Pamiętnik dr Cz. Gawareckiego/Lekarz z przedmieścia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Gawarecki
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wydania 1939
Drukarz Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Lekarz z przedmieścia.

Oczy zawsze wesołe i lekki stały grymas wargi podkreślały uśmiech nie schodzący z tej twarzy. Zawsze żywy, uczynny i pogodny. Takim go znałem na Uniwersytecie i takim widywałem w ciągu szeregu lat po dyplomie.
Wiedziałem, iż obecnie pracuje jako lekarz domowy Ubezpieczalni na rejonie podstołecznym. Przysyłał do Zakładu swych pacjentów do konsultacji.
Spotkaliśmy się przypadkowo w niedzielę i zostałem uderzony zmianą jego wyglądu i samopoczucia. Lekko pochylony, oczy znużone, fałdy nosowe pogłębione, rękoma nie rozprawia jak dawniej, a wykonywa od czasu do czasu ociężały gest rezygnacji.
Pytam czy chory.
Oświadcza, że zdycha.
Czemu?
Warunki pracy zatruwają życie. Pacjenci nie liczą się zupełnie z ustalonymi godzinami przyjęć ani z porą doby. Zgłaszają się kiedy im się żywnie podoba. Niektórzy przychodzą po pijanemu. Na uwagę żony lub służącej, iż zgłaszają się o niewłaściwym porze odpowiadają stekiem wymyślań, wyzwisk i wyliczaniem rodowodów, odgrażają się. Pomocnice domowe nie chcą u mnie pracować. Wzywać policji i nie lubię i nie chcę. Protokół policyjny nie zmieni ludzi, a tylko wnosi zadrażnienia i daje żer łowcom sensacji i skandali. Wolę zdobyć mir i zaufanie pacjentów choćby za cenę największego przepracowania i cierpliwości niż zostać bohaterem brukowców. Ubezpieczeni nadużywają mej pracy w sposób przykry i uciążliwy. W minionym tygodniu musiałem odbyć w ciągu jednej nocy trzykrotną wędrówkę po wertepach do jednego babsztyla, któremu dolegała najzwyczajniejsza niestrawność po libacji. Gdyby ci ludzie nie byli ubezpieczeni i musieli płacić za każde wezwanie i każdą poradę, to ilość mej pracy spadłaby do paru procent. Najokrutniejszy władca i despota, utrzymujący lekarza dla swojej tylko osoby, nie nadużywałby go tak jak wielu ubezpieczonych. Sądzą oni, że lekarz został oddany dla zaspakajania ich widzimisię.
Żalił się dalej kolega na swój stan takiego przemęczenia i niewyspania, że nie ma ani chęci ani sił na jakąkolwiek rozrywkę ani nie ma możności zajrzenia do książki.
Sądząc po swoim wyczerpaniu, uważa za niemożliwość wytrzymania dłużej takiej orki. Cóż będzie w takim razie, gdy obecnie zatrudnieni lekarze przekroczą swój wiek największej wydolności i stanu sił.
Ma mglistą nadzieję, że zmniejszą ilość przydzielonych mu ubezpieczonych, ale sprawa o tyle trudna, że podobny stan istnieje na wielu obwodach.
Znałem niezwykłą pracowitość kolegi i jego uczynność, wiem, że zależy mu na pracy i nie mam żadnych podstaw do podejrzewania go o jakiekolwiek przejaskrawienie stanu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Gawarecki.