Ostrożnie z ogniem/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostrożnie z ogniem
Data wydania 1849
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Stary znów siedział na kamieniu pod krzyżem, gdy Jan nadspodziewanie prędko z Dąbrowej powrócił. — Spytał go o przyczynę powrotu i syn nic nie zataił, powtórzył nawet całą swoją rozmowę z prezesem.
Darski uśmiechał się z politowaniem. —
— Długa, rzekł, pamięć, długa nienawiść, niech mu ją Bóg przebaczy, jak ja mu ją daruję. Zawsze był takim, życie całe, gwałtownym do szału, namiętnym do zapomnienia się. I wiek go widać nie zmienił. —
Jednę miał dobrą chwilę w życiu, tę w której na cnotach matki twojej się poznał — niemogę gniewać się na niego, że mści się na mnie za nią — ja po niej dotąd płaczę. Każdy tak kocha jak umie — on przedłuża swe przywiązanie zemstą, ja łzami.
— Ale — dodał starzec — ty tam więcej nie będziesz.
Jan zdziwiony ust nie otworzył.
— Niechcę i zakazuję ci tego, dla chwilowego i jeszcze nierozwiniętego kaprysu dla kobiety, jakich tysiące po świecie może — wnosić w dom niepokój, w rodzinę poróżnienie, może łzy, żal — niezliczone strapienia i skryte boleści — niegodzi się — niegodzi. Znam prezesa, wiem okoliczności w jakich zostaje starościna; cały majątek wielki, którego spodziewać się może Julja, w prezesa jest rękach. Zapisał go, ale może odebrać. Staruszka tegoby nie przeżyła, a przy gwałtowności tego człowieka dla fraszki gotów to zrobić.
— Alboż ja chcę bogactw — ja kocham Julję —
— Już ją kochasz? Janie! Janie! nie profanuj tego słowa, lada miłostek nim nie zwać, bo na święte uczucie potem wyrazu ci nie stanie. — Mówiłeś mi wczoraj — gdy ci rozkażę, porzucisz. W żadnym innym razie nie rozkazywałbym ci nigdy — tu muszę. —
Jan spuścił głowę.
— Ojcze — spytał — miałżebyś odwagę rozkazać mi. Ty wiesz, ja nigdy nie kochałem jeszcze, ale teraz czuję, że ją kocham i czuję że na zawsze. — To nie jest przechodzące uczucie, to właśnie ta święta miłość, o której mówisz. — Bez niej niema dla mnie życia.
— Mój Boże — tak się zapalić od jednego wejrzenia.
— Znam ją, jak gdybym żył z nią wieki, każdą jej myśl czytam w oczach, rozumiem każdy wyraz niewymówiony, co się w jej ustach zatrzymał.
— Ale któż ci zaręcza, że ona kochać cię będzie.
— Jakto? jam o tem niewątpił na chwilę — taka miłość jak moja, nie może być bez wzajemności.
— Dla czego?
— Wytłumaczyć nie umiem, czuję i jestem tego pewien.
— A jednak niepojedziesz tam więcej.
— Ojcze! to nad siły.
Stary Darski wziął syna za głowę, pocałował go w czoło i z uczuciem, rzekł:
— Jeżeli mnie kochasz, Janie!
— O mój ojcze! o mój ojcze! Tyle tylko wyjęknął i zakrył oczy.
— Nie rozpaczaj, rzekł starzec — jeśli to jest niezwalczone przywiązanie z obu stron, nie będę się zastanawiał ani nad groźbami prezesa, ani nad niczem w świecie. Jutro pojedziesz do Litwy, pół roku nie będziesz u mnie. Po powrocie możesz być u starościnej. — Teraz — nie.
— Jakto? odjechać bez pożegnania, gdym być obiecał.
— Trzeba, Janie.
— Cóż one pomyślą —
— Niech myślą co chcą.
— Żem się zląkł prezesa.
— Chociażby. Jeśli cię ta kobieta kocha, nic złego niepomyśli o tobie; przywiązanie jej przeżyje bez nowego pokarmu pół roku. A teraz, chodźmy do domu i poczytaj mi trochę, oczy mnie bolą...
Nazajutrz Julja i Marja siedziały pod znajomemi nam dębami — była to chwila zwyczajnej przechadzki, wieczór, ale wietrzny, burzliwy, prawie chłodny; pomimo to Julja oparła się jak rozpieszczone dziecko i pociągnęła z sobą towarzyszkę w dąbrowę.
Nigdy jeszcze Julja nie była tak smutną i pomięszaną, ona której wesołość i trzpiotowatość niczem dotąd pokonać się nie dały.
— Pamiętasz, mówiła — naszą rozmowę w tem miejscu, tego wieczora, kiedy pierwszy raz zastał nas tutaj.
— O! mogłażem ją zapomnieć — odpowiedziała Marja — to był jakby program twego życia, ale spodziewam się fałszywy, i ty dziś sama odstąpisz od niego.
