powiadasz? Wszystko jedno! Będę pił wino, będę pił i męty, do dna, do ostatniej kropli, do ostatniej chwili życia! Nigdy tego puharu nie odepchnę, nigdy nie powiem: już dosyć.
— Daj ci Boże! Dziecię ty...
— Bóg mi już dał to, czego mi trzeba. Mam sztukę, to wino w puharze życia. Ona mnie nigdy nie zdradzi, nigdy nie opuści, ona mnie szczęśliwym uczyni. Dla niej życie, dla niej ruch i myśl, a ona sama dla siebie. L’art pour l’art. Precz ze spokojem!
Zygmunt poruszył się niecierpliwie na krześle.
— Frazes.
— Ciebie, Kamilu, pojmuję, — ciągnął dalej młody artysta, — pojmuję twoje pragnienie spokoju po burzy: ty nie miałeś sztuki, by się na niej oprzeć w chwili zwątpienia i upadku... Nie wiem wprawdzie, co za cios cię spotkał...
— Sztuki? A wiesz-że ty, czy ona potrafi utrzymać ciężar ludzkiego nieszczęścia?... A co mnie spotkało? Stara rzecz. Stara jak świat a w dodatku głupia i banalna. Cherchez la femme!
Uśmiechnął się gorzko i powiódł ręką po czole.
— Jak to było?... poco mam mówić. Weźcie w rękę pierwszy lepszy romans lub romansidło, a znajdziecie tam... banalne i głupie, a jednak boli.
„Jak wyglądała? cóż powiem? Dla was, jak tysiące innych, a dla mnie...
Urwał i zamilkł na chwilę.
— Dla mnie była całym światem, — dokończył głucho.
„Kto to wie, co w ludzkiej twarzy mieszka! Są takie, których się trzeba chronić. Spotyka się je wszędzie i często. Wyglądają, jak dzieci, a są złymi duchami, nie wiedząc nawet o tem... I one niewinne. Ci winni, co życie stawiają na kartę.
Westchnął i powiódł wzrokiem po werandzie. W tej chwili twarz zadrgała mu znowu nerwowo.
— Patrzcie, — rzekł zmienionym głosem, wskazując równocześnie ruchem głowy nieopodal siedzące dziewczę. — Patrzcie! oto macie jednę z takich zagadek przed sobą... Dziecię jeszcze, dziecię, kobieta, sfinks, natchnienie dla artysty i śmierć dla człowieka!
Umilkł, oddychając głęboko.
Zygmunt spojrzał przelotnie we wskazanym kierunku i wzruszył ramionami.
— Dziecię i nic więcej, — rzekł i począł bębnić palcami jakiegoś walczyka, wpatrując się w rzeźbiony gzems werandy.
Władysław natomiast, spojrzawszy raz, nie mógł już wzroku oderwać.
Na złotem tle ogromnej zorzy zachodzącego słońca rysował się przed nim delikatny profil dziewczęcy, niby ciemna sylwetka, rzucona w morze barw i światła.
Włosy jej prześwietlone promieniami, tworzyły dookoła małej, kształtnej głowy jasną aureolę, do garści iskier rozsypanych podobną.
Patrzała przed siebie — na ciche jezioro — szeroko rozwartemi oczyma, a nozdrza jej lekko się rozdymały, wciągając wonie, kaskadami z ogrodów i pól bijące.
W rozchylonych nieco ustach igrał blask konającego słońca. Może je całował...
Władysław patrzył, pochłaniał ją oczyma.
— Madonna! — szepnął niemal bezwiednie.
— Madonna! — i złożył ręce jak do modlitwy.
W tej chwili ostry, przenikliwy śmiech obił się o jego uszy i równocześnie dłoń Kamila spadła mu na ramię.
Podniósł głowę zmieszany.
Kamil patrzał na niego przenikliwie. Koło ust drżał mu szyderczy uśmiech, ale w oczach miał wielką boleść i smutek.
— Madonna! — ozwał się — daj pokój! Nie bluźnij i — nie patrz! Po co patrzysz?
— Piękna jest!...
— Nie patrz! To nie dobrze — dzisiaj nie dobrze — teraz...
— Chciałbym tę twarz malować, — szepnął Władysław, jakby usprawiedliwiając się.
