Ostrożnie z ogniem/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostrożnie z ogniem
Data wydania 1849
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Są chwile w życiu człowieka przestraszające go, choć bojaźni, której doznaje patrząc na nie gdy się zbliżają, nic wytłumaczyć nie potrafi. Nie zawsze przeczucie wieszcze wstrząsa sercem i cofać się doradza — czasem wielkość nadziei rodzi obawy, by ich mgnienie oka nie zniszczyło. Głowa się zawraca, usta bledną, oko patrzy i nie widzi, myśl nawet jak ptasze, nad którem krąży jastrząb niewidomy, osłabłemi skrzydły plącze się w powietrzu i opada.
Najodważniejszy, najprzytomniejszy w tych krytycznych życia perjodach niepoznaje sam siebie, a gdy poźniej chłodniejszem okiem spojrzy na bojaźń doznaną, śmieje się z niej jak z dzieciństwa.
Jan dojeżdżał do Dąbrowej z takim właśnie niepojętym przestrachem, jakiśmy tu opisali. Czego się lękał? niewiedział; tłumaczył sam sobie, iż bojaźń była nierozumnem uczuciem, chorobą jakąś, dzieciństwem, a obawiał się przecie.
My wnijdźmy przed Janem do pokoju starościnej i zajrzyjmy do niego w chwili, gdy Julja wracająca z przechadzki, zmęczona, poruszona przysiadła na stołeczku u nóg babki.
— Widzisz dziecko moje, rzekła do niej staruszka przykładając rękę do jej skroni — jak ci krew bije do głowy, cała jesteś czerwona, a takeś się zmęczyła. Tyle razy cię proszę, żebyś nie biegała. — I Marja pozwala na to.
— Mówiłam Julji — prosiłam. —
— Ale babciu, kiedy mi to nie szkodzi!
— Tak, nie szkodzi! chwała Bogu, ale może ci zaszkodzić. Ruch mierny służy zdrowiu, ale taka gwałtowna agitacja.
— Moja babciu, a kiedyż biegać jeźli nie w moim wieku?
— Z umiarkowaniem.
— Tego ja nierozumiem — to niewola!
— Całe życie niewola, dziecię moje.
— A niech Bóg broni!
— Cóż ty na to poradzisz?
— Co? niepoddam się — zawołała Julja tupając nóżką — umrę a niepoddam się. —
— Dziecko! dziecko!
— A! a! wielka nowina babciu! z nią to tak do ciebie leciałam — Tajemnica odkryta.
— Jaka tajemnica?
— A! mój nieznajomy.
— Twój?
— To jest nasz, mój i Marji.
— O! ja się do niego nieprzyznaję — przerwała Marja cała w płomieniach.
— Kiedy mi nie wolno powiedzieć j, muszę mówić nasz.
— I cóż ten twój nieznajomy.
— Wiem kto jest.
— Pewnie coś nie ciekawego.
— Wszakto babciu droga, syn tego starego Darskiego z Jarowiny, o którym tyś mi sama rozpowiadała.
— Syn Darskiego? niewiedziałam, że miał syna.
— Nie mieszkał tutaj, siedzi gdzieś w Litwie, przyjechał tylko do ojca, — Otóż kochana babciu, (szturmem dobywając twierdzy dodała Julja) dał mi słowo, że u nas będzie. Chodzi tylko o to, kto go wprowadzi, bo nikogo znajomego niema.
Staruszka zamyśliła się i widać było, że niecałkiem była rada zaprosinom wnuczki.
— Jakto? spytała po chwili — sam się zapraszał być u nas?
— A! chowaj Boże! ja go zaprosiłam.
— Ty! ty moje dziecko.
— A cóż to złego babuniu; młody, dobrze wychowany i bardzo miły człowiek, nasza okolica tak pusta, łapię jak mogę.
Babka pogroziła na nosie wnuczce. — Patrzaj, rzekła, co o tobie pomyśli?
— A cóż pomyślić może; żem grzeczna —
— A jeźli to jaki bałamut, któremu się ubzdrzy —
— Ale nic mu się ubzdrzeć nie może, ręczę. — Oho! nie takem go zapraszała. — Zresztą babunia moje zaproszenie naprawi i napisze do niego od siebie.
— Ja! moje serce.
— Tak! babcia kochana, i to dziś jeszcze.
— Ale ja tego nie zrobię.
— Czemu?
— Bo mi nie wypada.
— Owszem babuniu. — Darscy ubodzy, ubogiemu oszczędzić pierwszego kroku ciężkiego dla jego miłości własnej, godzi się i potrzeba. Gdyby był bogaty, nie mówię.
