Pamiętnik dr Z. Karasiówny/Człowiek i pies

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Karasiówna
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Człowiek i pies.

Przyjechała do mnie furmanka z Kukowa. Wyjazd prywatny. Jakiś chłop zachorował. Nie wiem kto.
Jedziemy wyjątkowo tylko gościńcem. Wyjątkowo w jasny dzień. Powozi dorosły furman a nie 13 letni chłopiec. Nie wjeżdża pod każde auto. Nie jest pijany. To wyjątkowo dobry dzień.
Szybko zajechaliśmy przed ładny domek z ganeczkiem. Weszłam do pacjenta. Na łóżku leży chłop w wieku lat trzydziestu kilku. Skądś go znam. Rozpoznanie już sam sobie postawił. Napewno ma zapalenie, bo nic nie może pić. Z galanterią całuje mnie w rękę. Zdrętwiałam. Już wiem. Wiem jaką ślinę mam na ręce.
Przed 3 miesiącami było jeszcze lato. Gorący dzień. W domu z ganeczkiem były otwarte drzwi. Przy drzwiach siedział gospodarz domu i szył. Był krawcem. Nie miał czasu chodzić na spacer. W Kukowie jest bardzo dobre powietrze. Do Kukowa przyjeżdża dużo letników. Pieniądze na to górskie powietrze wydają. Tutejszy człowiek ma je zadarmo. Trzeba korzystać z powietrza.
Siedzenie przy otwartych drzwiach może się skończyć śmiercią. Nie, żeby się można było przeziębić. Przesąd. Zresztą było bardzo gorąco. Nie powiał nawet wiatr.
Nie wszedł przez drzwi otwarte bandyta z rewolwerem. Nie wpadł wilk z lasu. Wszedł pies.
Jest w medycynie jedno przykazanie, które do każdej choroby się nadaje: że lekarz najpierw pacjenta bada. Potem tego samego pacjenta leczy. Ale w jednym wypadku jest inaczej. W wypadku pokąsania przez psa. Tu bada się psa, leczy się człowieka. Całkiem naopak.
Krawiec dostał 20 zastrzyków. Pies był wściekły.
Szczepionkę przeciw wściekliźnie wynalazł Pasteur. Olbrzymi sukces medycyny. Daje tylko 1% złych wyników. W 99% zabezpiecza od wścieklizny. Wiele operacyj daje dziś kilka procent śmiertelności. Choroby zakaźne kilkanaście, dwadzieścia, trzydzieści. Ukąszenie wściekłego psa jest bezpieczniejsze niż operacja ślepej kiszki. Bezpieczniejsze niż szkarlatyna i tyfus. Dawniej było prawie zawsze śmiertelne.
Obecnie 1%. Dzięki szczepionce.
Mój krawiec był tym jednym na stu.
„Oczywiście, że pan ma zapalenie — mówię i wyszłam pomówić z żoną. Pomówić w sprawie transportu do szpitala. Za kilka godzin zaczną się ataki. Już teraz jest bardzo podniecony. Na widok wody wpada w szał. Pozabija całą rodzinę. W domu są drobne dzieci. Nie można go tu zostawić. Trzeba go transportować do szpitala. Piękne słowo.
Zdarza się, że ktoś z letników zachoruje w pobliżu Suchej. Chce jechać do szpitala. Pyta się wtedy o auto sanitarne. Niechże posłucha o tym aucie.
Na furmance, którą przyjechałam, układa się posłanie ze słomy. Na szukanie drugiej furmanki nie ma czasu. Jedziemy razem z pacjentem do Suchej. Z nami jedzie kochająca żona chorego. Zdążyła go już pocieszyć, że to nie zapalenie. Objaśniła go, że to wścieklizna. Teraz milczy.
Przyjechaliśmy do mego mieszkania. Zostawiłam w domu krawca z żoną. Poszłam na pocztę. Zatelefonowałam na pogotowie w Krakowie. Otrzymałam tam cenne informacje. Pogotowie nie wozi chorób zakaźnych. Inne przewozi, owszem. Ze Suchej do Krakowa za 100 złotych. Poradzono mi dzwonić do Miejskich Zakładów Sanitarnych. Auta Miejskich Zakładów przewożą zakaźne przypadki, owszem. Ale nie wyjeżdżają poza Kraków. Zatelefonowałam do Starostwa w Makowie — udzieliło ni i grzecznie dobrej rady: Niech go transportuje gmina. Niech go transportuje rodzina. Ale gmina jest w Kukowie o 12 km od Suchej, a rodzina...
U mnie w mieszkaniu popłoch. Pacjenci uciekają i krzyczą. Krawiec już opowiedział wszystkim, co mu jest. Kochająca żona zabrała wóz. „Kiedyś go pani leczyła, to sobie go pani odwoź — powiedziała“. To rzekłszy odjechała do Kukowa.
Za 20 minut odchodzi pociąg. Wychodzę na ulicę. Zatrzymuję najbliższego policjanta. Proszę go o odwiezienie pacjenta. Pojechałabym sama, gdyby mi czas pozwolił. Dałam pieniądze na bilet. Poszli.
Ledwo się trzymał chłop na nogach. Może zajdzie na stację z pomocą policjanta.
Odetchnęłam. Nie wiedziałam tylko, że policjant nie pojechał. I że też się boi wścieklizny, choć nosi bagnet i karabin. Że odprowadził go tylko na stację. Że chory pojechał sam. Że w Krakowie na ulicy dostał ataku. A ataki wścieklizny są jak stan szałowy wariata.
Dziś wszystko wiem. Wiem, że w Suchej nie ma nawet noszy do transportu chorych, chociaż gościńcem mkną setki aut, a w górze warczy czasami aeroplan. Że prędzej można się dostać do stratosfery niż ze wsi w nagłym wypadku do szpitala. Wiem wszystko, co potrzeba.
Zostawię teraz każdą wściekliznę w domu. Niech pozabija rodzinę. Niech zakazi kogo chce śliną. Niech idzie do tych wszystkich urzędów, które umieją dobrze radzić. Nie zabiorę go tylko do mego mieszkania. Jak każdy doświadczony lekarz.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Karaś.