Kamil uśmiechnął się znowu wpół z szyderstwem a pół z litością:
— I te usta całować, nieprawdaż?
— Tak.
Kamil powstał szybko.
— Wiedziałem. Chodźmy już, — rzekł, — nie dobrze jest tutaj. Chłód wieczorny przejmuje.
Mówiąc to, wziął pled, na poręczy krzesła zwieszony i począł się nim otulać.
— Chodź, chodź! — powtórzył. — W złą godzinę zobaczyłeś tę twarz, w złą godzinę...
Władysław podniósł się powoli i niechętnie.
Chłód wieczorny rzeczywiście coraz silniej czuć się dawał. Słońce już zaszło; czerwona łuna na Alpach dogorywała — stawała się fijoletową, popielatą, szarą. Dwurogi księżyc coraz wyraźniej występował na ciemnem tle błękitu. Dokoła ukazywały się gwiazdy...
I nad całym światem, nad jeziorem, nad górami, nad miastem pełnem ogrodów zawisła cisza bezgraniczna, wonna i rozkoszna bardzo.
I tylko gdzieś daleko, daleko nad tonią jeziora brzmiał niewyraźny i smętny śpiew.
Nagle wieczorne dzwony zabrzmiały nad miastem.
W tej chwili dziewczę podniosło się i zwróciło głowę. Oczy jej wielkie, spokojne, tajemnicze oczy dziecka spotkały się z gorącym wzrokiem artysty.
Trwało to jednę, krótką chwilkę.
Fala ciepłej krwi uderzyła Władysławowi do mózgu, nogi pod nim zadrżały i wszystko mgłą się przed oczami zasnuło.
Chwycił dłonią za poręcz krzesła i spuścił wzrok.
Gdy twarz znów podniósł, jej już nie było —



II.


Jasne popołudniowe słońce wpadło złotą kaskadą przez otwarte okno do wnętrza małej klasztornej celi.
Zacisznie tu było i spokojnie.
W kącie stał tapczan, czarną derą przykryty, obok klęcznik drewniany i krzyż nad nim. Dalej cokolwiek stolik a na nim pośród ksiąg i papierów dzban gliniany, pełen polnych, wonnych kwiatów.
Jedyną rzeczą, wyróżniającą tę celę od innych, były sztalugi z naciągniętem płótnem, z którego wśród ciemnego tła wyzierała jasna postać Chrystusa na krzyżu. Na ziemi i na małym stołeczku obok leżały porozrzucane pendzle i farby.
Przy oknie w szerokiem krześle dębowem siedział zakonnik.
Twarz o wyrazistych i inteligentnych rysach wsparł na dłoni a wzrokiem błądził po małym klasztornym ogródku.
Kilka starych, rozłożystych lip o liściach od słońca złotych i kilka ciemnych, wysmukłych jodeł chwiało się tutaj z wiatrem, szumiąc cicho i melodyjnie. Zapach rezedy, tuż pod oknami rosnącej, mieszał się z zapachem świeżo skoszonej trawy i wchodził swobodnie przez otwarte okna do klasztornych cel.
Zakonnik, siedzący przy oknie, napawał się tą wonią, patrzył na sylwetki drzew, ostro się w błękicie odrzynające, na grządki pełne rezedy, na ścieżki białym piaskiem wysypane i na stary, czerwony, tu i ówdzie popękany mur, który ogródek klasztorny od gwarnego świata oddzielał.
Patrzył — i na twarzy nie starej jeszcze, a już pooranej zmarszczkami i życiem zmęczonej, rozlewała się łagodna i słodka błogość. Przymknął oczy, głowę wtył odrzucił i pił letnie, ciepłe słońce, pełnym blaskiem mu się na twarz rzucające, pił spokój, którym tchnęła cela klasztorna i ogródek mały, i lipy i jodły i mur czerwony, popękany, od świata go oddzielający. Kaptur zsunął mu się z głowy, suche, białe dłonie bezwładnie opadły na kolana, a twarz chuda, opalona, o rysach wyrazistych i ostrych, zastygłą się stała i wyglądała, jak martwa. Od ogorzałości lic odbijało tylko wysokie białe czoło, po którem teraz złote słońce igrało.
