Pan Balcer w Brazylji/I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Pan Balcer w Brazylji
Pochodzenie Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom X
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków — Lublin — Łódź — Paryż — Poznań — Wilno — Zakopane
Źródło Skany na Commons
Inne Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron
V.

Ale już słońce coraz silniej praży
Łby chłopskie, zbite mieszczańskie czupryny
I pogolone głowy marynarzy.
Już nigdzie mokrej nie obaczysz liny.
Już się na masztach żywica aż smaży,
I w skrawozłote ocieka bursztyny.
Bieleje niebo, żar pomost rozpala,
A morze ciężko, jak war, się przewala.

Mówią, że ziemia nakształt wielkiej dyni
Brzuchem się tutaj wypęcza do słońca,
A czuby[1] wciąga. Przezornie to czyni,
Boby ją na skróś strawiły gorąca
Więc tylko pasem żar idzie pustyni,
A chłód lodowy zawiewa ją z końca.
i Ta się toczy, jak owoc dojrzały,
Co środkiem żółty, a po czubach biały.


Zwie się to miejsce równik; iż się właśnie
Na równe tutaj świat dzieli połowy,
Tak odmienione, że słońce gdy gaśnie
Z jednej, to z drugiej świt rusza się nowy.
Toż kiedy u nas chłop chrapnie, a zaśnie,
Tam w pole wtedy wychodzi karbowy,
I do roboty parobków zagania,
I słychać bydła ryk i kurów piania.

Więc miejsce ono, by zmyłki nie było,
Pan Bóg gwiaździstym obręczem dał pobić.
Przyczem się sporo gwiazd złotych skruszyło,
Bo w niebie młotem, nie wiedzą, jak robić.
Zamachnie taki się anielską siłą,
Zamiast gwóźdź zwolna klepać, a sposobić...
Więc Bóg tym żużlem, by rzecz była wieczna,
Dał sypać drogę, co zowie się — mleczna.

Choć insi mówią, że równik jest na tem
Miejscu położon, gdzie stanąć ma prawo,
Jako człek człeku porównym jest bratem,
Nie — ten na ławie, a tamten pod ławą...
Jako ma równość nad całym być światem,
Ani się nędzarz uwzdycha za strawą,
Ani się bogacz w dukatach zakopa...
Ni szlachty wtedy nie będzie, ni chłopa.

Dobrzećby było to! Lecz radbym wiedział,
Kto będzie majstrem, a kto czeladnikiem,
Kiedy i w kuźni ustanie ten przedział,
A chłopak mi się zastawi równikiem?
Człek się na prawie majsterskiem osiedział,
Jest w cechu — tego nie zlizać językiem
Chorągiew bracką nosi, ma w Krakowie
Brata, co ksiądz jest, Balcerski się zowie.

Radzim my tedy; to ten, to ów słowo
Dorzuci, zwykle jak w ludzkiej gawędzie...
Lecz Opacz puszcza dym i kręci głową:
— «Nie tak to robi się! Nie tak to będzie!
No wyjdzie przykaz, że wsio jednakowo:
Łby strzyc, mieć szyniel i kwas jadać wszędzie!
Kto nie usłucha, w tiurmę i nahajka!
Tak równość zrobi się! A reszta bajka».

Wtem Magier huknie, niby z butla piwo:
— «Co tu i gadać o jakiejś równości!
Nie będzie szlachcic przyrównan, jak żywo,
Ani łykowi, ni chamskiej tej kości!» —
A na to Żdżarski, spojrzawszy się krzywo:
— «Milcz Waść! Szlachectwo nie ścierka Waszmości,
Żebyś niem gębę raz po raz szorował.
Klejnot jest. Krwawnik. Krwią ziemię farbował».

A Magier: — «Co mi tu, Wasze!...» — I świsnął,
Jak nadeptany na ogon padalec.
Lecz suchy szlachcic wyciągnął garść, ścisnął,
I utkwił w niego kościsty swój palec.
— «Fałszerz!» — rzekł głośno i okiem zabłysnął.
On skoczy, kija chwyciwszy kawalec,
Jak ryś z gałęzi, gdy się zapamięta,
Bełkocąc tylko: — «Doku... doku... menta!...

Pokaż mi, Wasze, na to dokumenta,
Bo o obelgę pozwę... infamiję!...»
Myślałem, szlag go trafi w te momenta,
Gdyż kark miał byczy, a zbyt krótką szyję.
Ale koścista ręka wyciągnięta
Suchym weń palcem godzi, jak w cel bije.
— «Fałszerz!» — powtórzył zimno. — «Ja... do sądu!... —
Wrzasł Magier — Świadki!» — A ów: — «Czekaj lądu.