— Ale na cóż on nam, proszę ciebie —
— Na co ludzie ludziom? Wszakże potrzebujemy towarzystwa.
— Młody człowiek, gadać będą —
— O! niech sobie gadają, o to najmniejsza.
— Dla kobiety wcale nie.
— Tem się gubią kobiety, że na paplania uważają, wieleż głupstw się robi dla ludzkiego języka.
— Niewiesz sama co mówisz.
— A więc babunia pisze?
— Nie, dziecko moje, byłoby to coś — niewiem — zdaje mi się, nieprzyzwoitego; byłoby to jakbyśmy go łapać chcieli.
— Łapać! czyż kto nas o to posądzi! czy tego potrzebujemy.
— A wreście dziecko moje, jest jeszcze jedna ważna przyczyna, dla której wprowadzać młodego Darskiego do mego domu waham się.
— Jakaż być może?
— Powiem ci ją moje dziecko, nie jest to tajemnicą żadną. Darscy byli zawsze bardzo uczciwymi ludźmi, ale przez dziwactwo swoje stracili wziętość w sąsiedztwie, i odłączyli się zupełnie od towarzystwa. Bogaci będąc wzgardzili nami, zubożawszy ani się chcieli przez dumę schylić do ludzi. Jeden raz tylko starł się stary Darski z jednym bliskim krewnym naszym, i spotkanie ich pozostawiło po sobie pamięć i nienawiść niezmazaną.
— Z kimże to babuniu?
— Właśnie z opiekunem twoim, z prezesem.
— Jakto? prezes —
— Prezes i Darski zeszli się w domu ubogiego człowieka, o którego córkę obadwa się starali. Prezes naówczas nie był jeszcze tak bogaty jak dzisiaj, a był młody i szalenie zakochany. — Darski śmiał mu satnąć na drodze i ożenił się z tą, którą on za swoją już uważał.
— A! cha! cha! prezes zakochany tego sobie wyobrazić nieumiem.
— Prezes tak dalece był przywiązany do tej panny, że wcale się potem nie ożenił, i na całe życie została mu w sercu nienawiść przeciw Darskim. Ludzie nawet mówili, że się przyczynił wielce do zrujnowania ich majątku, i gdyby nie prześladował starego, ten mógłby był wyjść z interesów.
— O tem nigdy nie słyszałam.
— Widzisz więc, że bez wiedzy i przeciw woli prezesa zapraszać w dom młodego Darskiego, jest to przygasły zaledwie ogień rozdmuchiwać. — I tak — Bóg widzi — nie mogę się nie skarżyć na opiekuna twego; cóż to będzie, gdy mu damy słuszną przyczynę niechęci.
— A cóż ma być babuniu, prezes będzie mruczał według zwyczaju, zagryzał usta, złościł się, a my zrobim swoje.
— I zrobione opłacim nie jedną przykrością. —
— Babcia się wszystkiego boi. —
— Bom stara, moje dziecko, i przeszłam wiele.
— Ale dla tego napiszemy do Darskiego?
— Jakaż ty uparta!
— Jak koziołek? nieprawdaż? — Ja piszę, babcia podpisuje — posyłamy i rzecz skończona.
I Julja tak potrafiła przynaglić staruszkę, że nim się ściemniło, wysłano list do Jarowiny.
Nazajutrz przybywał Jan po południu, w chwili właśnie, gdy babunia usnęła była po swoim postnym objedzie, a dwie panienki w saloniku siedząc, półgłosem czytały. Tentent konia wstrząsł Julją. Marja pobladła tylko i spuściła głowę na krosienka.
— To on! szepnęła Julja, i w tej chwili Jan bledszy także niż za zwyczaj, odemknął drzwi salonu.
— Cicho! na palcach! zamiast przywitania szepnęła Julja — Babcia spi — siadaj pan. I wskazała mu krzesło obok siebie.
— Konno pan przyjechałeś?
— Jak zawsze. —
— W takie gorąco?
— To mi nic nie szkodzi, przywykłem do wszystkiego.
— Prawdziwie, takby wszyscy powinni jeździć mężczyźni. — W miękkim — koczu wcale im nie do twarzy. —
Dziękuję panu wcześnie w imieniu babki, nim ona sama to uczyni, żeś nas tak prędko odwiedził. My tu żyjemy tak samotnie, okolica tak pusta.
— Mnie się przeciwnie zdawało, że sąsiedztwo bardzo liczne.