Siedział tak długo, milczący, cichy, bez westchnienia, bez ruchu...
Słońce już chyliło się powoli ku zachodowi, już zeszło mu z lica i drżało na białych dłoniach, złożonych na kolanach, zsuwało się z nich na podłogę i pełzało złote ku sztalugom, pod stopy Chrystusa na krzyżu.
Było bardzo cicho.
Wtem dało się słyszeć pukanie i niemal równocześnie drzwi celi otworzyły się z łoskotem.
Zakonnik drgnął, uniósł się nieco i skierował oczy ku drzwiom. Na progu stał braciszek nizki, szpakowaty, o rumianych policzkach i śmiejącem się oku.
Pax tecum, carissime frater! — ozwał się przybyły.
Pax...
Ojciec Przełożony przysyła mnie do was, bracie Brunonie. Przyszedł list dla was, gdzieś ze świata...
Brat Bruno poruszył się żywo, w tej chwili jednak, jakby zawstydzony, opuścił się znowu na krzesło i z tęsknym uśmiechem powtórzył:
— Gdzieś ze świata...
— Tak. Ojciec Przełożony pozwolił go wam oddać. Oto jest.
Mówiąc to, wyciągnął rękę z listem i otwartą kopertą.
Brat Bruno sięgnął poń i nie patrząc nawet położył obok siebie na oknie:
Gratias...
Przybyły braciszek miał ogromną ochotę rozpocząć pogawędkę. Rozejrzał się po celi, chrząknął i wydobył z rękawa wielką, brzozową tabakierkę.
— Pozwolicie? — zapytał, podając ją bratu Brunonowi.
Bruno odsunął ją lekko dłonią:
Gratias! nie zażywam...
— Nie zażywacie? hm! To czasem dobrze robi...
I jakby na dowód tego ogromny niuch tabaki wpakował do nosa.
— Tak, tak! to dobrze robi na oczy, — dodał i kichnął potężnie raz, drugi i trzeci.
— Piękną nam Pan Bóg dał pogodę, — rzekł następnie, zbliżając się do okna.
Brat Bruno nie odzywał się, gość jednak widocznie nie miał ochoty dać za wygraną. Podszedł ku sztalugom i patrzył:
— Mój Boże! jak wy pięknie malujecie, carissime frater! Wasz obraz znacznie ładniejszy od tego, co w wielkim ołtarzu...
Zagadnął jeszcze parę razy, lecz wkońcu widząc, że brat Bruno milczy uporczywie, chrząknął niezadowolony, obejrzał się jeszcze raz i wyszedł, kłapiąc trepkami po kamiennej posadzce korytarza.
Brat Bruno został sam.
Chwilę siedział bez ruchu, następnie sięgnął wolno i jakby leniwie po otwarty list i podniósł go do oczu.
— Gdzieś ze świata... — szepnął.
Spojrzał na tytuł.
„Drogi Władysławie!“
Władysławie?... Co to jest? Ach! tak, prawda! Niegdyś nazywał się Władysławem. Ale to już dawno temu, może rok, może dziesięć lat, a może sto?... Nie pamięta już... Tutaj czas płynie tak jednostajnie, bez rachuby, dzień do dnia podobny...
Obracał list w ręku prawie bez myśli. Nareszcie w głowie powstało mu pytanie, kto to może pisać do niego?
Odwrócił kartkę i spojrzał na podpis.
„Twój Zygmunt“...
Zygmunt, Zygmunt? Kto to może być? Aha! już wie! To ten, ten... Tak, pamięta. Szwajcarya, jezioro, Paryż... i ten drugi. Jak mu to było na imię? Kamil?
Drgnął. Wszak on to pamięta! wszak to nie tak dawno temu! Wspomnienia, które siłą woli przytłumił w sobie i zagasił, obudziły się i poczęły krzyczeć, dopominając się o swe prawa. Cała przeszłość ze swemi łzami i śmiechami, cała młodość: wszystko, co przeżył i przebolał, o czem wierzył, że już zapomniał, stanęło mu teraz przed oczyma, wywołane jednem imieniem, dolatującem go jak echo dawnych czasów.
Martwa maska jego twarzy, którą przed chwilą słońce całowało, pękła — bezbarwne oczy nabrały życia, wargi drżeć poczęły.
