Pani marszałkowa (1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Pani marszałkowa
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. У предводительши
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Pani marszałkowa.

Corocznie pierwszego lutego, w dniu św. męczennika Tryfona, w majątku wdowy po byłym powiatowym marszałku szlachty, Tryfonie Lwowiczu Zawziatowym, bywa niezwykle rojno. W tym to dniu bowiem wdowa po marszałku, Liubow Pietrowna, każe odprawiać panichidę, a potem zaraz dziękczynne nabożeństwo. Na panichidę zjeżdża cały powiat. Spotkacie tam obecnego marszałka szlachty Chrumowa, prezesa urzędu ziemskiego Marfutkina, stałego członka Potraszkowa, obu okręgowych sędziów pokoju, dwu komisarzy ziemskich, lekarza powiatowego Dworniagina, od którego zalatuje jodoform, całe obywatelstwo okoliczne i innych. Zbiera się ich tam około pięćdziesięciu osób.
Punktualnie o dwunastej w południe goście, wydłużając w odpowiedni sposób fizjonomje, przedostają się przez wszystkie pokoje do salonu. Na podłodze — dywany, stąpają więc bez szelestu, mimo to jednak podniosły nastrój zmusza ich do wspinania się na palce i balansowania rękami w czasie chodzenia. W salonie wszystko jest już przygotowane. Niski staruszek, ojciec Jewmenjusz, w wysokim, wyleniałym birecie, wdziewa czarną ryzę. Djakon Konkordjew, czerwony jak rak i już przebrany, bez szelestu odwraca kartki modlitewnika i wtyka zakładki papierowe. W drzwiach, wiodących do przedpokoju, djaczek Łukasz, z nadętymi policzkami i wybałuszonymi oczami, dmucha w kadzielnicę. Salon stopniowo napełnia się niebieskawym, przezroczystym dymkiem i zapachem kadzidła. Młody nauczyciel ludowy Helikonskij, w nowym, workowatym surducie i wielkimi wągrami na zalęknionej twarzy, roznosi na inkrustowanej tacy świece. Pani domu, Liubow Pietrowna, zajmuje miejsce na samym przedzie, tuż przy stoliku z kutją i, uprzedzając fakt, przykłada chusteczkę do twarzy. Ogólną ciszę przerywają od czasu do czasu westchnienia. Wszyscy są uroczyści i mają wydłużone twarze.
Panichida rozpoczyna się. Z kadzielnicy rozchodzi się niebieskawy dymek i igra z wpadającym z boku promieniem słonecznym, zapalone świece skwierczą pocichu.
Śpiew, początkowo przenikliwy i ogłuszający, w miarę, jak śpiewający w chórze zastosowują się do warunków akustycznych pokojów, staje się stopniowo bardziej przytłumiony i harmonijny...
Śpiewają coraz smutniej i rzewniej... Goście powoli dostrajają się do melancholijnego nastroju i wpadają w zadumę. Do głów tłoczą się myśli o krótkotrwałości życia doczesnego, o marności żywota i znikomości tego świata... Wspominają nieboszczyka Zawziatowa, tłuściutkiego, o różowych policzkach, wychylającego haustem butelkę szampana i rozbijającego głową lustra. A gdy chór intonuje „Za spokój duszy jego“ i słychać chlipanie pani domu, goście zaczynają smutnie przestępować z nogi na nogę. Bardziej wrażliwym coś jakgdyby staje w gardle i czują łaskotanie pod powiekami. Prezes urzędu ziemskiego Marfutkin, pragnąc zagłuszyć nieprzyjemne uczucie, nachyla się do ucha komisarza ziemskiego i szepce:
— Wczoraj byłem u Iwana Fedorycza... Z Piotrem Piotrowiczem zgraliśmy wielkiego szlema bez atu. Jak Boga kocham! Olga Andrejewna tak się tem przejęła, że wypadł jej z ust ząb sztuczny.
Ale właśnie chór zaintonował „Wieczną Pamięć“. Helikonskij z poszanowaniem odbiera świece i panichida kończy się. Przez chwilę trwa krzątanina, popi zmieniają ryzy i rozpoczyna się nabożeństwo dziękczynne. Po nabożeństwie, podczas gdy ojciec Jewmenjusz przebiera się z uroczystych szat duchownych, goście zacierają ręce i pokasłują, a pani domu opowiada o dobroci nieboszczyka Tryfona Lwowicza.
— Proszę panów na śniadanie! — kończy swoje opowiadanie, wzdychając.
Goście robią co mogą, aby się nie popychać i nie deptać sobie po nogach i spieszą do jadalni... Tu oczekuje ich śniadanie. Śniadanie to jest do tego stopnia wyszukane, że djakon Konkordjew każdego roku, patrząc na zastawiony stół, uważa za swój obowiązek rozłożyć ręce, pokiwać ze zdumieniem głową i oświadczyć:
— Niebywałe! To już, ojcze Jewmenjuszu, nie tyle przypomina ludzkie pożywienie, ile ofiary, składane bogom.