— O bardzo liczne, ale pan wie co to jest na wsi sąsiedztwo. — Jedni nas nie chcą, drugich my nie życzymy, trzeci czasu nie mają, innych chcielibyśmy a boim się. —
— Do którejże z tych kategorji zaliczysz mnie pani?
— Do żadnej, pan nie jesteś naszym sąsiadem.
— I bardzo żałuję, że nim nie jestem.
— Czcza grzeczność, za którą dziękuję — nie lubię grzeczności. — Ludzie się niemi częstują, jak dzieci cukierkami, ale to nie karmi. Ale otóż słyszę że się babunia budzi, pobiegnę do niej, uprzedzę o gościu, pójdziemy do niej. Ty Marjo baw pana Darskiego.
Marja blada podniosła głowę od krosien.
Julji już nie było — Jan niewiedział jak począć rozmowę z milczącą, smutną, siedzącą naprzeciw niego dziewicą, drżącą jak listek. Szczęściem tyle było wszędzie kwiatów, że rozmowa najnaturalniej począć się od nich mogła.
— Dąbrowa, to prawdziwy kosz kwiatów, rzekł, cóż to za mnóstwo ich, i jak cudne!
— Julja i babka lubią obie kwiaty namiętnie, odpowiedziała Marja po cichu.
— A pani?
— O! i ja je lubię — ale Julja do szału, do pasji swoje wychowanki kocha. — Dla niej kwiatek jest czemś więcej jak dla nas wszystkich.
— Ja najlepiej lubię nasze, własnej ziemi kwiaty.
— O! i ona je wykopuje, przesadza, pielęgnuje i przenosi nad zagraniczne, nad któremi czuwać potrzeba, żeby ich wietrzyk, żeby ich chłodek, skwar, lub najmniejsza zmiana powietrza nie umorzyła.
— Znać w Dąbrowie bardzo to zamiłowanie — cała w kwiatach jak w wianku. —
Kończył tę nic nieznaczącą rozmowę, której daleko więcej znaczące towarzyszyły wejrzenia, gdy Julka wprowadziła opierającą się na niej starościnę, z uśmiechem dobroci wchodzącą do salonu.
— Pan Darski! zawołała. —
— Bardzom szczęśliwy, że mi wolno podziękować pani osobiście za jej łaskę dla nieznajomego. — Obcy w tej stronie teraz, wywiozę z tąd wspomnienie najmilsze przyjęcia, na które nie zasłużyłem, którego spodziewać się nie miałem prawa.
— Siadajże pan dobrodziej — a dawno w tych stronach?
— Od kilku tygodni, i teraz jestem na wyjezdnem.
— Jakto? porzucisz pan starego ojca?
— Wrócę wkrótce do niego, teraz mam obowiązki powołujące mnie do Litwy.
— Wielka szkoda, moje panny rachowały już na pana, jako na tancerza, na jesień i zimę.
— Któż wie, może nie zmylę rachuby i powrócę.
— Powracaj pan, u nas się bardzo dobrze bawią. —
Zaturkotało.
— Któś przyjechał? spytała staruszka. Julja wyjrzała oknem.
— Pani podkomorzyna. — A! to wybornie, jeszcze niewie kto pan jesteś — cicho! cicho! I pobiegła ku drzwiom, któremi już wtaczała się dostojna kuzynka z panną Matyldą, trzymającą lornetkę w ręku, flakonik w drugiem. Trzeba wiedzieć, że Tysia miała słabe oczy, słabe nerwy, słabe piersi, i chorowała na rodzaj melancholji, który cierpią wszystkie panny niemogące pójść za mąż. — Od roku pokaszliwała, przeczuwając suchoty, ale wyglądała dość dobrze i nadto nawet, pomimo octu, o któren ją matka strofowała.
Podkomorzyna rzuciła okiem po salonie, zobaczyła Jana i ledwie przywitawszy się ze starościną, zwróciła ku niemu —
— Widzę pana tutaj! a więc tajemnica rozjaśniona. —
Julka niedozwoliła babce zaprezentować gościa. —
— Przecież trwa wyzwanie?
— Uznaję się zwyciężoną.
— Pan Darski — wskazując ręką, przemówiła staruszka.
Podkomorzyna, która się wcale nazwiska tego spodziewać nie mogła, skłoniła się dosyć ozięble sznurując usta, i dodała: — Powinnam się była domyśleć. —
Nastąpiły oklepane pytania — Gdzie pan mieszka? i tym podobnie. Potem Matylda zwróciła się udając niezmiernie lekką i powietrzną istotę ku Marji, którą z zapałem nerwowym ściskać i całować zaczęła szepcząc jej coś na ucho. Podkomorzyna siadła przy starościnie, a Julja zaczęła rozmowę z Janem.