Nachylił się i począł czytać chciwie.
„Drogi Władysławie! — pisał towarzysz dni minionych, — zginąłeś mi z oczu tak nagle i niespodziewanie... Teraz dopiero dowiedziałem się przypadkiem o miejscu Twego pobytu i piszę, by Ci przypomnieć przyjaciela i te lata, co jak motyle uciekły gdzieś bez śladu.
„Wszystko mija, a na świecie coraz smutniej i puściej.
„Nie uwierzysz, jak mi tęskno, gdy mi czasem w myśli staną wspomnienia blade już i zatarte, wspomnienia chwil szczęśliwych, młodości, łez — wspomnienia drogich twarzy, których już dzisiaj nie widzę. I czasem pytam się, poco żyć dalej?
„Lat tak niewiele, a tyle w nich już żalu i rozczarowań, tyle straconych twarzy i chwil niepowrotnych, których wspomnienie przejmuje bólem i tłoczy.
„To, co mi wczoraj było drogie i jasne, dziś mgłą się okrywa i uśmiech jakiejś tęsknoty na usta wywołuje. Zapominam sam wiele, a smutno mi, gdy myślę, że i inni zapominają.
„Zdaje mi się, że codziennie pęka jedna z tych nici, któremi w wielką maszynę świata jestem wwiązany — a czuję, że nadarmo starałbym się nawiązać ją na nowo. I zazdroszczę Ci, myśląc o tem, boś je Ty sam wszystkie od razu pozrywał i nie potrzebujesz patrzyć, jak się rozluźniają — jedna po drugiej — wolno a ciągle. Zazdroszczę Ci, a jednak przyznam, że nie miałbym odwagi pójść za Twoim przykładem. Żal–by mi było słońca, które nademną świeci, ludzi, którzy się śmieją, ruchu, życia...
„Może to wszystko komedya, ale cóż robić! Za kulisami tej wielkiej sceny, którą światem zowią, jeszcze smutniej być musi: tam człowiek zostaje sam. Czuję, że jestem kółkiem w maszynie, z ogromnym pędem lecącej; gniotą mnie wprawdzie inne kółka i tryby, ocierają i szarpią, ale pędzą przynajmniej — i poruszam się, żyję. Lepiej może tak, niż leżeć gdzieś w prochu pomiędzy zardzewiałemi rzeczami.
„Z czasem pęknie kółko i będzie mu koniec...
„Ot widzisz, stary przyjacielu: marudzę i nie jestem wesoły. Zobaczywszy mój list, pomyślałeś zapewne, że przyniesie Ci on trochę tego powietrza świeżego, które ponad ruchliwym światem wieje — a tymczasem nic z tego! I cóż Ci zresztą mam pisać? Drobne, codzienne sprawy, które tu życie nasze wypełniają, nie obchodzą Cię zapewne. A zresztą nie obchodziły Cię nigdy. Tyś latał na skrzydłach, ja pcham taczkę. Bolą ręce...
„Ożeniłem się i mam syna. Rozkoszne dziecko! Szkoda, że go widzieć nie możesz. Dałem mu Władysław na imię.
„Przed paru tygodniami byłem z żoną w Paryżu. Opowiadałem jej o Tobie i pokazywałem dom, w którym niegdyś miałeś pracownię. Mój Boże! ileż to chwil swobodnych i szczęśliwych spędziliśmy tutaj!
„Poszedłem potem do Muzeum i widziałem Twój obraz. Wisi na tem samem miejscu i tłumy publiczności stają przed nim — całkiem jak dawniej. Imię Twoje żyje tu jeszcze na ustach, a mnie smutno, bo myśląc o Tobie, myślę, że to wszystko należy już do przeszłości.
„Wracając z Paryża, zatrzymałem się w Zurychu. Poszliśmy z żoną na Zürichhorn do tej restauracyi z werandą nad brzegiem jeziora, kędy to siadaliśmy wieczorami we trzech — pamiętasz? Siadłem znowu przy naszym dawnym ulubionym stoliku i myślałem o was.
„Mój Boże! Mój Boże! — Co się z nami stało!
„Ja pcham taczkę, a coraz ciężej idzie, bo sił ubywa, Ty w klasztorze, a Kamil...!
