Pamiętnik dr Cz. Gawareckiego/Najmilsi pacjenci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Gawarecki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Najmilsi pacjenci.

Najmilszą i świadomie wyróżnianą przeze mnie kategorią pacjentów są dzieci. Przyjmuję ich w mych godzinach badań od jednego do kilkunaściorga dziennie. Od kilkotygodniowych do kawalerów i panienek. Staram się zawsze czynić im honory. Przyjmuję najpierw poza kolejnością. Dorośli krzywią się nieraz na okazywanie takich względów. Nie zawsze mam możność i czas wyjaśniać motywy tego wyróżniania. Ale pocieszam się, że przecież wszyscy nie zawsze rozumiemy logikę wydarzeń, które obserwujemy, lub w których uczestniczymy. Dziecko jest jak gąbka: wchłania w siebie wszystko i potrzebne i szkodliwe. Choć mamy własną olbrzymią higieniczną poczekalnię, jednak wolę dmuchać na zimne i nie narażać dziecka na czekanie wśród dorosłych. Dziecko jest bardziej wrażliwe niż dorosły i, jako bardziej ruchliwe, denerwuje się czekaniem bardziej niż dorosły. Rzadko które potrafi opanować nudę czekania i zaczyna płakać. Rozpocznie bek jedno, to natychmiast przez sympatię drze się całe towarzystwo. Zapłakane, gdy wejdzie do mroku pracowni, wpada w przerażenie — umęczy siebie, matkę, laborantkę i mnie. Każde dziecko dozna jeszcze w życiu dość goryczy, gdy dorośnie, więc unikajmy wyświadczania mu przykrości, których można zaoszczędzić bez szkody psychicznej.
Dzieci mają różny sposób bycia i zachowania się.
Najmilsze to te, które wychowują się wśród licznego rodzeństwa. Cechuje je karność i opanowanie, a często grzeczność i uprzejmość. Są to dzieci uspołecznione i towarzyskie. Badanie idzie gładko i sprawnie.
Druga kategoria to rozpieszczone i rozkapryszone jedynaki. Trzeba umieć z nimi dyplomatyzować lub stoczyć walkę psychiczną. Gdy to zawodzi, wówczas wymierzony przez matkę klaps staje się pomostem do zgody i porozumienia. Ta kategoria dzieci posiada zazwyczaj wiele wdzięku dzieci zrodzonych z miłości.
Wyjątkowo wyodrębniającą się grupą są dzieci żydowskie. Wszystkie omal bez wyjątku strachliwe, nerwowe, wrzaskliwe, gwałtowne, despotyczne i rozkapryszone do histerii. Tyranizują swych ślepo zakochanych i do obrzydliwości uległych im rodziców. Przynajmniej co drugie obsika. Nie do rzadkości należy zostawianie brzydkiej wizytówki przez bardziej niesfornego bachora.
Dość oryginalnie zachowuje się liczna grupa nazwana przeze mnie „pożraczami metalu“ dzieci, które połknęły zabawkę albo monetę. Zjawia się taki berbeć i zachowuje z całą powagą, jakby chciał demonstracyjnie wykazać pogardę dla monet. Wy starsi niepokójcie się, a ja mam pieniążek gdzieś.
Moi mali pacjenci rzadko kiedy zjawiają się w ciężkim stanie choroby. Takich obsługują inne organy Ubezpieczalni. Moja praca jako rentgeneloga to przeważnie rola detektywa choroby. Wyszukuję ogniska ukrywające się przed klinicystą, kontroluję czy stany zapalne rozeszły się, lub jak się goją i w jaki sposób zabliźniają. Pomagam klinicystom w kontroli zdrowotności, a zwłaszcza tych, które mają jechać na kolonie, aby przypadkiem które nie zawlokło tam ogniska niebezpiecznego dla innych.
Szczególnie cieszy moje sumienie lekarskie coraz częstsze zjawianie się do badania całych rodzin. Gdy internista „złapie“ jednego osobnika gruźliczego, przysyła do kontroli całą rodzinę. Walka z gruźlicą weszła na właściwe tory. Ludzi niebezpiecznych dla otoczenia izoluje się, by nie zakażali innych a świeże przypadki od razu leczy.
Jest to kopalnia ciekawych spostrzeżeń. Dzieci jednej rodziny, żyjące w jednakowych warunkach i, zdawać by się musiało o jednakowych wartościach organizmów, a jednak prawie każde inaczej przechodzi zakażenie. Niektóre wprost lubują się w przekornym ukrywaniu ogniska, którego obecności nie chcą zdradzić objawami.
Z lękiem podchodzę do noworodków. Reagują one na zakażenie w sposób piorunujący. Nie zapomnę nigdy strasznego obrazu jamy obejmującej cały dolny płat lewy, a więc pół płuca u niemowlęcia paromiesięcznego.
Z wielką radością stwierdzam coraz częstsze przysyłanie do badania nianiek i bon. Nie do mnie należy udzielanie wiadomości matkom, dopytującym się czy można bezpiecznie zatrudniać przy dziecku daną osobę. Ale fakt, że matki poczynają rozumieć niebezpieczeństwo jest znamienny i pocieszający. Wzdycham jednak do czasu, gdy każdy człowiek będzie posiadał swoją hipoteczną książeczkę zdrowia, gdy praca nasza przestanie być noszeniem wody w koszyku, kiedy społeczeństwo zapewni we własnym interesie izolację wszystkich chorych niebezpiecznych dla otoczenia.
Czyż można marzyć o zwalczaniu gruźlicy za pomocą walki z nią jedynie wśród małej części ludności, która ma zapewniona pomoc lecznicza i materialną? Zakażenia są rozsiewane przede wszystkim przez te rzesze, które pozostawione są samym sobie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Gawarecki.