Zabójcza to była rozmowa — !
Wzrok Julji, któremu nic oprzeć się nie mogło, jej wejrzenie przeszywało na wskróś Jana, któren cierpiał rozkosznie, czując się tak już okutym, tak oczarowanym, tak podbitym, ze o świecie całym zapomniał.
Jakieś nieznane światy, niepojęte szczęścia, niezbadane głębie roskoszy nadziemskiej widział w tych niebieskich zrenicach, które mu mówiły więcej daleko, inaczej daleko niż usta; obiecywały mu raj. —
Usta Julji szydersko uśmiechające się, z których słówka śmiało, dowcipnie, lekko wylatywały jak ptaszki, uderzały go sprzecznością wyrazu z cudnemi jej oczyma. — Patrzał i szalał. —
Rozmowa jak ogień wejrzeniami podsycany, zapalała się, płomieniła, obejmowała coraz szersze kręgi, świeciła coraz jaśniejszą łuną, ulatywała w powietrze, nietykała już ziemi. Julja także zapomniała, że na nię patrzały babka, podkomorzyna, Matylda — Matylda, która przy słabych nerwach miała mocną ochotę do plotek. —
Musiano wreście odwołać nieuważne dziecko; ale po czasie. — Julja mówiła sobie w duszy — będę go kochała!
A gdy kobieta sama sobie powie — kochać go będę! — już kocha.
Jeśli obiecuje ludziom temi samemi słowy — naówczas kochać nie będzie!
Jan zapomniał łzawego spojrzenia czarnych oczów Marji, powiedział sobie w duszy — będę cierpiał, wszystko zniosę, ona być musi moją — ona mi jest przeznaczoną.
Julja biegała jeszcze z narzuconomi jej kluczykami, które przeklinała, gdy turkot powtórny dał się słyszeć i w tejże prawie chwili, otworzyły się drzwi salonu.
Wszedł mężczyzna stary, kulawy trochę, na lasce się opierający, wychudły, zgarbiony, ubogo a raczej brudno i sknersko ubrany. Twarz jego zastraszała wyrazem niczym nie pokrytej nienawiści, gniewu i wszystkich płynących z nich uczuć.
Żółty, zmarszczony, z ogromnemi oczyma czarnemi błyszczącemi ogniem dzikim, z usty, które po wypadłych zębach jeszcze dziwniejszy wyraz dumy i wzgardy przybrały, z wielkiemi białemi uszami, łysą na wpół głową, której czaszka guzowata i nieforemna najeżoną resztą włosów pozostałych opasana była — podszedł ten osobliwszy gość śmiało i srogo oglądając się do koła, aż ku starościnie. Pocałował ją w rękę od niechcenia, uśmiechnął się niby Julji, kiwnął głową reszcie, zmierzył z podziwieniem Jana i padł na krzesło, tyłem się ku niemu zwracając.
— Kaducznie trząska droga odemnie do starościnej! zawołał — trąc ręką po czole.
Wszyscy milczeli zmróżeni przybyciem prezesa — był to opiekun Julji. Najmniej jednak wrażenia na niej uczynił, płacąc za niegrzeczność jego, poszła do Jana sama, śmiało, i zaprosiła go w ganek, gdzie Marja i Matylda także wyjść miały do przygotowującej się herbaty.
— Kto to jest? spytał Jan cicho.
— Mój opiekun — prezes — odpowiedziała Julja.
— Prezes! zawołał Jan — Prezes!
Twarz mu się zmieniła. Julja postrzegła to. — Opiekun pani? —
— Tak, kuzynek i opiekun.
Zaledwie wyszli w ganek, gdy palcem wskazując młodego człowieka prezes, spytał starościnej — a toż kto?
— Pan Jan Darski — nieśmiało i prawie drżąc odpowiedziała staruszka.
— Darski! podchwycił opiekun porywając się z krzesełka — syn — syn —
Oczy mu się zaiskrzyły, zapłomieniły, ściął usta, drżał — syn tego —
— Syn znajomego prezesowi. —
— Tak! znajomego — wroga! — Cóż on tu robi?
— Julja go poznała na — balu — mówiła starościna i zaprosiłyśmy go — to jest ja go zaprosiłam.
— Po co? z uśmiechem rzekł prezes — po co? po co?
— Pozwolisz prezesie, że mogę przyjmować kogo zechcę — urażona odparła staruszka.