„Biedny Kamil. Wróciwszy z Brazylji, pojechał do Egiptu, a przed miesiącem czytałem w Timesie, że się zastrzelił pod piramidą. Może tam na żółtym piasku pustyni znalazł wreszcie spokój, którego nadarmo całe życie pragnął.
Sit ei humus levis! Modlisz się teraz często, módl się i za niego“...
Brat Bruno opuścił list na kolana; po policzkach spływały mu wolno dwie łzy.
— Zabił się! zabił... — wyszeptał.
Przed oczyma stanął mu pusty, gorącym, żółtym piaskiem zasypany brzeg nilowy z rzadkiemi palmami tu i ówdzie. Niebo ciemne, szafirowe, a słońce płynie po niem samotne, palące, jak oko wielkie i otwarte wiecznie.
A pod słońcem piramidy wpół zagrzebane w piasek. Tyle wieków, tyle wieków patrzy na nie to oko! A one, grobowce mumji, spokojne, poważne... Sfinks położył się przy nich na straży i duma... Sfinks!
I zdało mu się, że między piramidami a sfinksem, na żółtym piasku i pod słońcem bezsennem widzi zwłoki blade z rozstrzaskaną skronią...
Drgnął i westchnął głęboko.
Słońce zbliżało się coraz więcej ku zachodowi.
Podniósł list i przy blasku ukośnych promieni począł znowu czytać.
„Pamiętasz, — pisał przyjaciel, — jak siadywaliśmy razem nad jeziorem, rozmawiając i patrząc na Alpy? Tak mi dziwno i smutno, gdy pomyślę, że on dzisiaj nie żyje, a Ty, który ruchu i życia pragnąłeś, zagrzebałeś się w murach klasztoru. Zdaje mi się, że wy obaj nie żyjecie, a ja sam zostałem. I tak mi dziwno, tak dziwno!“
Brat Bruno rozwarł szeroko oczy i wpatrzył się gdzieś w głąb celi, kędy już cienie wieczorne kłaść się zaczynały — czy też na sztalugi i Chrystusa białego, wyzierającego z nich.
I zdało mu się, że wstaje przed nim mgła jakaś złotawa i niejasna, snuje się, rozszerza, a w mgle tej rodzą się postacie zapomniane, których dawno nie widział.
Spuścił głowę i dumał.
Biedny Kamil!
Oto widzi go! Zachód słońca — Alpy mienią się i płoną, jezioro szumi jakieś pacierze, a wonie leją się z ogrodów... tyle woni! tyle woni...
Jak on to pamięta, jak on to dobrze pamięta teraz!
Rozmawiał z Zygmuntem. O czem? Aha! — o życiu, o szczęściu. Hej! szczęście!...
„A spokój? How think you?“ — słyszy te słowa tak wyraźnie i widzi bladą, zmęczoną twarz.
Ktoś na to odpowiedział: Spokój — to śmierć! Kto? on? on sam? Tak. Ale wtedy... wtedy był inny... Dziś żadnej cząstki w nim tej samej niema. Więc cóż? to nie on był zatem? On? Jakie to dziwne, jakie dziwne!
Spokój! Ileż on to musiał przeżyć, ile doświadczyć, nim poznał czar i świętość tego słowa!
Jak to dziwno! Zaczął pracować ciężko myślą, chcąc ująć związek między swem życiem dawniejszem a dniem dzisiejszym. Myśli jednak rwały mu się, jak nici i wikłały tak, że po chwili uczuł się niemi zmęczony. Jeden tylko fakt, jak powtarzający się wciąż motyw fugi potężnej wracał mu uporczywie do głowy:
— Kamil nie żyje, a ja jestem w klasztorze...
A więc?...
Uczuł, że powinien się modlić za zmarłego towarzysza. Sięgnął ręką po różaniec, usta mu się poruszyły:
„...i w godzinę śmierci naszej. Amen. Wieczne odpoczywanie“...
Wymawiał mechanicznie wyrazy, lecz ducha nie mógł zmusić do prawdziwej modlitwy.
W miarę, jak ziarna różańca przesuwał, dziwne jakieś obrazy stawały mu w pamięci.