A toś ty, bratku, myślał że ja nagi
Wyjdę z tej pastki[2], coś mi ją nastawił?
Że wezmę na się dziadowskie biesiagi?...[3]
A bogdajże się tym pozwem zadławił!
Szlachta!... Magiery!... Zbójeckie watagi!...[4]
A ot mnie Chrystus przez morze przeprawił,
Bym cię dosięgnął, a pomstę wziął z ciebie,
Tak mi dopomóż Bóg i Trójca w niebie!» —

Lecz Magier trząsł się, jak w wielkiej chorobie,
Zsiniał, dech tracił i błędne źrenice
Obracał kołem: — «Ja ci... Ja tu tobie
Pokażę! Ja ci pokażę... granice!
Jeszcze twe próchno przewróci się w grobie,
Jak ja sądową zapalę ci świécę...
Jeślim ja — fałszerz, tyś krzywo przysięgał!»
— «Co! — wrzasnął Żdżara — Ja?» — I już go sięgał

Kościstą ręką, gdy wtem, z pod pokładu
Sypną się ludzie dziwną procesyją.
Popierw niewiasty, dzieci, a pozadu
Chłopy się długim, ciemnym sznurem wiją.
Zawściągł się Żdżara z swojego napadu,
Głowę pod kaptur schowawszy i z szyją,
Lecz suchy palec upartym tkwił gestem...
Poznałem... Nasi szli, z dzieciątka chrzestem...

Horodziej trzymał je, krok stawiąc drżący,
Za nim chłopięta berlicę[5] mu niosą;
U boku Zośka, jak bławat kwitnący,
Szła z uplecioną do wstęg jasnych kosą.

Spuszczone rzęsy, rumieniec wabiący,
Tuż Stach, tuż dziatwa w płótniankach, a boso,
Zaczem gromada cała: starzy, młodzi
Z odkrytą głową na pokład wychodzi.

Nie było księdza naszego w okręcie,
Coby dzieciątko owo przewiódł zgoła
Z odwiecznych ciemnic, przez ziemskie poczęcie,
Do świetlącego Chrystusem kościoła.
Więc kmieć ów, gołąb biały, co żył święcie,
Wodą i krzyżem naznaczył mu czoła.
Z zaś na chrzestnych dzieciątku obrano
Stacha i Zośkę, jak wiśnia rumianą.

Dziwią się obcy, patrzą, pchają głowy
Pomiędzy drugich, którzy bliżej stali;
Bowiem był widok ciekawy i nowy
Dla nich, jakiego jeszcze nie zaznali.
Słychać okrzyki, śmiech, wrzawę rozmowy,
Palce wskazują to sznury korali,
To krasne chusty, któremi niewiasty
Czoła zawiły, to gorset kwiaciasty.

Bo co kto miał tam z szmat lepszych od święta,
To przywdział teraz i pysznił się sobą...
Jakowaś duma była rozpłynięta
W twarzach, i radość na poły z żałobą.
Ten pawie piórko zatknął, tam upięta
Wstążczyna błyska; tak lud tą chudobą,
Jak może, ową biedę swoją kryje.
— Co będzie oko przetrząsać ją czyje?

Kołem, a płotem ciekawi objęli
Mazurów, Kurpiów i ten lud nadbużny,
Lnom się tej naszej dziwując kądzieli,
Postoły[6]bacząc i obrządek różny.


Zaczem bogatsi grosz rzucać zaczęli
Dzieciątku temu w węzełek podróżny...
Francuzy, Włochy, nawet Portugesy,
Choć chytre, gęsto sięgały do kiesy.

Ale Horodziej, w płótniankę odziany
Podniósł dzieciątko w błękitne przestworza,
Gdzie gorzał słońca krąg, ogniem nalany,
I rzekł: — «Oto się narodził śród morza
Człowiek; i chrzest mu z imieniem jest dany.
A jeśli wola używi go boża,
Krzyżtof zwan będzie od tego okręta,
Co «Krzyż»[7] jest. Niech swój początek pamięta.

A ty go ręką swoją, Chryste Panie,
Przeżegnaj! Bo jest tułacz nad tułacze...
A pliszka w gnieździe ma lepsze posłanie,
Niźli dzieciątko to, co się kołacze
W korabiu po tym świata oceanie!»
Tu między matki ozwały się płacze
Ciche i ojców odjękły im głosy...
Horodziej milczał i patrzył w niebiosy.