— Zapewne! zapewne! zobaczymy! Darski! mruczał niewyraźnie stukając kijem i wstrząsając się cały mówił prezes:
Zobaczymy! Pan Darski — hołota! moje wrogi. —
Zachmurzyło mu się czoło, zżółkł w chwili bardziej jeszcze i mnąc czapkę na kolanach leżącą, powtarzając niewyraźnie wykrzykniki jakieś, siedział z oczyma wlepionemi w ganek. — Zaprosili — ale ja go wyproszę. —
Tego niedosłyszała starościna, bo rozpoczęła mówić z podkomorzyną. — Po chwilce prezes jakby mu myśl jakaś dzika przyszła, porwał się z krzesła gwałtownie i zapomniawszy podpierać się laską, założywszy w tył ręce, poszedł w ganek. Przekulał dwa czy trzy razy wzdłuż balkonu zawsze z oczyma wlepionemi w Jana, którego pożerać się zdawał, nareszcie zastanowił się na przeciw niego, milcząc szydersko i zjadliwie popatrzał mu w oczy, a widząc że się Jan nie mięsza, odszedł. —
— Temu panu, rzekł Jan do Julji — widocznie nie przypadłem do smaku.
Prezes posłyszał dość głośno wymówione wyrazy.
— Zgadłeś pan, rzekł grubijańsko.
Jan się ukłonił tylko. — Niechże mnie pani zaprezentuje.
— Pan Jan Darski! śmiało przemówiła Julja.
— Wiem o tem! I z gniewem się odwrócił.
Widocznie chciał upokorzyć, chciał wypędzić przybysza, a wahał się i nieśmiał jeszcze.
— Nie przeszlibyśmy się po ogrodzie? rzekł znowu wrząc cały.
— Bardzo chętnie — odpowiedział Jan. — Julja błagająco spojrzała na niego; młody człowiek jednem wejrzeniem uspokoił ją. — Miał on już tę wyższość nad prezesem, że był zimny i panem siebie, gdy tamten, wspomnieniem przeszłości rozjątrzony, buchał nienawiścią i gniewem.
Powoli zeszli ze wschodków.
— Co pan tu robisz? rzekł prezes dumnie. —
— A pan? spytał grzecznie Jan.
— Jakto? jakto! ja — krewny — opiekun — pan śmiesz —
— Ja jestem sąsiadem i gościem, niesądzę, żeby do obowiązków opiekuna liczyła się niegrzeczność dla gości.
— Pan wiesz kto ja jestem?
— Dowiaduję się co chwila lepiej o tem.
— I wiesz przeszłość?
— Zapewne urazę jaką pan masz do mojego ojca?
— Urazę! urazę! nie — nienawiść — chęć zemsty — ohydę — wstręt.
— Mógłżebym co na to poradzić? niewiem, to pewna, że ojciec mój nadto jest dobrym chrześcijaninem, żeby nienawiść chował w sercu i zemsty pożądał.
— Ja go zgubiłem!
— Mój ojciec nie zginął.
— Jam go zubożył.
— Mój ojciec ma dosyć dla siebie i dla mnie — niechcemy więcej. — Co się tyczy pańskiego udziału w ubóstwie mojego ojca, przesadzasz pan sobie to czem się chlubić niegodzi. Ojca mego zubożyły ofiary, któremi poszczycić się może, nie pan.
— Wy mnie, ja was nienawidzę — to dom moich krewnych, mojej pupilli — chcę żeby tu noga twoja nie postała. — To mówiąc stuknął laską i myśląc że zastraszy Jana, zbliżył się ku niemu o pół kroku.
— Proszony, przybyłem i zdaje mi się, że nikt prócz starościnej niema prawa powiedzieć tutaj żebym wyszedł. Zostaję więc.
— Zostajesz?
— Tak jest.
Prezes bladł, strzelał oczyma, stukał laską i wił się z gniewu, który nim miotał.
— Ja niemam prawa ztąd cię wyrzucić?
— Zdaje mi się że nie.
— Jeden z nas przecie ustąpić z tąd musi. —
— Na to pozwalam, ale nie ja. — Prędzej nie odjadę, aż zechcę.
— Mości panie, pan nadużywasz mojej cierpliwości.
— Panie prezesie, zapominasz pan, co winieneś temu domowi, co winieneś sam sobie.
— Waćpan mi dajesz nauki? —
— Nie — ostrzegam go.
— Mówię raz jeszcze, niechcę żebyś pan tu bywał.