Błysnął w niej najpierw delikatny profil dziewczęcy, sylwetka rzucona w morze barw i światła... Błyskał i ukazywał się i znikał znowu.
Przymknął oczy, myśląc, że widmo odejdzie.
Tutaj jednak zaczęły się zjawiać nowe obrazy.
Oto widzi swą pracownię. Płótno rozpięte na sztalugach. Na dole obrazu chmury ciemne i skłębione i ziemia pod niemi, a tam u góry niebo i jasność na niem mistyczna.
A między ziemią a niebem postać kobieca o znanym mu profilu, z rękami wzniesionemi, unosząca się w górę, wyżej i wyżej...
Obok niej, niżej nieco, wpół jeszcze w cieniu schowany, on, z twarzą, po której blask już igra, ku niej zwróconą, dłoniami jej szaty uczepiony... on...
A potem, potem?
Zdawało mu się, że widzi Salon na Polach Marsowych. Tłumy ludu przed obrazem młodego polskiego malarza. Falują, jak morze, przypływają i odpływają ciągle, a on słyszy w szumie fal głów ludzkich swoje imię...
Puścił różaniec i podniósł rękę do skroni:
Vanitas vanitatum et omnia vanitas... Ostatnie słowo odbiło się już tylko lekkiem poruszeniem warg.
Widzenie powróciło znowu.
Lecz teraz widzi w tem morzu głów ludzkich tylko jednę głowę, piękną jak marzenie, jak światło...
Ona!
Stoi i patrzy na jego obraz.
Kolana zaczynają pod nim drżeć, chciałby uklęknąć, chciałby wołać: o stella maris!
A ona zwraca się ku niemu, spojrzenie jej wielkich, dziecięcych oczu zawisa na chwilę na jego twarzy, na chwilę... I wszystko niknie przed nim: obraz, i ludzie, i wszystko, wszystko! ją tylko widzi, ją jedną!
Vanitas vani... — nie dokończył.
Oto jest znowu w swojej pracowni. Gałązki kwitnących akacyi zaglądają przez okna i przeszkadzają złotemu słońcu wejść do środka. A tu w środku, pomiędzy obrazami i rzeźbami zaczętemi, które wszystkie, jak zwierciadła, jednę twarz odbijają, stoi... ona!
O stella maris! o regina coeli!
Chce się modlić, chce czołem bić o ziemię, lecz ona zarzuca mu ręce na szyję i rozwartemi do pocałunku ustami szepce: kocham... ja twoja!
Wypuszczony z rąk różaniec zsunął się na ziemię; głowa mu w tył opadła, pierś oddychała szybko i głęboko. Zapomniał, gdzie jest i czem jest: minione młode lata wróciły.
I jak w kalejdoskopie przewijały się obrazy w jego pamięci, coraz szybciej, szaleniej, migotliwiej. — Łąki i pola, tajemnicze wnętrza starych świątyń gotyckich, góry śnieżne i lasy i ciche ustronne domki wśród winnic, morskie brzegi, pełne słońca i kolorowych muszel, dzwonki sanek po śniegowych płaszczyznach, majowe wieczory i noce letnie gwiaździste, poranki ciepłe, lśniące rosą i kwiatami, dni jesienne, kiedy deszcz na dworze pluszcze a w domu tak słodko przy kominku siedzieć we dwoje, godziny motyle i słowicze godziny pędziły przed jego oczyma, a wszędzie ona, wszędzie jej usta przy jego ustach, jej dłoń w jego dłoni. — Wszystko to splatało mu się w pieśń jakąś dziwną i słodką, starą już, ale jak stare wina upajającą i namiętną.
I słuchał tej pieśni wspomnień, a tętna biły mu na skroniach coraz żywiej, goręcej.
I nagle — co to? Dźwięk jakiś fałszywy, jak żółta plama na błękitnym obrazie — dźwięk szydny i zimny — rośnie, potężnieje, mąci pieśń, gwiżdże, zgrzyta... O, ten dźwięk! Wdziera mu się do piersi, targa struny, żre serce, wyjada mózg... wszystko blednie, wszystko się wali... O!
„Banalne i głupie, a jednak boli...“
Zerwał się gwałtownie: wyraz strasznego bólu odbił się na twarzy. Przez chwilę błędnemi oczyma patrzył przed siebie i wyciągał ręce, jakby odpychając marę, która przyszła go prześladować znowu w cichej klasztornej celi. W całej postaci widać było strach.