— Nie — nie!
— Jakto? a nasza dzisiejsza ranna w ogrodzie rozmowa.
— Alboż jedno przeciwi się drugiemu?
— Wszakże biedne roztrzepane dziecię, jużci mi się przyznała, że go kochasz.
— O! kocham go! z uczuciem zawołała Julja, kocham go! czuję — to mój pierwszy, to mój ostatni kochanek.
— A owe długie próby, owe —
— Poczekaj, to się dopiero zacznie.
— Jakto, mówisz, że go kochasz, i będziesz miała siłę?
— Właśnie dla tego, że kocham; chcę tą drogą miłość moją tak ubezpieczyć, tak zapewnić sobie, że największe ofiary spełnię dla niej. Ja wiem, że on mnie już kocha jak ja jego, lecz czy kochać będzie, czy stale? czy mogę rachować na niego — na wieki?
— Cóż w życiu trwa na wieki?
— Wiek — to póki życia, któż wie jak długie życie.
— A ty je tracić będziesz na próbach. —
— Potrzeba!
— Powiedzże mi, wejrzenie, słowo i to nieopisane jakieś uczucie, co ci mówią, że on cię kocha, czyż nie dość jeszcze zapewniają?
— Nie dosyć, chcę wiedzieć czy miłość wytrzyma próby.
— Juljo, ty go niekochasz, tylko głową. Uraziła się Julja. — Niewiem jak, to wiem, że ty zimna biedna istoto nigdy tak kochać nie będziesz nikogo.
— O! ja, odpowiedziała Marja, nigdy, nikogo —! i ciszej powtórzyła raz jeszcze do siebie ze smutkiem — nigdy — nikogo — a łzy kręciły się jej w oczach.
Julja przeczuła więcej, a raczej usłyszała łzy te w głosie, niż je zobaczyła i rzuciła się na szyję przyjaciółce z namiętnym zapałem. — Przepraszam cię! przepraszam. Biednam ja! słowa nawet moje kaleczą, cóż dopiero miłość moja.
— Może zabić — cicho powiedziała Marja — powiedz mi, prawdziwież to, szczerze mówiłaś o próbach, o doświadczeniu.
— Słuchaj, jam dziecię według was wszystkich, ale w sobie czuję, żem dorosła uczuciem i myślą miary, za którą nie przejdę. — Jestem uparta, mówicie, bo mam przekonanie własne; czego chcę, wiem i gdy chcę mieć muszę. Miłość jest wielkim celem mojego życia, ale nie taka jaką pospolicie widujem, nie uperfumowana, w glansowanych rękawiczkach i czarnym fraku, — nie! nie! Wszystkom gotowa jej poświęcić, ale chcę żebym jej stała za wszystko. — Prezes mnie wydziedziczy, będę prawie ubogą — o to mniejsza, ale chcę być szczęśliwą i pewną, że ten komu się oddam, będzie prawdziwie tym, kogo oczekiwałam.
— Cóż cię zapewnia, że pierwszy dla którego uderzyło twoje serce, jest tym oczekiwanym kochankiem.
— O! ja go kocham, ja to czuję! ale kochając drżę i boję się. Muszę nim mu powiem to, co mi z ust się napiera, być pewną, że i on kocha mnie całą duszą, całem sercem, że mi wszystko poświęci.
— Wszystko! są rzeczy których nawet kochance człowiek poświecić nie może.
— Tak, czci swej, poczciwości, obowiązków świętych.. — lecz siebie całego.
— Cóż myślisz?
— Nic, będę go męczyć, będę go próbować.
— I na toś go pociągnęła, ułudziła.
— Żeby kochał i cierpiał. — O! wierz ja mu to nagrodzę — nie będzie żałował...
Jeszcze szeptały między sobą, gdy Jan, któremu stary niepozwolił być więcej w Dąbrowej, szukając sposobu widzenia Julji, przyjechał pod dęby w nadziei, że ją tam zobaczy i pożegna.
Julja posłyszała tentent, Marja pierwsza domyśliła się kto jedzie, i niechcąc doczekać nowego tajemnego widzenia się, starała się pociągnąć z sobą towarzyszkę do szybkiej ucieczki. Stanowczo odpowiedziała jej Julja:
— Nie pójdę.
— Zmiłuj się, ludzie co wszystko wiedzą, dowiedzą się o naszych przechadzkach, o tem że on tu bywa — i cóż powiedzą na ciebie, na mnie.
— Niech mówią co chcą — ja robię com — powinna.
— Ale ty właśnie tego robić niepowinnaś.
— Spuść się na mnie.
Jan już zsiadał z konia i witał.
— Teraz przekonywam się, zawołała Julja, że pan polubiłeś to miejsce jak my.
— Albo miejsce, albo — tych, których tu spotykam...
— Wiedziałam, że się na tym komplemencie skończy.