Aż rzecze drżącym głosem Symeona:[8]
— «Krzyżem ty staniesz na drodze tej, dziecię,
Co będzie kośćmi naszemi znaczona,
Po cudzych ziemiach gdy wiatr nas pomiecie...
Bo się nierychlej nad nami dokona
To zmiłowanie, aż zorze nam trzecie
Zabłyśnie, które te wnuki obaczą
Nasze, lecz nie my!» — Tu wszyscy zapłaczą.

Więc jak w kościele, kiedy monstrancyją
Nad ludem wzniesie pleban od ołtarza,
Takie z tej siwej głowy blaski biją,
Taka z niej skrucha idzie i przeraża.
A morze huczy swoją litaniją,
W której się wielki jeden jęk powtarza,
Jęk, co był słyszan od początku ziemi:
...«Zmiłuj się, Panie, nad nami nędznemi!»
...............

Dzień ten był wesół i syty pospołu,
Bo pod równikiem nikt postem nie suszy,
Że ostatniego bić mieli dziś wołu,
Więc się biedakom co nieco okruszy...
Lud już upragnął świeżego żywiołu[9],
Bo na ziemniakach przez pół wyzbył duszy,
Wół w dobrem mięsie był, nie stary jeszcze,
A znać czuł cości, bo skórą szły dreszcze.

Z krótkim porykiem obracał za siebie
Łeb płaski, jakby czego szukał okiem...
Może skrzypiących pługów w ciężkiej glebie
Co sznurem ciągną po polu szerokiem,
Może tych jarów, gdzie kwiat się kolebie,
Nakryty srebrnych tumanów obłokiem,
Może łąk, gdzie się odbiwszy od stada,
W bród jałowica do paszni[10] zapada.

Boć i to bydlę ma swoje tęsknoty
I swoje wielkie, ciche zadumania.
Postają wolce, a patrzą w świt złoty,
Kiedy je oracz uwrotem[11] zagania.

Idź między trzody senne, pod namioty,
W step, a usłyszysz głębokie wzdychania...
W tej niemej twarzy[12] już duszy połowa
Stworzona: jęk ma, brak tylko jej słowa.

Więc gdy porykał tak, to mi tam prawie
Pachły te błonia stojące pod tęczą
Ros, kędy dropie brodzą, a żórawie
Na rdzawych piórach noszą się, a jęczą.
A wtem go pachoł ugodzi w łeb krwawie,
Uwiązanego żelazną obręczą...
Ryk srogi poszedł. Zaczem się zatoczy,
I na kolana! Zwróciłem wbok oczy.

Bo jest najgorzej przydawać żałości
Do onych niemych zgonów i do męki.
A wszak i ludzie rzekają to prości,
Że twarde serce najlekszej jest ręki.
Wysechłby człowiek, by sztokfisz, do kości,
Gdyby urzewniał na wszystkie te jęki,
Co biją w niebo z struchlałej tej sierci...
W mig mu złupili skórę, i na ćwierci.

Więc się tam zaraz, jakby na odpuście,
Tumult uczynił i gęsty tłok ludzi.
Jeden mu porze skróś żeber czeluście,
Drugi mu wątpia[13] parujące studzi.
Na pałce sparty i w jaskrawej chuście
Przez biodra, pachoł niczem się nie trudzi.
Pogląda tylko po onej czeladzi,
I nóż szeroki, płytki, ręką gładzi.

Nie chce on rąbać cielska, co już leży,
Gruchotać kości i wyrzynać mięso.
Aż wtem mu twarda szczeć na łbie się zjeży.
Szczęki kielcami ku sobie zatrzęsą,
Podniesie pałki i raz jeszcze zmierzy
W odciętą głowę, co białą się rzęsą
Ruszać zdawała... Ugodził ją wściekły...
Spojrzałem, z martwych oczu łzy pociekły.

Cały dzień przeszedł na głośnej ochocie
I na swawoli szyprów, którzy różne
Psoty czynili tej świeżej hołocie,
Co pierwsze myto płaciła podróżne.
Pompa tam była do nocy w robocie...
Lecą skorupy z misek, butle próżne,
Kto frajer, dalej lać go bez pamięci!
Tak to się w onych krajach równik święci.
................

Ranek się czynił perłowy, a siny
Od mgły, co rąbkiem po morzu się kładła,
Aż w nią uderzy z złocistej szczeliny
Słońce i modre rozkryje zwierciadła.
A tu już po nich igrają delfiny,
Przyjazne ludziom i statkom dziwadła,
Których na wiele tysięcy ta woda;
Znak to, że będzie bezpieczna pogoda.

Jest ten zwierz krągły, jakoby wrzeciono,
W łusce nie chadza, choć do ryb się liczy,
Pławy ma bystre, i z głową wzniesioną,
Chwastem skry krzesząc, ugania zdobyczy.
A ten ma w sobie dziw, iż wodę słoną
Nozdrzem wytryska, nakształt szklanych biczy,
Wesoło grając po bokach korabia,
Gdzie letki obłów kupami go zwabia.