— Boże! — jęknął — Boże! miłosierdzia!
Ciężko dysząc, upadł na krzesło. Zęby błyszczały mu z pośród rozchylonych warg, palce zaciskały się kurczowo. Uczuł, że mu brak oddechu. Szybkim ruchem rozerwał habit pod szyją i przycisnął dłonią falującą pierś.
Pod palcami zaszeleściało coś...
Maleńka koperta, pożółkła już i wytarta.
Wydobył ją, otworzył. Wyleciała z niej wiązka włosów złotych i miękkich, jak jedwab, listek wawrzynu złamany i dwa zeschłe fijołki.
Oto wszystko!
Oczy zaszły mu łzami.
Ileż to już lat nosi te pamiątki na sercu! Nie może się z niemi rozstać, nie może! Wie, że to nie wolno, że to niedobrze, a przecież zabrał je z sobą pokryjomu do klasztoru. Nie mógł inaczej, nie... I gdy kiedyś w trumnę..., to te pamiątki... z sobą...
Pochylił się nad dłonią, w której trzymał te rzeczy zwiędłe i suche. I nastała chwila, kiedy znowu nic dla niego nie istniało pod słońcem i na ziemi prócz tej wiązki włosów złotych i miękkich, jak jedwab, tego złamanego listka wawrzynu, fijołków dwóch zeschniętych i wspomnienia dawnego...
Doznawał wrażenia, jakby się znajdował na pustyni wielkiej. Zdawało mu się, że o wschodzie słońca wstał z pod głazu, kędy ani źródła nie było, ani trawy — i poszedł przed siebie prosto, szukając oazy. Szedł przez cały dzień, kalecząc stopy o ostre kamienie, palony słońcem i od promieni słonecznych gorętszem pragnieniem. Pustynne widziadła palm i źródeł migotały przed nim zwodniczo, a on je gonił, póki nie znikły. — Lecz oto zachód jest i spodziewa się odpocząć. Coś przed nim majaczy: oaza? Nie! To ten sam martwy głaz, z pod którego wstał rankiem. Łudził się zatem!
Ogarnęła go dzika, bezradna rozpacz. Zimny pot dużemi kroplami wystąpił mu na czoło, — ogromny ciężar przywalał mu piersi, — dłoń, gniotąc zeschłe listki i włosy złote, zaciskała się kurczowo, coraz silniej, aż ból poczuł w stawach. W gardle go coś dławiło i paliło w ustach. Zamknął oczy.
Co robić? co robić?... Wszystkie podpory pękły mu w ręku i jest sam, tak strasznie sam i tak bezlitośnie na pastwę rozpaczy oddany. Chciał się wesprzeć na sztuce, lecz ona, ta ubóstwiana Sztuka, nie uniosła ciężaru jednego, lichego życia ludzkiego. A tak jej niegdyś wierzył! O, nie trzeba wierzyć, nigdy wierzyć nie trzeba! Oto później uwierzył znowu, że ciche mury klasztorne dadzą mu wytchnienie i spoczynek po burzy; zamknął się w nich, oddzielił się nimi od świata i już sądził, że znalazł tak gorąco upragniony spokój, już zaczynał zapominać o tem, co było, co bolało i boli — już... i jedna chwila i wszystko na nic! Łudził się zatem.
Co robić?... Jest jak ptak nad morzem, któremu brak sił do dalszego lotu na wichrze i w burzy, który już skrzydła opuszcza i spocząć pragnie, lecz wkoło woda tylko i spienione bałwany i nigdzie, nigdzie miejsca, gdzieby mógł usiąść... Więc cóż? zwinąć skrzydła i wpaść w te fale, jak tamten, co pod piramidami leży z rozstrzaskaną skronią?...
Jad strasznej myśli począł mu się sączyć w duszę. Zdawało mu się, że widzi jakąś otchłań przed sobą, która go wabi i ciągnie i woła: pójdź, pójdź... Przestał myśleć; sen go jakiś przedśmiertny opadał, ból tylko czuł ogromny, nieuciszony niczem...