— Przyznam się nawet pani, że na ten raz więcej w nadziei, iż tu panie zastanę, niż w innej jakiej myśli jechałem.
— A! dziękujemy.
— Bo w Dąbrowej być niemogę, a jutro, lub dziś jeszcze może odjeżdżam.
— Pan już jedziesz? spytała Julja.
— Jutro, lub dziś nawet.
— Koniecznie? I patrzała mu w oczy, probując siły swego wzroku.
— A! koniecznie — koniecznie.
— Tak że ani uprosić, ani wstrzymać pana.
— Ktożby prosił? ktoby wstrzymywał?
— A gdyby?
— O! niemożna! smutnie rzekł Jan.
— Czyjaż wola, jeśli nie własna wypędza ztąd pana?
— Ojca mego.
— Przed tą schylamy głowę — chociaż powiem szczerzę, szkoda nam pana. — W tej piaszczystej i kamienistej Litwie zapomniesz o wołyńskich znajomych?
— Ja — niezapominam nigdy, co raz w życiu oceniłem, do czego....
Nieśmiał dokończyć, spojrzeli na siebie.
— Jedźże pan z Bogiem! z udaną obojętnością rzekła Julja, a kiedy możemy go się spodziewać.
— Za pół roku.
— A! tak prędko!
— Prędko? mówisz pani?
— Alboż powiedziałam?
Julja mówiła szybko z udanem trzpiotostwem i obojętnością, przez którą rozdrażnienie widać było, Jan smutnie.
— Cóż to dziś mamy?
— Pierwszy sierpnia.
Julja liczyła na palcach. A więc zdaje mi się pierwszego lutego.
— Skończy się pół roku.
— W samym karnawale.
— Pierwszego więc, w sam ten dzień przystawisz się pan do Dąbrowej?
— Każesz pani?
— Alboż mówiłam, że każę? nie — a — zresztą chcesz pan żebym kazała?
— Proszę —
— Więc każę.
— Pierwszego lutego będzie wielki tańcujący wieczór u babuni, będziemy mieli cały nasz świat — prezesa.
— I prezesa — spytał Jan.
— A naturalnie.
— I podkomorzynę, i pannę Matyldę —
Mówiła machinalnie, a wciąż nieubłaganym wzrokiem wlewała w serce Jana, drżące i już zbolałe, nowa boleść, nowe żary, które go pół roku palić miały.
Żebyś zaś pan niezapomniał o przyrzeczeniu stawienia się za pół roku — ułamała gałąź dębową i odrywając liść podała go — oto zielone, które nosić przy sobie proszę pana. Na pierwszy lutego, do pierwszego mazura pana zapraszam. — I jeszcze podała mu rękę a l’anglaise, dłonie ich zadrżały konwulsyjnie, wszystka krew, całe życie spłynęły w tę dłoń szczęśliwą, która jej rączki dotknęła. I była chwila takiego uniesienia, że Julja nawet szyderski ust wyraz zmieniła; lecz to trwało oka mgnienie.
Do zobaczenia.
Jan nic nie odpowiedział, w głowie mu się przewróciło, spojrzał na Julję smutnie, długo, na Marję co go żegnała milcząca, rzucił się na koń i uciekł.
— Możeż ona kochać? mówił w drodze do siebie, ona szydzi tylko — ona tak obojętna, tak zimna! Lecz jak dłoń jej drżała w mojem ręku? Co mówiły jej czarodziejskie oczy! O! biedna głowo moja, o biedne serce — co się z wami dzieje. Julja, Marja — obiedwie! Jedna — sam niewiem, szaleję.
I zaciął siwego z całych sił, a Lebed szarpnął się do razów nieprzywykły i jak strzała go uniósł.
Gdy zniknął im z oczów, Julja padła na kanapkę. — Zobaczęż go kiedy? spytała Marji, nie odstręczyłażem go mojem trzpiotostwem? Co on myśli o mnie? Zechcesz on powrócić? O Marjo, Marjo! ratuj mnie, serce mi pęka. A Marja kołysała ją i pocieszała jak mogła; choć biedna sama też potrzebowała pociechy, choć cierpiała daleko więcej. Bo i ona go kochała, ale miłością bez nadziei, miłością, która podobna jest do stepu piasczystego, gdzie niema końca, niema rosy, niema źródła. W górze słońce co zajść niemoże, pod nogami fale piasku, i nic więcej — nic więcej. A ta miłość zrodzona nagle, odpychana, walczona, musiała pozostać na wieki w sercu, nie dojrzana oku, niepocieszona niczem, nie osłodzona nigdy.
Biednej sierocie i to cierpienie było szczęściem, bo kochać choćby bez jutra i przyszłości, zawsze jest najwyższem dobrem na ziemi. Jest to kielich goryczy, któren spragniony pije z roskoszą, bo wypiłby truciznę, tak go spaliło pragnienie.
Tak właśnie kochała w cichości Marja, której życie całe było pragnieniem, bez kropli rosy, bez ochłody...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.