Jeśli pani starościna mi to powtórzy —
Prezes wściekł się zupełnie i kulejąc poszedł szybko w ogród. Jan nie bez śladów wzruszenia na twarzy, powrócił na balkon. Julja, która nie słysząc wszystkiego, domyśliła się przecie rozmowy, drżąc ze wzruszenia także nalewała herbatę. Widząc powracającego Jana spojrzała na niego — ale jakim wzrokiem? Jedno wejrzenie takie mogło wieki mąk piekielnych nagrodzić. Starościna czując się nie bardzo silną i zdrową, usunęła się do swego pokoju, a podkomorzyna wyszła na ganek prezydować przy herbacie.
Prezes latał kulejąc po ogrodzie, zgrzytając resztą żółtych i czarnych zębów. —
Jan jak po bitwie osłupiały w dziwnym myśli chaosie spoczywał, marzeniem jakiemś zdawało mu się wszystko co doznał i przebył. Niemógł się zmusić do uśmiechu, do rozmowy, do wcielenia się w towarzystwo — był zabity. Wzrok tylko Julji odżywiał go powoli i z odrętwienia wychodził.
— Co zrobić? mówił w sobie, co zrobić — porzucić dom ten — porzucić ją — wyrzec się —! Niemogę, zapóźno! Lecz co za przyszłość! co za męki! ile przecierpieć potrzeba! To dla niej! — Lecz będęż miał siłę?
— Zbliż się pan do herbaty — zawołała Julja i rozpogodź czoło, godziż się być tak smutnym między nami?
— Smutek jest nieproszonym i niespodziewanym gościem, który wchodzi i zasiada, gdy najmniej go wyglądamy.
— O! takiego gościa nie przyjmować. —
— Biedni goście! szepnął Jan — jeśli ich wypędzają, a im się tak chce pozostać.
Julja tylko słyszała te słowa półgłosem wymówione, i nic nieumiała na nie odpowiedzieć. Podkomorzyna wmięszała się do rozmowy i poczęła Jana rozpytywać o ojcu, którego chociaż była blizką sąsiadką, nigdy go nie widywała. Syn z miłością do zapału posuniętą, odmalował jej życie spokojne, święte tego starca, który niczego nie żałował, po niczem nie tęsknił, modlił się, pracował, pocieszał drugich i czekał śmierci jakby pożądanej godziny połączenia z długo niewidzianym przyjacielem i towarzyszem. Łzy zakręciły mu się w oczach, Julja ich nie widziała, ale Marja postrzegła i jej także dwoje łez zamgliło czarne zrenice.
Jan zobaczył te łzy współczucia i serce mu uderzyło; — znowu uczucie niepojęte pociągnęło go ku Marji. — Ale to trwało mgnienie oka. Julja patrzała na niego. —
Rozmowa stała się powszechną. —
— Pozwolisz mi pani powrócić tu? spytał korzystając ze szmeru Jan.
— Ja? wszakżem pana prosiła sama — a fałszem się brzydzę i — szczerą jestem.
— A prezes —
— Możemy nieuważać na dziwactwa prezesa.
— Więc mogę?
— Kiedy pan nasze strony opuszczasz? głośniej spytała Julja.
— Niewiem sam jeszcze.. — Czyż i pani mnie wypędza? rzekł ciszej.
— Właśniem go namawiać chciała, żebyś pozostał przy ojcu, którego tak kochasz.
— Mam i inne zatrudnienia — obowiązki.
— Szkoda, wmieszała się podkomorzyna usiłując Julję ratować — rachowałyśmy na pana jako na tancerza.
— Ja mało tańcuję.
— Doprawdy.
— A kto nie tańcuje, na cóż się w towarzystwie młodem przydać może?
— Juściż, odpowiedziała Julja, trzyma szal i pilnuje krzesła i flakoniku.
— Tego się podejmuję najchętniej.
— A maszże pan do tej misji usposobienie — cierpliwość, wytrwałość, męztwo?
— To są cnoty, których się najpilniej wyuczyć starałem.
— Cierpliwość? dwuznacznie mówiła Julja.
— Niech mnie panie probują. —
— Wytrwałość?
— Wszak to tylko długa cierpliwość. —
— Męztwo?
— Są rzeczy, których się boję.
— Naprzykład?
— O bardzo wiele — długoby je liczyć było!
— Naprzód.
— Nienawiści ludzkiej
— A cierpliwość?
— Czy pomoże?
— Cierpliwość i męztwo chodzą z łagodnością, która jest siły oznaką.
— Ślicznie pani mówi. — Często człowiek niema cnót, które dobry nauczyciel wpoić mu może.
Ta część rozmowy już była cichszą, bo podkomorzyna zaczęła coś o balu, a Jan i Julja mogli ją prowadzić niepodsłuchiwani.
— Zechcesz być pani nauczycielem moim?
— C’est selon — naprzód wiedzieć muszę przymioty ucznia.