Śniadanie, istotnie, jest nadzwyczajne. Na stole jest wszystko, co może dać flora i fauna, niebywałem natomiast jest tylko jedno: na stole jest wszystko, oprócz... trunków. Liubow Pietrowna ślubowała, że u niej w domu nie będzie ani kart, ani alkoholu — dwu rzeczy, które zgubiły jej męża. Na stole więc stoją tylko butelki z octem i oliwą, jakby kto zadrwił sobie, lub chciał ukarać zaproszonych, których ryczałtem zaliczyć można do najbardziej zatwardziałych pijaków i opojów.
— Panowie, proszę jeść! — zaprasza pani marszałkowa — proszę mi jednak darować, wódki u mnie się nie podaje. Nie trzymam jej wcale w domu...
Goście zbliżają się do stołu i niezdecydowanie zabierają się do pieroga. Jedzenie jakoś się nie klei. W nabieraniu widelcami, w krajaniu, w żuciu widać jakąś opieszałość, apatję. Czegoś brakowało...
— Mam takie wrażenie, jakgdyby mi ktoś bliski umarł... — szepce jeden sędzia pokoju drugiemu. — Miałem zupełnie takie samo uczucie, gdy mi żona z inżynierem uciekła... Nie mogę jeść!
Marfutkin, zanim się zabrał do jedzenia, długo przetrząsał kieszenie i szukał chustki do nosa.
— Ba, przecież chustkę mam w futrze! A ja szukam... — przypomniał sobie na cały głos i wyszedł do przedpokoju, gdzie wisiały futra.
Z przedpokoju wrócił z roziskrzonymi oczami i natychmiast rzucił się z apetytem na pieróg.
— A co, nieprzyjemnie jest na czczo wsuwać? — szepnął ojcu Jewmenjuszowi. — Idź, ojczulku, do przedpokoju, znajdziesz tam w mojem futrze butelczynę... Ale uważaj, ostrożnie, nie brzęcz szkłem!
Ojciec Jewmenjusz przypomina sobie, że musi dać jakąś dyspozycję Łukaszowi i truchcikiem wynosi się do przedpokoju.
— Ojcze! słówko na osobności! — dogania go Dworniagin.
— Panowie! A jakie ja sobie futro kupiłem okazyjnie! — chwali się Chmurow. — Kosztuje tysiąc, a ja dałem... nie dacie wiary... dwieście pięćdziesiąt. Nie więcej!
W każdym innym wypadku przyjętoby tę nowinę zupełnie obojętnie, ale teraz goście wyrażają zdziwienie i niedowierzają. Wreszcie wszyscy walą do przedpokoju, aby obejrzeć futro i oglądają je tak długo, dopóki lokaj doktora nie wynosi cichcem z przedpokoju pięciu opróżnionych flaszek... Gdy podają jesiotra z wody, Marfutkin przypomina sobie, że zostawił w sankach papierośnicę i wychodzi do stajni. Żeby mu się samemu nie przykrzyło, zabiera ze sobą djakona, który właśnie chciał rzucić okiem na konia...
Tego samego wieczoru Liubow Pietrowna siedzi u siebie w gabinecie i pisze list do swojej starej przyjaciółki petersburskiej:
„Zwyczajem lat ubiegłych — pisze między innemi — urządziłam domową mszę żałobną w rocznicę śmierci męża. Na mszy byli wszyscy sąsiedzi. Ludzie to prości, nieokrzesani, ale jakież złote serca! Ugościłam ich przepysznie, ale, jak i w ubiegłych latach, trunków wyskokowych — ani kropelki. Od chwili, kiedy on umarł z nadmiaru użycia, ślubowałam sobie wprowadzić w naszym powiecie abstynencję i w ten sposób odkupić grzechy nieboszczyka. Propagowanie trzeźwości zaczęłam od swojego domu. Ojciec Jewmenjusz zachwycony jest moją ideą i pomaga mi słowem i czynem. O, ma chère, gdybyś wiedziała, jak mnie kochają moje niedźwiadki! Prezes powiatowego urzędu ziemskiego, Marfutkin, po śniadaniu przylgnął do mej ręki, długo przyciskał ją do ust i, pokiwawszy komicznie głową, rozpłakał się: dużo uczucia, a brak słów! Ojciec Jewmenjusz, ten cudny starowinka, przysiadł się do mnie i, wpatrzony we mnie, ze łzami w oczach długo coś szczebiotał, jak dziecko. Nie zrozumiałam słów jego, ale prawdziwe uczucie zrozumieć potrafię. Isprawnik, ten przystojny mężczyzna, o którym ci już pisałam, padł przedemną na kolana, chciał odczytać swój własny wiersz (to jest nasz poeta), lecz... siły go opuściły... zachwiał się i upadł... Takiego olbrzyma chwycił atak histerji... Możesz sobie wyobrazić mój zachwyt! Nie obeszło się jednak bez przykrości. Biedny prezes zjazdu sędziów pokoju Ałałykin, tęgi i apoplektyczny mężczyzna, zemdlał i leżał na otomanie nieprzytomny przez dwie godziny. Musieliśmy go cucić wodą... Dzięki serdeczne doktorowi Dworniaginowi: przyniósł ze swojej apteczki butelkę koniaku i zwilżył mu skronie poczem ten odzyskał przytomność i odwieziono go“...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.