Cudnieć to było patrzeć na te świty
Srężogą[14] srebrną drżące w on czas ranny,
Gdy nad ocean parami nakryty,
Skróś mgły zaczęły bić one fontanny!
Słup w górę idzie, rozszczepia się w kity,
Spada i sypie perłowych ros manny...
W stu miejsach naraz wybija z mgły, tryska,
W stu tęczach srebrem lśni i złotem błyska.

A tem ci milsze były te widzenia,
Iż z dnia nam na dzień bliżyły się brzegi.
Już się ta błędna niezmierność odmienia,
Już ptak zapada gęstszy na noclegi
Pomiędzy żagle; już się rozpierścienia
Lżej fala, już wiatr inszemi się ściegi
Pod niebem nosi; juz z lądów przywiewa
Dech kwiecia, trawy i ziemi, i drzewa.

Więc niespokojność jakowaś się budzi,
I serca ogień podpala nam żywy.
W jedną się stronę gromada pcha ludzi
Na pomost. Stoją, i wiatr ten życzliwy
Nozdrzami ciągną, z zadusznej tej gródzi[15]
Wyległszy. Tak pszczeli rój, chciwy
Wiosny, po wierzchu ul w marcu obsiada,
Suszy się, brząka, i skrzydła rozkłada.

Teraz się widzieć dały te odmiany,
Które ta droga zrobiła w narodzie.
Stwardły na grzbietach siermięgi, sukmany,
Solnemi pary przewzięte na wodzie.
Z zapadłą piersią, z drżącemi kolany,
Z twarzą sczerniałą na wietrze i w głodzie

Jako z jasyru i z miejsc zadżumionych,
Tak z pod pomostów lud wychodził onych.

I dziw! Niewiasty nawet się nie żalą,
Tak każde serce nadzieją tam dyszy.
Otwarte usta, źrenice się palą,
Ten, ów już sobie zmawia towarzyszy.
A okręt sunie, za każdą się falą
Bliżąc tym lądom, co wschodzą już w ciszy.
Wtem — «Ziemia! Ziemia!» — zagrzmiały okrzyki...
Więc rzępolista swej dobył muzyki

Zarzyna smykiem to grubo, to cienko,
Aż pies wyć zaczął w kajucie miczmana.
Stary Prokurat przyszczypnął was ręką
Saperski[16], nucąc: «Jeszcze nieprzegrana!» —
Wyrzucił czapkę Stach i przed Zosieńką
Chwycił i krzyknął: «Hej, danaż ty, dana!...»
Więc żydek krymkę zdjąwszy, obszedł wkoło:
Kto miał grosz, rzucał w tę chwilę wesołą.

Ale nieszczęsny Szczęśniak szedł na stronę
I rąk załamał i oczy wbił w morze,
Co mu zabrało i dziecko i żonę.
Nigdy już dla nich nie wzejdą tu zorze...
Patrzy, a wielki łzy toczą się słone
Na twarz znędzniałą; i stoi nieboże,
I głową trzęsie, jak owego ranka,
Niememi usty szepcąc: — «Hanka.. Hanka!...»


Przypisy

  1. ...czuby (przen.) — bieguny ziemskie.
  2. Pastka — paść, sidła, zasadzka.
  3. Biesiagi (włosk.) — podwójna torba dziadowska.
  4. Wataga (tat.) — herszt zbójów.
  5. Berlica (ł.) — laska, kostur.
  6. Postoły — chodaki, łapcie z łyka albo ze skóry.
  7. Etymologia ludowa, mylna. Krzysztof, Christophoros, nic z krzyżem nie ma wspólnego i znaczy Chrystonosz, skąd legenda, że ten święty Chrystusa przez rzekę przeniósł.
  8. Symeon biblijny (Ew. św. Łukasza II, 25 nstp.).
  9. Żywioł, pożywioł (gw.) — pożywienie, żywność.
  10. Pasznia — pastwisko.
  11. Uwrot, uwrocie — koniec zagona lub stajanka.
  12. Niema twarz (stp. i gw.) — zwierzę, zwłaszcza domowe. (Twarz ma tu znaczenie: twór).
  13. Wątpia, wątpie. (gw.) — wnętrzności, trzewa.
  14. Srężoga — jasny, napół przejrzysty błękit, «modrość lekuchna» (str. 12).
  15. Gródź, gródza — miejsce zagrodzone, zagroda dla kur; tu przen. miejsce pod pokładem.
  16. Saperski wąs — jaki nosili saperzy Napoleona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.