— Wielkie i nieograniczone posłuszeństwo i — dodał — wiara w niego i coś więcej jeszcze.
— Cóż więcej?
— Powiedzieć się boję.
— O! już nie jesteś pan mężny.
Przyznałem się do bojaźni w pewnych okolicznościach.
— Ale czyż tu jest czego się lękać?
— Może — bardzo.
— Ale kiedy ja chcę wiedzieć — to coś więcej jeszcze.
— Pani się go domyślisz.
— Jestem bardzo niedomyślna.
Podkomorzyna przerwała, pytając Julji, czy uważała na balu suknię strapczynej dobraną kolorami do munduru mężowskiego. Rzekłby kto, że z przywiązania, dodała, a jednak pani strapczyna zawraca głowy wszystkim panom urzędnikom do szczególnych poleceń.
Jan wziął za kapelusz i pożegnał towarzystwo, czuł się nie w stanie pozostać tu dłużej, prosił Julji żeby od niego przeprosiła starościnę i pożegnała ją, gdyż był zmuszony odjechać.
Przy odjeździe ostatnie Julji wejrzenie dobiło Jana. Marja nieśmiała na niego podnieść oczów. Wkrótce tentent konia dał się słyszeć w dziedzińcu. — Prezes, który niedaleko krążył, wysunął się z za drzew i kulejąc pospieszył na balkon. Tu rozsiadł się przy Julji, milczący nalał sobie herbatę i oczyma tylko ognistemi rzucając po siedzących, pił i jadł łapczywie.
Skończywszy spojrzał na srebrny u tasiemki czarnej zaczepiony zegarek i skrzywił się. — A starościna? spytał.
— Odpoczywa, trochę słaba.
— Muszę się z nią widzieć.
— Wątpię żeby teraz było można.
— Poczekam.
Sparaliżowana rozmowa, której nawet dość mowna podkomorzyna, w obec, ziębiącego prezesa prowadzić dalej nieśmiała — przerwała się. Panny tylko szeptały po cichu. Dzwonek starościnej dał się słyszeć. Julja pobiegła i wróciła po chwili.
— Babunia prosi pana prezesa.
Wstał kulas i zmierzywszy okiem wnuczkę poszedł.
Staruszka jak zwyczajnie siedziała w swojem krześle i ochłonąwszy z przykrego wrażenia, jakie na niej zrobiło obejście się prezesa z Darskim, oczekiwała zapowiedzianego gościa.
Wszedł kulawy i usiadł naprzeciw.
— Cały jestem w pasji, rzekł po chwili, niespodziewałem się tu zastać tego chłystka.
— Mój prezesie, cóż za dziwne uniesienie.
— Pani niewiesz jak ich nienawidzę.
— Czas było zapomnieć.
— Nie zapominam nigdy.
— To źle, to źle, to niepochrześcijańsku.
— Już jak to jest, to jest, a tak być musi. I proszę pani, żeby tu więcej nie bywał.
— Dla czego, prezesie?
— Bo ja tego sobie nie życzę.
— Nie widzę przyczyny, kochany prezesie.
— Starościna rozumieć mnie niechcesz, a więc nie obwijając w bawełnę, powiem co myślę. Wątpię żeby ten szerepetka śmiał pomyśleć o Julce.
— I ja wątpię.
— No — ale dziewczęciu się w złą godzinę głowa zawrócić może — panny Marji także nie dam za niego; a wreście cierpieć Darskich niemogę i spotykać ich tu niechcę.
— Mówisz prezesie, jakby Julka i Marja nie od siebie i nie odemnie, ale od ciebie tylko zależały. Przecież tu jeszcze ani mowy o niczem niema; ale gdyby co było, jać mam większe prawo rozporządzać wnuczką.
— Największe! i zupełne — kłaniając się rzekł prezes, a ja, ja, dodał — ja mam prawo mój majątek oddać komu zechcę.
— Tego ci nie zaprzeczam, odpowiedziała zmięszana trochę staruszka.
— I jeźli nie po mojej myśli postępować się tu będzie, pewna że grosza po mnie Julja nie weźmie.
— Ależ nic się przecie nie myśli, nie robi.
— Tak — i właśnie póki nic niema, czas przestrzedz.
Starościna tonem i myślą rozmowy widocznie była urażona i pomieszana.
— A więc Darskiemu napisać czy powiedzieć, żeby nie bywał.
— Wczoraj pisałam do niego zapraszając sama, tego uczynić nie mogę; powodu nie dał.
— Dał powód, mówił mi niegrzeczności.
— On! tobie prezesie.