Chwile płynęły powoli i głucho. Słońce było już czerwone i drzewa się w niem złociły, wonie stawały się przed zachodem silniejsze, czystsze, świeższe, powietrze łagodniejsze i piersiom milsze. Ptaki poczynały śpiewać pieśń wieczorną, pszczoły powracały do ulów, zdala słychać było głosy i śmiechy robotników, schodzących już z pola...
I naprzód gdzieś daleko, daleko ozwał się najwcześniejszy dzwonek wiejskiego kościółka, później przyłączyły się do niego inne, bliższe, po miejskich wieżach — aż nareszcie zabrzmiały i dzwony klasztorne w pieśń srebrną, wielką i szeroką...
Anioł Pański zwiastował...
Stare lipy i wysokie jodły zaszumiały w klasztornym ogródku, a ponad niemi gdzieś wysoko, wysoko, płynęły poważne, uroczyste, święte głosy dzwonów. Napełniały sobą powietrze i srebrną kaskadą wpadały do celi...
Anioł Pański zwiastował...
Brat Bruno usłyszał dzwony i ocknął się, lecz w pierwszej chwili nie mógł sobie zdać sprawy, co to jest? Rozwarł oczy i zląkł się. Przed nim stoi biała jakaś postać — co to jest?
Wpatrzył się w to dziwne zjawisko, nie śmiejąc prawie oddychać. I powoli, powoli zaczął rozpoznawać białą postać Chrystusa, odbijającą od ciemnego tła obrazu, oświetloną ostatniemi promieniami zachodzącego słońca.
— Chrystus!
— Chrystus — i dzwony huczą nad ziemią...
Odetchnął głęboko; zdawało mu się, że rosa odwilżą jego spieczone wargi.
Jak te dzwony huczą! jak huczą.
A przed nim Chrystus na krzyżu, z twarzą pełną boleści, a tak spokojną, tak świętą. I zdało mu się, że postać ta mówi do niego w jęku dzwonów — ogromnie dobra, ogromnie litościwa i przebaczająca:
— Błogosławieni cisi, błogosławieni spragnieni, błogosławieni, którzy cierpią...
Patrzył i uczuł, że postać ta jest mu droższa i świętsza nad wszystko, nad świat cały, bo w niej jest spokój i przystań cicha i szczęście. Zaczynał pojmować. Miał tę przystań tak blizko, a nie mógł jej odnaleźć, nie mógł zrozumieć. Ale teraz rozumie, o! rozumie...
Oaza! wyspa na morzu!
Rysy twarzy, przed chwilą jeszcze kurczem bólu ściągnięte, wygładzały się zwolna; dłoń zaciśnięta otworzyła się, a wiatr wieczorny przyszedł i wziął z niej wiązkę włosów złotych i miękkich, jak jedwab, i listek wawrzynu złamany, i dwa zeschłe fijołki i poniósł je pod mur klasztorny, na kwiaty pachnące i zioła... Jeden tylko włosek mały, uczepiony u rękawa, błyszczał jeszcze i złocił się i chwiał. Wreszcie i on poleciał.
A razem z temi rzeczami dawnemi i zwiędłemi uleciało wspomnienie z serca, które już rozpałało inną miłością, czystszą, większą, wieczną.
Bladą twarz i złożone ręce wyciągnął ku Chrystusowi na krzyżu i począł się modlić:
— O, Panie! O, Panie dobry i litościwy!
— Oto wszystkie dni moje i ból ich Tobie na ofiarę!
— Oto wszystko, co przecierpiałem, co przeżyłem, niechaj będzie na Twoją chwałę!
— O, Panie mój! Ucieczko moja! Mój Zbawicielu! — Zerwał się ze stołka i z jękiem ogromnym rzucił się do stóp krzyża:
— Chryste! Chryste!
Łkanie gwałtowne wznosiło piersi i coraz lżej mu było, coraz lepiej...
A dzwony tymczasem huczały po świecie: Pax tecum! pax tecum!
Nareszcie dzwony umilkły i słońce zachodziło. Wązkim, ostatnim promieniem złotym zajrzało raz jeszcze do celi i oświeciło blaskiem postać Chrystusa litościwą ogromnie i u stóp jej schylonego zakonnika.
Cień padał wieczorny...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.