— Tak w domu starościnej, jej krewnemu opiekunowi.
— To być nie może.
— Tak jest.
— Cóż mógł ci powiedzieć?
— Kazałem mu iść precz.
Starościna, łamiąc ręce powstała na krześle. — Prezesie, godziż się to?
— Co to godzi nie godzi, zrobiłem tak i kwita; — odpowiedział mi hardo, że niemam prawa, że
— Miał słuszność.
— On?
— Prezesie zlituj się, zapominasz się, poniżasz sam.
— A więc go niewypędzisz pani?
— Ale to być niemoże.
— Więc moja noga tu niepostanie, póki on w tych stronach kręcić się będzie; a jeśli Boże uchowaj Julka — no! — nie potrzebuję wiele mówić. — Jestem jeszcze panem mojego majątku.
To powiedziawszy wstał i wyszedł.
Dla rozjaśnienia groźb, które prezes tak grubijańsko rzucał w oczy staruszce, dodać musimy, że bogactwo Julji i jej przyszłość całkiem prawie spoczywały na prezesie. — Ogromny, sknerstwem niesłychanem zebrany majątek testamentem był jej przekazany; na majętnościach starosty summy za życia jego pożyczone od prezesa ciężyły.
Prezes więc zagrażał starościnie i jej wnuczce zupełnem prawie ubóstwem.
Nie dziw więc, że babka rozpłakała się łzami rzewnemi po wyjściu jego.
Julka wyprawiwszy do ogrodu swoich gości z Marją, sama jakby przeczuwając potrzebę pocieszenia staruszki, wbiegła do jej pokoju. I zastała ją we łzach.
— Babciu! co to babuni!
— Co? nic, — nic — tak — myślałam sobie — modliłam się i łzy mi jakoś potoczyły się z powiek. To mówiąc przyciskała, tuliła jedyną wnuczkę do siebie
— O! nie! nie — coś to jest, tu był prezes — niech mi się babcia przyzna.
— Ale nic mi nie jest, dziecię moje.
— Jakto nic? To nie te łzy co płyną za przeszłością, ja się znam na tem. Babunia nic mi nie utai.
— Roi ci się, dziecko moje najdroższe...
— A chce babunia to powiem co to jest? i czego płacze?
— Ja?
— Tak — prezes chce wypędzić Darskiego od nas, choć niewiem co on tu mu szkodzić może; babcia nieśmie tego zrobić, a on gotów po swojemu zaraz grozić, że mi swoją fortunę odbierze! Mój Boże! a co mi to szkodzi! nie łakomą jestem na jego majątek! Na co mi on — dość będziemy miały swego.
— Niewiesz co paplesz.
— To prezes babciu paple, u niego lada co, jedna groźba na języku, — nieuważać i po wszystkiem.
— Jednak, gdybyśmy mogły grzecznie, niehybiając, dać do zrozumienia Darskiemu, jużciż dla nieznajomego człowieka taki mieć kłopot i strapienie.
Julja zczerwieniała się, zmięszała.
— Jak chcesz babciu, rzekła, jak chcesz.
Starościna spojrzała na nią i postrzegła dwie wielkie łzy, które kręciły się w oczach dziewczęcia, jak dwie jasne perły.
Przelękła się. — Jakto — już! już! zawołała.
Nic nie mówiąc głowę skryła Julja na kolanach babki, która przelękła, poruszona, słowa więcej w ustach znaleść niemogła.
— O mój Boże, odezwała się nareście, otoż to moja niedołężna starość, dopuścić do tego, żeby pierwszy nieznajomy, Bóg wie kto, zawracał głowę dziecku najdroższemu...
Upamiętała się Julka i po cichu rzekła:
— Głowy mi nie zawrócił, — ale czuję, że gdybym go nigdy, nigdy zobaczyć nie miała, na całe życie smutną — może nieszczęśliwą bym była. Ja go nie kocham jeszcze, ale niewiem, niewiem — coś mnie pociąga.
— Cicho! cicho! na miłość Bożą, cicho! a nuż kto posłyszy! dziecko moje! zlituj się nademną! kara Boża! kara Boża. —
I zniżając głos dodała:
— Widziałaś go ledwie kilka razy, po chwilce, nieznasz, niewiesz — to dzieciństwo. —
— Tak to dzieciństwo — sprubujże babunia, pisz niech tu więcej niebywa, zobaczysz. —
Starościna spojrzała na wnuczkę —
— Doprawdy?
— Sprubuj — cóż szkodzi sprubować? śmiejąc się boleśnie dodała wnuczka. —
Ale staruszka siły sprubować nie miała...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.